kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
robię coraz więcej zdjęć. nie dopuszczam myśli, że mógłbym się wypuścić gdzieś dalej bez
aparatu. z setek, tysięcy ujęć czasem wybiorę coś lepszego. czasem coś się trafi. i mimo
że nie chcę w tym momencie nawiązywać do przysłowiowej kury, to jednak coraz częściej
dostrzegam płytkość tej mojej pasji. stawiam na kadr, walczę o jakość, czaruję w
Photoshopie oszukując siebie samego i wszystkich dookoła. jednak bezsenną nocą dociera
do mnie, że fotografia wcale nie polega na jowialnych krajobrazach, na pustych, a
jednocześnie do perfekcji podciągniętych kadrach. bo kto powiedział, że ma być ładnie,
ostro i wyraźnie? że niebo ma być pięknie błękitne, a twarz uśmiechnięta. coraz bardziej
dociera do mnie, że moje zdjęcia mijają się z prawdą. i rzeczywistością, o czym pisał
kiedyś Pedro Meyer. zastanawiając się dalej, czy fotografia nie jest aby zwyczajnym
kłamstwem? po raz pierwszy dotarło to do mnie podczas przeglądania nagrodzonych zdjęć w
konkursie World Press Photo. jednym ze zwycięzców został Rafał Milach za swój
fotoreportaż o emerytowanych cyrkowcach. przekaz, myśl, intencje!! zamysł, próba
przekazania czegoś -- to w rzeczywistości ważna rzecz przy ocenie fotografii.
oczywiście, są różne kategorie, płaszczyzny. podwójne dno nie jest przecież przepustką
do raju. a jednak obraz, który nie wzbudza uczuć, wrażeń, nie przywołuje doświadczeń,
jest tylko kolejnym zlepkiem pikseli. a przecież można ciekawiej, choć zupełnie prosto,
jak tutaj..
podczas wizyty w Bośni zrobiłem dwa zdjęcia prawdziwe. i to właśnie te dwa przypadkowe
strzały tłumaczą mi niewielką wartość wszystkich pozostałych. na brukowanej uliczce
Mostaru siedzi starszy szczupły mężczyzna. na oczach ma ciemne okulary, w ręku trzyma
laskę. siedzi w cieniu na niewielkim składanym krześle. kiwa głową w odpowiedzi na moje
pytanie o możliwość zrobienia mu zdjęcia. podczas moich przygotowań i ustawienia
ekspozycji nawet nie drgnął, nie przesunął się, nie poprawił. odniosłem wrażenie, że
jest smutny. jednak gdy dzisiaj patrzę na gotowe zdjęcie wyraźnie widzę, że mężczyzna
nie jest smutny -- ba, on się uśmiecha zawadiacko. i nie jest to uśmiech wymuszony
potrzebą chwili, który ma poprawić samopoczucie zbłąkanego turysty.. drugie ujęcie przedstawia kobietę, również nie pierwszej młodości. prawdopodobnie jest ona Muzułmanką, choć pewności co do tego nie mam. w odświętnym, tradycyjnym stroju wspina się w pełnym słońcu, a o roku 2008 przypomina tylko i wyłącznie kawałek plastykowej torby. w tym przypadku nie pytałem o pozwolenia na zrobienie fotografii, a po prostu (swoim skrywanym sposobem) udawałem, że celuję gdzieś powyżej. gdy jej oczy zetknęły się z moją optyką nacisnąłem spust migawki, a jej spojrzenie osiadło na światłoczułej matrycy. i mimo słońca i ostrych cieni wyraźnie widać powagę na jej twarzy. w takich momentach nie ma miejsca, czasu (ani w jej przypadku ochoty) do lakonicznego uśmiechu. i może o to właśnie chodzi?
weselicho!
05.06.2010; 10:36
za oknem upał i niesamowity błękit nieba. za kilka godzin biorę ślub, a potem bawimy się przez dwa dni. w takich momentach moje emocje wyrazić może tylko grupa Kowalski..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
30! welcome to the future..
12.05.2010; 02:22
uśmiecham się czasem przypominając sobie tę notkę.
napisałem ją dokładnie 6 lat temu, w dniu moich 24-tych urodzin. z prostej matematyki wynika, że dzisiaj
okazja do notki jest zdecydowanie donioślejsza: właśnie teraz, w tejże chwili, przekraczam trzydziestkę, porządny level-up, jak mawiamy w slangu gier MMO..
tym razem jednak nie będzie o pasjach, wyzwaniach i planach. będzie o przyszłości, czyli czasie w którym obecnie żyjemy. pamiętam siebie w latach 80-tych i ten prosty świat z perspektywy trzepaka. rok 2010 wszystkim wydawał się tak daleką przyszłością, czasem niemożliwym do sprecyzowania i zdefiniowania, coś na kształt filmowej Odysei Kosmicznej. oczywiście wizja mojego życia była jeszcze bardziej zamazana: kim się stanę, jakie wartości będę wyznawał, czym dane mi będzie się zajmować.. wiedziałem tylko, że chcę być piłkarzem, reszta miała być tworzona w locie i .. jak można się tego było spodziewać, życie brutalnie obeszło się z moimi młodymi planami.. przez te 30 lat świat tak bardzo się zmienił, historia zapisała tak wiele wydarzeń, byliśmy świadkami tylu zmian, przełomów i tragedii. przeszliśmy przez dynamiczny rozwój każdej z istotnych dziedzin życia i, co istotne, rozwój ten trwa i z każdym okresem, podobnie jak w przypadku rozwoju mikroprocesora, przyspiesza dwukrotnie..
idealnie ujął to bez przerwy puszczany w amerykańskim radiu Brad Paisley i to jego 'welcome to the future' chcę słuchać w dniu moich urodzin. za każdym razem gdy słucham tekstu tej piosenki przechodzi mnie swoisty dreszcz podniecenia i nostalgii. wake up Martin Luther, welcome to the future:
And I'd have given anything
To have my own Pac-Man game at home
I used to have to get a ride down to the arcade
Now I've got it on my phone
My grandpa was in World War 2
He fought against the Japanese
He wrote a hundred letters to my grandma
Mailed them from his base in the Philippines
I wish they could see this now
Will they say it's changed a note
'Cause I was on a video chat this morning
With a company in Tokyo
Hey, look around it's all so clear
Hey, wherever we were going, well we're here
Hey, so many things I never thought I'd see
Happening right in front of me
PS. a jeśli metaforą mojego życia ma być właśnie 12 maja to chyba lepiej już trafić nie mogłem. z pomocą przychodzi kalendarium i dwa światowe święta obchodzone w dniu moich urodzin: Światowy Dzień Ptaków Wędrownych, bo moje życie od kilku lat przypomina podróż, i Światowy Dzień Syndromu Chronicznego Zmęczenia, jako obraz biznesu naszych czasów i stanu, w którym wszyscy bez przerwy tkwimy..
PS2. stronę tomxx.net ciągnął będę do końca. ciekawe, czy wrócę do tej notki w, powiedzmy, roku 2040? w dniu mojej sześćdziesiątki?
PS3. wygrzebane w rodzinnych albumach, zapraszam do tomxxcikowskiego wehikułu czasu :)
cóż, początki nie były łatwe..


ale później się rozkręciło. kobiety, te prawdziwe..

i te mniej prawdziwe, za to tańsze w utrzymaniu:


agresja:

od tych płotów zaczęło się chuligaństwo stadionowe:

miłość do piłki kopanej:

wielkie przyjaźnie trwające po dzień dzisiejszy:

i rodzina, jak wartość najważniejsza.

z dziadkiem przez 28 lat znajdywaliśmy wspólne tematy:

z rodzicami chrzestnymi:

zdjęcie rodzinne:

z mamą:

z pierwszym rodzinnym maluchem i kuzynką:

i pierwsze podrywy:

tym razem jednak nie będzie o pasjach, wyzwaniach i planach. będzie o przyszłości, czyli czasie w którym obecnie żyjemy. pamiętam siebie w latach 80-tych i ten prosty świat z perspektywy trzepaka. rok 2010 wszystkim wydawał się tak daleką przyszłością, czasem niemożliwym do sprecyzowania i zdefiniowania, coś na kształt filmowej Odysei Kosmicznej. oczywiście wizja mojego życia była jeszcze bardziej zamazana: kim się stanę, jakie wartości będę wyznawał, czym dane mi będzie się zajmować.. wiedziałem tylko, że chcę być piłkarzem, reszta miała być tworzona w locie i .. jak można się tego było spodziewać, życie brutalnie obeszło się z moimi młodymi planami.. przez te 30 lat świat tak bardzo się zmienił, historia zapisała tak wiele wydarzeń, byliśmy świadkami tylu zmian, przełomów i tragedii. przeszliśmy przez dynamiczny rozwój każdej z istotnych dziedzin życia i, co istotne, rozwój ten trwa i z każdym okresem, podobnie jak w przypadku rozwoju mikroprocesora, przyspiesza dwukrotnie..
idealnie ujął to bez przerwy puszczany w amerykańskim radiu Brad Paisley i to jego 'welcome to the future' chcę słuchać w dniu moich urodzin. za każdym razem gdy słucham tekstu tej piosenki przechodzi mnie swoisty dreszcz podniecenia i nostalgii. wake up Martin Luther, welcome to the future:
And I'd have given anything
To have my own Pac-Man game at home
I used to have to get a ride down to the arcade
Now I've got it on my phone
My grandpa was in World War 2
He fought against the Japanese
He wrote a hundred letters to my grandma
Mailed them from his base in the Philippines
I wish they could see this now
Will they say it's changed a note
'Cause I was on a video chat this morning
With a company in Tokyo
Hey, look around it's all so clear
Hey, wherever we were going, well we're here
Hey, so many things I never thought I'd see
Happening right in front of me
PS. a jeśli metaforą mojego życia ma być właśnie 12 maja to chyba lepiej już trafić nie mogłem. z pomocą przychodzi kalendarium i dwa światowe święta obchodzone w dniu moich urodzin: Światowy Dzień Ptaków Wędrownych, bo moje życie od kilku lat przypomina podróż, i Światowy Dzień Syndromu Chronicznego Zmęczenia, jako obraz biznesu naszych czasów i stanu, w którym wszyscy bez przerwy tkwimy..
PS2. stronę tomxx.net ciągnął będę do końca. ciekawe, czy wrócę do tej notki w, powiedzmy, roku 2040? w dniu mojej sześćdziesiątki?
PS3. wygrzebane w rodzinnych albumach, zapraszam do tomxxcikowskiego wehikułu czasu :)
cóż, początki nie były łatwe..


ale później się rozkręciło. kobiety, te prawdziwe..

i te mniej prawdziwe, za to tańsze w utrzymaniu:


agresja:

od tych płotów zaczęło się chuligaństwo stadionowe:

miłość do piłki kopanej:

wielkie przyjaźnie trwające po dzień dzisiejszy:

i rodzina, jak wartość najważniejsza.

z dziadkiem przez 28 lat znajdywaliśmy wspólne tematy:

z rodzicami chrzestnymi:

zdjęcie rodzinne:

z mamą:

z pierwszym rodzinnym maluchem i kuzynką:

i pierwsze podrywy:

kategoria: przemyślenia link bezpośredni
nie zapomnij skąd tutaj przybyłem..
11.02.2010; 01:18
moja emigracja od samego początku miała raczej wymiar czasowy. jestem zbyt sentymentalny i za bardzo przywiązany, aby na stałe
żyć poza Polską. i choć ta niezdefiniowana przestrzeń czasowa niebezpiecznie się rozciąga, i choć coraz dotkliwiej kłują w oczy
piękne miasta, życzliwsi ludzie i prostsze życie poza granicami Polski, decyzja o powrocie nie ma prawa się zmienić. termin
owszem, ale nie podstawowe założenia osobistej przyszłości. i oczywistym jest, że w równym stopniu chodzi o rzeczy
fundamentalne, jak rodzina czy przyjaciele, co o rzeczy błahe, jak rozbita kostka brukowa, zapamiętane od małego drzewo czy
zimny Lech na rynku po parasolami.. bo gdy opadnie gorączka podróży, gdy kombinację podniecenia, lęku i oczekiwań przysłonią
wydarzenia dnia codziennego, zaczyna się normalne życie. jak ono wygląda poza granicami kraju?
to oczywiście zależy, czy na dzień dobry emigrant próbuje stać się Brytyjczykiem/Niemcem/Norwegiem lub innym Irlandczykiem, czy
wprost przeciwnie -- głośno i dobitnie głosi skąd pochodzi i dokąd, w jakiejś tam przyszłości, zmierza. tych pierwszych
szanuję, choć zdecydowanie bliżej mi do opcji drugiej -- stąd też będzie o takich małych elementach polskości na obczyźnie..
kojąco działa na mnie polskie radio. nic nie przebije osobliwego klimatu Trójki wczesnych godzin rannych i takiego na ten przykład 'trójkowego budzika'. u mnie to dopiero wieczór, ale niezwykle miło posłuchać jak tam daleko, osiem i pół tysiąca kilometrów na Wschód, Polska budzi się do życia. koło piątej powoli kończą się ciche utwory nocne, ich miejsce przejmują pierwsze poranne niusy, rzeczowe rozmowy i wszystkie te detale serwowane przez słuchaczy, z odgarnianiem śniegu włącznie. do tego nasza rodzima muzyka, jako nieśmiertelna część nowego dnia..
nie wyobrażam sobie również dnia bez polskiej literatury. mimo 3 lat posługiwania się na co dzień językiem angielskim, w ogóle nie podchodzi mi czytanie książek w tym języku. ani w żadnym innym (mój zardzewiały niemiecki był kiedyś całkiem wporzo).. pisałem ostatnio na blogu o różnych czytnikach e-booków -- z takimi maszynkami i tysiącem pozycji w elektronicznych archiwach żadna obczyzna nie jest straszna.. ostatnio wracam do klasyki, bo to już najwyższa pora zabrać się za nigdy nie czytaną Trylogię..
od 3 lat nie posiadam telewizora, co oczywiście nie przeszkadza mi być na bieżąco z wszelkimi polskimi produkcjami filmowymi. polskie seriale są coraz lepsze (vide Czas Honoru czy Tajemnica twierdzy szyfrów) a internet coraz szybszy. ostatnio trochę stanął projekt polskiej telewizji publicznej oficjalnie streamowanej przez iTVP czy PLiPTV.PL dla widzów zza granicy, ale oglądanie polskich kanałów przez protokoły typu Sop: nie nastręcza żadnych problemów. nie mówiąc już o fakcie, że nigdy wcześniej nie oglądałem tak wielu meczów ligi polskiej.. i to lajf..
ale to wszystko to tylko dodatki. najważniejsze są kontakty z Polonią, o które nawet w tak odległym od naszego kraju miejscu nie jest trudno. w Seattle mieszka kilka tysięcy Polaków, począwszy od tych 70-80 letnich pamiętających drugą falę emigracji (pierwsza grupa Polaków przybyła w te okolice jeszcze w drugiej połowie XIX wieku) po tych najmłodszych. największą grupę stanowią ludzie, którzy wyemigrowali tu w latach '80-tych uciekając przed złym systemem -- dzisiaj mają po 40-50 lat i stanowią serce ruchu polonijnego w tej okolicy. istnieje polska parafia, dom polski (organizujący koncerty naszych rodzimych umuzykalnionych inaczej gwiazd), polskie spotkania, obiady, kluby książkowe, drużyna piłkarska i inne takie.. nie wspominam o Anglii i Brighton bo tam język polski słyszany był wszędzie..
do napisania tego krótkiego tekstu skłoniła mnie hala Prudential Center w Newark podczas ostatniej walki Tomka Adamka. 12 tysięcy miejsc i 11 i pół tysiąca fanatycznych polskich kibiców. biało-czerwone New Jersey tego dnia nie było niczym szczególnym. i ten szał gdy naszej nowej wschodzącej gwieździe boksu zawodowego puszczono jego hymn -- utwór 'Pamiętaj' kieleckiego rapera Funky Polaka na stałe mieszkającego w Chicago. w takich warunkach zawsze dopada mnie dreszcz polskości..
kojąco działa na mnie polskie radio. nic nie przebije osobliwego klimatu Trójki wczesnych godzin rannych i takiego na ten przykład 'trójkowego budzika'. u mnie to dopiero wieczór, ale niezwykle miło posłuchać jak tam daleko, osiem i pół tysiąca kilometrów na Wschód, Polska budzi się do życia. koło piątej powoli kończą się ciche utwory nocne, ich miejsce przejmują pierwsze poranne niusy, rzeczowe rozmowy i wszystkie te detale serwowane przez słuchaczy, z odgarnianiem śniegu włącznie. do tego nasza rodzima muzyka, jako nieśmiertelna część nowego dnia..
nie wyobrażam sobie również dnia bez polskiej literatury. mimo 3 lat posługiwania się na co dzień językiem angielskim, w ogóle nie podchodzi mi czytanie książek w tym języku. ani w żadnym innym (mój zardzewiały niemiecki był kiedyś całkiem wporzo).. pisałem ostatnio na blogu o różnych czytnikach e-booków -- z takimi maszynkami i tysiącem pozycji w elektronicznych archiwach żadna obczyzna nie jest straszna.. ostatnio wracam do klasyki, bo to już najwyższa pora zabrać się za nigdy nie czytaną Trylogię..
od 3 lat nie posiadam telewizora, co oczywiście nie przeszkadza mi być na bieżąco z wszelkimi polskimi produkcjami filmowymi. polskie seriale są coraz lepsze (vide Czas Honoru czy Tajemnica twierdzy szyfrów) a internet coraz szybszy. ostatnio trochę stanął projekt polskiej telewizji publicznej oficjalnie streamowanej przez iTVP czy PLiPTV.PL dla widzów zza granicy, ale oglądanie polskich kanałów przez protokoły typu Sop: nie nastręcza żadnych problemów. nie mówiąc już o fakcie, że nigdy wcześniej nie oglądałem tak wielu meczów ligi polskiej.. i to lajf..
ale to wszystko to tylko dodatki. najważniejsze są kontakty z Polonią, o które nawet w tak odległym od naszego kraju miejscu nie jest trudno. w Seattle mieszka kilka tysięcy Polaków, począwszy od tych 70-80 letnich pamiętających drugą falę emigracji (pierwsza grupa Polaków przybyła w te okolice jeszcze w drugiej połowie XIX wieku) po tych najmłodszych. największą grupę stanowią ludzie, którzy wyemigrowali tu w latach '80-tych uciekając przed złym systemem -- dzisiaj mają po 40-50 lat i stanowią serce ruchu polonijnego w tej okolicy. istnieje polska parafia, dom polski (organizujący koncerty naszych rodzimych umuzykalnionych inaczej gwiazd), polskie spotkania, obiady, kluby książkowe, drużyna piłkarska i inne takie.. nie wspominam o Anglii i Brighton bo tam język polski słyszany był wszędzie..
do napisania tego krótkiego tekstu skłoniła mnie hala Prudential Center w Newark podczas ostatniej walki Tomka Adamka. 12 tysięcy miejsc i 11 i pół tysiąca fanatycznych polskich kibiców. biało-czerwone New Jersey tego dnia nie było niczym szczególnym. i ten szał gdy naszej nowej wschodzącej gwieździe boksu zawodowego puszczono jego hymn -- utwór 'Pamiętaj' kieleckiego rapera Funky Polaka na stałe mieszkającego w Chicago. w takich warunkach zawsze dopada mnie dreszcz polskości..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
o miejscowych..
12.08.2009; 02:42
jestem bardzo mile zaskoczony Amerykańcami. miałem średnie doświadczenia z 2004 roku, choć zdawałem sobie
sprawę, że wpływ na to miało ściśle wakacyjne miejsce. po pierwszym miesiącu przysłowiową głupotę
miejscowych można włożyć między bajki. jak wszędzie, spotyka się tu całe masy zdrowo trzepniętych ludzi,
ale generalne odczucia są pozytywne. z każdym napotkanym miejscowym można rzeczowo i otwarcie porozmawiać,
opowieści z umiejscawianiem naszego kraju w Ameryce Płd również się tu nie zdarzają.. ludzie, z którym
każdego dnia się tu spotykam, cechują się kreatywnością, szybkim działaniem i błyskotliwością. wiedza wielu
z nich szeroko wychodzi poza to, czym zajmują się w firmie. pisarz naszych tekstów jest zapalonym muzykiem,
producent półzawodowo zajmuje się grafiką i renderowaniem filmów, a tester potrafi programować. jednak
szczególnie ujmuje mnie fakt, że każdy każdego traktuje tutaj na równi. nowe, czasowo przyjęte
osoby czynnie uczestniczą w spotkaniach, ludzie słuchają się nawzajem i zadają pytania nie robiąc przy tym
głupich min. zero wyższości, otwarcie na świat. każdy mówi innym angielskim, a miejscowi z uporem lepszej sprawy nie łamią się łamaniem ich
rodzinnego języka. z jednej strony luz, z drugiej dążenie każdego z osobna do pomyślnego załatwienia
sprawy. tak jest u nas, choć na ulicy spotkać można podobnych ludzi. nie wiem, czy wpływ na to ma fakt, że
w Seattle mieści się główna siedziba wiele światowych korporacji, od Microsoftu po Amazon.com, od
Starbucksa po Nordstrom, od Boeinga po RealNetworks. na chodnikach ścisłego centrum przewija się cała masa
garniturowców i wypachnionych panienek, a między nimi, dodając z poczucia obowiązku, przesuwa się cała
reszta, w tym szaleni bezdomni i otumanieni nie-wiadomo-czym nastolatkowie. do tej pory trzykrotnie
spotkałem tu Polaków: raz na lotnisku, 2 razy na chodniku Polaków odbywających staż, albo wymianę, w
Microsofcie. ale wracając do sprawy: napotkani przez ten miesiąc Amerykanie są bardzo w porządku. na górskich szlakach Mt Rainier spotkaliśmy kilkanaście osób, każdy zainteresowany naszym światem, każdy gotowy do niesienia pomocy. przyciąga ich jakaś magia bycia z innej części świata. mnie osobiście strasznie to kręci i czuję się tu dobrze.
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
coraz bliżej święta, coraz bliżej święta..
23.12.2008; 18.04
grudzień strzelił jak z bicza i szybciej niż to było planowane zostałem wujkiem! Daniel, syn mojej sys i Lucka, ma się dobrze,
śpi i nie ryczy jak niektórzy z naszej familii. na dzień dobry młodzi rodzice zapodali sobie lustrzankę i każdy dzień zaczyna się wyjątkową sesją zdjęciową.
zawsze w ten sposób myślałem o swoim potomku -- możliwość przedstawienia świata dziecka z perspektywy upływających dni... Daniela ujrzę już za kilka
dni, muszę mu powiedzieć, żeby się nie wygłupiał i jak każdy szanujący się Gliwiczanin zaczął kibicować zabrzańskiemu Górnikowi. no ale pewnie nie będzie
jeszcze wiedział, o czym ja rozmawiam.. w każdym razie, Danielu Aleksandrze, z tego tu miejsca, witam Cię serdecznie, ufnie i wesoło na tym ziemskim
padole. i niech się wiedzie! a ponadto dookoła masa pracy -- Koreańcy dają nam nieźle popalić, AION w swoim premierowym tygodniu na rynkach
azjatyckich pobił wszelkie rekordy i jest już hitem namber łan! szykuje się jakaś delegacja za ocean, ale nie wiadomo jeszcze czy Wschód, czy raczej Zachód
(siedziba główna NC West to Seattle, tam wysoko, gdzie zimno i widać granicę kanadyjską..). do tego dopadają mnie wciąż goniące terminy artykułów dla
Bermud i projektów stron dla wszystkich dookoła. dopiero co skończyliśmy stronę grupy WS Finance (Olek, właściciel,
nieźle sobie radzi. nawet już więźniowie dla niego pracują -- jak to wszystko jest zorganizowane, autokary jakieś popodstawiali..), a już pojawił się Pietruch,
jeden z bardziej aktywnych kibiców Arki Gdynia, z planem własnej witryny poświęconej kolekcji szali klubowych.. w końcu witrynka powstała (główny
nacisk na bazę danych) i jest dostępna na stronie pietruch-szale.tk. żółta czcionka na niebieskim tle
to typowy must-be fanatyka piłkarskiego, dla którego barwy własnej drużyny są wszystkim. Pietruch jest także fanem zabrzańskiego Górnika i londyńskiego
Millwall, na którego meczu ostatnio razem byliśmy. jak można się było spodziewać, zlało nas strasznie, choć przed meczem mieliśmy całkiem fajną imprezkę
w angielskim pubie, rodem z Football Factory..
święta. kolejna sentymentalna podróż do domu i tekst 'travel home for Chrismtas' w statusie gg. to już w sumie trzeci raz wracam z UK i z marszu zasiadam z rodziną przy wigilijnym stole. myślę sobie, że takie chwile już na zawsze będą istotą życia. czymś, co pamiętamy z okresu dzieciństwa i co nierozerwalnie kojarzy nam się z ciepłem własnego domu.. rodzina w święta i przyjaciele po świętach. znowu nie widziałem ich już kilka miesięcy i znowu poleją się metry piwa w jednym z pubów na gliwickim rynku. a może i jakieś wino na ławce w parku, jak przed laty na przywitanie wiosny? choć nie, zimno chyba.. ponownie wzniesiemy kufle, ponownie posypią się opowieści o dawno minionych, osiedlowo-szkolno-wypadowych czasach. zjawi się Łuki, którego wydarzenia pognały aż do Norwegii, a który nawet na krańcu świata będzie mi bratem. stawi się Misiek robiący karierę w austriackiej firmie logistycznej, również pierwszoplanowa postać w moim dwudziestoośmioletnim już życiu. z Rokitnicy wiatr przygna Dara, aktywnie poszukującego swojego miejsca na ziemi.. swego czasu turlaliśmy się pod stołami knajpowymi, sączyliśmy najlepiej na świecie smakujące piwo akademikowe, a na jedym z dawnych zimowych wypadów (Szczyrk?) przez kilka godzin chodził po nim kot, a biedny Daru nie miał sił się bronić.. pojawi się Maras, doktorant nauk różnych, zdecydowanie najynteligentnijeszy z nas wszystkich -- coraz bliższy tytuł doktora i miłość do ostrej jazdy metalowej nie przekszadza mu w snuciu kolorowych planów o wspaniałym życiu emigracyjnym.. trzeba odwiedzić Józka Bluesa, który nigdzie się nie wybiera, niczego nie poszukuje, nigdy nie ma pieniędzy, ale którego lubią wszyscy, bo mówi dużo i bez sensu. u niego od zawsze to samo: stare utwory bluesowe, poezja Stachury, papierosowy dym, alkohol i playstation do późnych godzin rannych. przez jego dom przewinęło się chyba z pół Gliwic: głównie nasi starzy załoganci, ale były też kobiety, dzieci, dorośli i paru artystów kombinatorów. poszukamy Grzesia, starego punk-rockowca z kapeli ROZŁAM (ew Rozłam-Ones), któremu najlepsze teksty utworów zawsze przychodziły na myśl późną nocą, przy spowolnieniu, nostalgii i w chwilach zadumy. z wizytą wpadnie Pisiu, którego kariera sędziowska nabiera rozpędu w miarę rozwoju korupcji w polskiej piłce. jest już wysoko, gwiżdże, drukuje i wciąż wisi mi gotówkę za wspólny, nieudany interes.. z Holandii zjadą Ziele, Bobek i inni, którzy od lat jarają trawę i bawią się swoim życiem w różnokolorowych narkotykowych zwidach.. nie wiem co u Maga, który po wyjeździe do Dublinu zupełnie urwał się z naszej okołodzielnicowej więzi. Adaś z kolei poznał wreszcie swoją miłość i mam wrażenie, że może być nieuchwytny.. w porywach szczęścia spotkam się z Tomkiem, który nigdy nie mógł zrozumieć fenomenu zbiorowej wyobraźni, wspólnych wyskoków, które nakazywały współbiesiadującym w miarę jednakowe zachowania..
ponownie przejdę się szarymi dzielnicowymi uliczkami. osiedle z roku na rok jakby się uspokajało, statkowało. wszyscy z podobnych mi roczników albo porozjeżdżali się po świecie, albo najhuczniejsze wyskoki mają już danwo za sobą i rozkręcają się dosyć rzadko. do głosu dochodzi młodzież w wieku lat szesnastu -- kolejne pokolenie gówniarzy z kapturami na głowach, z pustką w sercu i tęsknotą za aktywnością chuligańską. ale to kompletne świry i już od pewnego czasu chowają w swych dresowych spodniach ostre jak brzytwa noże. na murach pojawia się coraz więcej haseł PIAST GKS i JEBAĆ KSG, ale to łatwe do przewidzenia następstwo awansu Gliwiczan do ekstraklasy. spróbuję sobie przypomnieć nasze i tylko nasze zaułki i wszystkie te czasy, w których bawiliśmy się w policjantów i złodziei. koniecznie odwiedzę klasyczny sklep na Modrzejewskiej -- to wciąż największa szansa trafienia jakiejś znajomej twarzy, jakiegoś ziomala, który nie uciekł, nie umiał, nie potrafił, albo mu się nie chciało. tych, którzy uciekli, a przyjechali, jak ja, z daleka łatwo rozpoznać. pełznąc po ciemnych zakamarkach mojej dzielnicy nie trzeba być bystrym obserwatorem, aby określić, co się zmieniło. zmieniło się dużo, dzielnica wypiękniała, ale na dobrą sprawę to wciąż takie samo zadupie, jak za naszych czasów. jedna linia autobusowa nadal kursuje tu 3 razy na godzinę, aby dojść do przystanku tramwajowego trzeba przejść przez teren kompletnie ześwirowanych, przepitych załogantów, z których tylko nieliczni dociągają do pięćdziesiątki.. policja tutaj nie bywa, straż miejską widać tylko podczas poranków.. ale to piękne, że przy okazji świąt można tutaj powrócić..
Merry Christmas 2008!
święta. kolejna sentymentalna podróż do domu i tekst 'travel home for Chrismtas' w statusie gg. to już w sumie trzeci raz wracam z UK i z marszu zasiadam z rodziną przy wigilijnym stole. myślę sobie, że takie chwile już na zawsze będą istotą życia. czymś, co pamiętamy z okresu dzieciństwa i co nierozerwalnie kojarzy nam się z ciepłem własnego domu.. rodzina w święta i przyjaciele po świętach. znowu nie widziałem ich już kilka miesięcy i znowu poleją się metry piwa w jednym z pubów na gliwickim rynku. a może i jakieś wino na ławce w parku, jak przed laty na przywitanie wiosny? choć nie, zimno chyba.. ponownie wzniesiemy kufle, ponownie posypią się opowieści o dawno minionych, osiedlowo-szkolno-wypadowych czasach. zjawi się Łuki, którego wydarzenia pognały aż do Norwegii, a który nawet na krańcu świata będzie mi bratem. stawi się Misiek robiący karierę w austriackiej firmie logistycznej, również pierwszoplanowa postać w moim dwudziestoośmioletnim już życiu. z Rokitnicy wiatr przygna Dara, aktywnie poszukującego swojego miejsca na ziemi.. swego czasu turlaliśmy się pod stołami knajpowymi, sączyliśmy najlepiej na świecie smakujące piwo akademikowe, a na jedym z dawnych zimowych wypadów (Szczyrk?) przez kilka godzin chodził po nim kot, a biedny Daru nie miał sił się bronić.. pojawi się Maras, doktorant nauk różnych, zdecydowanie najynteligentnijeszy z nas wszystkich -- coraz bliższy tytuł doktora i miłość do ostrej jazdy metalowej nie przekszadza mu w snuciu kolorowych planów o wspaniałym życiu emigracyjnym.. trzeba odwiedzić Józka Bluesa, który nigdzie się nie wybiera, niczego nie poszukuje, nigdy nie ma pieniędzy, ale którego lubią wszyscy, bo mówi dużo i bez sensu. u niego od zawsze to samo: stare utwory bluesowe, poezja Stachury, papierosowy dym, alkohol i playstation do późnych godzin rannych. przez jego dom przewinęło się chyba z pół Gliwic: głównie nasi starzy załoganci, ale były też kobiety, dzieci, dorośli i paru artystów kombinatorów. poszukamy Grzesia, starego punk-rockowca z kapeli ROZŁAM (ew Rozłam-Ones), któremu najlepsze teksty utworów zawsze przychodziły na myśl późną nocą, przy spowolnieniu, nostalgii i w chwilach zadumy. z wizytą wpadnie Pisiu, którego kariera sędziowska nabiera rozpędu w miarę rozwoju korupcji w polskiej piłce. jest już wysoko, gwiżdże, drukuje i wciąż wisi mi gotówkę za wspólny, nieudany interes.. z Holandii zjadą Ziele, Bobek i inni, którzy od lat jarają trawę i bawią się swoim życiem w różnokolorowych narkotykowych zwidach.. nie wiem co u Maga, który po wyjeździe do Dublinu zupełnie urwał się z naszej okołodzielnicowej więzi. Adaś z kolei poznał wreszcie swoją miłość i mam wrażenie, że może być nieuchwytny.. w porywach szczęścia spotkam się z Tomkiem, który nigdy nie mógł zrozumieć fenomenu zbiorowej wyobraźni, wspólnych wyskoków, które nakazywały współbiesiadującym w miarę jednakowe zachowania..
ponownie przejdę się szarymi dzielnicowymi uliczkami. osiedle z roku na rok jakby się uspokajało, statkowało. wszyscy z podobnych mi roczników albo porozjeżdżali się po świecie, albo najhuczniejsze wyskoki mają już danwo za sobą i rozkręcają się dosyć rzadko. do głosu dochodzi młodzież w wieku lat szesnastu -- kolejne pokolenie gówniarzy z kapturami na głowach, z pustką w sercu i tęsknotą za aktywnością chuligańską. ale to kompletne świry i już od pewnego czasu chowają w swych dresowych spodniach ostre jak brzytwa noże. na murach pojawia się coraz więcej haseł PIAST GKS i JEBAĆ KSG, ale to łatwe do przewidzenia następstwo awansu Gliwiczan do ekstraklasy. spróbuję sobie przypomnieć nasze i tylko nasze zaułki i wszystkie te czasy, w których bawiliśmy się w policjantów i złodziei. koniecznie odwiedzę klasyczny sklep na Modrzejewskiej -- to wciąż największa szansa trafienia jakiejś znajomej twarzy, jakiegoś ziomala, który nie uciekł, nie umiał, nie potrafił, albo mu się nie chciało. tych, którzy uciekli, a przyjechali, jak ja, z daleka łatwo rozpoznać. pełznąc po ciemnych zakamarkach mojej dzielnicy nie trzeba być bystrym obserwatorem, aby określić, co się zmieniło. zmieniło się dużo, dzielnica wypiękniała, ale na dobrą sprawę to wciąż takie samo zadupie, jak za naszych czasów. jedna linia autobusowa nadal kursuje tu 3 razy na godzinę, aby dojść do przystanku tramwajowego trzeba przejść przez teren kompletnie ześwirowanych, przepitych załogantów, z których tylko nieliczni dociągają do pięćdziesiątki.. policja tutaj nie bywa, straż miejską widać tylko podczas poranków.. ale to piękne, że przy okazji świąt można tutaj powrócić..
Merry Christmas 2008!
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
dwa zdjęcia..
4.10.2008; 03.16
robię coraz więcej zdjęć. nie dopuszczam myśli, że mógłbym się wypuścić gdzieś dalej bez
aparatu. z setek, tysięcy ujęć czasem wybiorę coś lepszego. czasem coś się trafi. i mimo
że nie chcę w tym momencie nawiązywać do przysłowiowej kury, to jednak coraz częściej
dostrzegam płytkość tej mojej pasji. stawiam na kadr, walczę o jakość, czaruję w
Photoshopie oszukując siebie samego i wszystkich dookoła. jednak bezsenną nocą dociera
do mnie, że fotografia wcale nie polega na jowialnych krajobrazach, na pustych, a
jednocześnie do perfekcji podciągniętych kadrach. bo kto powiedział, że ma być ładnie,
ostro i wyraźnie? że niebo ma być pięknie błękitne, a twarz uśmiechnięta. coraz bardziej
dociera do mnie, że moje zdjęcia mijają się z prawdą. i rzeczywistością, o czym pisał
kiedyś Pedro Meyer. zastanawiając się dalej, czy fotografia nie jest aby zwyczajnym
kłamstwem? po raz pierwszy dotarło to do mnie podczas przeglądania nagrodzonych zdjęć w
konkursie World Press Photo. jednym ze zwycięzców został Rafał Milach za swój
fotoreportaż o emerytowanych cyrkowcach. przekaz, myśl, intencje!! zamysł, próba
przekazania czegoś -- to w rzeczywistości ważna rzecz przy ocenie fotografii.
oczywiście, są różne kategorie, płaszczyzny. podwójne dno nie jest przecież przepustką
do raju. a jednak obraz, który nie wzbudza uczuć, wrażeń, nie przywołuje doświadczeń,
jest tylko kolejnym zlepkiem pikseli. a przecież można ciekawiej, choć zupełnie prosto,
jak tutaj..
podczas wizyty w Bośni zrobiłem dwa zdjęcia prawdziwe. i to właśnie te dwa przypadkowe
strzały tłumaczą mi niewielką wartość wszystkich pozostałych. na brukowanej uliczce
Mostaru siedzi starszy szczupły mężczyzna. na oczach ma ciemne okulary, w ręku trzyma
laskę. siedzi w cieniu na niewielkim składanym krześle. kiwa głową w odpowiedzi na moje
pytanie o możliwość zrobienia mu zdjęcia. podczas moich przygotowań i ustawienia
ekspozycji nawet nie drgnął, nie przesunął się, nie poprawił. odniosłem wrażenie, że
jest smutny. jednak gdy dzisiaj patrzę na gotowe zdjęcie wyraźnie widzę, że mężczyzna
nie jest smutny -- ba, on się uśmiecha zawadiacko. i nie jest to uśmiech wymuszony
potrzebą chwili, który ma poprawić samopoczucie zbłąkanego turysty.. drugie ujęcie przedstawia kobietę, również nie pierwszej młodości. prawdopodobnie jest ona Muzułmanką, choć pewności co do tego nie mam. w odświętnym, tradycyjnym stroju wspina się w pełnym słońcu, a o roku 2008 przypomina tylko i wyłącznie kawałek plastykowej torby. w tym przypadku nie pytałem o pozwolenia na zrobienie fotografii, a po prostu (swoim skrywanym sposobem) udawałem, że celuję gdzieś powyżej. gdy jej oczy zetknęły się z moją optyką nacisnąłem spust migawki, a jej spojrzenie osiadło na światłoczułej matrycy. i mimo słońca i ostrych cieni wyraźnie widać powagę na jej twarzy. w takich momentach nie ma miejsca, czasu (ani w jej przypadku ochoty) do lakonicznego uśmiechu. i może o to właśnie chodzi?kategoria: przemyślenia link bezpośredni
żul angielski jaki jest każdy widzi..
26.07.2008; 00.23
dawno dawno temu naiwnie ubzdurałem sobie, że menelstwo jest domeną Polski i innych
krajów Europy Wschodniej. brnąc dalej w nieświadomej naiwności wizualizowałem sobie
Zachód, jako życiowy raj, gdzie alkoholizm może być problemem, ale ogranicza się do
rozdętego brzucha niemieckiego pięćdziesięciolatka, czy knajpowo-whiskey-owej posiadówie
w jakiejś zapadłej dziurze na północy Szkocji. jest wiele pozytywnego w kraju, w którym
pomieszkuję już od prawie dwóch lat, jednak problem bezrobotnych alkoholików nie jest tu
wcale mniejszy od tradycyjnego polskiego podwórka. ba, alkoholizm i narkomanizm w Anglii
przerasta wszelkie dopuszczalne granice. oczywiście nie generalizuję. dookoła mnie pełno
inteligentnych Brytoli -- większość uzdolniona, pomysłowa, twórcza. co prawda
zdecydowanie brakuje im empatii, ale generalnie mam o nich jak najbardziej pozytywne zdanie. tym razem
będzie jednak o tej głupszej i śmierdzącej części angielskiego społeczeństwa..
angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..
menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..
ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..
coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..
angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..
menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..
ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..
coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
fenomen nasza-klasa.pl
14.01.2008; 22.55
'nasza klasa', czyli nasza-klasa.pl bije rekordy. mimo przenosin na najszybsze polskie serwery (w Poznaniu, te same, na których leżą pliki allegro.pl) serwer wciąż muli, a czasem mamy nawet szansę zobaczyć niepowtarzalnego pana Gąbkę. miliony odwiedzin dziennie, niesamowity przyrost zarejestrowanych użytkowników (mówi się o 30 tys. dziennie), miliony złotych zarobku dla twórców. każda wzmianka o portalu przyciąga internautów, a administratorzy firmowych sieci zaczęli już masowo blokować dostęp do portalu, bo zaaferowani starymi znajomościami Polacy grupowo przestali pracować. w telewizorni mówią o Naszej Klasie, w radiu mówią o Naszej Klasie, a w prasie dla odmiany piszą o .. Naszej Klasie. wydaje się, że przyszłość naszego narodu zależy od prędkości porannego otwierania się witryn serwisu. znalazłem kiedyś na dużym portalu informacyjnym komentarz (zupełnie nie związany z omawianym tematem): 'mam 30 lat i tylko 33 znajomych na Naszej Klasie. czy to znaczy, że przegrałem życie?'. łatwo przewidzieć, jaką odpowiedź dostał pytający od przyjaznych rodaków. Nasza Klasa to hicior, a kogo nie ma w serwisie, ten podobno nie jest trendy.. znam jednak ludzi, którzy owe 'dodawanie się do kontaktów' traktują jako zło konieczne -- w sumie racja, w kontaktach powinniśmy mieć ludzi, z którymi kiedyś spędzaliśmy dłuuugie godziny na nudnych lekcjach historii czy przydługich dziełach Mickiewicza. a nie wszystkich, jak leci, bo kiedyś się widzieliśmy na ulicy. jeden mój dobry kolega (tzn on twierdzi czasem, że dobry, czasem, że niezbyt) otwarcie pisze do byłych znajomych: 'dlaczego chcesz mnie dodać do swoich kontaktów? przez tyle lat nawet słowem się do mnie nie odezwałeś, nawet nie zapytałeś co porabiam, a teraz chcesz, żebym był twoim kolegą? wybacz, ale ja nie chcę mieć takich kolegów.' i odrzuca zaproszenie. i to ta druga strona medalu -- czasem przez lata nie chce nam się nawiązać z dawnymi przyjaciółmi kontaktu i jeden klik w naszej-klasie tego życiowego podejścia nie zmieni..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
z archiwum: Tomasz z Brzezinki, czyli Miśka subiektywne opisanie..
07.01.2008; 18.46
przeglądając archiwum mojej strony z czasów zamierzchłych (tekstów tych nie ma dzisiaj na tomxx.net, były dostępne pod adresem tomxx.ux.pl) wyłowiłem kilka perełek. z czasem będę je wrzucał tutaj, aby kompletnie nie przepadły w kilobajtach zapomnianych danych. zacznę od dość subiektywnego i przekolorowanego tekstu, jaki powstał w roku 2003, a pojawił się w dziale 'friends' (kto pamięta? tam opisywałem moich bliskich płci obojga) 18 stycznia 2004. tekst opisuje mojego przyjaciela Miśka, a wrzucam go apropos jednej z wcześniejszych notek podsumowujących jego ślub z Olą.. dzisiaj brzmi to cukierkowo i pseudo heroicznie, ale wtedy tak sprawy widziałem.. i jakby przewidziałem jego ścieżkę zagranicznej kariery..
POZNANIE :: gdy zobaczyłem go po raz pierwszy w roku '95, nie przejawiał większej inicjatywy na ingerowanie w czyjś świat, nie wyglądał na takiego, który potrzebuje kogoś do życia. było to w 1. klasie liceum, przez które wspólnie przebrnęliśmy. trochę sie bałem, że trafiłem na jakiegoś kaznodzieję, który minął się z powołaniem. dzisiaj, gdy kończymy wspólne studia, Tomek jest osobą, z której przyjaźni po prostu nie da sie zrezygnować... przez te 9 lat przeszedł znaczną metamorfozę: z niewinnego, lekko wystraszonego dziecka wyrósł na niesamowicie silny i ambitny charakter, z którym każdy zdoła nawiązać nić porozumienia.
SUBIEKTYWNIE :: Misiek (ksywka jeszcze z czasów lo -- od miśkowatej budowy) jest osobą bardzo ostrożną w osądach. charakteryzuje się ścisłą logiką, potrafi słuchać. on rzeczywiście słucha, nie udaje... gdy się uczy, łatwo chłonie wiedzę. gdy gra w kosza, jest nie do powstrzymania. gdy tłumaczy, słucham, jak objaśnia. i mimo swojej wiedzy, mimo zdolności, mimo dwóch dziennych fakultetów, nie emanuje postawą 'szefa', nie wysyła żadnych niepokojących sygnałów. niesamowicie skromny, cichy, o niskim głosie, wolno cedzący słowa. taki pożądany charakter, który jak już poda dłoń to nie da się wciągnąć, tylko będzie wyciągał. gdy się zwrócę, wiem, że wysłucha. czasem coś podpowie. do tego kibic sportowy, i na Górnika czasem jeździ -- rozumiemy się bez słów...:)
czy dzisiaj bym coś zmienił w tym opisie? oczywiście. ale niestety tak wylewnym już dzisiaj nie jestem..
POZNANIE :: gdy zobaczyłem go po raz pierwszy w roku '95, nie przejawiał większej inicjatywy na ingerowanie w czyjś świat, nie wyglądał na takiego, który potrzebuje kogoś do życia. było to w 1. klasie liceum, przez które wspólnie przebrnęliśmy. trochę sie bałem, że trafiłem na jakiegoś kaznodzieję, który minął się z powołaniem. dzisiaj, gdy kończymy wspólne studia, Tomek jest osobą, z której przyjaźni po prostu nie da sie zrezygnować... przez te 9 lat przeszedł znaczną metamorfozę: z niewinnego, lekko wystraszonego dziecka wyrósł na niesamowicie silny i ambitny charakter, z którym każdy zdoła nawiązać nić porozumienia.
SUBIEKTYWNIE :: Misiek (ksywka jeszcze z czasów lo -- od miśkowatej budowy) jest osobą bardzo ostrożną w osądach. charakteryzuje się ścisłą logiką, potrafi słuchać. on rzeczywiście słucha, nie udaje... gdy się uczy, łatwo chłonie wiedzę. gdy gra w kosza, jest nie do powstrzymania. gdy tłumaczy, słucham, jak objaśnia. i mimo swojej wiedzy, mimo zdolności, mimo dwóch dziennych fakultetów, nie emanuje postawą 'szefa', nie wysyła żadnych niepokojących sygnałów. niesamowicie skromny, cichy, o niskim głosie, wolno cedzący słowa. taki pożądany charakter, który jak już poda dłoń to nie da się wciągnąć, tylko będzie wyciągał. gdy się zwrócę, wiem, że wysłucha. czasem coś podpowie. do tego kibic sportowy, i na Górnika czasem jeździ -- rozumiemy się bez słów...:)
czy dzisiaj bym coś zmienił w tym opisie? oczywiście. ale niestety tak wylewnym już dzisiaj nie jestem..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
ni hao z rana..
25.06.2007; 17.35
Ni hao Jie -- wypowiadam w języku mandaryńskim witając się rano w firmie. dzien dobri Tomash słyszę w odpowiedzi. multikulturowość jest fajna, ale czym dłużej mam kontakt z innymi kulturami, tym więcej poważnych różnic dostrzegam..
Jie trafiła do NCsoftu jakiś miesiąc po mnie. biegle mówi po francusku, angielsku i w kilku dialektach języka chińskiego, potrafi porozumieć się także po koreańsku. dosyć dobrze się dogadujemy, może dlatego, że trafiliśmy na pewną zwartą społeczność i poniekąd, jako nowym, najprościej było nam się porozumieć. rozmowa idzie dobrze przy dyskusji o pogodzie, jeśli jednak poruszamy poważniejsze tematy, w moją chińską koleżankę wstępuje nowa siła. siła potężna, która za wszelką cenę chce mi przekazać, że to ONI, nie MY, mają rację. formułuje w ten sposób pewien podział między kulturą jej mocarstwa, a zachodnio-europejskim kapitalizmem. podczas pobytu we Francji nasłuchała się podobno negatywnych newsów o jej kraju, stąd jej wzrost patriotyzmu. największe zgrzyty towarzyszą naszym rozmowom o polityce: Jie jest gorącą zwolenniczką komunistycznych rzadów i w ogóle nie dociera do niej fakt, że Li Peng nakazał rozjechać czołgami tysiąc młodych ludzi, co na placu koczowali. wychowana w typowej chińskiej kulturze wyznaje filozofię Maoizmu i jest zdania, że w tak dużym kraju i przy tak zróżnicowanej społeczności, nie można zastosować niczego lepszego niż ich chińska odmiana markizmo-leninizmu. a nawet gdyby można było, to i tak tego robić nie należy, zgodnie ze słowami Hu Jintao, aktualnego prezydenta Chin i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin. różnice dotyczą jednak wszystkich płaszczyzn życia: Jie ma na przykład chłopaka Francuza -- chłopaka, który rzucił dla niej swoją pracę, swój kraj i przyjechał do UK. ona jednak nie bardzo chce go przyjąć, gdyż wg. obowiązującej kultury, Chinka powinna mieć męża Chińczyka. a już na pewno nie może z nim mieszkać przed ślubem. to wola jej rodziców, ale wola, którą ona musi, i chce, uszanować..
ja też mam jej do powiedzenia conieco o naszym pięknym kraju. zawsze uważałem się za patriotę, więc generalnie nie krytykuję. raczej relacjonuję, co niestety przy obecnych rządach i napiętej sytuacji w Europie raczej z obiektywizmem nie ma wiele wspólnego. do tego mnogość partii, lewe strony, prawe, lepsi, gorsi, bardziej religijni, mniej, wysypujący zborze, zbierający na pielęgniarki -- dla chińskiego konserwatywnego umysłu wydaje się to być zbyt dużą abstrakcją. jednak jak wielkie nie byłyby różnice między nami, pogadać i ponarzekać można zawsze. właściwie to chyba o to chodzi..
kiedyś wspomniałem jej, że pewnego dnia odwiedzę Chiny. bo ciekawa kultura, Plac Tiananmen, Wielki Mur i takie tam inne. a ona na to, że właściwie to ona nie wie, po co ja chcę przyjeżdżać. place są wszędzie, Chińczycy też już prawie wszędzie, a Wielki Mur w większości został naprawiony, wyczyszczony i otynkowany. i że przypomina nowoczesną białą ścianę, jakich pełno wszędzie. nie ma co oglądać jednym słowem..
Jie trafiła do NCsoftu jakiś miesiąc po mnie. biegle mówi po francusku, angielsku i w kilku dialektach języka chińskiego, potrafi porozumieć się także po koreańsku. dosyć dobrze się dogadujemy, może dlatego, że trafiliśmy na pewną zwartą społeczność i poniekąd, jako nowym, najprościej było nam się porozumieć. rozmowa idzie dobrze przy dyskusji o pogodzie, jeśli jednak poruszamy poważniejsze tematy, w moją chińską koleżankę wstępuje nowa siła. siła potężna, która za wszelką cenę chce mi przekazać, że to ONI, nie MY, mają rację. formułuje w ten sposób pewien podział między kulturą jej mocarstwa, a zachodnio-europejskim kapitalizmem. podczas pobytu we Francji nasłuchała się podobno negatywnych newsów o jej kraju, stąd jej wzrost patriotyzmu. największe zgrzyty towarzyszą naszym rozmowom o polityce: Jie jest gorącą zwolenniczką komunistycznych rzadów i w ogóle nie dociera do niej fakt, że Li Peng nakazał rozjechać czołgami tysiąc młodych ludzi, co na placu koczowali. wychowana w typowej chińskiej kulturze wyznaje filozofię Maoizmu i jest zdania, że w tak dużym kraju i przy tak zróżnicowanej społeczności, nie można zastosować niczego lepszego niż ich chińska odmiana markizmo-leninizmu. a nawet gdyby można było, to i tak tego robić nie należy, zgodnie ze słowami Hu Jintao, aktualnego prezydenta Chin i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin. różnice dotyczą jednak wszystkich płaszczyzn życia: Jie ma na przykład chłopaka Francuza -- chłopaka, który rzucił dla niej swoją pracę, swój kraj i przyjechał do UK. ona jednak nie bardzo chce go przyjąć, gdyż wg. obowiązującej kultury, Chinka powinna mieć męża Chińczyka. a już na pewno nie może z nim mieszkać przed ślubem. to wola jej rodziców, ale wola, którą ona musi, i chce, uszanować..
ja też mam jej do powiedzenia conieco o naszym pięknym kraju. zawsze uważałem się za patriotę, więc generalnie nie krytykuję. raczej relacjonuję, co niestety przy obecnych rządach i napiętej sytuacji w Europie raczej z obiektywizmem nie ma wiele wspólnego. do tego mnogość partii, lewe strony, prawe, lepsi, gorsi, bardziej religijni, mniej, wysypujący zborze, zbierający na pielęgniarki -- dla chińskiego konserwatywnego umysłu wydaje się to być zbyt dużą abstrakcją. jednak jak wielkie nie byłyby różnice między nami, pogadać i ponarzekać można zawsze. właściwie to chyba o to chodzi..
kiedyś wspomniałem jej, że pewnego dnia odwiedzę Chiny. bo ciekawa kultura, Plac Tiananmen, Wielki Mur i takie tam inne. a ona na to, że właściwie to ona nie wie, po co ja chcę przyjeżdżać. place są wszędzie, Chińczycy też już prawie wszędzie, a Wielki Mur w większości został naprawiony, wyczyszczony i otynkowany. i że przypomina nowoczesną białą ścianę, jakich pełno wszędzie. nie ma co oglądać jednym słowem..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
przekonania
19.12.2006; 23.16
wkurzam się, gdy Polak mówi źle o Polsce. wygląda to źle, brzmi fałszywie i źle mówi o człowieku. napatrzył się jeden z drugim, jak jest za granicą i z przekonaniem, że nowy kraj jest JEGO krajem, nawija, jak to TAM na wschodzie jest zimno, jak brzydko, biednie, wręcz głodowo. w zastraszającym tempie rośnie odsetek naszych rodaków za granicą, którym się pomieszało w głowach. owszem, to głównie buce, chłopaki, którzy porzucili swoje dresy i dyskoteki w polskich miastach na budowę w miastach na Wyspach. ale świat na nas patrzy właśnie przez ten pryzmat, bo krzykacze są głośni, zdesperowani i niebezpieczni.
sytuacja ma się inaczej, gdy spotyka się międzynarodowe towarzystwo. wtedy chętnie, otwarcie i z premedytacją prześcigamy się w absurdach. bo w gruncie rzeczy lubię, gdy ktoś przyznaje się do słabości narodowych. i to nie z chęci wykorzystania. to budzi sympatię i zawsze chce się odwzajemnić czymś z lokalnego podwórka.. wówczas podchodzą inni, z uśmiechem potwierdzają, że 'przekonania' i 'uprzedzenia' to temat codzienny w multikulturalnym towarzystwie.. i sypią swoje historie..
sytuacja ma się inaczej, gdy spotyka się międzynarodowe towarzystwo. wtedy chętnie, otwarcie i z premedytacją prześcigamy się w absurdach. bo w gruncie rzeczy lubię, gdy ktoś przyznaje się do słabości narodowych. i to nie z chęci wykorzystania. to budzi sympatię i zawsze chce się odwzajemnić czymś z lokalnego podwórka.. wówczas podchodzą inni, z uśmiechem potwierdzają, że 'przekonania' i 'uprzedzenia' to temat codzienny w multikulturalnym towarzystwie.. i sypią swoje historie..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
być jak..
11.12.2006; 23.43
I do not try to dance better than anyone else. I only try to dance better than myself.. -- Mikhail Baryshnikov..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
porządki, pakowanie, przemyślenia..
22.11.2006; 00.30
ten tydzień spędziłem na pożegnaniach. najpierw pożegnałem się z pamiątkami dzieciństwa, które od kilkunastu lat
zalegały na dnach wszystkich możliwych szuflad w moim pokoju. do kosza poleciały więc książki, plakaty i karty.
przez lata wynoszone z pubów i dyskotek kufle, popielniczki, ulotki i plakietki. wystane, czesto na mrozie autografy
piłkarzy, pamiątkowe zeszyty piłkarskie i zdjęcia kibiców. dziesiątki pierwszych, przegrywanych na dwukasetowcach
taśm zespołów mojej młodości, poleciały nawet oryginalne albumy Kultu i T.Love'u, o co nigdy wcześniej bym siebie
nie posądził. swój żywot zakończyło kilkanaście luźnych części komputerowych (wśród których atrakcją była 8MB kość
pamięci SIMM i pamiętająca pierwsze PC-ty karta grafiki S3 Virge) oraz komputer, który nie umiał udowodnić swojej
przydatności w XXI wieku. poleciała ogromna większość notatek ze studiów, jedynie przydatne w całej tej rozleglej
edukacji okazały się materiały z j. niemieckiego, który to postanawiam sobie odświeżyć. poleciała w końcu spora część moich ubrań, myślę sobie, że niemała część jakiejś zapadłej afrykańskiej wioski znalazłaby w tym coś dla siebie na
niejedną burzę piaskową.. pożegnałem się także z prowadzoną od 6 lat siecią komputerową SportNet. heh, dużo radości
z tego miałem, choć nie raz przyszło mi skakać na mrozie naprawiając kable. przez 6 długich lat byłem królem
internetu na mojej dzielnicy..
pożegnałem się także z przyjaciółmi. z różnych przyczyn nie było wszystkich, ale ci co byli jak zwykle dali radę. ostatnie dwa lata to masa nowych znajomości, głównie związanych z Wydawnictwem. nauczyłem się, że nie można być lubianym przez wszystkich. i nie należy, a wręcz nie wolno próbować tego zmieniać i starać się zbyt mocno. zrozumiałem także co mnie wkurza u ludzi.. nie wytrzymuję, gdy ktoś powtarza to, co już raz powiedział, mimo że już za pierwszym razem przyznało mu się rację. zdarzają się tacy, co to po raz trzeci coś powtarzają, ale ilu ich jest to nie wiem, bo po drugim razie przestaję ich słuchać. marudom mówimy stanowcze nie.
w ogóle to odnalazłem w historii mojej strony notkę sprzed roku i 9 miesięcy, w której pisałem:
wtedy byłem bliski wyjazdu, teraz wyjazd realizuję..
i jeszcze słowo o najnowszych przemyśleniach. przenoszę się dla dwóch spraw: dla przygody i dla rozwoju. przygody, bo inna rzeczywistość odmieni moje postrzeganie świata, a europejskie zarobki przybliżą mnie do moich wymarzonych podróży. mam zamiar być wszędzie. i dla rozwoju, bo zacznę śnić po angielsku, poznam nowych ludzi, więcej czasu poświęcę fotografii i programowaniu, no i, co chyba najważniejsze, wreszcie się usamodzielnię. wyczytałem, że w zmianach pracy liczą się trendy i częstotliwość. mówi się, że istnieją dwa poważne błędy, jakie może popełnić młody człowiek zaczynający karierę -- zbyt częste zmienianie pracy oraz nie zmienianie pracy wystarczająco często. mówiąc o pracy i rozwoju, zawsze przypomina mi się pewna zamierzchła anegdota filmowa:
kiedyś Jan Himelsbach dostał propozycję roli w zachodnim filmie, ale po namyśle ją odrzucił. wyjaśniając powiedział: ja się nauczę angielskiego, a oni jeszcze gotowi odwołać produkcję. i co wtedy? zostanę jak ten chuj z tym angielskim!
pożegnałem się także z przyjaciółmi. z różnych przyczyn nie było wszystkich, ale ci co byli jak zwykle dali radę. ostatnie dwa lata to masa nowych znajomości, głównie związanych z Wydawnictwem. nauczyłem się, że nie można być lubianym przez wszystkich. i nie należy, a wręcz nie wolno próbować tego zmieniać i starać się zbyt mocno. zrozumiałem także co mnie wkurza u ludzi.. nie wytrzymuję, gdy ktoś powtarza to, co już raz powiedział, mimo że już za pierwszym razem przyznało mu się rację. zdarzają się tacy, co to po raz trzeci coś powtarzają, ale ilu ich jest to nie wiem, bo po drugim razie przestaję ich słuchać. marudom mówimy stanowcze nie.
w ogóle to odnalazłem w historii mojej strony notkę sprzed roku i 9 miesięcy, w której pisałem:
wzruszam się czasami rozglądając się po swoim
pokoju. spędziłem w tej małej klitce prawie każdą noc swojego życia. uczucia pewności nie zabijają sporadyczne
przemeblowania, ściany pamiętają wszystko co ważne z ostatniego ćwierćwiecza. kiedyś były na nich ślady po starych
plakatach, zrywanych i zawieszanych w miarę jak dojrzewały i zmieniały się moje pasje: piłkarze, gwiazdy rocka, znów
piłkarze, a z czasem piękne, opalone dziewczyny. ślady te odmierzały mijające lata równie precyzyjnie jak wzrost
znaczony ołówkiem na szafie. z czasem zabrakło i szafy i plakatów. pozostały głęboko w pamięci.
wtedy byłem bliski wyjazdu, teraz wyjazd realizuję..
i jeszcze słowo o najnowszych przemyśleniach. przenoszę się dla dwóch spraw: dla przygody i dla rozwoju. przygody, bo inna rzeczywistość odmieni moje postrzeganie świata, a europejskie zarobki przybliżą mnie do moich wymarzonych podróży. mam zamiar być wszędzie. i dla rozwoju, bo zacznę śnić po angielsku, poznam nowych ludzi, więcej czasu poświęcę fotografii i programowaniu, no i, co chyba najważniejsze, wreszcie się usamodzielnię. wyczytałem, że w zmianach pracy liczą się trendy i częstotliwość. mówi się, że istnieją dwa poważne błędy, jakie może popełnić młody człowiek zaczynający karierę -- zbyt częste zmienianie pracy oraz nie zmienianie pracy wystarczająco często. mówiąc o pracy i rozwoju, zawsze przypomina mi się pewna zamierzchła anegdota filmowa:
kiedyś Jan Himelsbach dostał propozycję roli w zachodnim filmie, ale po namyśle ją odrzucił. wyjaśniając powiedział: ja się nauczę angielskiego, a oni jeszcze gotowi odwołać produkcję. i co wtedy? zostanę jak ten chuj z tym angielskim!
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
..
11.08.2006; 23.59
a gdy jest smutno, to kocha się zachody słońca..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
po finałach..
10.07.2006; 22.32
mistrzostwa zakończone. wiewióra mówi, że właściwie nic się nie zmieniło, poza tym, że przyzwyczajony umysł wciąż
włącza telewizor odpowiednio o godz 16, 17 i 21. mundial skończony. a cały piłkarski świat jest wzburzony czerwoną
kartką jednego z najwspanialszych piłkarzy w historii futbolu. Zinedine Zidane -- kapitan Francuzów, sportowy
pomnik, człowiek bez skazy, artysta stawiany obok Pelego, Maradony, Eusebio, Crouffa czy Beckenuera.. w 109. minucie
swojego 110. reprezentacyjnego występu uderza przeciwnika i osłabia swój zespół. Francja przegrywa a ogólnoświatowe
dyskusje próbują zakwalifikować jego czyn..
pierwsze wrażenie jest oczywiste: brutalny, jaskrawy faul, jak on mogł zrobić coś tak brzydkiego? przeciętny kibic nie próbuje współczuć, gwizdem wyraża swoje zażenowanie, krzyczy zbulwersowany. Francja przegrywa, winny, co oczywiste, jest Zidane. jednak po kilku godzinach podejście się zmienia. Zinedine nie traci w naszych oczach, odzyskuje blask. zastanawiamy się, jakie słowa są w stanie wyprowadzić z równowagi tak spokojnego człowieka. dochodzimy do wniosku, że górę wziął honor. że honor jest ważniejszy nawet niż mistrzostwo świata. i nie próbuję tu dociekać, co też Materazzi powiedział Francuzowi, zwracam uwagę, że w pewnych sferach naszych emocji jesteśmy bezbronni. sportowo zahartowany organizm piłkarza nie został przygotowany na cios psychologiczny..
dramat sytuacji, mamy do czynienia z pierwszą w historii decyzją popartą przekazem wideo. dzisiejszy wielki sport -- okrutny i piękny. i tym właśnie różni się współczesność od klasycznej sztuki greckiej, która pokazywała atletycznego robota, bez grymasu na twarzy. dzisiejsze widowisko to twarze zdeformowane, zniekształcone, twarze prawdziwe. i właśnie to kochamy w sporcie. bo niezależnie czy kopiemy, odbijamy, czy rzucamy piłkę w grę wchodzą ludzkie emocje z których nie sposób zrezygnować, których nie można odrzucić. szczególnie w sporcie na najwyższym poziomie..
i jeszcze słowo o mundialu. jak zwykle było niezwykle, a słowa mojego kolegi Tomka sprzed imprezy: 'Szwajcaria - Togo. no kogo to interesuje?' śmieszą nas do dzisiaj. bo oglądaliśmy wszystko bez wyjątku. to był wspaniały turniej, zawody zespołów jednak bez wielkich odkryć indywidualnych. za 4 lata World Cup odbędzie się w Republice Południowej Afryki..
(osąd napisany po 24 godzinach, w wyklarowaniu omawianej sprawy pomogła mi poranna jazda z katowic do gliwic)
pierwsze wrażenie jest oczywiste: brutalny, jaskrawy faul, jak on mogł zrobić coś tak brzydkiego? przeciętny kibic nie próbuje współczuć, gwizdem wyraża swoje zażenowanie, krzyczy zbulwersowany. Francja przegrywa, winny, co oczywiste, jest Zidane. jednak po kilku godzinach podejście się zmienia. Zinedine nie traci w naszych oczach, odzyskuje blask. zastanawiamy się, jakie słowa są w stanie wyprowadzić z równowagi tak spokojnego człowieka. dochodzimy do wniosku, że górę wziął honor. że honor jest ważniejszy nawet niż mistrzostwo świata. i nie próbuję tu dociekać, co też Materazzi powiedział Francuzowi, zwracam uwagę, że w pewnych sferach naszych emocji jesteśmy bezbronni. sportowo zahartowany organizm piłkarza nie został przygotowany na cios psychologiczny..
dramat sytuacji, mamy do czynienia z pierwszą w historii decyzją popartą przekazem wideo. dzisiejszy wielki sport -- okrutny i piękny. i tym właśnie różni się współczesność od klasycznej sztuki greckiej, która pokazywała atletycznego robota, bez grymasu na twarzy. dzisiejsze widowisko to twarze zdeformowane, zniekształcone, twarze prawdziwe. i właśnie to kochamy w sporcie. bo niezależnie czy kopiemy, odbijamy, czy rzucamy piłkę w grę wchodzą ludzkie emocje z których nie sposób zrezygnować, których nie można odrzucić. szczególnie w sporcie na najwyższym poziomie..
i jeszcze słowo o mundialu. jak zwykle było niezwykle, a słowa mojego kolegi Tomka sprzed imprezy: 'Szwajcaria - Togo. no kogo to interesuje?' śmieszą nas do dzisiaj. bo oglądaliśmy wszystko bez wyjątku. to był wspaniały turniej, zawody zespołów jednak bez wielkich odkryć indywidualnych. za 4 lata World Cup odbędzie się w Republice Południowej Afryki..
(osąd napisany po 24 godzinach, w wyklarowaniu omawianej sprawy pomogła mi poranna jazda z katowic do gliwic)
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: fajne, niefajne
7.08.2006; 22.16
dzisiaj po raz pierwszy po przerwie pojawiłem się w firmie. standardowo: 133 niezałatwione maile, do tego serwer się obraził na program pocztowy i po pobraniu, wiadomości nie były kasowane. skończyło się to siedmiokrotnym pobraniem poczty, czyli 931 niezałatwionymi sprawami. było to trochę zbyt wiele, jak na świeży umysł poniedziałkowy..
wracając do poprzedniego tygodnia, niefajne były 2 wydarzenia na drodze w okolicach Legnicy. najpierw minął mnie samochód z rowerem na dachu. podziwiałem spryt kierowcy, bo widać było, że bagażnik i mocowanie rowera wykonał samemu (mój rower wiozłem w bagażniku, po demontażu koła). będąc ok 100 metrów przede mną rower spadł pomysłowemu Dobromirowi z bagażnika i odbijając się kilkukrotnie w rytm bicia mojego serca wypadł poza drogę.. na szczęście mknąłem już wówczas z zawrotną prędkością 70 km/h i udało mi się wyhamować. drugie, bardziej niefajne wydarzenie, to krew na asfalcie. dużo krwi i dużo zwierzęcych szczątków. zderzył się biedny jeleń z jadącym chyba dość szybko samochodem; roztrzaskane auto w rowie, zwierzę martwe na zamkniętej drodze. ściszyłem muzykę, aby nie robić wsi. nawet 9 symfonia Beethowena byłaby wsią w tym momencie..
fajne wydarzenia to wschód słońca o 5 rano -- niektórzy twierdzą, że to najpiękniejsza pora dnia, kiedy powietrze jest rześkie, tafla jeziora nieruchoma, widoczność wspaniała i nie ma nikogo, kto mógłby zepsuć cudowne milczenie porannej przyrody. fajne są także podróże rowerem w nieznanych kierunkach, bez mapy. fajne jest rowerowe przekroczenie granic województwa, coś jakby imitacja granic państwowych. minięcie granicy: woj. lubuskie | woj. wielkopolskie przypomniało mi moje pierwsze wrażenie, gdy minąłem identyczny słupek odgradzający województwo śląskie od opolskiego. fajne są także rozmowy z miejscowymi, ale o tym było w poprzedniej notce.
fajne, w końcu, są powroty do domu, gdy ktoś na kogoś czeka..
wracając do poprzedniego tygodnia, niefajne były 2 wydarzenia na drodze w okolicach Legnicy. najpierw minął mnie samochód z rowerem na dachu. podziwiałem spryt kierowcy, bo widać było, że bagażnik i mocowanie rowera wykonał samemu (mój rower wiozłem w bagażniku, po demontażu koła). będąc ok 100 metrów przede mną rower spadł pomysłowemu Dobromirowi z bagażnika i odbijając się kilkukrotnie w rytm bicia mojego serca wypadł poza drogę.. na szczęście mknąłem już wówczas z zawrotną prędkością 70 km/h i udało mi się wyhamować. drugie, bardziej niefajne wydarzenie, to krew na asfalcie. dużo krwi i dużo zwierzęcych szczątków. zderzył się biedny jeleń z jadącym chyba dość szybko samochodem; roztrzaskane auto w rowie, zwierzę martwe na zamkniętej drodze. ściszyłem muzykę, aby nie robić wsi. nawet 9 symfonia Beethowena byłaby wsią w tym momencie..
fajne wydarzenia to wschód słońca o 5 rano -- niektórzy twierdzą, że to najpiękniejsza pora dnia, kiedy powietrze jest rześkie, tafla jeziora nieruchoma, widoczność wspaniała i nie ma nikogo, kto mógłby zepsuć cudowne milczenie porannej przyrody. fajne są także podróże rowerem w nieznanych kierunkach, bez mapy. fajne jest rowerowe przekroczenie granic województwa, coś jakby imitacja granic państwowych. minięcie granicy: woj. lubuskie | woj. wielkopolskie przypomniało mi moje pierwsze wrażenie, gdy minąłem identyczny słupek odgradzający województwo śląskie od opolskiego. fajne są także rozmowy z miejscowymi, ale o tym było w poprzedniej notce.
fajne, w końcu, są powroty do domu, gdy ktoś na kogoś czeka..
kategoria: zapiski link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 415.