kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
o szlaku South Downs pisałem już kilkakrotnie wcześniej. rozciągający się wzdłuż Kanału na długości prawie 150 km Park Krajobrazowy obejmuje powierzchnię 260 km2 z łącznymi ścieżkami ciągnącymi się przez ponad 3000km. obszar ten przed 60 milionami lat był dnem płytkiego morza -- dlatego wszystko składa się tu z białych nalotów kredowych powstałych z mikroskopijnych szkieletów morskiego planktonu. szlaki South Downs przyciągają turystów pieszych, rowerzystów, paralotniarzy, a nawet amatorów jazdy konnej. warto podkreślić, że ścieżki nie są wymysłem żyjących obecnie ludzi. jak mówi historia, pokrywają się one ze szlakami wytyczonymi tysiące lat temu, a liczne odkrycia archeologiczne udowadniają, że obszary te były zamieszkiwane już w czasach neolitycznych czy erze brązu. piękno otwartego i pofałdowanego krajobrazu rzeczywiście powala, obszar pozwala więc na chwilę oderwać się od życia miejskiego. oficjalna strona turystyki w Wielkiej Brytanii reklamuje region jako ucieczkę od wszystkiego -- 'to get away from it all'..
sobotniego ranka na trasie byliśmy już o 8 rano. z miasteczka Portslade ruszyliśmy w kierunku doliny Devil's Dyke -- byłem tam wielokrotnie, jednak dopiero David, kolega z Belgii, powiedział mi, że miejsce to w epoce żelaza było silnie strzeżonym fortem, a zarysy można jeszcze dzisiaj rozpoznać po wyraźnych pagórkach usypanych ręką ludzką. ruszyliśmy na wschód głównym szlakiem trasy -- łącznie tego dnia udało nam się pokonać całkiem fajny dystans 25 kilometrów.. padła nawet idea, aby wziąć niewielki urlop i spróbować w kilka dnia przejść całą trasę w hrabstwie Sussex, która rozciąga się przez ok 110km. największym urokiem tych obszarów są oczywiście zielone pagórki, jednak co chwilę mijamy porośnięte zbożem i makami pola uprawne. miejsce to jest rajem dla wielbicieli golfa, a szlak prowadzi
między innymi przez środek jednego z pól, należy więc uważać na śmigające nad głowami piłki.. poszczególne części trasy poprzecinane są szeregiem płotów oraz licznymi bramkami, prostymi do otwarcia dla ludzi, nie do pokonania przez licznie pasące się tu zwierzęta. jest coś fajnego w stadzie 200 baranów przez które przyszło się nam przeciskać, albo w ciekawych otaczającego je świata krowach. po prawej stronie w oddali błyszczą wody Kanału, a po lewej co jakiś czas mijamy niewielkie, wypełnione kamiennymi domkami, średniowieczne wioski. tego typu mieściny, np.
Clayton ze swoim ogromnym młynem nazwanym 'Jack and Jill', również mają swoją historię, szczególnie jeśli interesują nas historyczne wiejskie knajpy serwujące tradycyjne angielskie posiłki i lokalne piwa Ale. po jakimś czasie docieramy do wzgórza Ditchling Beacon (213 m npm), które od 1920 roku jest mekką miejscowych artystów. miejsce ciekawe przede wszystkim z powodu swojego kształtu geologicznego, wspaniałego widoku na pobliskie doliny oraz gęstej i różnorodnej w okresie letnim roślinności. fakt, że drukowane są foldery, budowane parkingi, oraz że przyjeżdżają tu spragnieni przestrzeni ludzi jest zasługą Towarzystwa Turystycznego, które, w przeciwieństwie do naszych rodzimych organizacji, dba o rozwój tego typu miejsc. idąc dalej na wschód mijamy dziesiątki usypanych przed tysiącami lat kurhanów.
kurhany przybierają kształt niewysokich okrągłych górek, są wyraźnie zaznaczone na mapach. wiele z nich nigdy nie było badanych przez archeologów. z drugiej jednak strony w wielu widać wgłębienia -- podobno w średniowieczu i niedalekiej
przeszłości kurhany były bardzo często plądrowane w poszukiwaniu skarbów dawnych cywilizacji.. przez kolejne kilometry krajobraz się nie zmienia -- wciąż te same zielone pola z pasącymi się zwierzętami i rozdzielające je żywopłoty. co jakiś czas drogowskaz wskazujący poszczególne szlaki lub okoliczne miasteczka. docieramy do Lewes, o którym szerzej pisałem w tej notce z 20 lutego 2007 roku. przechodzimy przez pole, na którym w 1264 roku odbyła się sławna w regionie Bitwa pod Lewes, w której z siłami francuskiego króla Henryka III starła się zbuntowana (również normańska) frakcja baronów.. Lewes jest pięknym średniowiecznym miasteczkiem, jednak czując w nogach zrobione kilometry, od razu wybraliśmy się w kierunku miejscowego browaru Harveys, aby w lokalnej tawernie cieszyć się smakiem miejscowego ciemnego piwa. przez dłuższy czas cieszyliśmy się prężąc nasze zmęczone ciała na słońcu nad brzegiem rzeki Ouse, a niektórzy (czyt. nasz kolega David) nawet usnęli.. do Brighton wróciliśmy autobusem..
Brighton Pride 2008
21.08.2008; 16.44
sierpniowy fotoblog w całości poświeciłem Brighton Pride -- dorocznej Paradzie Równości promującej kulturę homoseksualną. imprezy Pride od lat odbywają się na całym świecie, a odmiana południowo angielska ma miejsce każdego roku w pierwszy weekend sierpnia. pierwszy raz zdarzyło mi się być świadkiem parady, która jest najważniejszym elementem obchodów gejowskiego święta, jak mawia się o Pride (choć oczywiście znaczna część aktywnych uczestników należy do płci pięknej). organizatorzy określają imprezę jako:
nastawiłem się na kolorowe focenie i sztuka ta udała się w pełni, bo gejostwo wszelkiej maści pozuje chętnie i otwarcie. mimo przerażającej pogody (wietrznie i deszczowo) udało się uchwycić tych co bardziej zakręconych, przez strój i zachowanie manifestujących swoją inność. a akceptacja inności to podstawa, gdyż naczelnym założeniem Parady Równości jest zrozumienie i szacunek drugiej osoby, bez względu na rasę, płeć, orientację, czy jakiekolwiek wyznania. pełen luz i, muszę potwierdzić, uśmiech oraz przyjaźń na każdym kroku. nikt tu z nikim się nie naparza, nikt niczego nie niszczy, choć jak na każdej imprezie była muzyka, alkohol i narkotyki. daleko nam, Polakom, do takich zachowań i czasem przykro, że jest w nas wciąż tyle uprzedzenia.. co ciekawe, oprócz tych najbardziej zakręconych pełno tu rodzin z dzieciakami od małego wychowywanymi w pełnej tolerancji dla bliźniego.. z czystej ciekawości przywiózłbym tu kiedyś braci Kaczorów -- być może spodobałoby im się wielokolorowe i dobrze bawiące się bractwo..
registered charity from Brighton and Hove in England promoting equality and diversity, and advances education to eliminate discrimination against the lesbian, gay, bisexual and transgendered (LGBT) community. |
nastawiłem się na kolorowe focenie i sztuka ta udała się w pełni, bo gejostwo wszelkiej maści pozuje chętnie i otwarcie. mimo przerażającej pogody (wietrznie i deszczowo) udało się uchwycić tych co bardziej zakręconych, przez strój i zachowanie manifestujących swoją inność. a akceptacja inności to podstawa, gdyż naczelnym założeniem Parady Równości jest zrozumienie i szacunek drugiej osoby, bez względu na rasę, płeć, orientację, czy jakiekolwiek wyznania. pełen luz i, muszę potwierdzić, uśmiech oraz przyjaźń na każdym kroku. nikt tu z nikim się nie naparza, nikt niczego nie niszczy, choć jak na każdej imprezie była muzyka, alkohol i narkotyki. daleko nam, Polakom, do takich zachowań i czasem przykro, że jest w nas wciąż tyle uprzedzenia.. co ciekawe, oprócz tych najbardziej zakręconych pełno tu rodzin z dzieciakami od małego wychowywanymi w pełnej tolerancji dla bliźniego.. z czystej ciekawości przywiózłbym tu kiedyś braci Kaczorów -- być może spodobałoby im się wielokolorowe i dobrze bawiące się bractwo..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Redukuję biegi by Agata
18.08.2008; 22.01
dostałam zadanie do wykonania z reprymendą, że mam to robić wolniej! wyobrażacie to sobie??
tak, mój boss Wolfgang szukając nowego zadania dla mnie, bezradnie rozłożył ręce i z kumplowskim uśmiechem wydusił: 'yeah Agata, the problem is that you are too fast!!'. (osoby, które mnie znają, wiedzą, że do tytanów pracy nie należę. O ho ho są znacznie lepsiejsi ode mnie bez zbędnego wyliczania wszystkich perełek.. oszczędźmy sobie tego. większość i tak doskonale je zna, a ci co nie, niech śpią spokojnie i się cieszą, że nie nabawią się przy takich zbędnych kompleksów).
zastanawia mnie tylko jak oni to robią? w jaki sposób tak powolne tempo pracy może napędzać tak dobrze rozwiniętą gospodarkę?? a właśnie diabeł tkwi w szczegółach: oni po prostu nie popełniają błędów! patrzą sie na te wszystkie rysunki godzinami, aż do znudzenia poprawiają najmniejsze szczegóły, łącznie z poprawną wielkością czcionki i wyjustowaniem do prawego boku, ale prawda jest taka, że z biura nie wyjdzie ani jeden rysunek z błędem. to troska nie tylko o dobre imię pracowni, ale również o sam projekt. brytyjscy architekci mają tutaj raj na ziemi. mają czas na rozwijanie swoich pasji, swojej tężyzny fizycznej, o czym później nawijają podczas co dniowego 'tea time', mają wolne weekendy, stać ich dosłownie na wszystko. co więcej, mają bezstresową pracę, bo czym sie tu stresować, gdy wszystko jest wygłaskane i wychuchane przez sztab ludzi, a inwestor nie depcze im po piętach, bo czasu mają pod dostatkiem. oczywiście nie wszędzie -- mówię o tym z czym sie spotkałam. ah..
no i co teraz? wracać czy nie wracać?
a notka ta powstała oczywiście w godzinach pracy. spowalnianie tempa nie wychodzi mi najlepiej, więc muszę sie ratować innymi środkami :)
tak, mój boss Wolfgang szukając nowego zadania dla mnie, bezradnie rozłożył ręce i z kumplowskim uśmiechem wydusił: 'yeah Agata, the problem is that you are too fast!!'. (osoby, które mnie znają, wiedzą, że do tytanów pracy nie należę. O ho ho są znacznie lepsiejsi ode mnie bez zbędnego wyliczania wszystkich perełek.. oszczędźmy sobie tego. większość i tak doskonale je zna, a ci co nie, niech śpią spokojnie i się cieszą, że nie nabawią się przy takich zbędnych kompleksów).
zastanawia mnie tylko jak oni to robią? w jaki sposób tak powolne tempo pracy może napędzać tak dobrze rozwiniętą gospodarkę?? a właśnie diabeł tkwi w szczegółach: oni po prostu nie popełniają błędów! patrzą sie na te wszystkie rysunki godzinami, aż do znudzenia poprawiają najmniejsze szczegóły, łącznie z poprawną wielkością czcionki i wyjustowaniem do prawego boku, ale prawda jest taka, że z biura nie wyjdzie ani jeden rysunek z błędem. to troska nie tylko o dobre imię pracowni, ale również o sam projekt. brytyjscy architekci mają tutaj raj na ziemi. mają czas na rozwijanie swoich pasji, swojej tężyzny fizycznej, o czym później nawijają podczas co dniowego 'tea time', mają wolne weekendy, stać ich dosłownie na wszystko. co więcej, mają bezstresową pracę, bo czym sie tu stresować, gdy wszystko jest wygłaskane i wychuchane przez sztab ludzi, a inwestor nie depcze im po piętach, bo czasu mają pod dostatkiem. oczywiście nie wszędzie -- mówię o tym z czym sie spotkałam. ah..
no i co teraz? wracać czy nie wracać?
a notka ta powstała oczywiście w godzinach pracy. spowalnianie tempa nie wychodzi mi najlepiej, więc muszę sie ratować innymi środkami :)
kategoria: cudze link bezpośredni
tygodniowa ucieczka od cywilizacji..
18.08.2008; 16.00
ostatni tydzień spędziłem w Polsce. a raczej w gdzieś bliżej nieokreślonym miejscu, wśród szumu wiatru, zapachu
lasu i czystych wód Pojezierza Lubuskiego. sprawy potoczyły się szybko: bilet Gatwick - Poznań Ławica, pociąg do Zbąszynia i 3 następujące po sobie autostopy do celu. a
cel to ośrodek nad jez. Chłop w woj. Lubuskim -- miejsce
sentymentalne, odwiedzane z przerwami od 1991 roku. nic-nie-wiedzący rodziciele zaniemówili z wrażenia -- a
przyjechałem nie po to aby odnaleźć samego siebie, zgłębić istotę wszechrzeczy czy odszukać złoty środek. po
prostu odpocząć. zwłaszcza, że za tydzień startujemy z Chorwacją i emocji tego lata z pewnością nie zabraknie..
Borowy Młyn, bo tak nazywa się odwiedzana przeze mnie wioska leży na teranie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego i
jest to miejsce, do którego nie dociera żaden pekaes (nie mówiąc już o kolei żelaznej) i gdzie położonego w
późnej erze gierkowskiej asfaltu od lat nikt nie naprawia. i prawdopodobnie z tych powodów panuje tu taki spokój,
woda w jeziorach jest czysta, a gatunki występujących tu zwierząt liczy się w setkach. kilka kilometrów dalej
leży sam Pszczew -- niewielka urokliwa osada, historycznie należąca na przemian do Polski i do Niemiec. przed
laty chodziliśmy tu lokalne dyskoteki (a potem z buta 7 km do naszego ośrodka) -- dziś wioska (obecnie bez praw
miejskich) urzeka swoim spokojem, kolorowymi kamieniczkami i licznymi atrakcjami turystycznymi. w kolejnych
notkach więcej o tych magicznych dla mnie miejscach..
kolejną rzeczą (którą zresztą ostatnio często przeżywam) jest kontrast pomiędzy rozwiniętą Anglią, a polskim klimatem małomiasteczkowym. z lotniska w Londynie trafiam do polskiego pociągu podmiejskiego -- co prawda bardzo czystego, jednak wyprodukowanego dobrych 30 lat temu. płacę 13 zł za odcinek 75 km, natykam się na miejscowych wracających z pola, na kobiety w chustach z rowerami pod ręką i młode wypindrzone lafiryndy w różowych wdziankach spoglądające na mnie zaczepnie. czytając pachnący jeszcze drukiem Przegląd Sportowy mijam wielkopolskie osady, w których obok zrujnowanych gospodarstw wystrzeliwują majestatyczne domki jednorodzinne. coraz więcej Polaków się bogaci i to widać, szczególnie oglądając Polskę z lokalnego pociągu.. do tego wszechobecne, szmuglowane za bezcen od zachodniego sąsiada, samochody.. wysiadam na dworcu w Zbąszyniu i przyglądam się jego budowie -- ruina pamiętają jeszcze dobre czasy zaborów -- dla mnie to jednak woda na młyn mojego nowego spojrzenia na Polskę. pasjonuję się każdym, najmniej nawet istotnym detalem, cieszę się jak dziecko odnajdując rzeczy, z którymi nie mam do czynienia na Wyspie. wychodzę na drogę, jest ciepłe sobotnie popołudnie -- robię zdjęcia przyglądając się krajobrazowi. 3 lata temu odbierałem stąd Marasa, który dojeżdżał do nas pod namioty i również był to piękny czas.. jadąc stopem rozmawiam z miejscowymi o ich lokalnym spojrzeniu, problemach, nowej dyskotece 2 wioski dalej. podwożą mnie m.in. młody chłopak, który wcale nie chce opuszczać Polski, bo dobrze się tu czuje oraz starszy kierowca samochodów dostawczych gdzieś z centralnej Polski, któremu kumpel proponował pracę jako kierowca londyńskiego autobusu.. różne potrzeby, inne spojrzenia..
kolejną rzeczą (którą zresztą ostatnio często przeżywam) jest kontrast pomiędzy rozwiniętą Anglią, a polskim klimatem małomiasteczkowym. z lotniska w Londynie trafiam do polskiego pociągu podmiejskiego -- co prawda bardzo czystego, jednak wyprodukowanego dobrych 30 lat temu. płacę 13 zł za odcinek 75 km, natykam się na miejscowych wracających z pola, na kobiety w chustach z rowerami pod ręką i młode wypindrzone lafiryndy w różowych wdziankach spoglądające na mnie zaczepnie. czytając pachnący jeszcze drukiem Przegląd Sportowy mijam wielkopolskie osady, w których obok zrujnowanych gospodarstw wystrzeliwują majestatyczne domki jednorodzinne. coraz więcej Polaków się bogaci i to widać, szczególnie oglądając Polskę z lokalnego pociągu.. do tego wszechobecne, szmuglowane za bezcen od zachodniego sąsiada, samochody.. wysiadam na dworcu w Zbąszyniu i przyglądam się jego budowie -- ruina pamiętają jeszcze dobre czasy zaborów -- dla mnie to jednak woda na młyn mojego nowego spojrzenia na Polskę. pasjonuję się każdym, najmniej nawet istotnym detalem, cieszę się jak dziecko odnajdując rzeczy, z którymi nie mam do czynienia na Wyspie. wychodzę na drogę, jest ciepłe sobotnie popołudnie -- robię zdjęcia przyglądając się krajobrazowi. 3 lata temu odbierałem stąd Marasa, który dojeżdżał do nas pod namioty i również był to piękny czas.. jadąc stopem rozmawiam z miejscowymi o ich lokalnym spojrzeniu, problemach, nowej dyskotece 2 wioski dalej. podwożą mnie m.in. młody chłopak, który wcale nie chce opuszczać Polski, bo dobrze się tu czuje oraz starszy kierowca samochodów dostawczych gdzieś z centralnej Polski, któremu kumpel proponował pracę jako kierowca londyńskiego autobusu.. różne potrzeby, inne spojrzenia..
kategoria: podróże link bezpośredni
WWO -- każdy ponad każdym
29.07.2008; 00.23
kategoria: cudze link bezpośredni
żul angielski jaki jest każdy widzi..
26.07.2008; 00.23
dawno dawno temu naiwnie ubzdurałem sobie, że menelstwo jest domeną Polski i innych
krajów Europy Wschodniej. brnąc dalej w nieświadomej naiwności wizualizowałem sobie
Zachód, jako życiowy raj, gdzie alkoholizm może być problemem, ale ogranicza się do
rozdętego brzucha niemieckiego pięćdziesięciolatka, czy knajpowo-whiskey-owej posiadówie
w jakiejś zapadłej dziurze na północy Szkocji. jest wiele pozytywnego w kraju, w którym
pomieszkuję już od prawie dwóch lat, jednak problem bezrobotnych alkoholików nie jest tu
wcale mniejszy od tradycyjnego polskiego podwórka. ba, alkoholizm i narkomanizm w Anglii
przerasta wszelkie dopuszczalne granice. oczywiście nie generalizuję. dookoła mnie pełno
inteligentnych Brytoli -- większość uzdolniona, pomysłowa, twórcza. co prawda
zdecydowanie brakuje im empatii, ale generalnie mam o nich jak najbardziej pozytywne zdanie. tym razem
będzie jednak o tej głupszej i śmierdzącej części angielskiego społeczeństwa..
angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..
menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..
ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..
coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..
angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..
menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..
ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..
coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
Epitafe, czyli świeczki od byłego szefa..
24.07.2008; 18.02
David, Francuz, który zatrudnił mnie w mojej aktualnej firmie jakiś czas temu odszedł z pracy, aby, jak mówił,
zająć się swoimi sprawami, na które przez długi czas nie starczało mu czasu. dzisiaj pochwalił się swoimi
dokonaniami, które prezentuje na stronie www.epitafe.com. odkąd go poznałem
sprawiał wrażenie gotycko-zakręconego kolesia. Epitafe jest, jak mówi, wynikiem połączenia jego odwiecznych
pasji, czyli klimatów gotyckich i radości płynących z palącej się świeczki. gdy odchodził z pracy kupiliśmy mu nawet prawdziwą czaszkę bawołu. w Paryżu poznał ekscentrycznych artystów i tak zaczęła się jego zabawa.. 10 funtów za czachę to nie dużo, więc jak ktoś jest zainteresowany to mogę podrzucić do Polandii..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Monachium -- wrażenia ze stolicy Bawarii..
22.07.2008; 11.42
podczas wypadu na EURO udało mi się wyskoczyć na jeden dzień do sąsiednich Niemiec i zwiedzić Monachium, stolicę
Bawarii. mówi się, że do czasu, aż Berlin po długim okresie podziału nie odzyska dawnej świetności, to właśnie
Monachium przypada rola prawdziwej stolicy Niemiec.. miasto, jak na niemieckie warunki, rozwinęło się późno.
zostało założone w 1158 roku (czyli tylko 92 lata przed Gliwicami) przez Henryka Lwa i przez pewien czas
stanowiło osadę przyklasztorną, a początkowa nazwa Mönchen znaczy po prostu mnisi. W 1180 r. włości przeszły w
ręce dynastii Wittelsbachów, która panowała nieprzerwanie do 1918 r. miasto liczy obecnie 1,5 miliona mieszkańców
-- przyjmuje się, ze aż 20% stanowią obywatele innych państw. przez miasto przepływa rzeka Izara (niem. Isar),
która jest prawym dopływem Dunaju.
do Monachium bezpośrednio z Austrii można się dostać podmiejskim pociągiem. jeszcze w Austrii kupuję Bavaria Ticket i za jedyne 19 euro do końca dnia mogę podróżować po całym landzie. po niespełna 1,5 godz. z przesiadką w Rosenheim (gdzie przed laty bawiliśmy na wrześniowej imprezie piwnej) melduję się na Hauptbahnhof w Monachium. stojące na rozbudowanym dworcu pociągi co chwilę odchodzą do miast we Francji, Szwajcarii, Holandii, Czech i przede wszystkim Włoch. widać kibiców udających się do Klagenfurtu na mecz Niemców z Chorwacją. kieruję się w stronę starego miasta, którego centrum stanowi Marienplatz. Plac ów jest zarówno centrum socjalnym, gdzie młodzi monachijczycy spotykają się przy fontannie i centralnie ustawionej kolumnie Mariensäule, jak również centrum transportu, gdyż pod ziemią znajduje się główny węzeł metra U-Bahn. wszędzie dookoła wytyczono obszerną strefę ruchu pieszego -- jest dużo restauracji i podparasolowych miejsc serwujących piwo -- tradycyjny napój bawarski. eleganckie sklepy i galerie handlowe zapraszają swoim wystrojem, choć z drugiej strony rzeczywiście widać tu ogromny wpływ historii i kultury na miasto i jego mieszkańców. na własne oczy ujrzałem tradycyjnego Bawara, w skórzanych wyszywanych spodniach i kapeluszu z kitką -- takiego, jakiego można ujrzeć na większości bawarskich pocztówek. nie zwiedzałem zabytków, a jedynym kościołem, do którego wszedłem był XV-wieczny gotycki Frauenkirche. nieopodal znajduje się również sławna Stara Pinakoteka (Alte Pinakothek) prezentująca malarstwo światowe XIV-XVIII wieku. udałem się za to na ogromny miejski targ, w którym można było zobaczyć prawdziwą duszę miasta. stragany z wędlinami, rzeźbiarskie arcydzieła, zakątki pachnące mydłem, powidłami, kwiatami i alpejskim serem. do tego liczne restauracyjki pod gołym niebem, gdzie za 2-3 euro można skosztować lokalne wypieki. jem przysmażaną Bratwurst i obserwuję pamiętających drugą wojnę światową mieszkańców Monachium dyskutujących nad kuflami piwa..
ponownie wskakuję w metro i jadę do Parku Olimpijskiego. park zaprojektowano i wybudowano z okazji odbywających się tu w 1972 roku letnich Igrzysk Olimpijskich. oprócz mnóstwa zieleni, kilku stawów, mostków i tras rekreacyjnych sercem parku są obiekty sportowe. najważniejszym od zawsze był Stadion Olimpijski (Olympiastadion), na którym przez długie lata swoje mecze rozgrywały zespoły Bayernu i TSV 1860 Monachium. wejście na rzadko wykorzystywany obecnie stadion kosztuje 2.5 eura -- warto jednak pobyć sam na sam ze sportową historią, gdyż miejsce to nawet średnio-kumatemu Polakowi na zawsze będzie się kojarzyło z półfinałowym, rozgrywanym 'na wodzie' pojedynkiem Polaków z Niemcami. i wiecznym pytaniem reprezentacji: co by było gdyby..? obchodzę stadion i robię kilka ujęć. na szczęście, dla fotografii, wyszło słońce. na nieszczęście dla mnie, gdyż powietrze zostało szybko rozgrzane przez szklany dach i naprawdę nie wiem, jak podczas upałów wytrzymywali tu kibice.. wspinam się również na okoliczne wzgórze widokowe, skąd rozciąga się świetna panorama całego parku. jak na dłoni widać górującą nad tym miejscem Olympiaturm -- skonstruowaną w 1968 roku i liczącą 291 m wieżę służącą obecnie firmie Deutsch Telekom.. po zwiedzeniu parku udałem się metrem na drugą stronę miasta, aby na własne oczy zobaczyć futurystyczną Allianz Arenę. niesamowita konstrukcja, najnowsze standardy, podświetlenia i wszystkie inne bajery sprawiają, że stadion (obok londyńskiego nowego Wembley) uważany jest za najnowocześniejszy obiekt piłkarski na świecie.. nie dało się podejść w pobliże płyty, zwiedziłem jednak część wnętrza, w tym sklepy obu grających tu klubów..
co jeszcze można powiedzieć o Monachium? miasto rozwija się bardzo prężnie, co w głównej mierze jest zasługą ogromnych koncernów przemysłowych z BMW i Siemensem na czele. miasto jest dość liberalne, mówi się, że żyje tu aż 100 tys. gejów i lesbijek. dominującą imprezą jest oczywiście Octoberfest, której choć raz w życiu trzeba być świadkiem..
do Monachium bezpośrednio z Austrii można się dostać podmiejskim pociągiem. jeszcze w Austrii kupuję Bavaria Ticket i za jedyne 19 euro do końca dnia mogę podróżować po całym landzie. po niespełna 1,5 godz. z przesiadką w Rosenheim (gdzie przed laty bawiliśmy na wrześniowej imprezie piwnej) melduję się na Hauptbahnhof w Monachium. stojące na rozbudowanym dworcu pociągi co chwilę odchodzą do miast we Francji, Szwajcarii, Holandii, Czech i przede wszystkim Włoch. widać kibiców udających się do Klagenfurtu na mecz Niemców z Chorwacją. kieruję się w stronę starego miasta, którego centrum stanowi Marienplatz. Plac ów jest zarówno centrum socjalnym, gdzie młodzi monachijczycy spotykają się przy fontannie i centralnie ustawionej kolumnie Mariensäule, jak również centrum transportu, gdyż pod ziemią znajduje się główny węzeł metra U-Bahn. wszędzie dookoła wytyczono obszerną strefę ruchu pieszego -- jest dużo restauracji i podparasolowych miejsc serwujących piwo -- tradycyjny napój bawarski. eleganckie sklepy i galerie handlowe zapraszają swoim wystrojem, choć z drugiej strony rzeczywiście widać tu ogromny wpływ historii i kultury na miasto i jego mieszkańców. na własne oczy ujrzałem tradycyjnego Bawara, w skórzanych wyszywanych spodniach i kapeluszu z kitką -- takiego, jakiego można ujrzeć na większości bawarskich pocztówek. nie zwiedzałem zabytków, a jedynym kościołem, do którego wszedłem był XV-wieczny gotycki Frauenkirche. nieopodal znajduje się również sławna Stara Pinakoteka (Alte Pinakothek) prezentująca malarstwo światowe XIV-XVIII wieku. udałem się za to na ogromny miejski targ, w którym można było zobaczyć prawdziwą duszę miasta. stragany z wędlinami, rzeźbiarskie arcydzieła, zakątki pachnące mydłem, powidłami, kwiatami i alpejskim serem. do tego liczne restauracyjki pod gołym niebem, gdzie za 2-3 euro można skosztować lokalne wypieki. jem przysmażaną Bratwurst i obserwuję pamiętających drugą wojnę światową mieszkańców Monachium dyskutujących nad kuflami piwa..
ponownie wskakuję w metro i jadę do Parku Olimpijskiego. park zaprojektowano i wybudowano z okazji odbywających się tu w 1972 roku letnich Igrzysk Olimpijskich. oprócz mnóstwa zieleni, kilku stawów, mostków i tras rekreacyjnych sercem parku są obiekty sportowe. najważniejszym od zawsze był Stadion Olimpijski (Olympiastadion), na którym przez długie lata swoje mecze rozgrywały zespoły Bayernu i TSV 1860 Monachium. wejście na rzadko wykorzystywany obecnie stadion kosztuje 2.5 eura -- warto jednak pobyć sam na sam ze sportową historią, gdyż miejsce to nawet średnio-kumatemu Polakowi na zawsze będzie się kojarzyło z półfinałowym, rozgrywanym 'na wodzie' pojedynkiem Polaków z Niemcami. i wiecznym pytaniem reprezentacji: co by było gdyby..? obchodzę stadion i robię kilka ujęć. na szczęście, dla fotografii, wyszło słońce. na nieszczęście dla mnie, gdyż powietrze zostało szybko rozgrzane przez szklany dach i naprawdę nie wiem, jak podczas upałów wytrzymywali tu kibice.. wspinam się również na okoliczne wzgórze widokowe, skąd rozciąga się świetna panorama całego parku. jak na dłoni widać górującą nad tym miejscem Olympiaturm -- skonstruowaną w 1968 roku i liczącą 291 m wieżę służącą obecnie firmie Deutsch Telekom.. po zwiedzeniu parku udałem się metrem na drugą stronę miasta, aby na własne oczy zobaczyć futurystyczną Allianz Arenę. niesamowita konstrukcja, najnowsze standardy, podświetlenia i wszystkie inne bajery sprawiają, że stadion (obok londyńskiego nowego Wembley) uważany jest za najnowocześniejszy obiekt piłkarski na świecie.. nie dało się podejść w pobliże płyty, zwiedziłem jednak część wnętrza, w tym sklepy obu grających tu klubów..
co jeszcze można powiedzieć o Monachium? miasto rozwija się bardzo prężnie, co w głównej mierze jest zasługą ogromnych koncernów przemysłowych z BMW i Siemensem na czele. miasto jest dość liberalne, mówi się, że żyje tu aż 100 tys. gejów i lesbijek. dominującą imprezą jest oczywiście Octoberfest, której choć raz w życiu trzeba być świadkiem..
kategoria: podróże link bezpośredni
szlakiem South Downs do Lewes..
17.07.2007; 15.39
o szlaku South Downs pisałem już kilkakrotnie wcześniej. rozciągający się wzdłuż Kanału na długości prawie 150 km Park Krajobrazowy obejmuje powierzchnię 260 km2 z łącznymi ścieżkami ciągnącymi się przez ponad 3000km. obszar ten przed 60 milionami lat był dnem płytkiego morza -- dlatego wszystko składa się tu z białych nalotów kredowych powstałych z mikroskopijnych szkieletów morskiego planktonu. szlaki South Downs przyciągają turystów pieszych, rowerzystów, paralotniarzy, a nawet amatorów jazdy konnej. warto podkreślić, że ścieżki nie są wymysłem żyjących obecnie ludzi. jak mówi historia, pokrywają się one ze szlakami wytyczonymi tysiące lat temu, a liczne odkrycia archeologiczne udowadniają, że obszary te były zamieszkiwane już w czasach neolitycznych czy erze brązu. piękno otwartego i pofałdowanego krajobrazu rzeczywiście powala, obszar pozwala więc na chwilę oderwać się od życia miejskiego. oficjalna strona turystyki w Wielkiej Brytanii reklamuje region jako ucieczkę od wszystkiego -- 'to get away from it all'..
sobotniego ranka na trasie byliśmy już o 8 rano. z miasteczka Portslade ruszyliśmy w kierunku doliny Devil's Dyke -- byłem tam wielokrotnie, jednak dopiero David, kolega z Belgii, powiedział mi, że miejsce to w epoce żelaza było silnie strzeżonym fortem, a zarysy można jeszcze dzisiaj rozpoznać po wyraźnych pagórkach usypanych ręką ludzką. ruszyliśmy na wschód głównym szlakiem trasy -- łącznie tego dnia udało nam się pokonać całkiem fajny dystans 25 kilometrów.. padła nawet idea, aby wziąć niewielki urlop i spróbować w kilka dnia przejść całą trasę w hrabstwie Sussex, która rozciąga się przez ok 110km. największym urokiem tych obszarów są oczywiście zielone pagórki, jednak co chwilę mijamy porośnięte zbożem i makami pola uprawne. miejsce to jest rajem dla wielbicieli golfa, a szlak prowadzi
między innymi przez środek jednego z pól, należy więc uważać na śmigające nad głowami piłki.. poszczególne części trasy poprzecinane są szeregiem płotów oraz licznymi bramkami, prostymi do otwarcia dla ludzi, nie do pokonania przez licznie pasące się tu zwierzęta. jest coś fajnego w stadzie 200 baranów przez które przyszło się nam przeciskać, albo w ciekawych otaczającego je świata krowach. po prawej stronie w oddali błyszczą wody Kanału, a po lewej co jakiś czas mijamy niewielkie, wypełnione kamiennymi domkami, średniowieczne wioski. tego typu mieściny, np.
Clayton ze swoim ogromnym młynem nazwanym 'Jack and Jill', również mają swoją historię, szczególnie jeśli interesują nas historyczne wiejskie knajpy serwujące tradycyjne angielskie posiłki i lokalne piwa Ale. po jakimś czasie docieramy do wzgórza Ditchling Beacon (213 m npm), które od 1920 roku jest mekką miejscowych artystów. miejsce ciekawe przede wszystkim z powodu swojego kształtu geologicznego, wspaniałego widoku na pobliskie doliny oraz gęstej i różnorodnej w okresie letnim roślinności. fakt, że drukowane są foldery, budowane parkingi, oraz że przyjeżdżają tu spragnieni przestrzeni ludzi jest zasługą Towarzystwa Turystycznego, które, w przeciwieństwie do naszych rodzimych organizacji, dba o rozwój tego typu miejsc. idąc dalej na wschód mijamy dziesiątki usypanych przed tysiącami lat kurhanów.
kurhany przybierają kształt niewysokich okrągłych górek, są wyraźnie zaznaczone na mapach. wiele z nich nigdy nie było badanych przez archeologów. z drugiej jednak strony w wielu widać wgłębienia -- podobno w średniowieczu i niedalekiej
przeszłości kurhany były bardzo często plądrowane w poszukiwaniu skarbów dawnych cywilizacji.. przez kolejne kilometry krajobraz się nie zmienia -- wciąż te same zielone pola z pasącymi się zwierzętami i rozdzielające je żywopłoty. co jakiś czas drogowskaz wskazujący poszczególne szlaki lub okoliczne miasteczka. docieramy do Lewes, o którym szerzej pisałem w tej notce z 20 lutego 2007 roku. przechodzimy przez pole, na którym w 1264 roku odbyła się sławna w regionie Bitwa pod Lewes, w której z siłami francuskiego króla Henryka III starła się zbuntowana (również normańska) frakcja baronów.. Lewes jest pięknym średniowiecznym miasteczkiem, jednak czując w nogach zrobione kilometry, od razu wybraliśmy się w kierunku miejscowego browaru Harveys, aby w lokalnej tawernie cieszyć się smakiem miejscowego ciemnego piwa. przez dłuższy czas cieszyliśmy się prężąc nasze zmęczone ciała na słońcu nad brzegiem rzeki Ouse, a niektórzy (czyt. nasz kolega David) nawet usnęli.. do Brighton wróciliśmy autobusem..kategoria: podróże link bezpośredni
desperat w biurze
1.07.2007; 11.01
niezła akcja w NCsofcie. do działu Customer Service od kilku dni wydzwaniał kolo, któremu nasi chłopacy zmienili login w grze. nazwa jego postaci w City of Heroes była niedozwolona, więc musiała ulec zmianie. koleś się z tym jednak nie pogodził i nie dawał za wygraną dzwoniąc na losowo wybrane numery w firmie, atakując ludzi często nie mających o sprawie pojęcia. po kilku dniach w akcie desperacji pojawił się w biurze. elegancko ubrany, młody mężczyzna zarządał rozmowy z CEO naszej firmy. dyrektor był niedostępny, a desperat odmówił wyjścia z biura. dzwoniono po policję, choć podobno nie mieli na wyposażeniu wozów bojowych. po kilku godzinach sprawę załatwiła (również efektownie ubrana) ochrona i z użyciem siły wyprowadziła skrępowanego nastolatka. na intranetowym forum od razu rozgorzała dyskusja, a sprawę określono jako 'najbardziej ekscytującą w historii firmy'. pojawiła się nawet ankieta, w której można było się opowiedzieć o poziomie ekscytacji niecodziennym wydarzeniem:
How exciting is this?
More exciting than the late night explosion
About as exciting as the flood
Just as exciting as payday is normally
As exciting as when Paul used to get drunk in the pub
zdecydowanie prowadzi opcja z nocnym wybuchem, choć ja głosowałem na Paula, bo wygląd natrzepanego dyrektora finansów byłby nie lada wydarzeniem.. ;) całość udało się nagrać ukrytą kamerą, więc mamy dowód wtargnięcia zdesperowanego gracza i fizycznego ataku na dobro firmy. z uwagi na dobro śledztwa filmiku nie ma (i raczej nie będzie) na youtubie..
How exciting is this?
More exciting than the late night explosion
About as exciting as the flood
Just as exciting as payday is normally
As exciting as when Paul used to get drunk in the pub
zdecydowanie prowadzi opcja z nocnym wybuchem, choć ja głosowałem na Paula, bo wygląd natrzepanego dyrektora finansów byłby nie lada wydarzeniem.. ;) całość udało się nagrać ukrytą kamerą, więc mamy dowód wtargnięcia zdesperowanego gracza i fizycznego ataku na dobro firmy. z uwagi na dobro śledztwa filmiku nie ma (i raczej nie będzie) na youtubie..
kategoria: humor link bezpośredni
viva espanha!
30.06.2007; 16.18
miałem dobry poranek. wiatr przez otwarte okno, słońce, podstawiona winda na dole w budynku. niewielu porannych meneli na trawniku pod kościołem, zero dumnych garniturowców z American Express po drodze. wchodzę uśmiechnięty, a na mój widok Nick, Niemiec ze Stuttgartu, wcale bez uśmiechu: 'so whaaaaat?!'.. i mnie sprowadził na ziemię. a mój uśmiech wcale nie wynikał z porażki zachodnich sąsiadów w ostatnim, najważniejszym z meczów. w meczu pięknej i bestii. nie, choć osobiście cieszę się, że tytuł trafił do rąk bajecznych Hiszpanów. po tylu latach coś im się od życia należy.. a Alvaro, jeden z naszych hiszpańskich colleagues ma dzisiaj swoje 5 minut. dumny, czerwono-żółto-czerwony kibic z Walencji wychodzi przed szereg i wznosi okrzyki ku czci swoich bogów.. nawet cotygodniowe firmowe spotkanie poniedziałkowe rozpoczęło się od słów naszego CEO: gratulujemy Hiszpanii..
a meczu nie widziałem. nie widziałem FINAŁU Mistrzostw Europy. wyjątkowo aktywny był to weekend, a wczoraj zaliczyliśmy wyjątkowo aktywny wypad fotograficzny. klify i różne temperatury barwowe słońca oraz grill na łące pod lasem. istna sielanka, gdzie na zielonej trawie wśród śpiewu ptaków można było usnąć i zapomnieć o galopującym do przodu świecie.. szczegóły wkrótce na fotoblogu..
a meczu nie widziałem. nie widziałem FINAŁU Mistrzostw Europy. wyjątkowo aktywny był to weekend, a wczoraj zaliczyliśmy wyjątkowo aktywny wypad fotograficzny. klify i różne temperatury barwowe słońca oraz grill na łące pod lasem. istna sielanka, gdzie na zielonej trawie wśród śpiewu ptaków można było usnąć i zapomnieć o galopującym do przodu świecie.. szczegóły wkrótce na fotoblogu..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Tyrol i Kitzbühel..
18.06.2007; 18.09
czas odpocząć od piłki. w przerwach między Euro wybraliśmy się na kilka alpejskich wycieczek. wysokie góry dookoła i ten sam codzienny rytuał: otwieram jedno oko wczesnym rankiem i patrzę na niebo. jeśli niebiesko dookoła to zrywam się w pośpiechu, budzę blondynkę i zaczynam parzyć kawę. jeśli, co znacznie częściej, pochmurno, brzydko, szaro i wilgotno to daję sobie jeszcze parę godzin snu.. Kufstein leży w północnej części austriackiego Tyrolu, rzut beretem od granicy z Niemcami. granica jest o tyle fajna, że w ogóle nieoznakowana. idąc/jadąc mija się takie same zielone przestrzenie i podobne wioski, więc (mówię zupełnie poważnie) przypadkiem można obudzić się w innym kraju i potem mieć wyrzuty sumienia, że coś nas ominęło.. położone na wysokości 499m npm miasto otaczają dwa łańcuchy górskie: Wilden Kaiser i Zahmen Kaiser, które wspólnie tworzą pasmo Kaisergebirge. kierujemy się na Pyramidenspitze (1998 m) i choć przeszkadza nam burza, docieramy do kilku ciekawych miejsc. góry obfitują tu w klasyczną alpejską zabudowę -- bielone domki o spadzistych dachach w znacznej części składają się z drewna, a ogromne balkony przystrajane są kwiatami. w wielu z nich znajdują się gospody serwujące tradycyjne tyrolskie jedzenie. to, co zaskoczyło mnie 2 lata temu to fakt, że Austriacy nie używają powitań w stylu 'dzień dobry' czy 'cześć', a w zamian korzystają z utartych 'grüß dir' (bądź pozdrowiony) lub, częściej, 'grüß Gott' (niech będzie pochwalony). kościoły rzadko zapełniają się tu ludźmi, ale religijność obyczajowa widoczna jest na każdym kroku -- psalmy wypisywane na murach, ściany przyozdabiane malowidłami, krzyże wiszące w gospodach. zresztą same kościółki i kapliczki są formą wyrażania tradycji i bardzo często można je spotkać na górskich szlakach.. na największą jednak uwagę zasługują sami ludzie. najczęściej w wieku emerytalnym, ubrani w drogi markowe ciuchy, z kijkami w rękach maszerują szlakami górskimi. mają tak wyrobioną kondycję, że byliśmy mijani w zawrotnym tempie i aż nam było głupawo. ponadto w momencie w którym my na górę wchodziliśmy (rano), wielu z nich już ze szczytu schodziło! wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni i pozdrawiający się dookoła. kilkakrotnie wcześniej widywałem podobnych podróżników w samolotach na różnych lotniskach Europy i zawsze z dużą dozą pewności można powiedzieć, że pochodzą z Tyrolu lub Bawarii..
***
innym razem uderzamy do miasteczka Kitzbühel, które leży ok 40 km na południe od Kufstein w Alpach Kitzbühelskich (Kitzbüheler Alpen). miasto jest znanym w świecie kurortem narciarskim dookoła którego znajduje się 230 (!) wyciągów narciarskich, a co roku na pobliskim szczycie Hahnenkamm odbywają się zawody pucharu świata w narciarstwie alpejskim. miejscowi szczycą się faktem posiadania najbardziej stromej oraz najtrudniejszej trasy zjazdowej FIS na świecie. samo centrum Kitzbühel niczym oryginalnym nie zaskakuje, chyba że wywindowanymi do przesady cenami. owszem, jest tu pięknie i czysto, a kamieniczki mienią się wszystkimi kolorami tęczy. co ciekawe, największą grupą klientów są tu .. Rosjanie, bo tylko ich stać na miejscowe wydatki. nawet Niemcy, którzy mają tu bardzo blisko są w znaczącej mniejszości. na hotelach powiewają biało-niebiesko-czerwone flagi, gdyż wielu Rosjan wybrało sobie to miejsce jako bazę na czas mistrzostw.. niestety nie udaje nam się wjechać na pobliskie góry -- szkoda, choć pogoda i tak była do bani, a w fotografii światło jest podstawą. a bez możliwości robienia fotek to po co tam wjeżdżać? ;)
***
innym razem uderzamy do miasteczka Kitzbühel, które leży ok 40 km na południe od Kufstein w Alpach Kitzbühelskich (Kitzbüheler Alpen). miasto jest znanym w świecie kurortem narciarskim dookoła którego znajduje się 230 (!) wyciągów narciarskich, a co roku na pobliskim szczycie Hahnenkamm odbywają się zawody pucharu świata w narciarstwie alpejskim. miejscowi szczycą się faktem posiadania najbardziej stromej oraz najtrudniejszej trasy zjazdowej FIS na świecie. samo centrum Kitzbühel niczym oryginalnym nie zaskakuje, chyba że wywindowanymi do przesady cenami. owszem, jest tu pięknie i czysto, a kamieniczki mienią się wszystkimi kolorami tęczy. co ciekawe, największą grupą klientów są tu .. Rosjanie, bo tylko ich stać na miejscowe wydatki. nawet Niemcy, którzy mają tu bardzo blisko są w znaczącej mniejszości. na hotelach powiewają biało-niebiesko-czerwone flagi, gdyż wielu Rosjan wybrało sobie to miejsce jako bazę na czas mistrzostw.. niestety nie udaje nam się wjechać na pobliskie góry -- szkoda, choć pogoda i tak była do bani, a w fotografii światło jest podstawą. a bez możliwości robienia fotek to po co tam wjeżdżać? ;)
kategoria: podróże link bezpośredni
euro, euro i po euro..
16.06.2007; 15.45
euro, euro i po euro. przynajmniej dla Polaków, bo szanse na awans z grupy są iście iluzoryczne. przez tydzień
udało nam się odwiedzić Innsbruck, Kufstein, Klagenfurt, Kitzbühel i Salzburg. oprócz tego w czwartek wybrałem
się na samotną podróż do Monachium -- tak więc również Niemcy, w których bywałem wielokrotnie wcześniej, będę
mógł oficjalnie wrzucić do mapy moich podróży.. Euro nie rozczarowało (no może z wyjątkiem postawy
Biało-Czerwonych, co powoli staje się normą), choć nie mogę powiedzieć, żeby miasta austriackie były jakoś
szczególnie przygotowane czy wystrojone. oni od dawna mają całą infrastrukturę (stadiony, drogi, hotele,
restauracje), więc budować nie ma ani gdzie, ani po co. często można było spotkać niezakończone budowy,
prowizoryczne rozwiązania, walający się dookoła gruz. oczywiście dopisali kibice i był to dla mnie najfajniejszy
aspekt Euro. wielotysięczne grupy kolorowych kibiców, zabawa na maksa, śpiewy, tańce, malowanie twarzy. raj dla
fotografa.. no ale po kolei:
Innsbruck
w Innsbrucku meldujemy się w sobotę, czyli w dzień otwarcia mistrzostw. pogoda deszczowa, ale dookoła czuć atmosferę święta. rozmawiam z taksówkarzem, dlaczego wśród dziesięciu flag na swoim samochodzie nie ma Polski? on odpowiada, że bardzo chciał, ale flagi Polski za nic w świecie nie można dostać w austriackich sklepach. ma za to dwie flagi włoskie, bo jego dziewczyna jest Włoszką.. mówi, że prawdziwy ruch zacznie się dopiero jutro -- na pobliskim lotnisku ląduje bowiem 70 samolotów, a do tego przyjedzie kilkadziesiąt specjalnych pociągów. udajemy się na stadion -- wszystko pozamykane, ochroniarze pilnują i nie pozwalają nawet zbliżać się do trybun (prowizorycznych, bo stadion po Euro będzie w połowie rozebrany -- Tirol nie potrzebuje tak dużego stadionu), otwarte jest wyłącznie centrum dziennikarskich akredytacji. następnie uderzamy na stare miasto -- Altstadt wypełniony jest, co zapamiętałem sprzed dwóch lat, pięknymi kolorowymi kamienicami i fontanny. panuje klimat górskiego uzdrowiska. nawet chmury wiszące nad pobliskimi wzgórzami takie same. spotykam dwóch Polaków z Opola, którzy wybrali sobie to miasto jako bazę noclegową, bo jak mówią: 'sprawdziliśmy kto gdzie gra. i wybraliśmy Innsbruck, bo wiesz, Greczynki, Szwedki.. mhmm, będzie w czym wybierać..' spotykamy pierwszych Niemców chuliganów, a także hiszpańskich przebierańców. panuje sielanka, a miasto pewnie eksplodowało dopiero podczas pierwszego meczu Hiszpanii z Rosją..
Klagenfurt
nasze święto! bić Niemca, bo jeśli nie teraz to kiedy? cóż, opcja 'kiedy' zwyciężyła i nadal musimy żyć marzeniami. Klagenfurt to 90-tysięczne miasteczko w Karyntii, a w tym dniu liczyło prawie 200 tyś luda. dobrze rozwiązano transport -- park&ride zlokalizowane były już na autostradach i drogach dojazdowych, tak więc ruch uliczny w mieście wcale nie był duży. po drodze na parkingach spotykamy setki samochodów z powywieszanymi flagami, panuje przyjazna atmosfera. siły polskie i niemieckie były wyrównane, choć obiektywnie rzecz biorąc, Niemcy byli przed meczem bardziej rozbawionym narodem. z niewielkich scen leciało ich lokalne szlagiery, lało się piwo, tańczono na ulicznych stołach. w knajpach i ogródkach piwnych ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce.. pogoda w kratkę -- na chwilę wyszło słońce, a potem trzeba się było chować przed deszczem. wśród kibiców obydwu reprezentacji spotkać można było zarówno bardzo młodych, jak i starszych kibiców. wiek, płeć i inne takie już od dawna nie mają znaczenia, bawią się całe rodziny. na zmianę z różnych ulic słychać tradycyjne 'Polskaaa! Biało-Czerwoni' i 'Super Deutschland, oleeee'.. władze miasta przygotowały dwie strefy kibicowskie: mniejszą na 7 tys. głów w samym centrum, druga, na 21 tys. poza miastem. wbijamy się na główny plac i na telebimach oglądamy pierwszy mecz Austriaków z Chorwatami. miejscowi także wzięli sobie do serca sprawy kibicowskie i jest ich tu naprawdę sporo. mimo że Polacy są za nimi, Chorwacja wygrywa. Polacy zajmują centralne miejsce w Fan Zone, a dookoła, jakby nas otaczając, stoją Niemcy. sam mecz to huśtawka nastrojów, a nasza dobra gra nic nie daje i tracimy dwie bramki. po drugiej dla Niemców w naszą stronę lecą plastikowe kubki po piwach, a po chwili rozpoczyna się starcie bezpośrednie. sprawę w rewelacyjnym tempie normuje niemiecka policja, która wjechała w fanów z .. pięściami. i to w naszych fanów, choć zadymę wywołali niemieccy naziści. podobno znacznie ostrzej było w drugiej Fan Zone, gdzie aresztowano ponad 100 osób. w nocy podłamani wracamy do Kufstein, gdzie meldujemy się po 3 nad ranem.
Salzburg
lot powrotny miałem o 22, ale do Salzburga wybrałem się już o 10 rano, bo liczyłem na dobrą zabawę przed meczem Rosjan z Grekami. i nie zawiodłem się: grupkę Rosjan z Moskwy poznałem już na dworcu i razem z nimi spędziłem cały dzień oczekując na ich pojedynek. super przyjaźnie nastawieni, a do tego otwarci, jak prawdziwi Słowianie. w pociągu jedna wielka impreza -- leje się alkohol, trwają dyskusje, co chwilę ktoś intonuje rosyjskie pieśni pochwalne. mi osobiście najbardziej podoba się powtarzane na zmianę przez różne grupy fanów 'Wpierdiooood Rasiiiija!'. zwiedzamy miasto (a raczej ja im pokazuję Salzburg, bo byłem tu całkiem niedawno), pijemy piwo, jemy obfity obiad. w restauracji na zmianę wykrzykiwane są piosenki rosyjskie i greckie. Rosjanie wielokrotnie pytają się o Polskę, o ludzi, o braci Kaczyńskich. prędzej czy później musieliśmy zejść na tematy polityczne, no więc rozmawiamy o Putinie, rosyjskiej demokracji i ich kłopotach z mniejszymi republikami. poza Rosjanami miasto pęka w szwach od Greków -- świetnie bawiący się kibice przywieźli ze sobą trąby, bębny, ogromne flagi. śpiewają świetnie brzmiące pieśni, cały rynek należy do nich. właśnie dla takiej atmosfery warto pojawić się w dniu meczu na Mistrzostwach. później oglądam w Strefie Kibicowskiej pojedynek Hiszpanii ze Szwedami (których również wielu tego dnia spotkałem), a na lotnisku pierwszą połowę meczu Rosji. cieszę się, że strzelili bramkę i wygrali cały mecz, bo dla takich kibiców warto grać. mimo że nie miałem biletów obejrzałem na żywo kawałek meczu Euro: stadion Red Bull Salzburg na którym rozgrywany był pojedynek znajduje się bardzo blisko lotniska, więc startując samolotem linii RyanAir na małej wysokości przelecieliśmy nad stadionem. wrażenie nie do opisania: jasność, zielona murawa, zawodnicy i flesze aparatów fotograficznych ;) była 60 minuta meczu..
Innsbruck
w Innsbrucku meldujemy się w sobotę, czyli w dzień otwarcia mistrzostw. pogoda deszczowa, ale dookoła czuć atmosferę święta. rozmawiam z taksówkarzem, dlaczego wśród dziesięciu flag na swoim samochodzie nie ma Polski? on odpowiada, że bardzo chciał, ale flagi Polski za nic w świecie nie można dostać w austriackich sklepach. ma za to dwie flagi włoskie, bo jego dziewczyna jest Włoszką.. mówi, że prawdziwy ruch zacznie się dopiero jutro -- na pobliskim lotnisku ląduje bowiem 70 samolotów, a do tego przyjedzie kilkadziesiąt specjalnych pociągów. udajemy się na stadion -- wszystko pozamykane, ochroniarze pilnują i nie pozwalają nawet zbliżać się do trybun (prowizorycznych, bo stadion po Euro będzie w połowie rozebrany -- Tirol nie potrzebuje tak dużego stadionu), otwarte jest wyłącznie centrum dziennikarskich akredytacji. następnie uderzamy na stare miasto -- Altstadt wypełniony jest, co zapamiętałem sprzed dwóch lat, pięknymi kolorowymi kamienicami i fontanny. panuje klimat górskiego uzdrowiska. nawet chmury wiszące nad pobliskimi wzgórzami takie same. spotykam dwóch Polaków z Opola, którzy wybrali sobie to miasto jako bazę noclegową, bo jak mówią: 'sprawdziliśmy kto gdzie gra. i wybraliśmy Innsbruck, bo wiesz, Greczynki, Szwedki.. mhmm, będzie w czym wybierać..' spotykamy pierwszych Niemców chuliganów, a także hiszpańskich przebierańców. panuje sielanka, a miasto pewnie eksplodowało dopiero podczas pierwszego meczu Hiszpanii z Rosją..
Klagenfurt
nasze święto! bić Niemca, bo jeśli nie teraz to kiedy? cóż, opcja 'kiedy' zwyciężyła i nadal musimy żyć marzeniami. Klagenfurt to 90-tysięczne miasteczko w Karyntii, a w tym dniu liczyło prawie 200 tyś luda. dobrze rozwiązano transport -- park&ride zlokalizowane były już na autostradach i drogach dojazdowych, tak więc ruch uliczny w mieście wcale nie był duży. po drodze na parkingach spotykamy setki samochodów z powywieszanymi flagami, panuje przyjazna atmosfera. siły polskie i niemieckie były wyrównane, choć obiektywnie rzecz biorąc, Niemcy byli przed meczem bardziej rozbawionym narodem. z niewielkich scen leciało ich lokalne szlagiery, lało się piwo, tańczono na ulicznych stołach. w knajpach i ogródkach piwnych ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce.. pogoda w kratkę -- na chwilę wyszło słońce, a potem trzeba się było chować przed deszczem. wśród kibiców obydwu reprezentacji spotkać można było zarówno bardzo młodych, jak i starszych kibiców. wiek, płeć i inne takie już od dawna nie mają znaczenia, bawią się całe rodziny. na zmianę z różnych ulic słychać tradycyjne 'Polskaaa! Biało-Czerwoni' i 'Super Deutschland, oleeee'.. władze miasta przygotowały dwie strefy kibicowskie: mniejszą na 7 tys. głów w samym centrum, druga, na 21 tys. poza miastem. wbijamy się na główny plac i na telebimach oglądamy pierwszy mecz Austriaków z Chorwatami. miejscowi także wzięli sobie do serca sprawy kibicowskie i jest ich tu naprawdę sporo. mimo że Polacy są za nimi, Chorwacja wygrywa. Polacy zajmują centralne miejsce w Fan Zone, a dookoła, jakby nas otaczając, stoją Niemcy. sam mecz to huśtawka nastrojów, a nasza dobra gra nic nie daje i tracimy dwie bramki. po drugiej dla Niemców w naszą stronę lecą plastikowe kubki po piwach, a po chwili rozpoczyna się starcie bezpośrednie. sprawę w rewelacyjnym tempie normuje niemiecka policja, która wjechała w fanów z .. pięściami. i to w naszych fanów, choć zadymę wywołali niemieccy naziści. podobno znacznie ostrzej było w drugiej Fan Zone, gdzie aresztowano ponad 100 osób. w nocy podłamani wracamy do Kufstein, gdzie meldujemy się po 3 nad ranem.
Salzburg
lot powrotny miałem o 22, ale do Salzburga wybrałem się już o 10 rano, bo liczyłem na dobrą zabawę przed meczem Rosjan z Grekami. i nie zawiodłem się: grupkę Rosjan z Moskwy poznałem już na dworcu i razem z nimi spędziłem cały dzień oczekując na ich pojedynek. super przyjaźnie nastawieni, a do tego otwarci, jak prawdziwi Słowianie. w pociągu jedna wielka impreza -- leje się alkohol, trwają dyskusje, co chwilę ktoś intonuje rosyjskie pieśni pochwalne. mi osobiście najbardziej podoba się powtarzane na zmianę przez różne grupy fanów 'Wpierdiooood Rasiiiija!'. zwiedzamy miasto (a raczej ja im pokazuję Salzburg, bo byłem tu całkiem niedawno), pijemy piwo, jemy obfity obiad. w restauracji na zmianę wykrzykiwane są piosenki rosyjskie i greckie. Rosjanie wielokrotnie pytają się o Polskę, o ludzi, o braci Kaczyńskich. prędzej czy później musieliśmy zejść na tematy polityczne, no więc rozmawiamy o Putinie, rosyjskiej demokracji i ich kłopotach z mniejszymi republikami. poza Rosjanami miasto pęka w szwach od Greków -- świetnie bawiący się kibice przywieźli ze sobą trąby, bębny, ogromne flagi. śpiewają świetnie brzmiące pieśni, cały rynek należy do nich. właśnie dla takiej atmosfery warto pojawić się w dniu meczu na Mistrzostwach. później oglądam w Strefie Kibicowskiej pojedynek Hiszpanii ze Szwedami (których również wielu tego dnia spotkałem), a na lotnisku pierwszą połowę meczu Rosji. cieszę się, że strzelili bramkę i wygrali cały mecz, bo dla takich kibiców warto grać. mimo że nie miałem biletów obejrzałem na żywo kawałek meczu Euro: stadion Red Bull Salzburg na którym rozgrywany był pojedynek znajduje się bardzo blisko lotniska, więc startując samolotem linii RyanAir na małej wysokości przelecieliśmy nad stadionem. wrażenie nie do opisania: jasność, zielona murawa, zawodnicy i flesze aparatów fotograficznych ;) była 60 minuta meczu..
kategoria: podróże link bezpośredni
ostatnie chwile przed EURO!
6.06.2007; 14.26
od jutra pełnym blaskiem rozbłyśnie Euro 2008! historyczna impreza z Biało-Czerwonymi, klasyczne święto, piłkarska uczta. i nie tylko dla futbolowych fanatyków: mistrzostwa to czas narodowego patriotyzmu, okres zainteresowania się piłką całego narodu. słuchane w radiu relacje naszych komentatorów, wywieszane za oknem flagi, radość po zwycięstwie i smutek po porażce. już jutro rano lecimy do Innsbrucka i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wczorajsza kontuzja Błaszczykowskiego, naszego key playera. smutna to wielce wiadomość, choć niektórzy piszą o jakimś konflikcie w kadrze, ale to rzecz niepotwierdzona.. atmosfera EURO udziela się wszystkim: w prasie i w internecie ciągłe dyskusje, Polsat nadaje na okrągło spod hotelu naszych reprezentantów.. Leo przeprasza za chorą okładkę w chorym SE, a co ja mam powiedzieć moim kolegom Niemcom? że mi przykro, szkoda? zresztą oni są nieco bardziej ogarnięci i zdają sobie sprawę, że wojna pomiędzy brukowcami (Bild vs SE) rozgrywa się tylko w głowach przekupnych redaktorów -- przecież właścicielem obu wielce poczytnych pism jest ten sam wydawca. o szansach poszczególnych drużyn rozmawiamy w naszej firmie każdego dnia. Hiszpanie są wyjątkowo sceptyczni i twierdzą, że znowu odpadną w ćwierćfinale. Niemcy wyjątkowo zgodni i wszyscy typują 1-0 w pierwszym meczu z Polską. Francuzi wierzą w Makelele i Riberiego, a jedyny Szwed w NCsofcie planuje przebrać się za szwedzkiego kucharza.. co innego Angole -- jadę sobie z jednym rano w windzie i wywiązał się klasyczny dialog o pogodzie:
- how are you Tomash?
- fine thanks, go to Austria tomorrow..
- Austria? what for?
- for the Euro!
- for whaaaat?
właściwie to wcale mnie to nie dziwi. ich ignorancja (wiem, generalizuję) zamyka się we fryzurze królowej Elżbiety i bulwarowym piśmie Sun, w którym na jeden (!) dzień przed Mistrzostwami pisze się o krykiecie i zwycięstwie ich reprezentacji na Trynidadem i Tobago kilka dni temu..
a Mistrzostwa, czy to Mundial czy Euro, to rzecz święta. pierwsze, jakie pamiętam to Italia '90 -- wspaniałe intro z niepowtarzalnym hymnem imprezy: (nie to co teraz)
Argentyńczy Claudio Caniggia, rewelacyjny Kamerun i horror rzutów karnych w półfinale. a nade wszystko łzy Diego Maradony po przegranym finale. wszystko rozpoczęło się w '90 roku, a każde kolejne mistrzostwa moją pasję potęgowały. zasiadałem przed telewizorem w dzień otwarcia mistrzostw i odchodziłem od niego po zakończeniu finału. nie straszne mi były mecze potencjalnie bez znaczenia lub te z udziałem Boliwii czy Arabii Saudyjskiej. pochłaniałem każde zagranie, każdy wywiad i każdą wzmiankę w wiadomościach. a po meczach szliśmy z kolegami na boisko ćwiczyć zauważone w tv sztuczki. właściwie to sami również mieliśmy własne mistrzostwa -- na kartkach rozpisywaliśmy tabele, wyniki, strzelców. i kopaliśmy do upadłego.. potem była Szwecja 1992, następnie USA 1994 i Anglia 1996 -- wszystkie imprezy bez udziału biało-czerwonych Orłów. występy na 2 ostatnich MŚ pozostają zauważone w świecie, jednak wyniki jakie uzyskiwaliśmy również poszły w świat. może dlatego analiza szans w naszej grupie na stronach Guardiana nie daje nam również teraz większych szans na sukces. mało tego, redaktorzyna angielska skazuje nas na ostatnie miejsce w grupie!! Niemcy mają być pierwsze (mają również wygrać całe mistrzostwa), a Chorwacja druga. Guardian zauważa korupcję w naszym kraju, ale i dostrzega jaśniejsze punkty Polaków: blondwłosą Katarzynę -- żonę Artura Boruca. do tego dorzuca pozytywne info o naszych fanach -- 15000 w Brukseli na meczu z Belgią i 7000 w Lizbonie. jako największą gwiazdę przedstawia się tu Smolarka, a największym talentem ma błysnąć Błaszczykowski. tzn miał. ciekawe czy po kontuzji Kuby redaktorzyna angielska zmieni pogląd i uplasuje nas, powiedzmy, na 5 miejscu w grupie?
no nic, zbieram się i postaram się w poniedziałek wrzucić pierwsze zdjęcia z Klagenfurtu..
- how are you Tomash?
- fine thanks, go to Austria tomorrow..
- Austria? what for?
- for the Euro!
- for whaaaat?
właściwie to wcale mnie to nie dziwi. ich ignorancja (wiem, generalizuję) zamyka się we fryzurze królowej Elżbiety i bulwarowym piśmie Sun, w którym na jeden (!) dzień przed Mistrzostwami pisze się o krykiecie i zwycięstwie ich reprezentacji na Trynidadem i Tobago kilka dni temu..
a Mistrzostwa, czy to Mundial czy Euro, to rzecz święta. pierwsze, jakie pamiętam to Italia '90 -- wspaniałe intro z niepowtarzalnym hymnem imprezy: (nie to co teraz)
Argentyńczy Claudio Caniggia, rewelacyjny Kamerun i horror rzutów karnych w półfinale. a nade wszystko łzy Diego Maradony po przegranym finale. wszystko rozpoczęło się w '90 roku, a każde kolejne mistrzostwa moją pasję potęgowały. zasiadałem przed telewizorem w dzień otwarcia mistrzostw i odchodziłem od niego po zakończeniu finału. nie straszne mi były mecze potencjalnie bez znaczenia lub te z udziałem Boliwii czy Arabii Saudyjskiej. pochłaniałem każde zagranie, każdy wywiad i każdą wzmiankę w wiadomościach. a po meczach szliśmy z kolegami na boisko ćwiczyć zauważone w tv sztuczki. właściwie to sami również mieliśmy własne mistrzostwa -- na kartkach rozpisywaliśmy tabele, wyniki, strzelców. i kopaliśmy do upadłego.. potem była Szwecja 1992, następnie USA 1994 i Anglia 1996 -- wszystkie imprezy bez udziału biało-czerwonych Orłów. występy na 2 ostatnich MŚ pozostają zauważone w świecie, jednak wyniki jakie uzyskiwaliśmy również poszły w świat. może dlatego analiza szans w naszej grupie na stronach Guardiana nie daje nam również teraz większych szans na sukces. mało tego, redaktorzyna angielska skazuje nas na ostatnie miejsce w grupie!! Niemcy mają być pierwsze (mają również wygrać całe mistrzostwa), a Chorwacja druga. Guardian zauważa korupcję w naszym kraju, ale i dostrzega jaśniejsze punkty Polaków: blondwłosą Katarzynę -- żonę Artura Boruca. do tego dorzuca pozytywne info o naszych fanach -- 15000 w Brukseli na meczu z Belgią i 7000 w Lizbonie. jako największą gwiazdę przedstawia się tu Smolarka, a największym talentem ma błysnąć Błaszczykowski. tzn miał. ciekawe czy po kontuzji Kuby redaktorzyna angielska zmieni pogląd i uplasuje nas, powiedzmy, na 5 miejscu w grupie?
no nic, zbieram się i postaram się w poniedziałek wrzucić pierwsze zdjęcia z Klagenfurtu..
kategoria: pasje link bezpośredni
Edynburg..
04.05.2007; 18.26
Edynburg przywitał nas chłodem i ciężkimi ołowianymi chmurami. jak się miało później okazać, był to jedyny moment, kiedy w Szkocji widzieliśmy chmury. zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy już o 8 rano wjeżdżając na górujące nad Edi wzgórze Calton Hill. jest to jedno z siedmiu wzgórz w pobliżu Edynburga, a z uwagi na swoje centralne położenie, jest wymarzonym miejscem do obserwacji miasta, fotografii i .. publicznego seksu. na Calton Hill znajduje się kilka ważnych pomników oraz budynek szkockiego rządu, jednak kto miałby do tego wszystkiego głowę o 8 nad ranem po całonocnej jeździe autobusem? w każdym razie widoki ciekawe, choć wietrznie było i Agacie blond fryzurę na cały dzień popsuło. szczególne wrażenie sprawia ujście rzeki Forth do Morza Północnego -- końcowe kilometry rzeki i szerokie połączenie z morzem tworzy tu swoistą zatokę, a oficjalna nazwa brzmi Firth of Forth. przyjemny widok jaki sprawia panorama okolic potęgowany jest przez żółtą roślinę szczelnie porastającą okoliczne wzgórza. ów rośliną okazuje się kolcolist zwany po szkockiemu gorse. ta kolczasta paskuda jest niezły przeciwnikiem, jak nam potem powiedziała przewodniczka w szkockiej spódnicy. zaczyna to to rosnąć na małym skrawku terenu, a po chwili zaczyna się rozprzestrzeniać. korzenie ma głębokie i podobno jest prawdziwą zmorą i plagą szkockich ogrodników. nie wiem co na to ogrodnicy, ale mi się bardzo podoba..
zwiedzanie centrum Edynburga rozpoczynamy od reprezentatywnej ulicy zwanej Royal Mile. jest to główny trakt starego miasta, który jak nazwa wskazuje ciągnie się około mili, by kończyć się wejściem do zamku. sam zamek znajduje się na potężnym wzgórzu (jak zwykle, zresztą kto buduje zamek w dolinie?)o nazwie Castle Rock. siłą rzeczy Royal Mile powoli pnie się do góry. po obu stronach brukowanej ulicy liczne sklepy, kafejki i małe restauracje. ofkors jak wszędzie mamy tu McD czy Subwaya, jednak są też miejsca tradycyjne, gdzie goszczą nieśmiertelną rybą z frytkami. idąc w kierunku zamku mijamy kilka miejscowych perełek, jak maleńki wymalowany niebieską farbą posterunek policji, czy anachroniczne sklepy z pamiątkami. w jednym z nich dokonuję zakupu figurki kobziarza, nasłuchuję się celtyckich rytmów, jestem szczęśliwy i mogę wracać do domu.. do domu jednak daleka droga więc udajemy się na zamek. na zamku tłoczno i gwarno więc dzwonię do Kuby i umawiamy się na spotkanie. właściwie to Kuba ma na imię Mariusz, a poznaliśmy się w Stanach kila lat temu. równy z niego chłop i nawet kiedyś razem planowaliśmy wypad do Edynburga (o tutaj tego dowód). mi się wówczas nie udało, ale Kuba rozgościł się w Szkocji i teraz jest to już jego miasto -- nawet Kazika zaprosił, aby Kult grał Polakom na emigracji. z Kubą przechadzamy się wzdłuż niesamowicie zielonych i pięknych terenów parku Princes Street Gardens. ogrody zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie i jestem pewien, że dla mieszkańców dużego przecież Edynburga są gwarancją wypoczynku. ludzie leżą tu na trawie we wszystkich możliwych kierunkach, dookoła biegają dzieciaki, mijający ludzie mówią nawet po polskiemu. od dawna wiadomo, że naszych rodaków jest tu od groma, ale ciekawą rzeczą jest fakt, że strona parku w wikipedii oprócz j. angielskiego istnieje wyłącznie po polsku :) po drodze można zobaczyć nietypowy pomnik poświęcony Sir Walterowi Scottowi, a więcej rzeczy nie pamiętam, bo byłem niezmiernie głodny..
ogólne wrażenia jak najbardziej pozytywne. miasto jest czyste, dookoła widać uśmiechniętych ludzi (kto by pomyślał, tak daleko na północy, na skraju cywilizacji.. :), mnóstwo ludzi biega i jeździ na rowerach. zresztą jogging był pierwszą rzeczą, jaką tutaj zobaczyliśmy. rozespanych z samego rana zaskoczyli nas miejscowi biegający pod górkę i z górki okolicznych wzgórz. respect. tradycyjnie w UK życiem towarzyskim królują puby, a dorzucając do tego liczne uniwersytety (chyba ze cztery, wraz z najstarszym w Szkocji University of Edinburgh założonym w 1583 roku) ze wszystkimi rozbawionymi studenciakami (coś jak ul. Pszczyńska w Gliwicach przy Politechnice, hehe) otrzymujemy całkiem fajne miejsce do życia. Kuba jest zadowolony i ja myślę, że też byłbym, gdyby losy potoczyły się inaczej..
zwiedzanie centrum Edynburga rozpoczynamy od reprezentatywnej ulicy zwanej Royal Mile. jest to główny trakt starego miasta, który jak nazwa wskazuje ciągnie się około mili, by kończyć się wejściem do zamku. sam zamek znajduje się na potężnym wzgórzu (jak zwykle, zresztą kto buduje zamek w dolinie?)o nazwie Castle Rock. siłą rzeczy Royal Mile powoli pnie się do góry. po obu stronach brukowanej ulicy liczne sklepy, kafejki i małe restauracje. ofkors jak wszędzie mamy tu McD czy Subwaya, jednak są też miejsca tradycyjne, gdzie goszczą nieśmiertelną rybą z frytkami. idąc w kierunku zamku mijamy kilka miejscowych perełek, jak maleńki wymalowany niebieską farbą posterunek policji, czy anachroniczne sklepy z pamiątkami. w jednym z nich dokonuję zakupu figurki kobziarza, nasłuchuję się celtyckich rytmów, jestem szczęśliwy i mogę wracać do domu.. do domu jednak daleka droga więc udajemy się na zamek. na zamku tłoczno i gwarno więc dzwonię do Kuby i umawiamy się na spotkanie. właściwie to Kuba ma na imię Mariusz, a poznaliśmy się w Stanach kila lat temu. równy z niego chłop i nawet kiedyś razem planowaliśmy wypad do Edynburga (o tutaj tego dowód). mi się wówczas nie udało, ale Kuba rozgościł się w Szkocji i teraz jest to już jego miasto -- nawet Kazika zaprosił, aby Kult grał Polakom na emigracji. z Kubą przechadzamy się wzdłuż niesamowicie zielonych i pięknych terenów parku Princes Street Gardens. ogrody zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie i jestem pewien, że dla mieszkańców dużego przecież Edynburga są gwarancją wypoczynku. ludzie leżą tu na trawie we wszystkich możliwych kierunkach, dookoła biegają dzieciaki, mijający ludzie mówią nawet po polskiemu. od dawna wiadomo, że naszych rodaków jest tu od groma, ale ciekawą rzeczą jest fakt, że strona parku w wikipedii oprócz j. angielskiego istnieje wyłącznie po polsku :) po drodze można zobaczyć nietypowy pomnik poświęcony Sir Walterowi Scottowi, a więcej rzeczy nie pamiętam, bo byłem niezmiernie głodny..
ogólne wrażenia jak najbardziej pozytywne. miasto jest czyste, dookoła widać uśmiechniętych ludzi (kto by pomyślał, tak daleko na północy, na skraju cywilizacji.. :), mnóstwo ludzi biega i jeździ na rowerach. zresztą jogging był pierwszą rzeczą, jaką tutaj zobaczyliśmy. rozespanych z samego rana zaskoczyli nas miejscowi biegający pod górkę i z górki okolicznych wzgórz. respect. tradycyjnie w UK życiem towarzyskim królują puby, a dorzucając do tego liczne uniwersytety (chyba ze cztery, wraz z najstarszym w Szkocji University of Edinburgh założonym w 1583 roku) ze wszystkimi rozbawionymi studenciakami (coś jak ul. Pszczyńska w Gliwicach przy Politechnice, hehe) otrzymujemy całkiem fajne miejsce do życia. Kuba jest zadowolony i ja myślę, że też byłbym, gdyby losy potoczyły się inaczej..
kategoria: podróże link bezpośredni
atmosfera przed EURO..
02.05.2007; 15.36
wycieczki, podróże i wrażenie dookoła. wypadałoby wreszcie coś konstruktywnego napisać, przelać na ekran kłębiące
się w głowie emocje, usystematyzować nowe lądy i napotkanych po drodze ludzi. ale jak to zrobić, kiedy pełna
uwaga, moje całe zaangażowanie, kręci się już tylko wokół zbliżających się Mistrzostw. EURO2008 startuje w
sobotę, my również w sobotę lecimy do Innsbrucka, by w niedzielę z rana mknąć z biało-czerwonych koszulkach do
Klagenfurtu. za rozbiory, za Westerplatte chciałoby się powiedzieć. wreszcie dogonić, podjąć walkę i pokonać
Niemca! czy mamy lepszą drużynę niż 2 lata temu? może minimalnie tak. mamy jednak najlepszego na świecie coacha
-- Don Leo, w którego wierzy 75% naszego społeczeństwa, a który potrafi to, czego nie potrafili Engelowie,
Janasowie i wcześniejsi Bońkowie. przecież nasi kopacze nie zrobili aż tak dużego postępu, przecież całość leży
tylko i wyłącznie w ich głowach. i potrzeba kogoś, kto wie, jak to coś wydobyć. kto dotrze do głów średniej
jakości grajków, kto wpoi im wiarę i zarazi optymizmem. potrzeba kolesia, który nie przejmuje się krytyką
niemieckich brukowców, nie komentuje uwag spoconego Janka i jest poza wszelkimi układami topornego PeZetPeeNu.
prasa od tygodni buduje atmosferę, a my, na 6 dni przed startem mistrzostw możemy tylko domniemywać, co też tam
pod kopułą Leo się kryje. To, że zagra Artur w bramce, a Bąk z Żewłakowem w środku obrony było wiadome od dawna.
wiemy również, że niepodważalne są pozycję Krzynówka i Lewandowskiego w środku pola, podobnie jak Ebiego z
przodu. Kuba Błaszczykowski również nie musiałby się martwić, no ale przejechali go rywale i chłopak wraca do
zdrowia. Maciek 'Magic' Żurawski podobno przeżywa drugą młodość, mamy walczaka Wasilewskiego i młodego
Wawrzyniaka, który prawdopodobnie zagra na lewej obronie z Niemcami. mamy Dudkę na defensywnej i Wojtka
Łobodzińskiego na prawej pomocy. mamy w końcu napadziora Zahorskiego z Górnika, który na EURO pojedzie z Michałem
Pazdanem, który jednocześnie będzie najmłodszym członkiem naszej ekipy..
o składzie, taktyce i przygotowaniach napisano już wiele. czy uda nam się wreszcie zagrać na miarę swoich umiejętności? czy Leo dokona cudu? czy dziesiątki tysięcy biało-czerwonych fanów w Austrii i miliony przed telewizorami wreszcie będzie mogło być dumnych z naszych Orłów? przekonamy się już niedługo. ja jak zwykle jestem optymistą, wierzę w ten zespół i czystą ideę rywalizacji. moje mistrzostwa, rozgrywane w grze PES2008 na Playstation3 w biurze NCsoftu, rozgrywają się już od tygodnia -- Polska ma się dobrze i już po dwóch meczach zagwarantowała sobie prawo gry w ćwierćfinale: pokonałem Niemców 1-0 po pięknej bramce Maćka Żurawskiego z 24 metrów, a w drugim meczu pozbawiłem złudzeń Chorwatów wygrywając 2-1. każdy z 16 startujących ziomali z firmy wybrała inny zespół, więc duch rywalizacji jest ogromny, każdemu zależy na jak najlepszym wyniku. Polska w ćwierćfinale zagra z Portugalią (którą gra Eric z Gujany Francuskiej) i szczerze mówiąc, będziemy mieli małe szanse, bo Eric to wymiatacz i na 10 spotkań zwykle przegrywam 7.. ale dopóki piłka.. eee pad w grze, wszystko jest możliwe..
dodałem szkocki fotoblog, wkrótce update Szkocji w dziale podróże i pokaz slajdów z picasy..
o składzie, taktyce i przygotowaniach napisano już wiele. czy uda nam się wreszcie zagrać na miarę swoich umiejętności? czy Leo dokona cudu? czy dziesiątki tysięcy biało-czerwonych fanów w Austrii i miliony przed telewizorami wreszcie będzie mogło być dumnych z naszych Orłów? przekonamy się już niedługo. ja jak zwykle jestem optymistą, wierzę w ten zespół i czystą ideę rywalizacji. moje mistrzostwa, rozgrywane w grze PES2008 na Playstation3 w biurze NCsoftu, rozgrywają się już od tygodnia -- Polska ma się dobrze i już po dwóch meczach zagwarantowała sobie prawo gry w ćwierćfinale: pokonałem Niemców 1-0 po pięknej bramce Maćka Żurawskiego z 24 metrów, a w drugim meczu pozbawiłem złudzeń Chorwatów wygrywając 2-1. każdy z 16 startujących ziomali z firmy wybrała inny zespół, więc duch rywalizacji jest ogromny, każdemu zależy na jak najlepszym wyniku. Polska w ćwierćfinale zagra z Portugalią (którą gra Eric z Gujany Francuskiej) i szczerze mówiąc, będziemy mieli małe szanse, bo Eric to wymiatacz i na 10 spotkań zwykle przegrywam 7.. ale dopóki piłka.. eee pad w grze, wszystko jest możliwe..
dodałem szkocki fotoblog, wkrótce update Szkocji w dziale podróże i pokaz slajdów z picasy..
kategoria: pasje link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: przed Wielką Wyprawą...
02.06.2004; 00.44
wyruszam za Wielką Wodę... wyruszam ciekawy, otwarty i zdeterminowany. mam nadzieję poznać kulturę potomków Lincolna, tą znaną dotąd tylko z filmów kreatywną rasę największego na świecie imperium..
do zobaczenia w okolicach późnego pażdziernika.. fotki i słowa przedstawią mój punkt widzenia :)
w ramach odprężenia proszę o emalie na tomxxINusa@yahoo.com
do zobaczenia w okolicach późnego pażdziernika.. fotki i słowa przedstawią mój punkt widzenia :)
w ramach odprężenia proszę o emalie na tomxxINusa@yahoo.com
kategoria: podróże link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 245.