kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze











Baile Atha Cliath, czyli Dublin. stolica Zielonej Wyspy, w mocnym irlandzkim akcencie
wymawiana jako doblin. raz na jakiś czas zdarza się nam odbyć tego typu wesołą wycieczkę. wesołą, bo kompletnie
nieprzygotowaną, bez planu, listy zabytków i mapy. ot tak, polecieć, wypić piwo i przez chwilę na luźno popatrzeć na
miejscowych..
zamieszkaliśmy w jednej z nowoczesnych dzielnic położonych u ujścia rzeki Liffey. ta
nowoczesność, szerzej znana w świecie (i to nie dzięki spotom wyborczym PO) jako 'irlandzki cud gospodardczy' może
budzić podziw. w ciągu 15 lat Irlandia przekształciła się z jednego z
najbiedniejszych krajów w Europie w jeden z najbogatszych. oczywiście nie chcę powiedzieć, że
szkło i metal całkowicie opanowały Dublin. istnieje wiele takich miejsc, w których nowoczesny hotel styka się z
zaniedbanym budynkiem przemysłowym, które swoje lata świetności przeżywał w okolicach wojny. to chyba najbardziej
spodobało mi się w tym mieście -- taka różnorodność, chłód nowoczesnej architektury i ciepło ceglanych, wymalowanych
wiele lat temu farbą budynków..
ścisłe centrum to ulica O'Connell. tu już full Londyn, wpizdu ludzi, sklepy i piętrowe autobusy. a na środku, pomiędzy
dwoma ruchliwymi pasami spire of Dublin -- 120 metrowy modernistyczny monument, przez miejscową Polonię
nazywany
Szpilą. warto jednak zejść z głównej ulicy i zagłębić się w prostopadle odchodzące alejki. to, co od razu rzuca
się w oczy to oczywiście puby. niesamowite, bajecznie kolorowe, z mottem przewodnim dumnie wymalowanym u góry. Howl
at the Moon, Break for the Border, The Auld Dubliner, the Temple Bar i setki innych irish
pubs. Guiness smakuje podobnie jak w Brighton, choć być może jest coś nie tak z moim podniebieniem.. agata mówi, że
puby irlandzkie są jakoś bardziej friendly..
podobnie zresztą jak sami Irlandczycy. fotki sobie nie można
spokojnie zrobić -- przechodzą, krzyczą, rzucają się na
szyje i obejmują. rude twarze młodych, wychowanych na Guinessie, ludzi. i fajnie, bliżej im do nas niż Angolom. są
jakieś minusy? oczywiście, pogoda. niby czerwiec, a tu 12 stopni i wiatr taki, że głowę chce urwać. podobno tak jest tam
zawsze. Peter, koledza Czech, mówił mi dzisiaj, że jak u nas (w brighton) pada, to u nich też pada. a jak u nas świeci,
to u nich też pada. coś jak w Szkocji, mniej więcej. no i ceny. to skandal, żeby kanapka w supermarkecie kosztowała 5
euro, a piwo w knajpie 5.80. z torbami można pójść po samym weekendzie.
ach i jeszcze jeden element, o którym nie wiedziałem. to ich język, zwany iryjskim (Gaeilge). obok angielskiego
jest urzędowym językiem Zielonej Wyspy. brzmi niesamowicie, mitologicznie, celtycko. nie jest podobny do żadnego języka,
z którym wcześniej się zetknąłem, przypomina bardziej język elfów z prozy mistrza Sapkowskiego.. wiele dzisiejszych nazw
pochodzi właśnie z tego języka, np. Belfast to Béal Feirste –- zatoka piaszczystych brzegów, a Cork to
Corcaigh, czyli bagno. język irlandzki jest nauczany w szkołach, a w samym Dublinie można go spotkać na
wszystkich ważniejszych tablicach, ogłoszeniach, przystankach autobusowych.. od 1 stycznia 2007 roku język irlandzki
jest także jednym z 23 oficjalnych języków Unii Europejskiej..
a dopiero po powrocie, na spokojnie doczytując szczegóły wychodzi, że Dublin jest aż kipi od zabytków z epoki średniowiecznej i georgiańskiej. że stąd pochodzi U2 i James Joyce, że będąc w Dublinie nie sposób nie zwiedzić Muzeum Guinessa, Katedry Św. Patryka i Dublinii. ale to już temat na kolejny i zdecydowanie dłuższy pobyt w Irlandii.
dobra, nawijam o białoruskich zwyczajach, a przecież nie opowiedziałem jeszcze najważniejszego, czyli po co tam właściwie
pojechaliśmy. otóż głównym celem naszego wyjazdu było odszukanie korzeni rodzinnych i wszelkich innych informacji o
ludziach noszących nazwisko Ankudowicz. mój ojciec urodził się na dzisiejszych terenach północno-wschodniej Białorusi,
które przed samym wybuchem II wojny światowej należały do Polski. i choć dojechać tam było równie ciężko co kupić
używaną trumnę, misja zakończyła się sukcesem. posłuchajcie..
przed samym wyjazdem nie wiedzieliśmy za dużo. tereny, których szukaliśmy znajdują się w okręgu witebskim, a większymi
miejscowościami, wśród których mieliśmy kluczyć miały być miasta Hlybokaye (biał. Глыбокае, pol: Głębokie) oraz
Varapayeva (biał. ВОРОПАЕВО, pol: Voropajewo). znaliśmy oczywiście samo miejsce urodzenia mojego taty, czyli
Malkowicze oraz miasteczko, w którym uczęszczał do szkoły, czyli Duniłowicze. na szczęście los zetknął nas z panią Felicją,
która również urodziła się i wychowała w Malkowiczach. Felicja i siostra mojego taty, Maria (moja ciocia) były najlepszymi
przyjaciółkami, dodatkowo Felicja mimo swoich prawie dziewięćdziesięciu lat dysponuje wspaniałą pamięcią. to właśnie ona
była nieocenionym źródłem naszych informacji podczas tej emocjonalnej wędrówki w czasie..
zaczęliśmy od Duniłowicz odwiedzając lokalną parafię i miejscowy urząd gminy w poszukiwaniu informacji zapisanych w
składowanych tu przez lata księgach. dużo się tu nie dowiedzieliśmy, bo księgi albo wywieziono do większych miast, albo bezpowrotnie, głównie podczas wojny, utracono. przychylny urzędnik odnalazł jednak dla nas adres kuzynki mojego taty, widzianej ostatnio przed 60-laty. piaskowo-szutrową drogą jedziemy więc w kierunku Malkowicz. po drodze, zupełnie przypadkowo, zatrzymujemy się w lokalnym sklepie (opisanym w poprzednich notkach) oraz nawiązujemy kontakt z miejscowym chłopem, który w czasie wojny chował przed Rosjanami ojca p. Felicji. droga przeradza się w sam piasek, którym jedziemy przez kolejne 10 km i w końcu docieramy do miejscowego cmentarza, na którym do dnia dzisiejszego chowa się mieszkańców kilku okolicznych wiosek. udaje nam się odszukać nagrobek babci mojego taty (mojej prababci), która zmarła w 1958 roku, w 3 miesiące po wyjeździe do Polski mojego taty. obok, prawdopodobnie, znajduje się grób ojca mojego taty, czyli mojego dziadka. prawdopodobnie, gdyż nie ma nagrobka ani żadnych dokumentów, które mogą to potwierdzić. dookoła znajdują się groby ponad 30 innych osób noszących nazwisko Ankudowicz, z ogromną większością
nie jesteśmy jednak spokrewnieni, o czym za chwilę. cały cmentarz został przeze mnie solidnie sfotografowany i łącznie z
nagrobkami i ich opisami będzie częścią mojej nowej witryny genealogicznej (adres wkrótce).
później błądzimy w lesie przez ponad godzinę, aż ciężko w to uwierzyć, ale nawet Felicja nie mogła trafić do samych Malkowicz. w końcu, po wielokrotnym błądzeniu w lasach i zakręcaniu na pobliskim polu buraczanym, udaje nam się ta sztuka i wjeżdżamy do rodzinnej wioski mojego taty. właściwie
nie do samych zabudowań, bo na wysokich koleinach urywamy przedni zderzak, a potem przez ponad godzinę walczymy z wyciągnięciem z tego marazmu samego auta. Malkowicze liczyły kiedyś ponad 200 mieszkańców i takim zapamiętał je mój tata. dzisiaj, w 2009 roku, mieszka tu już zaledwie 9 osób, wszyscy w wieku powyżej 65 lat. był to dla nas pierwszy, ale od razy powalający na kolana szok. chodzimy między kilkoma zamieszkanymi jeszcze chatami i witamy się z mieszkańcami, którzy w większości również nazywają się Ankudowicz. tata poznaje się ze swoimi znajomymi z dzieciństwa, których nie widział przez pełne 60 lat. ciekną łzy, jest sentymentalnie, ale widać szczęście na ich twarzach. w końcu dochodzimy do miejsca, w którym mieszkała moja rodzina. chaty już nie ma, zburzono ją kilkanaście lat temu, a wszystkim co z niej zostało jest niewielka górka porośnięta trawą. robię tacie pamiątkowe zdjęcie, przypominające jedyną zachowaną fotografię z tamtych czasów, na której mój tata w obecności swojego ojca, mamy i babci stoi przed swoim domem. zdjęcie pochodzi z 1944 roku..
wchodzimy do domu Benka, jednego z kolegów mojego taty, z którym razem chodzili na wiejskie zabawy. na stole od razu pojawia się jedzenie i wódka i zaczynają się emocjonalne opowieści. tworzą się legendy, a dawno minione czasy ponownie stają im przed oczyma. jest niesamowicie! Benek i jego żona również nazywają się Ankudowicz, jednak nie jesteśmy jedną rodziną. cała komplikacja polega na tym, że w Malkowiczach mieszkały 3 niespokrewnione ze sobą rodziny Ankudowicz: mojego taty, Felicji oraz Benka. każda z nich miała oczywiście wielu potomków, którzy przez lata porozjeżdżali się po świecie, umarli, bądź wciąż żyją w tej wiosce. żona Benka, również wyposażona we wspaniałe 4gb pamięci ram szybkiego dostępu, opowiedziała o historii mojego rodu. otóż rodzicami mojego dziadka Mieczysława byli Modest Ankudowicz (zmarł ok 1935 roku, miał ok 65-70) lat i Anna,
której nagrobek odnaleźliśmy na cmentarzu. w momencie kiedy pozostałe rodziny Ankudowicz przybyły do Malkowicz, Modest już tu mieszkał, co sugeruje, że jesteśmy najstarszą rodziną zamieszkującą to miejsce. pozostałe rodziny wywodzą się z leżącej nieopodal wioski Ankudy. w tej wiosce również mieszkali Ankudowicze, choć początek drugiej gałęzi w Malkowiczach wziął się z prostego faktu tworzenia nazwisk w XVIII wieku. osoba poślubiająca kobietę tworzyła nowe nazwisko wywodząc je z wioski, z której pochodziła. czyli koleś przybyły z Ankud tworzył nowe nazwisko Ankudowicz i zamieszkiwał we wiosce żony. Katarzyna Ankudowicz, polska gwiazda wśród aktorek, pochodzi właśnie z rodu Benka, u którego w chacie siedzieliśmy pijąc czystą białoruską wódkę. oh, dużo trzeba by pisać, więc zabieram się czym prędzej za moją witrynę genealogiczną, gdzie postaram się zebrać wszelkie wartościowe informacje o nazwisku Ankudowicz..
i rzecz ostatnia. mieszkańcy Malkowicz doskonalne zdają sobie sprawę, że ich wioska umiera. wraz z ostatnim mieszkańcem miejsce to zarośnie trawą i najnormalniej w świecie zniknie z powierzchni ziemi. myślę, że nasz przyjazd, w 2009 roku, był jedną z ostatnich szans na ujrzenie wioski w jako takim stanie..
wjeżdżamy do miejscowości Hlybokaye (biał. Глыбокае, po naszemu: Głębokie), a z kamiennego podwyższenia wita nas
potężny MIG 21 z demobilu. i oto pierwsza ciekawostka -- lokalna, pamiętająca lepsze czasy stacja benzynowa firmy LukOil
oferuje przedział benzyn od 92 to 98, z tym że najpierw podaje się tu liczbę litrów i oczywiście za nią płaci, a potem można
wlewać. zastanawiam się podejrzliwie, co będzie, jeśli zapłacę za więcej, a do baku wejdzie mi mniej. na to odpowiada
uczynna pani w zakratowanym okienku, że przecież każdy wie, jak duży ma bak. wychodzi mi więc na to, że nikt tu nie leje do
pełna, bo do pełna ciężko trafić. łatwiej przecież 10 razy w miesiącu podjechać tankując .. 10 litrów za każdym razem.. a
potem wymieniamy pieniądze: na Białorusi bankomaty są jeszcze rzadkością, w mieście zdarza się, że jest tylko jeden. jeden
jest również kantor, w którym najchętniej biorą dolary -- kilka, podobno, zużytych banknotów nie chcą jednak przyjąć..
samo miasto nie ujmuje. socjalistyczna zabudowa, ogromne blokowisko, kilka większych wytwórni przemysłowych, bardzo
złe drogi. z pewnością na uwagę zasługują dwie potężne świątynie: katolicki Kościół św. Trójcy z 1628 roku i prawosławna
Cerkiew p.w. Narodzenia NMP. weszliśmy do tej drugiej podczas ortodoksyjnego nabożeństwa i wpatrzeni w nietypowe
zachowanie kleru pozostaliśmy przez jakiś czas. odwiedziliśmy lokalny cmentarz, gdzie szczególne miejsce zajmują nagrobki
poległych tu polskich żołnierzy w czasie I wojny światowej. co ciekawe w sklepach, szczególnie odzieżowych, przeważają
towary polskie. polskie metki, polskie ceny do których sprzedawcy doliczają najczęściej 15-20% marży. raz w tygodniu jeździe
się stąd do Grodna lub na Ukrainę i przywozi cały van polskich dupereli. tylko ceny wysokie w porównaniu do lokalnych
zarobków.. o miastach nie będę się rozpisywał, bo szkoda czasu -- podobno lepiej i ładniej mieszka się tylko w Mińsku, gdzie
Łukaszenko tworzy drugą Moskwę. nie wiem, nie byłem..
białoruska wieś ma w sobie jednak dużo więcej kolorytu, a to głównie za sprawą drewnianych, malowanych na przedziwne
pastelowe kolory chat. nie ma tu zasady, że malujemy swój drewniany dom w określonych barwach (jak np w Skandynawii),
albo w kolorach podobnych do sąsiada obok. nie, tutaj każdy maluje jak mu się podoba, a żeby było śmieszniej, najczęściej w
innym kolorze niż płot, słupek, okno, czy bramka. jest więc radośnie i bardzo oczojebnie. oprócz tego jest czysto. może i kraj
ten jest niedoinwestowany, ale brudu tutaj nie ma. obowiązują tzw. subotniki, czyli ogólnonarodowe (albo
ogólnowiejskie) sobotnie czyny społeczne, podczas których każdy porządkuje swoją okolicę w myśl hasła: 'oczyśćmy
Białoruś!' ludzie gromadzą się tłumnie, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie zwalnianie się z tego obowiązku. Białoruś jest
nietypowa -- z jednej strony biedne drewniane chaty wypełnione stalowymi piecami i naściennymi dywanami, z drugiej,
murowane domy ze stałym połączeniem internetowym. z jednej zachodnie auta, z drugiej zgarbione kobiety w kolorowych
chustach. wystawne kościoły i facet na chudym koniu. przeszłość i teraźniejszość dzieją się równocześnie -- nowe nadchodzi,
ale stare wciąż trwa w najlepsze..
w większości miejsc, które odwiedzamy, w oczy rzucają nam się pomniki. anonimowi przedstawiciele ludu pracującego czy
też bohaterscy i prawi żołnierze Armii Czerwonej nie zniknęli w pomroce dziejów. właściwie to nikt nie odwołuje się tu do
królów sprzed tysiąca lat, jak jest w sąsiedniej Litwie, gdzie co krok trzynastowieczny Giedymin spogląda na nas z dumą
wypolerowanego mosiądzu. na Białorusi zastępują go radziecki żołnierz, Lenin i czerwona gwiazda. szczególnie wyjątkowo
prezentują się ci dzielni radzieccy żołnierze, do których najczęściej lgną młode dziewczynki, dziękując za wszystko polnymi
kwiatami. zdarza się, że pomniki są całkowicie pokryte kolorową farbą i otoczone łańcuchem i zadbanymi trawnikami..
zatrzymujemy się w jakiejś zapadłej dziurze w pobliżu miasteczka Duniłowicze (biał. Дунілавічы). wchodzimy do wiejskiego
sklepu i moim oczom ukazuje się widok wręcz niekonwencjonalny. ogromne błękitne pomieszczenie z piecem kaflowym i
kilka rzędów półek zawalonych towarami spożywczymi. stara zardzewiałą waga i nie mniej wysłużona sklepikarka z niezwykle
czerwoną twarzą. chleby, dżemy, konserwy, piwa i soki. a obok 3 pary skarpetek, pięć zeszytów i dwa wiadra. skrzynka jaboli
i kredki świecowe. kobieta liczy na liczydle: strzelają przesuwane
drewniane klocki i już mamy cenę finalną: 11 250
białoruskich rubli.. niesamowite, powrót do lat powojennych. wychodzę z 'magazynu' i robię fotki ludziom siedzącym przed
swoją chatą. brudni, nieogoleni, w starych codziennych łachmanach. to ojciec z synem, którego nos przestawiano kilkakrotnie
na wiejskich zabawach, a za chwilę zjawia się żona oraz drugi syn. rozmawiamy ponad pół godziny, tłumaczymy cel naszej
wizyty, chętnie pozują do zdjęć. są radośni i mimo zaledwie kilku (srebrnych) zębów prawdziwie uśmiechnięci. nie chcą nas
puścić, zapraszają na obiad, młodszy syn już poleciał po ziemniaki. i gdy byłem pewny, że nic już nie może mnie zaskoczyć,
młodszy, uwalony jak świnia syn, wyciąga nagle Nokię i zaczyna do kogoś dzwonić..
później odwiedzamy jeszcze Woropajewo (biał. Варапаева) i inne mniejsze miejscowości (w tym Paryż, osadę nazwaną tak przez Napoleona podczas jego marszu na Moskwę, nawet stoi tu miniaturka wieży Eiffela), jednak po pewnym czasie wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość. żadnych zmian w krajobrazie czy zabudowie. wszędzie ten sam rodzaj biednego, ale szczęśliwego człowieka. i tylko Bogdan, mój daleki kuzyn z uśmiechem mówi, że do szczęśliwości to mu w tym kraju daleko: 'lepiej być niezadowolonym człowiekiem, niż zadowoloną świnią' podsumowuje. Bogdan był w Afganistanie w 1988 roku podczas pierwszej wojny z Talibami, dostał nawet pęk medali, a dzisiaj opowiada sprośne kawały o białoruskiej władzy..
zapraszam do białoruskiego fotobloga.
Białoruś, dziwny kraj -- chciałoby się powiedzieć po powrocie z tygodniowej wycieczki parafrazując słowa skeczu Zdradliwa
Geografia kabaretu Ayoy. choć geograficznie nam bliska, odcięła się od Polski i reszty zachodniej Europy ciężkim do
przeskoczenia murem politycznym, kulturalnym i wizowym. Białoruś to kraj cudu. w państwie postradzieckim, w państwie
kierowanym silną ręką pseudo dyktatora, w państwie dużego zacofania, braku inwestycji, drewnianych chat i szutrowych dróg
płaci się za wszystko dolarami. kwoty za mieszkanie, samochód, czy nawet łapówkę podawane są w walucie amerykańskiej. i
choć ludziom żyje się tu niespecjalnie, choć zarobki i emerytury są znacznie poniżej poziomu polskiego, a ceny dóbr
przewyższają te po naszej stronie, ludzie są tu szczęśliwi. mimo walących się chat, azbestowych blokowisk, depresyjnie długiej
zimy i braku większej szansy na wzbogacenie się ludzie wciąż są szczęśliwi. właściwie nie spotkałem jeszcze państwa, w
którym mieszkańcy byliby tak pogodni, tak gościnni i tak uśmiechnięci jak Białorusini. to fenomen, istny kraj cudu..
zaczęło się od niewielkiego przejścia granicznego w okolicach Wilna. 10-sekundowe pokazanie paszportów strażnikom
litewskim i żmudne, męczące półgodzinne manewry po stronie białoruskiej. obywatel wysiądzie, pokaże paszport,
ubezpieczenie, prawo jazdy. pokaże dowód, kartę wjazdu, wypełni dokument tu i tu i tu. zapłaci 3 dolary za to, pójdzie do
pani w okienku, podjedzie do szlabanu. wysiądzie i otworzy bagażnik. a co wiezie, dokąd jedzie, czemu i na jak długo. kogo
zna, kiedy wraca i właściwie po co chce tu wjechać.. dobrze, że tata z wszystkimi od razu się zaprzyjaźnia, bo procedura
mogłaby trwać w nieskończoność..
po drugiej stronie muru na równiny spadła ciemność. o 20-stej jedziemy już przez czystą czarną pustkę mijając nieznane zarysy
pejzażu, pola i lasy. mijamy niewielkie wioski, wszędzie ciemno, wydaje się jakby kraj zamarł. nigdzie nie można dostrzec
nawet pojedynczej sylwetki, nikogo nie można zapytać o drogę, czasami w oddali widać tylko ciemne okna samotnych chat. i
w tym najbardziej archaicznym regionie jakim było mi dane prowadzić samochód, pośrodku 50-cio kilometrowej pustki
zatrzymuje mnie milicjant. prędkość przekroczona o 32 km, znak ograniczenia podobno był wcześniej, 150$ mandatu. jak to,
przecież 150$ to miesięczna pensja białoruskiej kobiety, pytam? takto, zatrzymujemy prawo jazdy -- twardogłowy nie wydaje
się skory do negocjacji. po 20 minutach zrywanej rozmowy i 10 pytaniu 'to jak będzie?' niechlujnie rzucanym w moją stronę
wypisuje mi na kartce papieru kwotę łapówki. 50$ i możemy jechać. a białoruska milicja ma się bez zmian, za to rodzina
milicjanta jakoś sobie radzi. bo radzić sobie jakoś trzeba..
ale do wioski Karaby, naszego docelowego miejsca, był jeszcze spory kawałek i spora trudność w kluczeniu szutrowymi drogami.
tylko główne trasy na Białorusi pokryte są asfaltem, a te miejskie zresztą strasznie podziurawionym. cała reszta to drogi
kamienne, piaskowe, szutrowe i żwirowe. chcąc przeprowadzić po niej swój samochód nie należy przekraczać 30km/h, bo
grozi to urwaniem zawieszenia. docieramy do nigdy nie widzianej kuzynki ze strony taty. powitanie, uściski, całowanko. od
razu stół nakrywa się jedzeniem, wręcz pęka pod jego ciężarem. Białorusini częstują gościa wszystkim,
co tylko mają w domu.
począwszy od misek z ziemniakami, przez kotlety, kiełbasę, boczek i sery. śledzie, ogórki, pomidory i jajka. pełne misy,
wszystko czym żywią się normalnie. panuje tu generalna zasada, że gość stołuje się jak gospodarz, czyli ani lepiej, ani gorzej,
dokładnie tak samo. i tak jest wszędzie. żeby było weselej z reguły nie podaje się tu talerzy, a jeśli już to takie niewielkie.
każdy ma widelec i nabiera ze wspólnych mis, najczęściej bezpośrednio na chleb. obficie leje się wódka, wyłącznie 50ml
kieliszkami. jest wesoło, Białorusini mówią głośno, krzyczą wręcz, mocno gestykulując przy tym rękoma. przy pierwszym
kieliszku, który wypiłem do połowy, zostałem wytykany palcami. u nas pije się na raz, wszystko, do dna. w świetle pokoju
błyszczą złote zęby, a szary wystrój ubarwiają kolorowe chusty na głowach kobiet wszelkiego wieku.
tak wyglądały moje pierwsze godziny na Białorusi. później było jeszcze przyjemniej, zrozumiałem, że nie ma szybszego i
tańszego sposobu na podróż w czasie do okolic polskich lat 70-tych, które znam z filmów Stanisława Barei. przez te kilka dni
bardzo polubiłem ten urodziwy i starodawny kraj, bo nie da się nie lubić kraju ludzi prawdziwych. tu nikt nie kłamie, nie
oszukuje i otwarcie mówi jak jest. na pytanie: 'jak wam się wiedzie?' ogromna większość odpowiada: 'normalnie'. ani dobrze,
ani źle, po prostu żyje się normalnie. tu nikt nie oczekuje cudów, tu wszyscy znają swoje położenie i nawet nikt specjalnie nie
narzeka, bo 'i tak niczego się nie zmieni'.. aha, no i Polaków się tu uwielbia, wbrew zdaniu i zachowaniu białoruskich
polityków. wkrótce kolejne wrażenia.
kilka fotek z Hamburga
27.06.2009; 22:39


kategoria: podróże link bezpośredni
Hamburg. w pracy..
26.06.2009; 16:44
od 3 dni siedzę w Hamburgu. nagrywamy ścieżki dźwiękowe do niemieckiej wersji Aiona. idzie powoli, bo najczęściej trzeba podkładać głosy pod usta występujących na animacjach postaci, ale zabawa jest niesamowita. aktorzy z pierwszej półki (większość podkłada głosy do niemieckich dubbingów amerykańskich produkcji filmowych albo pod dubbingowane gry komputerowe), fajnie się patrzy jak się prężą i 15 razy powtarzają podstawowe kwestie. profesjonalizm i wyrafinowanie. ich głosy za każdym razem są prawie identyczne! zresztą lokalna ekipa inżynierów dźwięku wzięła sobie za punkt honoru prawidłowe ugoszczenie mnie w Wolnym Mieście Hamburg -- tak więc znam już parę najlepszych restauracji i solidną knajpę.. gorzej z samym miastem, no ale nie na wszystko jest tu czas..
kategoria: zapiski link bezpośredni
po latach..
21.06.2009; 21:31
bo widzisz tomasz, ja po wojnie musiałem wybrać nową ojczyznę.. w 1946 azyl proponowały mi rządy Australii, Kanady, Stanów i Wielkiej Brytanii. wybrałem Anglię, jakoś tak czułem się bezpiecznie, odgrodzony od kontynentu wodą..
niespełna 80-letni mężczyzna w grubych oprawkach okularów popatrzył przez chwilę na soczyście zielony, równo wystrzyżony trawnik przed domem na przedmieściach niewielkiego angielskiego miasteczka.
urodziłem się w Polsce, niedaleko Lwowa. gdy przyszli Rosjanie zaczęło się moje piekło. miałem 13 lat gdy zabrali mnie od rodziny i wywieźli na Wschód. wojna była zła, zdarzało mi się spać w glinianych dołach i żywić się korzeniami. uciekłem. przez Azję i Bliski Wschód dotarłem do Europy, zaciągnąłem się do polskiej armii, walczyłem z Niemcami.. dzisiaj jestem Brytyjczykiem -- mam brytyjski paszport i tu znalazłem sobie żonę, trzy raz do roku wypoczywam na Majorce. kiedyś często latałem do Ameryki, mam tam kuzyna i jego rodzinę, dzisiaj jestem już na to za słaby. o Polsce myślałem zawsze, a jednak do '89 roku mogłem tylko pomarzyć, aby ponownie odwiedzić rodzinne strony.
na myśl o ojczyźnie po raz pierwszy od początku opowieści delikatnie się uśmiechnął.
miejsce mojego urodzenia po raz pierwszy odwiedziłem dopiero w latach dziewięćdziesiątych. odnalazłem moją wioskę, poszedłem w kierunku szkoły. dzisiaj stoi tam już inny budynek, a jednak czułem się wyjątkowo. spojrzałem do studni, z której kiedyś piliśmy wodę i wtedy usłyszałem kobiecy głos: Stefan, Stefan!!, podniosłem wzrok i spytałem starszą panią skąd zna moje imię. - bo wyglądasz identycznie jak twój brat, odpowiedziała. - przecież ja nie mam brata, to pomyłka. - ależ masz. masz również siostrę. okazało się tomasz, że po moim wyjeździe rodzice mieli jeszcze dwójkę dzieci, doczekałem się rodzeństwa. moja rozmówczyni, mniej więcej mojego wieku, pamiętała mnie z dzieciństwa. brata już nie ma, umarł jakiś czas temu. a siostra jeszcze żyje?, spytałem z nadzieją, żyje, żyje, mieszka we Lwowie. proszę, oto jej adres, odpowiedziała z uśmiechem na ustach..
pojechałem do Lwowa, odnalazłem kamienicę, wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem do drzwi. otworzyła mi kobieta, na mój widok w jednej sekundzie po policzkach pociekły jej strumienie łez.. to dziwne, ale rodzoną siostrę poznałem będąc już starym człowiekiem..
niespełna 80-letni mężczyzna w grubych oprawkach okularów popatrzył przez chwilę na soczyście zielony, równo wystrzyżony trawnik przed domem na przedmieściach niewielkiego angielskiego miasteczka.
urodziłem się w Polsce, niedaleko Lwowa. gdy przyszli Rosjanie zaczęło się moje piekło. miałem 13 lat gdy zabrali mnie od rodziny i wywieźli na Wschód. wojna była zła, zdarzało mi się spać w glinianych dołach i żywić się korzeniami. uciekłem. przez Azję i Bliski Wschód dotarłem do Europy, zaciągnąłem się do polskiej armii, walczyłem z Niemcami.. dzisiaj jestem Brytyjczykiem -- mam brytyjski paszport i tu znalazłem sobie żonę, trzy raz do roku wypoczywam na Majorce. kiedyś często latałem do Ameryki, mam tam kuzyna i jego rodzinę, dzisiaj jestem już na to za słaby. o Polsce myślałem zawsze, a jednak do '89 roku mogłem tylko pomarzyć, aby ponownie odwiedzić rodzinne strony.
na myśl o ojczyźnie po raz pierwszy od początku opowieści delikatnie się uśmiechnął.
miejsce mojego urodzenia po raz pierwszy odwiedziłem dopiero w latach dziewięćdziesiątych. odnalazłem moją wioskę, poszedłem w kierunku szkoły. dzisiaj stoi tam już inny budynek, a jednak czułem się wyjątkowo. spojrzałem do studni, z której kiedyś piliśmy wodę i wtedy usłyszałem kobiecy głos: Stefan, Stefan!!, podniosłem wzrok i spytałem starszą panią skąd zna moje imię. - bo wyglądasz identycznie jak twój brat, odpowiedziała. - przecież ja nie mam brata, to pomyłka. - ależ masz. masz również siostrę. okazało się tomasz, że po moim wyjeździe rodzice mieli jeszcze dwójkę dzieci, doczekałem się rodzeństwa. moja rozmówczyni, mniej więcej mojego wieku, pamiętała mnie z dzieciństwa. brata już nie ma, umarł jakiś czas temu. a siostra jeszcze żyje?, spytałem z nadzieją, żyje, żyje, mieszka we Lwowie. proszę, oto jej adres, odpowiedziała z uśmiechem na ustach..
pojechałem do Lwowa, odnalazłem kamienicę, wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem do drzwi. otworzyła mi kobieta, na mój widok w jednej sekundzie po policzkach pociekły jej strumienie łez.. to dziwne, ale rodzoną siostrę poznałem będąc już starym człowiekiem..
kategoria: zapiski link bezpośredni
foty z Eastbourne 2009
19.06.2009; 16:24
moje zdjęcia z Eastbourne pojawiły się w serwisie tenis-ziemny.pl. link do galerii tutaj.
kategoria: zapiski link bezpośredni
moja Anglia żółto-czerwona..
17.06.2009; 23:48
najpierw był rzepak, czyli gatunek rośliny dwuletniej lub byliny, należący do rodziny kapustowatych, a później maki, czyli oleiste rośliny jednoroczne (Papaveraceae Juss) zawierające biały sok mleczny i trujące alkaloidy. rzepak dojechałem w pobliżu Long Man of Wilmington (mapa), a maki w pobliżu Devil's Dyke (mapa).. uwierzcie mi, że te żółte i czerwone bluzki to dobór zupełnie przypadkowy.. więcej fotek wkrótce na fotoblogu, a pełna galeria jak zwykle na picasie..










kategoria: pasje link bezpośredni
Eastbourne Aegon International 2009
15.06.2009; 14:06
tegoroczny turniej w Eastbourne właśnie się rozpoczął. rozgrywany na trawie turniej jest ostatnim sprawdzianem przed Wimbledonem, w zeszłym roku wygrała go nasza Aga Radwańska. nie udało mi się wtedy dostać biletu, więc tym razem pojawiłem się tam już w pierwszym dniu turnieju. plus był taki, że większość gwiazd odbywała treningi na bocznych kortach, do których miałem dostęp. tak więc udało mi się porozmawiać z Agnieszką Radwańską i Caroline Wozniacki oraz zrobić fotkę z Aną Ivanović. dziwnie przypatrywała mi się zwyciężczyni ostatniego French Open Swietłana Kuzniecowa, naocznie przekonałem się o sile uderzenia Amélie Mauresmo, a mecz Urszuli Radwańskiej oglądałem siedząc zaledwie metr od jej ojca-trenera i matki kibicki. Ula pewnie wygrała, choć strasznie nerwowa to dziewczyna: kilka razy głośno wyraziła swoją dezaprobatę, a ojciec z przekąsem dodawał, że 'tak, tak Ula, nawet sam Bóg ci dzisiaj przeszkadza..' kilka fotek poniżej, pełna galeria znajduje się tutaj na Picasie..
Agnieszka Radwańska:

z Agnieszką Radwańską:

Ana Ivanović:

z Aną Ivanović:

Urszula Radwańska:

Swietłana Kuzniecowa:

Caroline Wozniacki:

Amélie Mauresmo:

nogi Karoliny Sprem:

Agnieszka Radwańska:
z Agnieszką Radwańską:
Ana Ivanović:
z Aną Ivanović:
Urszula Radwańska:
Swietłana Kuzniecowa:
Caroline Wozniacki:
Amélie Mauresmo:
nogi Karoliny Sprem:
kategoria: zapiski link bezpośredni
Dublin, Irlandia
14.06.2009; 02:06
podobnie zresztą jak sami Irlandczycy. fotki sobie nie można
a dopiero po powrocie, na spokojnie doczytując szczegóły wychodzi, że Dublin jest aż kipi od zabytków z epoki średniowiecznej i georgiańskiej. że stąd pochodzi U2 i James Joyce, że będąc w Dublinie nie sposób nie zwiedzić Muzeum Guinessa, Katedry Św. Patryka i Dublinii. ale to już temat na kolejny i zdecydowanie dłuższy pobyt w Irlandii.
kategoria: podróże link bezpośredni
spadek
01.06.2009; 11:12
mija już prawie 40 godzin, a ja wciąż nie mogę zrozumieć, jak tak straszna rzecz mogła wydarzyć się w tak pięknym dniu.. nie mogę nawet napisać, jak się czułem, bo wciąż w pełni to do mnie nie dociera. jakieś takie dziwne zawieszenie, spokój, a przy tym niewyobrażalny smutek. cały rok walki, starań, nadziei stał się nagle nieistotny. nieistotne stały się również te rzadkie chwile radości, których od czasu do czasu byliśmy z Maćkiem świadkami. te nerwy, którymi w minionym sezonie można by obdzielić wiele lat życia zwykłego śmiertelnika, nie mają już dzisiaj żadnego znaczenia. przegraliśmy i tyle. dzisiaj, już na spokojnie, mogę powiedzieć, że taki jest sport i dlatego tym wszystkim tak bardzo się pasjonuję. przegraliśmy, wracamy za rok, normalna sprawa. i tylko ta banda nawiedzonych piętnastolatków po ostatnim gwizdku sprawiła, że po raz pierwszy poczułem się zażenowany postawą kibiców Górnika..
kilkanaście minut po końcowym gwizdku, gdy zdruzgotany bez czucia leżałem na dywanie, usłyszałem tylko dochodzący gdzieś z oddali, kamiennie surowy głos Maćka: 'i chuj, trzeba będzie na rok wywieźć dekoder do Polski..'
kilkanaście minut po końcowym gwizdku, gdy zdruzgotany bez czucia leżałem na dywanie, usłyszałem tylko dochodzący gdzieś z oddali, kamiennie surowy głos Maćka: 'i chuj, trzeba będzie na rok wywieźć dekoder do Polski..'
kategoria: zapiski link bezpośredni
Białoruś cz.3 -- w poszukiwaniu korzeni rodzinnych..
15.05.2009; 16:32
i rzecz ostatnia. mieszkańcy Malkowicz doskonalne zdają sobie sprawę, że ich wioska umiera. wraz z ostatnim mieszkańcem miejsce to zarośnie trawą i najnormalniej w świecie zniknie z powierzchni ziemi. myślę, że nasz przyjazd, w 2009 roku, był jedną z ostatnich szans na ujrzenie wioski w jako takim stanie..
kategoria: podróże link bezpośredni
wpadka
12.05.2009; 00:14
posypało się w najgorszym możliwym momencie.. padł dysk, 500GB Seagate Barracuda 7200.11, i to właśnie wtedy, kiedy miałem na nim ok 70GB niezarchiwizowanych danych. danych, czyli w przeogromnej większości moich z agatą zdjęć. nie to, że jestem na tyle przezorną osobą, żebym dokonywał przemyślanych i stałych bekapów.. przerzucam na inny dysk, archiwizuję na płytkach zwykle w przypływie pesymistycznych wizji, a że od pewnego czasu mnie takowe nie nachodzą, dane poszły w pizdu.. choć przypadek jest nietypowy i warty wyjaśnienia..
otóż wyłączyłem peceta w czwartkowy wczesny wieczór o godzinie 23:48. włączyłem ponownie nie później niż o 13.14 dnia następnego, kiedym to ściągnął do domu celem spożycia lanczu, jak to nazywają w tych stronach. godziny nie mają tu większego znaczenia, podaję je wyłącznie dla większej dramaturgii. po włączeniu dysk nie został wykryty w BIOS-ie, system oczywiście się nie wczytał. kabelki i inne takie ulgi nie przyniosły, a sytuacja zaogniła się, gdy dysk nie zgłosił się również na kolejnych dwóch kompach. padł i po nim, od razu te czarne myśli, strata wielka, nieodżałowana. już z agatą składaliśmy te setki fontów na odzyskiwanie danych, aż tu clever crio zapodał linka do firmowej odzyskiwalni danych Seagate. kolejne googlanie pozwoliło mi odnaleźć identyczny przypadek na jakimś forum, a później znaleźć artykuł z knowledge base producenta, w którym ów winowajca wyjaśnia, że wina leży po jego stronie. model mojego dysku, jak i numer seryjny znajduje się na liście dysków potencjalnie zagrożonych wadliwym oprogramowaniem i kto może ten niech czym prędzej robi abgrejt firmweru. ja już nie mogłem, na szczęście telefonicznie poinformowano mnie, że to przypadek dość częsty i dane na dysku nie są zagrożone. wtedy zacząłem z kolei przyliczać, na co wydamy te kilka set zaoszczędzonych banknotów z królową Elką.. no więc dysk poszedł kurierem, na koszt producenta, do centrum odzyskiwania danych w Amsterdamie, a ja ufnie oczekuję jego rychłego i szczęśliwego powrotu..
a od trzech dni jestem (średnio)szczęśliwym użytkownikiem bootowalnego z płytki CD linuksa i .. przypominam sobie ambitne życie maniaka wiersza poleceń.. apt-get install, configure i inne takie..
otóż wyłączyłem peceta w czwartkowy wczesny wieczór o godzinie 23:48. włączyłem ponownie nie później niż o 13.14 dnia następnego, kiedym to ściągnął do domu celem spożycia lanczu, jak to nazywają w tych stronach. godziny nie mają tu większego znaczenia, podaję je wyłącznie dla większej dramaturgii. po włączeniu dysk nie został wykryty w BIOS-ie, system oczywiście się nie wczytał. kabelki i inne takie ulgi nie przyniosły, a sytuacja zaogniła się, gdy dysk nie zgłosił się również na kolejnych dwóch kompach. padł i po nim, od razu te czarne myśli, strata wielka, nieodżałowana. już z agatą składaliśmy te setki fontów na odzyskiwanie danych, aż tu clever crio zapodał linka do firmowej odzyskiwalni danych Seagate. kolejne googlanie pozwoliło mi odnaleźć identyczny przypadek na jakimś forum, a później znaleźć artykuł z knowledge base producenta, w którym ów winowajca wyjaśnia, że wina leży po jego stronie. model mojego dysku, jak i numer seryjny znajduje się na liście dysków potencjalnie zagrożonych wadliwym oprogramowaniem i kto może ten niech czym prędzej robi abgrejt firmweru. ja już nie mogłem, na szczęście telefonicznie poinformowano mnie, że to przypadek dość częsty i dane na dysku nie są zagrożone. wtedy zacząłem z kolei przyliczać, na co wydamy te kilka set zaoszczędzonych banknotów z królową Elką.. no więc dysk poszedł kurierem, na koszt producenta, do centrum odzyskiwania danych w Amsterdamie, a ja ufnie oczekuję jego rychłego i szczęśliwego powrotu..
a od trzech dni jestem (średnio)szczęśliwym użytkownikiem bootowalnego z płytki CD linuksa i .. przypominam sobie ambitne życie maniaka wiersza poleceń.. apt-get install, configure i inne takie..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Where the hell is Matt?
30.04.2009; 12:53
no dobra, jeszcze jedna rzecz. padłem, jak to zobaczyłem po raz pierwszy. koleś ma na imię Matt, mieszka w Seattle (!) i zdarza mu się podróżować po świecie. więcej informacji na stronie jego projektu: http://www.wherethehellismatt.com/
kategoria: cudze link bezpośredni
Smile Today..
29.04.2009; 23:12
coś optymistycznego ;)
kategoria: cudze link bezpośredni
Białoruś -- miasta i wioski..
27.04.2009; 13:07
później odwiedzamy jeszcze Woropajewo (biał. Варапаева) i inne mniejsze miejscowości (w tym Paryż, osadę nazwaną tak przez Napoleona podczas jego marszu na Moskwę, nawet stoi tu miniaturka wieży Eiffela), jednak po pewnym czasie wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość. żadnych zmian w krajobrazie czy zabudowie. wszędzie ten sam rodzaj biednego, ale szczęśliwego człowieka. i tylko Bogdan, mój daleki kuzyn z uśmiechem mówi, że do szczęśliwości to mu w tym kraju daleko: 'lepiej być niezadowolonym człowiekiem, niż zadowoloną świnią' podsumowuje. Bogdan był w Afganistanie w 1988 roku podczas pierwszej wojny z Talibami, dostał nawet pęk medali, a dzisiaj opowiada sprośne kawały o białoruskiej władzy..
zapraszam do białoruskiego fotobloga.
kategoria: podróże link bezpośredni
Premiership
24.04.2009; 13:40
po raz pierwszy, a i pewnie na długi czas ostatni, zawitałem na meczu angielskiej Premier League. dzień wcześniej naoglądałem się wspaniałych popisów Arshavina i niesamowitego meczu pomiędzy Liverpoolem a Arsenalem. kolejny pojedynek londyńsko-liverpoolski oglądałem już na żywo na Stamford Bridge, gdzie Chelsea mierzyła się z Evertonem. żeby było śmieszniej, to druga moja wizyta na meczu Chelsea (wcześniej Champions League vs Valencia) i drugi bezbramkowy remis. mecz dosyć średni jak na najlepszą ligę świata, choć kilka zagrań można było określić słowami 'magiczne'. podobał mi się Michael Ballack, choć Maciek mówi, że jemu podoba się tylko Adaś Danch, który zresztą za kilka godzin będzie się dla nas bił o punkty z Wisłą w Krakowie. doping? właściwie brak -- załamka, pół Anglii mogłoby się uczyć dopingu od naszej Torcidy albo przynajmniej od fanów poznańskiego Lecha. no ale był szal, więc ładnie zaakcentowaliśmy naszą obecność..


kategoria: pasje link bezpośredni
Białoruś -- pierwsze wrażenia..
21.04.2009; 17:41
kategoria: podróże link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: już w brighton
30.11.2006; 21.16
mgła ustąpiła. jestem w Brighton już drugi dzień, ale dzień zlewa się z nocą, śpię w dziwnych porach, niekoniecznie
gdy ciemno na zewnątrz.. dojazd do Nowego Domu był sporym wysiłkiem, szczególnie dlatego, że nadwagę mojego bagażu określono na .. 830 zł.
jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, aby sprawdzić gdzie tak naprawdę znajduje się ta wioska Luton z przylondy ńskim lotniskiem. dlatego zdziwiłem się, gdy jadąc szaro-niebieskim bezpośrednim pociągiem linii First Capital Connect do Brighon, minąłem sławny London Bridge nad Tamizą. to pociąg podmiejski, porównywalny z tymi naszymi niebiesko-żółtymi relacji Gliwice - Załęże, ten jednak by czysty, pachnący i nowoczesny. i sunął po torach tak gładko, że mijane zielone łąki i oświetlane złotymi wstążkami słońca angielskie miasteczka przesuwały się płynnie jak w jakimś filmie. niebo, drzewa, domy, ziemia. i zobaczyłem innych Angoli, niż tych, których pamiętałem z pierwszej wizyty w UK. mężczyźni w garniturach z palmptopami w rękach, kobiety pachnące z porannymi wydaniami Times'a prezentowali się, muszę powiedzieć, poważnie i elegancko. wszyscy wysiedli w centralnym Londynie, dziesiątki, setki anonimowych postaci zaczynało swój normalny dzień, a ja przeżywałem swoje pierwsze chwile na nowym lądzie. zostałem w pociągu prawie sam..
w Nowym Domu mam już swój kąt, mam swój materac i swój czas.. dzisiaj dokonałem swoich pierwszych zakupów, pierwszy raz nie zrozumiałem się z kasjerką w sklepie, pierwszy raz włóczyłem się po plaży, pozornie bez celu. to miasto z wielkim metalowym pomnikiem angielskiego pączka na plaży, z ogromnym molem, gdzie podręcznikowo wręcz zarabia się pieniądze i z dwupiętrowymi autobusami firmy Brighton & Hove Bus and Coach Company. jest tu uniwersytet, stąd pewnie ogromna liczba młodych ludzi na ulicach, cała masa dealerów telefonii komórkowej i bezrobotni, na rogach uliczek sprzedający otrzymane od urzędu pracy gazety. są kościoły z białego kamienia i luksusowa dzielnica Marina, gdzie pod dom podpływa się jachtem i parkuje się go w ogródku, tak łatwo, jak rower na przydomowym stojaku. są piwa, których nigdy nie piłem, a na kawie widnieje ostrzeżenie: coffee is a source of antioxidants. i myślę sobie, przed moim pierwszym dniem pracy, że na razie jest dobrze. dopóki nie śnię po angielsku i nie kibicuję reprezentacji Anglii jest dobrze.
jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, aby sprawdzić gdzie tak naprawdę znajduje się ta wioska Luton z przylondy ńskim lotniskiem. dlatego zdziwiłem się, gdy jadąc szaro-niebieskim bezpośrednim pociągiem linii First Capital Connect do Brighon, minąłem sławny London Bridge nad Tamizą. to pociąg podmiejski, porównywalny z tymi naszymi niebiesko-żółtymi relacji Gliwice - Załęże, ten jednak by czysty, pachnący i nowoczesny. i sunął po torach tak gładko, że mijane zielone łąki i oświetlane złotymi wstążkami słońca angielskie miasteczka przesuwały się płynnie jak w jakimś filmie. niebo, drzewa, domy, ziemia. i zobaczyłem innych Angoli, niż tych, których pamiętałem z pierwszej wizyty w UK. mężczyźni w garniturach z palmptopami w rękach, kobiety pachnące z porannymi wydaniami Times'a prezentowali się, muszę powiedzieć, poważnie i elegancko. wszyscy wysiedli w centralnym Londynie, dziesiątki, setki anonimowych postaci zaczynało swój normalny dzień, a ja przeżywałem swoje pierwsze chwile na nowym lądzie. zostałem w pociągu prawie sam..
w Nowym Domu mam już swój kąt, mam swój materac i swój czas.. dzisiaj dokonałem swoich pierwszych zakupów, pierwszy raz nie zrozumiałem się z kasjerką w sklepie, pierwszy raz włóczyłem się po plaży, pozornie bez celu. to miasto z wielkim metalowym pomnikiem angielskiego pączka na plaży, z ogromnym molem, gdzie podręcznikowo wręcz zarabia się pieniądze i z dwupiętrowymi autobusami firmy Brighton & Hove Bus and Coach Company. jest tu uniwersytet, stąd pewnie ogromna liczba młodych ludzi na ulicach, cała masa dealerów telefonii komórkowej i bezrobotni, na rogach uliczek sprzedający otrzymane od urzędu pracy gazety. są kościoły z białego kamienia i luksusowa dzielnica Marina, gdzie pod dom podpływa się jachtem i parkuje się go w ogródku, tak łatwo, jak rower na przydomowym stojaku. są piwa, których nigdy nie piłem, a na kawie widnieje ostrzeżenie: coffee is a source of antioxidants. i myślę sobie, przed moim pierwszym dniem pracy, że na razie jest dobrze. dopóki nie śnię po angielsku i nie kibicuję reprezentacji Anglii jest dobrze.
kategoria: podróże link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 298.