Tomasz Ankudowicz -- tomxx.net 3.0 fotoblog | podróże | trekearth | info | [home]
kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
na grobie Bruce'a i Brandona Lee..
08.02.2010; 09:33
Bruce Lee oraz jego syn Brandon pochowani są na cmentarzu Lake View w Seattle.. oboje, ojciec i syn, zmarli bardzo młodo. u Bruce'a wykryto obrzęk mózgu po tym jak zemdlał na planie filmu Wejście Smoka. Brandon został postrzelony na planie filmu Kruk podczas kręcenie sceny z gangiem -- przez przypadek w magazynku znajdował się ostry nabój. Bruce Lee studiował w Seattle i właśnie tutaj założył swoją pierwszą szkołę walk -- dlatego też tutaj spoczywa jego ciało.

na grobie Bruce'a widnieje inskrypcja:
Your inspiration continues to guide us toward our personal liberation

(twoje natchnienie prowadzi nas ku naszemu osobistemu wyzwoleniu)
a to dłuższy tekst na grobie Brandona:
"Because we don't know when we will die, we get to think of life as an inexhaustible well. And yet everything happens only a certain number of times, and a very small number really. How many more times will you remember a certain afternoon of your childhood, an afternoon that is so deeply a part of your being that you can't even conceive of your life without it? Perhaps four, or five times more? Perhaps not even that. How many more times will you watch the full moon rise? Perhaps twenty. And yet it all seems limitless..."

(ponieważ nie znamy daty naszej śmierci, postrzegamy życie jako niewyczerpaną studnię. a przecież wszystko zdarza się określoną, w rzeczywistości bardzo niewielką, ilość razy. ile jeszcze razy przypomnisz sobie pewne popołudnie ze swojego dzieciństwa, popołudnie, które w tak dużym stopniu jest częścią ciebie, że nie potrafisz nawet wyobrazić sobie swojego życia bez niego? być może cztery, może jeszcze pięć razy? a może i nawet nie tyle. ile jeszcze razy będzie ci dane obserwować pełnię księżyca podczas wschodu? może ze dwadzieścia razy. to wszystko wydaje nam się teraz takie nieograniczone...)














kategoria: zapiski                           link bezpośredni
w poszukiwaniu Twin Peaks..
05.02.2010; 01:47
pamiętacie Miasteczko Twin Peaks z początku lat '90-tych? oglądaliśmy to wszyscy zachwycając się surrealistycznie mrocznym klimatem, świetną muzyką i wyjątkową zagadkowością jaką otoczona była śmierć Laury Palmer. serialowe krajobrazy, czyli wysokie szczyty, od których nazwę wzięło filmowe miasteczko oraz spowite gęstą mgłą lasy, budziły poczucie odosobnienia. idealne miejsce na pogmatwaną historię kryminalną z elementami thrillera, a nawet horroru serwowaną przez samego mistrza, Davida Lyncha. świetna kreacja charakterów i niezapomniana gra aktorów, zwłaszcza Kyle'a MacLachlana, który wcielił się w rolę ekscentrycznego agenta FBI, Dale'a Coopera. a wszystko to w niewielkiej miejscowości położonej gdzieś w północnych Stanach. wjeżdżając do miasteczka agent Cooper mówi: 'entering the town of Twin Peaks -- five miles south of the Canadian border, 12 miles west of the state line'. w rzeczywistości prawie wszystkie sceny zewnętrzne (wnętrza filmowano w Kalifornii) kręcono w Snoqualmie w stanie Waszyngton. kilka dni temu odwiedziliśmy z Agatą to miejsce. klimat serialu powrócił, tyle że tym razem na żywo..



przygoda zaczyna się od zamglonej górskiej drogi i tabliczki wjazdowej do miasta: 'welcome to Twin Peaks Population 51201'. miejsce to znajduje się na Reining Road -- bocznej drodze prowadzącej ze Snoqualmie do North Bend. tutaj znajduje się dokładna lokalizacja na mapie Googli. miejsce to nie zmieniło się w ogóle, choć dzisiaj oczywiście nie ma tam już tej swojskiej tabliczki. jest za to płynąca obok rzeka, której obszar stał się lokalnym rezerwatem przyrody.. poniżej zdjęcie przy ścianie nieopodal.





pojawiający się również w czołówce wodospad to najbardziej znana turystyczna atrakcja regionu -- Snoqualmie Falls. ten 82-metrowy wodospad na rzecze o tej samej nazwie odwiedza rocznie ponad 1.5 mln turystów. obszar ten przed ponad 100 laty stał się miejscem jednej z największych lokalnych elektrowni wodnych i do dzisiaj zasila w energię elektryczną sporą część regionu. krótka trasa turystyczna prowadzi na sam dół doliny, z której można podziwiać wodospad z zerowego poziomu..



nad samą krawędzią wodospadu góruje serialowy Great Northern Hotel. w roku 1991 budynek ten przechodził głęboką renowację i ze starej (zbudowanej w 1919 roku) Snoqualmie Falls Lodge przerodził się w ekskluzywny hotel Salish. wielu fanów serialu zatrzymuje się tu na noc -- hotel znajduje się bardzo blisko pozostałych twinpeaksowych lokacji, choć dzisiaj nie ma tam już żadnych znaków świadczących o powiązaniu hotelu z filmem.





kilka kilometrów dalej, w miasteczku North Bend, znajduje się knajpo-kawiarnia, w której pracowała kelnerka Shelly Johnson. serialowa 'Double R' w rzeczywistości nowsi nazwę Twede's Cafe i do dzisiaj szczyci się swoimi legendarnymi wypiekami o czym na każdym kroku przypominał agent Cooper: 'cherry pie and damn fine cap of coffee'.. byliśmy głodni więc wstąpiliśmy na obiad do środka. wnętrze wygląda bardzo podobnie, zmienił się tylko odcień foteli: z czerwonych na niebieskie. sam kształt stołów pozostał niezmieniony. knajpa serwuje tradycyjne amerykańskie jedzenie wśród których królują hamburgery, frytki i miliony kalorii..





przemieszczając się drogami między Snoqualmie i North Bend kilkakrotnie przejeżdżamy koło stalowego mostu, który dosyć często pojawia się w serialu. most wygląda na zaniedbany, ale częściowo nadal istnieje (Reining Bridge) i mimo że nie jest już wykorzystywany przez kolej ma się całkiem dobrze służąc rowerzystom i innym biegaczom. jadąc dalej natrafiamy na muzeum amerykańskiej kolei, a tuż za nim wielki pień (giant log), również pojawiający się w czołówce serialu. pień lub raczej kłoda pochodzi z 400-letniego drzewa i została ścięta w 1987 roku. lasy wokół Snoqualmie od zawsze były szeroko znane z wyrębów wysokiej klasy drewna..



z ważniejszych lokacji nie odwiedziliśmy tartaku (Packard Sawmill), którego kominy wielokrotnie przewijały się na horyzoncie ponad drzewami, szkoły czy biura szeryfa. budynki te stoją do dzisiaj i nadal pełnią swoje rzeczywiste funkcje. reszta, czyli stacja benzynowa Big Ed, lokalna dyskoteka i mniejsze znaczeniowo miejsca są dzisiaj zabite dechami.. wielką pomocą w znajdowaniu wszystkich tych miejsc z Twin Peaks posłużyła nam strona Charlesa -- intwinpeaks.com, również mieszkańca Seattle.



to pierwszy z naszych serialowych wypadów. wkrótce zamierzamy odbyć kolejne szperając w lokalizacjach wcale nie mniej znanych seriali i filmów.
kategoria: podróże                           link bezpośredni
najnowsza mega-zabawka :)))
03.02.2010; 01:33
to już ostatnia z moich styczniowych nowości: piękna i smukła pani Mazda3. szacunek szarej pani należy się z uwagi na jej elegancję, ale również z uwagi na fakt, że jest ona moim pierwszym własnym samochodem ever. i w ogóle pierwszym samochodem nowej rodziny Ankudowicz! ja osobiście życzę jej samych prostych i szerokich dróg (a w tej części świata jest ich całkiem sporo), pięknych widoków (jest tu ich jeszcze więcej) i taniej benzyny, a jak będzie grzeczna to i może zabiorę ją na wycieczkę statkiem do Europy. a co, niech zobaczy jak się żyje po drugiej świata stronie..

i tak naprawdę dopiero teraz Pacific Northwest stoi przed nami otworem. witaj przygodo!



kategoria: zapiski                           link bezpośredni
jeszcze nowsza zabawka :))
01.02.2010; 05:23
NCsoft postarał się o miłą niespodziankę christmasowo-noworoczną. firma kupiła wszystkim pracownikom we wszystkich oddziałach w Ameryce i w Europie najnowszy czytnik Amazona -- Kindle2. z e-papieru korzystam już od jakiegoś czasu (pisałem o tym tutaj), ochoczo więc zabrałem się za porównywanie Kindla do mojego starszego Sony Readera PRS-500..

to co od razu rzuca się w oczy w nowym produkcie to wyraźnie bielsza biel kartki, wyższy kontrast druku i zdecydowanie wyższa prędkość odświeżania. wszystkie te parametry są naturalnym efektem postępu prac nad technologią e-papieru i podobne wyniki zaobserwujemy również w urządzeniach innych firm. o ile w przypadku odświeżania trudno o ogromny zachwyt, gdyż cecha ta nie jest jakimś super znaczącym elementem czytników -- ot, należy tylko wcisnąć przycisk przewijania sekundę przed skończeniem czytania danej strony, do czego szybko można się przyzwyczaić, o tyle kontrast i odpowiednia barwa tła może się już zdecydowanie bardziej podobać. tekst czyta się zdecydowanie łatwiej, a oczy męczą się jeszcze mniej, choć sam kontrast był podobno jeszcze lepszy w .. pierwszej wersji czytnika Amazona. oba czytniki dysponują takim samym wyświetlaczem (6 cali) i bardzo podobną rozdzielczością (ok 160ppi) jednak jakość wyświetlanej przez Kindla grafiki również jest zdecydowanie lepsza. mój Sony dysponuje zaledwie czterema odcieniami szarości, podczas gdy Kindle2 ma ich już 16. mało kto podnieca się grafiką na czytnikach, jednak jakość widać bardzo wyraźnie również w wygładzaniu druku, co znaczenie ma już większe..

Sony Reader ma problemy z wyświetlaniem polskich znaków diakrytycznych. jednym rozwiązaniem jest zflashowanie systemu Readera i dodanie polskich czcionek, drugim: odpowiednie przygotowanie pliku książki. czytnik Amazona radzi sobie z pełnym zakresem znaków w Unicodzie -- wystarczy zapisać plik w czystym UTF-8 i już można cieszyć się pełnym zestawem polskich znaków. Kindle2 obsługuje kilka rodzajów plików: amazonowski AZW, TPZ, MOBI, PDF (są problemy z odczytaniem tekstu, bo nie da się pdfa skalować) i oczywiście HTML i TXT. z tymi ostatnimi dwoma formatami Kindle radzi sobie najlepiej..

no dobra, ale gdzie tu jakiś przełom? przełom, w porównaniu do Sony Readera, jest i to dość spory -- Amazon wyposażył Kindla2 w obsługę technologii przesyłu danych 3G, która działa na całym świecie. jesteśmy więc cały czas online, dosłownie kilka kliknięć od codziennych wydań prasy i książek elektronicznych. za pomocą Kindla można również przeglądać sieć, choć przeglądarka radzi sobie wyłącznie z bardzo prostymi stronami w czystym htmlu i prostym css-ie. jest to na razie usługa eksperymentalna, podobnie jak technologia czytania tekstu (ofkors języka angielskiego) i odtwarzania plików muzycznych. warto podkreślić, że dostęp 3G jest w czytniku Amazona darmowy -- producent liczy na wpływy z kupowanych przez sieć produktów. jedna książka z księgarni Amazonu to ok 10-12 dolców, czyli połowa wartości tradycyjnej książki papierowej. na polskim rynku na razie posucha, więc pozostają mi ogromne zastępu polskich e-booków.. Amazon oferuje również konwersję popularnych formatów (np. DOC) poprzez wysłanie maila z załącznikiem na swój własny adres w domenie kindle.com -- za jednego dolara otrzymamy bezpośrednio na nasz czytnik gotowy i przystosowany do niego plik naszej książki..

co mi się nie podoba? ciężko zlikwidować ogromne marginesy po obu stronach ekranu. nikomu niepotrzebne wcięcia zabierają miejsce kilkunastu wyrazom, przez co częściej trzeba przewijać strony. nie ma opcji powiększania plików PDF, co powoduje, że większość z nich jest po prostu nieczytelna. czytnik bezproblemowo radzi sobie z kodowaniem UTF-8 w samym tekście, ale tytuły książek wyświetla już z krzakami. co ciekawe, ta sama książka zapisana w kodowaniu Unicode również nie jest wyświetlana poprawnie (plik txt w Unicodzie waży zwykle dwa razy więcej niż w UTF-8). nie ma możliwości szybkiego przewijania stron (powiedzmy po kilkadziesiąt), ale z drugiej strony bardzo dobrze działa funkcja przeszukiwania tekstu, której zupełnie brakuje w Sonym. jakoś nie przekonują mnie opcje zmiany wielkości czcionki -- jest ich aż 6, ale skrajne są właściwie nie do użytku, a reszta jest do siebie bardzo zbliżona. i te marginesy zjadające sporą część miejsca..

ale generalnie bardzo na plus: Kindle wygląda bardzo estetycznie, a tylna jego ścianka jest metalowa. skończą się moje bitwy z żoną o prawo do czytnika przed zaśnięciem. teraz mamy już dwa..

trzecia (na sześć) wielkość tekstu:



druga (na sześć) wielkość tekstu, dla mnie chyba optymalna:



menu zmiany orientacji, wielkości czcionki i ilości słów na wiersz. możemy tu również włączyć odczyt tekstu:



pozioma orientacja strony:



przeglądarka internetowa:



przykład radzenia sobie z wyświetleniem grafiki (wygaszacz ekranu):



Kindle2 made by Aion & NCsoft:



Amazon Kindle2 i Sony Reader PRS-500:



kategoria: zapiski                           link bezpośredni
zostałem wujkiem!
27.01.2010; 20:51
Bartek urodził się dzisiaj -- Magdzie i Olkowi gratulujemy syna ;)
kategoria: zapiski                           link bezpośredni
nowa zabawka ;)
27.01.2010; 08:41
Nikon 70-200mm f/2.8G ED VR II AF-S :) tydzień temu sprzedałem Nikona 18-200 vr i zapodałem sobie to cudo. pierwsze wrażenia fantastyczne, choć nie miałem jeszcze okazji do dokładniejszego przetestowania tej rakiety. z jednej strony nie do pobicia ostrość, bokeh i super stabilizacja. z drugiej wielkość i waga, jak to mawia Crio, przenośna siłownia. do tego mój wysłużony D80, wkrótce wypuszczę się z tym gdzieś poza moje cztery ściany..













pierwsze foty testowe w warunkach domowych, wszystkie (oprócz samochodu) z ręki z lampą zewnętrzną, po klinięciu wersja w 1600px:

70mm f/2.8 ISO100:



200mm f/4.0 ISO400:



110mm f/2.8 ISO100:



200mm f/2.8 1/50s ISO100:



200mm f/2.8 ISO100:



200mm f/2.8 ISO100:



kategoria: pasje                           link bezpośredni
jak mogło być, czyli jak Polacy pokonali Hitlera i Stalina..
22.01.2010; 21:27
kategoria: zapiski                           link bezpośredni
rok 2009 w czerni i bieli..
18.01.2010; 08:07
przeglądając fotograficzną zawartość dysku twardego z 2009 roku naszło mnie, aby pokazać różnorodność odwiedzonych przeze mnie miejsc. właściwie nie różnorodność miejsc, bo na to nie starczyłoby czasu i zapału, a poza tym służy do tego fotoblog.. zwróciłem uwagę na różnorodność architektury, głównie tej historycznej. rok 2009 miotał mnie między 10 zupełnie różnymi od siebie państwami na dwóch kontynentach. wszędzie pełno charakterystycznych dla danej kultury budynków -- niektóre sprzed lat dziesięciu, inne sprzed tysiąca. zdjęcia tym razem w czerni i bieli wraz z podpisami ułatwiającymi zlokalizowanie danego miejsca:

Polska, Gliwice, Kościół Garnizonowy Św. Barbary z 1859 roku:



Wielka Brytania, Brighton, Royal Pavilion z przełomu XVIII-XIX wieku:



Litwa, Wilno, Baszta Giedymina z 1409 roku:



Litwa, Troki, zamek z przełomu XIV-XV wieku:



Białoruś, powiat Witebski, wiejska cerkiew:



Białoruś, powiat Witebski, kamienna wieża dzwonnicza przy drewnianej cerkwi:



Wielka Brytania, region Cotswolds, Bourton-on-the-water. klasyczna zabudowa z żółtego piaskowca:



Wielka Brytania, Stratford upon Avon, dom Szekspira:



Wielka Brytania, Isle of Wight, wieża zwana Pepper Pot (lub St Catherine's Oratory) z 1328 roku będąca najstarszą latarnią morską w Wielkiej Brytanii:



Irlandia, Dublin:



Stany Zjednoczone, stan Waszyngton, Seattle. Space Needle z 1962 roku na tle nowoczesnej zabudowy miasta:



Stany Zjednoczone, stan Waszyngton, latarnia morska z 1881 roku zwana West_Point_Lighthouse nad zatoką Pudget Sound:



Meksyk, Jukatan, El Castillo (świątynia Kukulkana) w Chichén Itzá:



Meksyk, Jukatan, Playa del Carmen, kościół katolicki:



Belize, wyspa Caye Caulker, drewniany 'hotel' nad morzem Karaibskim:



Gwatemala, region Peten, Tikal:



Kanada, Montreal, częste współistnienie kamiennych kościołów i modernistycznej zabudowy:



kategoria: podróże                           link bezpośredni
firmowe zabawy..
14.01.2010; 21:24
miło mi ogłosić, że powstały wczoraj w godzinach wieczornych, w przypływie nagłej i nieopisanej mocy twórczej, band wewnątrz-NCsoft-owy wraz ze swoim pierwszym albumem I’ve Got My Aion You zajmuje już wysoką pozycję na liście sprzedaży Amazona. takie hity jak: Lineage II is Actually a Prequel, Love Needs No Localization, czy You Exteel My Heart mają szansę dłużej zagościć na ogólnoświatowych listach topten. w skład Wait NC wchodzą (od lewej): Sebastian (reprezentujący zimną i zaśnieżoną Szwecję), ja sam (wnosząc spory wkład wschodnioeuropejskiej kultury), Lani (wymachująca fanom swoją flagą z klonowym liściem), Martin (który nawet w muzyce potrafi dostrzec niemiecki Bratuwurst) oraz Stefan (QA master, Meksykaneiro, choć nie potrafiący tego udowodnić).



PS. o banany nie pytać. nie wiem czemu one jedne tam som..
kategoria: humor                           link bezpośredni
Seattle aquarium..
11.01.2010; 20:50
wersja HD jest dostępna bezpośrednio na Vimeo..



kategoria: zapiski                           link bezpośredni
Kaskady zasypane..
08.01.2010; 20:09
Góry Kaskadowe, a dokładnie Stevens Pass przysypane. i to solidnie..










kategoria: zapiski                           link bezpośredni
świąteczne Seattle..
30.12.2009; 02:37
centrum Seattle w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. pusto i świątecznie. czasem jakiś samochód, kilka osób przemknie chodnikiem, z oddali słychać ulicznego grajka..










kategoria: zapiski                           link bezpośredni
moja opowieść wigilijna..
23.12.2009; 22:56


ponad pół roku temu przesłałem swoją aplikację do siedziby głównej korporacji Google w Europie. ciepła posada Localisation Project Managera w Dublinie w 100 procentach pokrywała się z tym, co w tamtym czasie robiłem w NCsofcie. przygoda z tą najszybciej i najprężniej rozwijającą się światową firmą rozpoczęła się w już w połowie kwietnia, ale trzymałem ją w ścisłej tajemnicy. sytuacja była skomplikowana -- moja aktualna firma przechodziła głęboką restrukturyzację, ja chwilowo (i czysto teoretycznie) pozostawałem bez pracy, więc Google było pewną szansą, choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że dostają się tam tylko najlepsi. wysłałem aplikację i .. na jakiś czas o niej zapomniałem.

po jakichś trzech tygodniach otrzymałem maila zapraszającego na pierwszą rozmowę telefoniczną. moją rekruterką okazała się miła irlandka o imieniu Sarah i miała mnie ona prowadzić przez cały proces rekrutacyjny. po przyjaznym powitaniu dość szybko, i bez zbędnej kurtuazji, przeszliśmy na tematy zawodowe. zadaniem pracowników działu HR jest w pierwszym okresie sprawdzenie, jak ja to nazywam, ogólnej kumatości, kandydata. przez ok 30 min prześlizgnęliśmy się po moim CV, poopowiadałem co nieco o życiu, planach i wrażeniach, i już podczas tej rozmowy dostałem zaproszenie na drugi etap..

po około tygodniu odbyła się druga rozmowa telefoniczna, tym razem z osobą pracującą w dziale Lokalizacji w siedzibie głównej Googli w Europie. Judith miała około 30-stki i już na samym początku potwierdziła to, o czym kiedyś czytałem: pracownicy Googli dzielą swój czas w firmie na pracę w ramach swoich obowiązków, pracę własną (Google pozwala na poświęcanie godzin w firmie na własne projekty, które mogą w przyszłości pozytywnie wpłynąć na rozwój korporacji) oraz na rekrutację nowych pracowników. rozmowa z Judith miała już inny, bardziej profesjonalny charakter: oboje pracujemy w podobnym środowisku, korzystamy z tych samych aplikacji, posługujemy się zbieżną metodologią. znaleźliśmy wspólny język i 45 minut rozmowy upłynęło bardzo szybko.

zasadą rozmów rekrutacyjnych w Google jest poznanie procesów myślowych kandydata. pytania są konkretne, bezpośrednie i praktyczne. sposoby różnią się w zależności od danego stanowiska (inżynieryjne, zarządcze, operacyjne), najczęściej jednak stawia się delikwentowi problem do rozwiązania. Googli nie interesuje gotowa odpowiedź, a raczej tok myślenia i słowne dotarcie do celu wg zasady: nie interesuje nas co już wiesz, ale co jeszcze możesz osiągnąć. większość sytuacji, na omówienie których mamy przecież kilkadziesiąt sekund, czasem minut, wymaga kreatywnego podejścia. stawia się kandydata przed hipotetyczną, acz prawdopodobną w życiu działu, sytuacją i oczekuje się burzy mózgowej mającej rozwiązać konflikt. Judith nie zapytała się mnie czy wiem co to jest format TTX w Tradosie, ale jak poradziłbym sobie z problemem nie akceptowania tego formatu przez jedną ze współpracujących z nami firm. nie interesowała jej historia produktów Google, ale zapytała o sposób podejścia do tłumaczenia interfejsu Google Maps. interesowała ją zgodność środowisk aplikacji, w których oboje pracujemy, ale gdy świadomy tego co robię omówiłem różnice między naszymi firmami, odpowiedziała, że to nawet lepiej, bo trzeba iść do przodu i poznawać nowe metody. rozmowa była prowadzona w bardzo przyjaznej atmosferze -- czyli tym czym szczyci się Google na całym świecie -- a po pewnym czasie odniosłem wrażenie, że rozmawiam z koleżanką przy kawie, a nie z osobą, która ma zdecydować o mojej przyszłości. pozytywnie zaskoczył mnie brak pytań z gatunku Interview 2.0 (jak obliczyłbym wagę ziemi, ile piłeczek pingpongowych zmieści się w autobusie, itp) -- kreatywne myślenie wyegzekwowano tu w nieco inny, bardziej naturalny, sposób..

po ok tygodniu zadzwoniła moja rekruterka Sarah i z uśmiechem oznajmiła, że miło jej zaprosić mnie do Dublina na trzeci etap rozmów. tym razem miały to być rozmowy bezpośrednie przeprowadzane przez, być może, moich przyszłych współpracowników. Google opłaciło przelot, 2 dni w hotelu, obiady i wszelkie wydatki, jakie mogłem ponieść podczas tego wyjazdu. rozmowy miałem w poniedziałek, ale poprosiłem Sarę o lot niedzielny -- w spokoju zwiedziliśmy z Agatą miasto, co dało mi czas na mentalne przygotowanie się do jutrzejszego wysiłku. na European Google HQ w Dublinie składają się dwa ogromne budynki, klasyczne połączenia szkła i stali, już coś koło 2000 pracowników. przy wejściu powitało mnie znane ze strony głównej kilku-kolorowe logo firmy oraz klasyczne googlowskie lampy. pełna komputeryzacja, cyfrowa rejestracja, wydruk plakietki pozwalającej mi na czasowy wstęp do budynków firmy. w końcu przyszła Sarah i zaprowadziła mnie na odpowiednie piętro. pierwsze co rzuciło się w oczy to domowa atmosfera środowisk pracy: ludzie pracują w ciszy, ale dookoła masa zabawek i udziwnień, tak aby każdy czuł się jak u siebie. na każdym piętrze znajduje się kilka aneksów kuchennych, gdzie do dyspozycji pracowników udostępnia się jedzenie, picie i wszelkie możliwe wspomagacze. wszystko oczywiście za darmo. chwilę pogadałem sobie z nią w kuchni, wypiłem kawę i rozgościłem się w pokoju rozmów. trzeci etap był bardzo rozbudowany: przewidywał sesję z trzema pracownikami firmy, a rozmowy miały następować jedna po drugiej i trwać kilka godzin. dodam jeszcze, że do wszystkich tych rozmów podszedłem bardzo na luzie, widząc w tym raczej szansę niż zagrożenie..

pierwszą osobą przeprowadzającą ze mną wywiad była Judith, z którą wcześniej rozmawiałem telefonicznie. pytania ponownie oparte były o zasadę jak zaplanował byś zrobienie tego czy co zmieniłbyś w zarządzaniu projektem, aby łatwiej dojść do celu. generalnie pracowaliśmy na faktach, mało w tej rozmowie było gdybania. Judith opisywała tok pracy w dziale googlowskim, a w pewnym momencie nadmieniła, że właściwie nie ma znaczenia na czym się znam, bo prędzej czy później Google postawi przede mną taki problem, do którego rozwiązania będę zmuszony nauczyć się czegoś nowego. rozmawialiśmy także o kulturze pracy i o wielonarodowości, z którą zetknąłem się również w swojej firmie. kilkadziesiąt krajów, wiele języków, co z łatwością można rozpoznać nawet, a może przede wszystkim, po różnych akcentach języka angielskiego.

drugim rozmówcą był szef działu lokalizacji, mężczyzna w wieku ok 45 lat. ten już na dzień dobry wystrzelił z sednem Googlowskiej rekrutacji, czyli innowacyjnością, zadając mi pytanie: co innowacyjnego wniosłeś do ostatniego prowadzonego przez ciebie projektu?. dla mnie to woda na młyn, bo oprócz nudnawych tekstów pasjonuję się językami programowania. a że mogę pochwalić się wieloma zaprojektowanymi dla swojego działu aplikacjami, rozmowa poszła bardzo sprawnie. nawijałem o aplikacjach parsujących lokalizacyjne pliki xml, omawiałem swoją wiedzę z dziedziny platformy .NET i języka C# w którym piszę aplikacje windowsowe, mówiłem o konieczności i wygodzie wykorzystywania języka VBA dla tekstów i danych zapisywanych w formatach microsoftowego office'a. a gdy wyczerpały się te tematy uderzył jeszcze odważniej pytając o moje pomysły na usprawnienie i przyspieszenie prac w całym pionie lokalizacji. tu również mogłem się pochwalić pomysłami, które wprowadziłem w NCsofcie, a które przykładowo skracały tworzenie baz Translation Memories z kilkudziesięciu minut do kilkunastu sekund za pomocą prostej, acz efektywnej aplikacji autorskiej.. koleś prześwietlił nawet moją przeszłość, sprawdzał i pytał o poprzednie moje zajęcia, czyli prowadzenie sieci osiedlowej SportNet czy pracę w wydawnictwie Helion..

trzecią rozmówczynią była Irlandka również w podobnym do mnie wieku. tu znowu nawijałem sporo o programowaniu, widać było, że dziewczyna zna się na rzeczy, często pytając mnie o najdrobniejsze nawet szczegóły. tą rozmowę uważam za najcięższą, głównie z racji jej charakteru. w ogóle się nie uśmiechała, nie potakiwała głową, nie ukazywała emocji. zadawała pytania, wnikliwie słuchała odpowiedzi, a z jej kamiennej twarzy nie można było poznać, co sądzi o mnie i o moim świecie. przyznam, że ta rozmowa wlokła się najdłużej, a napięcie dało o sobie znać, więc byłem już trochę zmęczony. wałkowaliśmy również podstawowe produkty Googli, czyli AdSense i AdWords, o których dużo nie wiedziałem i wśród których nie czułem się najpewniej. w sumie rozmowy w Dublinie trwały ok trzech godzin, a do Londynu leciałem z mieszanymi uczuciami. byłem zadowolony z wielu odpowiedzi, w kilku natomiast już po czasie znalazłem lepsze rozwiązania..

na kolejny kontakt Sary czekałem ponad 10 dni. odpowiedź była pozytywna i dostałem zaproszenie na czwarty etap rozmów, który miał być przeprowadzony z Product Menedżerem z jednej ze światowych placówek Googli. myślę, że był to moment przełomowy: wcześniej była to raczej zabawa, ale teraz zrozumiałem, że oto otwiera się przede mną duża szansa. nie kandydowałem na stanowisko dla Polaka. musiałem być lepszy od ludzi z całego świata, mimo że miałem prowadzić projekty lokalizacyjne w wielu zupełnie obcych dla mnie języków. osoba, która zadzwoniła do mnie kilka dni później nazywała się Etaoin. na co dzień pracuje w oddziale londyńskim, jednak dzwoniła do mnie 'gdzieś z trasy', bo pracownicy korporacji często się przemieszczają. ta rozmowa miała nieco inny charakter: Etaoin nie miała pojęcia o lokalizacji, znała się natomiast na zarządzaniu produktem. nasza rozmowa (trochę krótsza niż poprzednie) sprowadzała się do wzajemnej współpracy: w jaki sposób ja pomogę jej przetłumaczyć produkt na 18 języków w Europie i na Bliskim Wschodzie. było tu, przyznaję, trochę gdybania. nawijałem od czego bym zaczął, co chciałbym się od niej dowiedzieć przed rozpoczęciem, jaka jest metodologia samego projektu, ramy czasowe, budżet. padło kilka pytań laickich w stylu: czym jest internacjonalizacja czy jakbym mógł jej wytłumaczyć, co to jest aplikacja sieciowa. było w tym trochę lania wody, ale uważam, że było to również fajne przetarcie przed ew. przyszłą współpracą. po wszystkim wyczułem, że moja rozmówczyni była zadowolona..

sytuacja z rekruterką znowu się powtórzyła i po tygodniu dostałem zaproszenie na ostatnią rozmowę, która miała być przeprowadzona z szefem wszystkich szefów z siedziby głównej Googli z Mountain View w Kalifornii. i tutaj mnie kolo zaskoczył: nie pytał o sposoby pracy, nie pytał o realizację projektów, a zaczął nawijać o wewnętrznym świecie Googli. nawijał długo, do tego z jakimś dziwnym hinduskim akcentem, po czym poprosił mnie o zadawanie pytań. nie wiem, czy to jakaś nowa psychologia rekrutacji, ale po pierwszym pytaniu z mojej strony poprosił o drugie, potem kolejne i jeszcze jedno. po pewnym czasie mój zasób znaków zapytania się wyczerpał, na co on rzucił: to jak nie masz pytań do naszej pracy to chociaż zapytaj się mnie coś o moim życiu prywatnym.. z perspektywy czasu porównałbym naszą rozmowę do wywiadu z jakimś szalonym naukowcem, którego co prawda można podziwiać za wiedzę, ale który żyje w jakimś swoim szczególnym zamkniętym świecie.. nie czułem się źle po tej rozmowie, ale nie odczuwałem również zadowolenia.. odpowiedź z Googli nadeszła po 10 dniach, niestety negatywna. Sarah z przykrością powiedziała mi, że dotarłem bardzo daleko, bo był to już ostatni etap, ale firma zdecydowała się na zatrudnienie innego kandydata. powiedziała również, że nie ma dla mnie żadnego negatywnego feadbacku -- na końcu procesu wybrano po prostu kogoś innego i tyle. byłem trochę zawiedziony, bo szansa była duża, ale rozwój wypadków potoczył się dla mnie dosyć szczególnie, bo proces Googli trwał przez prawie 3 miesiące i dosłownie za 4 dni po ostatecznej decyzji wylatywaliśmy już do Seattle. wcześniej podpisałem z moją firmą roczny kontrakt, więc wyjazd do Stanów i tak musiał już mieć miejsce. miałem zresztą w NCsofcie premierę Aiona za kilka miesięcy i cały dział na głowie, choć powiedziałem sobie: próbuję z Googlami do końca, a jeśli się uda, to będę martwił się później w myśl zasady Google się nie odmawia.. po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi nie za bardzo się jednak zmartwiłem. co wyniosłem z tych rozmów? masę doświadczenia. sporo wrażeń i ten inny sposób oceny kandydata. nakierowanie na konkretne fakty, innowacyjne rozwiązania, ciągły rozwój. żadna z firm nigdy mi tego nie zaoferowała. poznałem strukturę firmy od środka, widziałem jak tam jest i jak się tam pracuje. poznałem ludzi, dokładnie takich jak ja, i zdałem sobie sprawę, że Polak też potrafi. że nie możemy ustępować Niemcom i Francuzom, że trzeba szukać szans. cóż, może kiedyś w przyszłości będzie mi dane spróbować ponownie..
kategoria: zapiski                           link bezpośredni
Gwatemala cz. V -- dżungla..
22.12.2009; 08:32
o dżungli pisałem już podczas relacji z Meksyku. bujna, wilgotna i lepka zieleń towarzyszyła nam niemal przez cały wypad centralno-amerykański. trochę mniej było jej w Belize, ale w Gwatemali ponownie uderzyła w nas całą swoją mocą, urokiem i tajemniczością. zdaję sobie sprawę, że nasze kontakty z tym niebezpiecznym światem były tylko przelotne i nijak nie da się tego porównywać do wypraw opisywanych w książkach podróżniczych. jednak dane nam było przedzierać się przez nią przez wiele godzin, spotkać zwierzęta i wdychać słodkawy zapach rozkładających się roślin. poniżej kilka ujęć z Gwatemali..










kategoria: podróże                           link bezpośredni
Gwatemala cz. IV -- Santa Elena..
15.12.2009; 01:48
żeby nie odnieść wrażenia, że Gwatemala to ósmy cud świata, poniżej kilka fotek z miasta Santa Elena, które przy uroczym Flores prezentuje się jak wietrzna noc listopadowa. brzydsza siostra naszej małej wysepki okazała się bowiem miejscem brudnym, śmierdzącym i chaotycznym. miejscowi przestrzegają przed wysoką przestępczością, ja jednak nie byłbym sobą, gdybym nie przekonał się na własne oczy, czy ktoś nie chce przede mną czegoś ukryć. i rzeczywiście, nie ma tam nic godnego uwagi, a odwiedzenia Santa Eleny ma w samym sobie tylko jedną, za to sporą zaletę: ukazuje kontrast i piękno panujące dookoła..








kategoria: podróże                           link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: Barcelona -- wrażenia i wiadomości ogólne..
27.4.2008; 21.53
3 pełne dni, jakie spędziliśmy w Barcelonie, pokazały nam piękno stolicy Katalonii.. i choć miasto liczy 1,5 mln mieszkańców (a wraz z aglomeracją i rzeszami turystów liczba ta urasta do kilku milionów) to sprawia wrażenie fantastycznego miejsca do życia. są miejsca, jak Nowy Jork, Paryż, czy nawet Londyn, gdzie nie wyobrażam sobie siebie, gdzie tłumy, centra biznesowe i codzienna gorączka komunikacyjna skutecznie wybijają z mojej głowy najmniejszą nawet myśl o zmianie otoczenia. stolica Katalonii jest inna. i być może ma na to wpływ specyficzna kultura tego miejsca, śródziemnomorski klimat lub piękno architektury, mnogość zabytków i setki atrakcji turystycznych? a może po prostu świat docenia otwartość Barcelony oraz oferowaną przez nią symbiozę tradycji i nowoczesności? rzadko kiedy na tak niewielkim obszarze mamy do czynienia z udanym połączeniem gotyckiej zabudowy, zaskakujących budowli modernistycznych, cichych zaułków, zielonych palm, morza, gór i parków..

miasto położone jest nad wybrzeżem Morza Śródziemnego, pomiędzy wzgórzami Montjuic i Tibidado. i choć nie sposób nie zauważyć prężnie rozwijającego się dzisiaj życia, to jednak o historii Barcelony najlepiej świadczą jej dzielnice. większość z nich przez setki lat funkcjonowała jako osobne miejsca, zanim połączyło je dynamicznie rozwijające się miasto. klasycznym must be miasta jest dzielnica Barri Gotic. Dzielnicę Gotycką odrestaurowano w latach 20. XX wieku, a odnowione budynki z XII-XV wieku przypominają o wielkości średniowiecznej Barcelony. w rzeczywistości dzielnica jest o wiele starsza, o czym świadczą zabytki z czasów rzymskich, a w szczególności pierwsze mury miejskie z IV wieku. historia miasta sięga aż III wieku pne, kiedy to placówka była kolonią rzymską i prężnie rozwijającą się republiką kupiecką.. bliżej morza, niedaleko Dzielnicy Gotyckiej znajduje się Ribera -- w przeszłości siedziba kupców i rzemieślników. to właśnie tu królują wąskie uliczki i gotyckie kamienice, a całość wieńczy fantastyczny kościół Santa Maria del Mar. dalej na północ rozłożyła się Barceloneta, skąd kolejką linową można przedostać się na przeciwległe Montjuic. wzgórze to nazywane 'Wzgórzem Żydów' wznosi się na wysokość 173 metrów i zawiera mnóstwo atrakcji, z wybudowaną specjalnie na Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1992 roku wioską olimpijską, na czele. od pomnika Kolumba, aż do Placa de Catalunya rozciąga się mega-znana w świecie Rambla -- pasaż turystyczny, tętniący życiem, kolorami i zapachami o każdej porze dnia i nocy. w głębi lądu przez wiele kilometrów rozciąga się ulica Passeig de Gracia -- to właśnie tutaj znajdują się znane w świecie kamienice zaprojektowane przez Gaudiego: Casa Mila i Casa Batllo. nieopodal, idąc ulicą Diagonal na płn-wsch. docieramy do bodaj najbardziej znanego zabytku Barcelony, bazyliki Sagrada Familia. bazylika poświęcona Św. Józefowi i Św. Rodzinie w zamyśle Gaudiegi miała być ofiarą przebłagalną za materializm współczesnego świata. historia jej budowy trwa już 120 lat, a choć nadal wiele jest do zrobienia (dźwigi na górze, rusztowania wewnątrz) to budowla robi niesamowite wrażenie. wjeżdżamy nawet windą na jedną z wież, skąd rozciąga się widok na całe miasto. na dzień dzisiejszy podaje się, że budowa bazyliki zostanie ukończona w 2027 roku. mam nadzieję, że Agata napisze więcej o dziełach ambitnego architekta Gaudiego, bo jest ich tu znacznie więcej, a charakterystycznym przypadkiem jest zaprojektowany przez niego Park Guell -- miasto-ogród nigdy nie zostało jednak dokończone, choć dziś tłumy zwiedzających są pod wrażeniem bajkowego klimatu tego miejsca, schodków, altanek, baśniowych domków, mozaikowych ławek i porcelanowych wież.. Barcelonę zwiedziliśmy prawie w komplecie. prawie, bo oczywiście tego typu miasta można zwiedzać tygodniami, a nawet miesiącami. i zawsze pozostanie coś do odkrycia. stolica Katalonii jest miastem drogim -- ktoś wyliczył, że pod względem kosztów życia plasuje się B. na 31 miejscu na świecie. do mnie bardziej dociera, że za piwo na Rambli zapłaciłem 12 euro, a wejście do prawie każdego muzeum (czy wartego pokręcenia się po nim miejscu) warte jest min. 8 euro. ale i tak warto. wszystkie słyszane na ulicach języki świata (w tym niezwykle częsty polski :) są tego dobitnym przykładem! wkrótce więcej osobistych relacji z tego miejsca..
kategoria: podróże                           link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 356.