kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
Kanada pachnąca żywicą, Arkady Fiedler
13.10.2009; 08:09
ten objaw -- czy raczej odprysk -- materialnego dobrobytu byłby imponujący, gdyby szedł tutaj w parze z ludzkim szczęściem i zadowoleniem. lecz czy szedł? miewałem wątpliwości i nigdy nie mogłem uwolnić się od myśli, że życie w tej bogatej Ameryce Północnej rozwijało się nie tak, jak należało.
mieszkańcy Ameryki Północnej gorączkowo gdzieś pędzili, za czymś gonili, niecierpliwie do czegoś dyszeli, popędzali się wzajemnie, smagani najdziwniejszymi ambicjami -- i w tym nerwowym pośpiechu właściwie nie wiedzieli, po co i dokąd się tak śpieszyli. ich niepokój miał w sobie coś chorobliwego..
mieszkańcy Ameryki Północnej gorączkowo gdzieś pędzili, za czymś gonili, niecierpliwie do czegoś dyszeli, popędzali się wzajemnie, smagani najdziwniejszymi ambicjami -- i w tym nerwowym pośpiechu właściwie nie wiedzieli, po co i dokąd się tak śpieszyli. ich niepokój miał w sobie coś chorobliwego..
kategoria: cudze link bezpośredni
z cyklu: znalezione w sieci: Weszlo.com
05.10.2009; 22:06
poranna kawa już od dwóch miesięcy smakuje jakoś lepiej, a to dlatego, że do kilku stron od których zaczynam dzień dorzuciłem Weszlo.com. chłopaki są genialni, a ich ironia rozbraja mnie kompletnie. warto dodać, że wypowiada się tu spore grono (byłych) piłkarzy i innych ludzi świata piłki i tylko jeden Wojciech 'skończyłem 7 klas podstawówki' Kowalczyk nic nie kuma, ale tym półmózgiem i pseudo-redaktorem (to apropos Cafe Futbol na Polsacie) przejmować się nie warto. a to dwie próbki ich stylu:
Dziwny piłkarz jest z Antoniego Łukasiewicza. Posturę ma jak trzeba, czyli przypomina sportowca. Nie jest garbaty, nie ma wystaje mu łopatka, prosto biega, nie kuleje, nie ma nadwagi. Do tego dość silny fizycznie, z dobrym wyskokiem. Jak kopie piłkę - to zazwyczaj tak konkretnie, w jakimś mniej więcej zamierzonym kierunku i z siłą. Głupi też nie jest, raczej zalicza się do tych inteligentniejszych zawodników naszej ligi.
Ma tylko jeden problem - wszystko co robi, robi nie w tę stronę. Jak strzela - to na własną bramkę. Jedyne gole, jakie strzelił w całej karierze, były samobójcze (bodajże już pięć). No i kiedy notuje asystę, to też samobójczą. Jak w meczu z Polonią Warszawa. Albo jak dzisiaj, kiedy wyłożył piłkę Pawłowi Brożkowi na 1:0 dla Wisły.
Serio - nie wiemy, co z tym gościem zrobić. Kazać mu się przez 30 sekund kręcić w kółko, a dopiero potem - jak straci orientację w terenie - puścić do gry? Zawsze będzie jakaś szansa, że zaatakuje właściwą bramkę.
albo:
Natomiast Przyrowski to prawdziwy DRAMAT. Jemu się nie chce rzucać do piłek. Ilekroć piłka wpada do jego siatki, on sobie stoi. I rozkłada ręce. Jakim cudem ten leń jest powoływany do reprezentacji Polski - nie wiemy. Równie dobrze dostępu do bramki Polonii broniłby zwykły strach na wróble. Gol na 1:0 dla Wisły był podsumowaniem całej kariery Przyrowskiego.
albo:
W mediach poruszenie. Na Legii znaleziono niewypał. Hmm... Toż to przecież normalka. Tam niewypały zwozi się się ze wszystkich stron świata. Mieliśmy przecież:
- Arruabarrenę (aktualnie w trzeciej lidze hiszpańskiej)
- Descargę
- Tito
- Balbino
- Ekwueme
- Kumbeva
I tak dalej... Czytamy, że znaleziono niewypał i się zastanawiamy - co ten Trzeciak znowu narozrabiał? Ściągnął poganiacza bydła z argentyńskich stepów? Ale nie - wielkie halo o jakąś zakopaną bombkę z II Wojny Światowej. Toż to pierwszy niewypał ery Trzeciaka, który faktycznie miał szansę wypalić. Nie odbierajcie Mirkowi tego!
Dziwny piłkarz jest z Antoniego Łukasiewicza. Posturę ma jak trzeba, czyli przypomina sportowca. Nie jest garbaty, nie ma wystaje mu łopatka, prosto biega, nie kuleje, nie ma nadwagi. Do tego dość silny fizycznie, z dobrym wyskokiem. Jak kopie piłkę - to zazwyczaj tak konkretnie, w jakimś mniej więcej zamierzonym kierunku i z siłą. Głupi też nie jest, raczej zalicza się do tych inteligentniejszych zawodników naszej ligi.
Ma tylko jeden problem - wszystko co robi, robi nie w tę stronę. Jak strzela - to na własną bramkę. Jedyne gole, jakie strzelił w całej karierze, były samobójcze (bodajże już pięć). No i kiedy notuje asystę, to też samobójczą. Jak w meczu z Polonią Warszawa. Albo jak dzisiaj, kiedy wyłożył piłkę Pawłowi Brożkowi na 1:0 dla Wisły.
Serio - nie wiemy, co z tym gościem zrobić. Kazać mu się przez 30 sekund kręcić w kółko, a dopiero potem - jak straci orientację w terenie - puścić do gry? Zawsze będzie jakaś szansa, że zaatakuje właściwą bramkę.
albo:
Natomiast Przyrowski to prawdziwy DRAMAT. Jemu się nie chce rzucać do piłek. Ilekroć piłka wpada do jego siatki, on sobie stoi. I rozkłada ręce. Jakim cudem ten leń jest powoływany do reprezentacji Polski - nie wiemy. Równie dobrze dostępu do bramki Polonii broniłby zwykły strach na wróble. Gol na 1:0 dla Wisły był podsumowaniem całej kariery Przyrowskiego.
albo:
W mediach poruszenie. Na Legii znaleziono niewypał. Hmm... Toż to przecież normalka. Tam niewypały zwozi się się ze wszystkich stron świata. Mieliśmy przecież:
- Arruabarrenę (aktualnie w trzeciej lidze hiszpańskiej)
- Descargę
- Tito
- Balbino
- Ekwueme
- Kumbeva
I tak dalej... Czytamy, że znaleziono niewypał i się zastanawiamy - co ten Trzeciak znowu narozrabiał? Ściągnął poganiacza bydła z argentyńskich stepów? Ale nie - wielkie halo o jakąś zakopaną bombkę z II Wojny Światowej. Toż to pierwszy niewypał ery Trzeciaka, który faktycznie miał szansę wypalić. Nie odbierajcie Mirkowi tego!
kategoria: cudze link bezpośredni
Where the hell is Matt?
30.04.2009; 12:53
no dobra, jeszcze jedna rzecz. padłem, jak to zobaczyłem po raz pierwszy. koleś ma na imię Matt, mieszka w Seattle (!) i zdarza mu się podróżować po świecie. więcej informacji na stronie jego projektu: http://www.wherethehellismatt.com/
kategoria: cudze link bezpośredni
Smile Today..
29.04.2009; 23:12
coś optymistycznego ;)
kategoria: cudze link bezpośredni
rok w 40 sekund
06.01.2009; 10.09
na powitanie nowego roku 40-sekundowa kompilacja z ostatnich 365 dni autorstwa Norwega Eirika Solheima:
kategoria: cudze link bezpośredni
tekst cudzy: Andrzej Stasiuk -- Fado
12.12.2008; 13.09
nie chcę bynajmniej powiedzieć, że my tu, na Wschodzie, jesteśmy trochę jak Cyganie -- choć to ciekawa i pociągająca metafora.
bynajmniej jednak trudno nam Europę, jako całość uznać za swoją własność, za swoją ojczyznę, za swoje dziedzictwo. jesteśmy w niej obcy, przychodzimy z zewnątrz, z krain, o których sama Europa ma mgliste pojęcie, traktując je raczej jako zagrożenie niż część siebie samej.
z nami też jest niewiele lepiej. przyglądając się wam, widzimy swoją przyszłość. w ten sposób nasze życie staje się nudne, pozbawione tajemnicy i ekscytacji. nie mogliśmy wam towarzyszyć w waszym rozkwicie i wzroście, lecz za to będziemy małpować wasz schyłek. jeśli jest coś fascynującego w tym, co ma nastąpić, to nasze własne błędy, które popełnimy. niewykluczone, że naszą kontynentalną misją jest deformacja waszych osiągnięć, ich rozkład, groteskowa przemiana i parodia, która przedłuży im życie.
#####
być może tak będzie wyglądała przyszłość: nasze ojczyzny, nasze kraje znikną jako duchowe, kulturowe punkty odniesienia. zniknie Polska, znikną Włochy, zniknie Francja. dlaczego nie? coraz więcej rzeczy znika i coraz więcej pojawia się nowych. zostanie Fiat, Coca-Cola, Microsoft, Nike i Johny Walker. potem i Fiat, i Ford znikną, zniknie nawet Nokia i nastaną ich przyszłe, doskonalsze wcielenia, do których będziemy się modlić, prosząc o pocieszenie i nadzieję.
bardzo możliwe, że właśnie w ten sposób Zachód nareszcie połączy się ze Wschodem. bezdomność duchowych emigrantów stanie się na koniec wspólnym domem..
bynajmniej jednak trudno nam Europę, jako całość uznać za swoją własność, za swoją ojczyznę, za swoje dziedzictwo. jesteśmy w niej obcy, przychodzimy z zewnątrz, z krain, o których sama Europa ma mgliste pojęcie, traktując je raczej jako zagrożenie niż część siebie samej.
z nami też jest niewiele lepiej. przyglądając się wam, widzimy swoją przyszłość. w ten sposób nasze życie staje się nudne, pozbawione tajemnicy i ekscytacji. nie mogliśmy wam towarzyszyć w waszym rozkwicie i wzroście, lecz za to będziemy małpować wasz schyłek. jeśli jest coś fascynującego w tym, co ma nastąpić, to nasze własne błędy, które popełnimy. niewykluczone, że naszą kontynentalną misją jest deformacja waszych osiągnięć, ich rozkład, groteskowa przemiana i parodia, która przedłuży im życie.
#####
być może tak będzie wyglądała przyszłość: nasze ojczyzny, nasze kraje znikną jako duchowe, kulturowe punkty odniesienia. zniknie Polska, znikną Włochy, zniknie Francja. dlaczego nie? coraz więcej rzeczy znika i coraz więcej pojawia się nowych. zostanie Fiat, Coca-Cola, Microsoft, Nike i Johny Walker. potem i Fiat, i Ford znikną, zniknie nawet Nokia i nastaną ich przyszłe, doskonalsze wcielenia, do których będziemy się modlić, prosząc o pocieszenie i nadzieję.
bardzo możliwe, że właśnie w ten sposób Zachód nareszcie połączy się ze Wschodem. bezdomność duchowych emigrantów stanie się na koniec wspólnym domem..
kategoria: cudze link bezpośredni
tekst cudzy: kibicowanie w latach 90' by DR. MARTENS
13.11.2008; 18.44
przeglądając starsze wpisy na forum kibiców Górnika natknąłem się na fantastyczny tekst obrazujący strukturę i zachowania polskich kibiców lat dziewięćdziesiątych. tekst jest mi bliski, choć ja wówczas dopiero zaczynałem moją przygodę z Górnikiem (mój pierwszy mecz przy ul. Roosevelta to 1991 rok, czyli wkrótce stuknie mi 20 lat na kibicowskiej drodze). tekst daje również do myślenia: kibicowanie znacznie zmieniło się przez ostatnie lata. na mecze wyjazdowe jeździ znacznie więcej ludzi, jest lepsza organizacja, wyższy poziom bezpieczeństwa.. powstają nowe stadiony, a po EURO2012 nic już nie będzie takie samo..
Kiedyś było inaczej-również kibicowsko. Szczególnie w pięknych latach 90-tych.
Wszyscy chodziliśmy w kurtkach typu fleyers (potocznie nazywanych bamberami), które na meczach obracało się na pomarańczową stronę. Często tą właśnie stronę kurtki malowano markerami herb klubu bądź jego nazwę. Ubieraliśmy się na dresowo bądź w stylu skinheads. Większość z nas goliła głowy na łyso albo nosiła charakterystyczne grzywki na popersa. Szaliki były tylko pasiaki, zazwyczaj robione własnoręcznie przez nasze mamy i babcie. Jeśli dwa kluby miały identyczne barwy np. Widzew i ŁKS, to rozróżniać je można było po frędzelkach. Jeśli Widzew miał je czerwone to ŁKS z kolei białe. Nasze górnicze 'trójkolorowe' pasiaki kończyły się białymi frędzelkami. Szaliki z napisami pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych i stanowiły prawdziwy rarytas. Sporo osób chodziło w szalach zagranicznych drużyn,które łatwiej można było zdobyć. Dominowały szale BVB, Liverpoolu, Schalke, Bayernu, Arsenalu.
Każdy kto zakładał szalik musiał się liczyć z tym,że ktoś będzie chciał mu go odebrać i zawsze być gotowym do obrony swych barw. Nie było jak obecnie podziałów na 'hooligans', 'ultras' czy pikników. Jechałeś na wyjazd, zakładałeś szal -- musiałeś liczyć się z konsekwencjami.
Na wyjazdy zawsze jeździło się bez biletów. Trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie, by mieć (w razie wyrzucenia z cugu) w zapasie jeszcze kilka połączeń. Na wyjazdach wszyscy pili, wszyscy mieli szale, wszyscy w razie potrzeby bili się. Każdy wyjazd to była jedna wielka przygoda. Awantury, pijackie akcje, śmieszne sytuacje. To również ciągłe użeranie się z gliniarzami, kanarami i rewizorami. Najczęściej jeździliśmy w ok. 50 osobowej grupie. Czasami zdarzało się jechać w kilkanaście osób na mecze w środę lub na mało atrakcyjne sportowo i kibicowsko. Gdy gdzieś pojechaliśmy w grupie 100, 200 lub więcej osób to uważaliśmy to za sukces. Wyjątkiem były pojedynki derbowe, które mobilizowały nawet kilkutysięczną rzesze kibiców Górnika. Był to okres, w którym nasza drużyna sportowo dołowała. Jednak na wyjazdy jeździliśmy zawsze.
Opraw meczowych w zasadzie nie było. Czasami ktoś podprowadził lub załatwił wojskową świece dymną albo odpalało się kilogramy saletry. Młodzi kibice przynosili konfetti i tyle. Zgody umacniało się różnymi alkoholami, lecz najczęściej tanimi winami. Jeśli goszczony kibic porzygał się, to znaczyło że został dobrze przyjęty.
Policja dokuczała nam w zasadzie od zawsze. W sektorze 13 (tam znajdował się nasz młyn) kolegium można było dostać za palenie papierosa, stanie na ławce, użycie wulgarnego słowa, bądź bez wyraźnej przyczyny. Często bez powodu policja pacyfikowała cały nasz sektor. Podczas wyjazdów policjanci lubili wyrzucać z pociągu pojedyncze osoby na poszczególnych stacjach. Każdy wyjazdowiec posiadał kolekcje kredytów i kolegium. Szczególnie dokuczał nam pewien funkcjonariusz na którego mówiliśmy 'Rumburak'. Starsi kibice wiedzą o kim mowa.
Flagi robiło się własnoręcznie. Zazwyczaj były to pionowe lub poziome trójkolorowe pasy. Napisy były malowane farbami lub sprayami (rzadziej wyszywane) z nazwą klubu, miasta bądź dzielnicy. Dominowały napisy typu 'KSG KING'. Nie było internetu, kolorowych gazetek. Informacje o kibicach czerpało się z gazet sportowych, a niektóre osoby wycinały je i wklejały do zeszytu. Lata 90-te to również okres pojawienia się zinów kibicowskich powielanych na ksero.
Mógłbym tak jeszcze długo wspominać,ale komu by się to chciało czytać. Nie mniej jednak bardzo się ciesze, że miałem okazje jeździć na mecze w tamtym okresie czasu. Pozostały piękne wspomnienia i przyjaciele do dnia dzisiejszego, którzy towarzyszyli mi (bądź nadal towarzyszą) w tej przygodzie z Górnikiem Zabrze.
Kiedyś było inaczej-również kibicowsko. Szczególnie w pięknych latach 90-tych.
Wszyscy chodziliśmy w kurtkach typu fleyers (potocznie nazywanych bamberami), które na meczach obracało się na pomarańczową stronę. Często tą właśnie stronę kurtki malowano markerami herb klubu bądź jego nazwę. Ubieraliśmy się na dresowo bądź w stylu skinheads. Większość z nas goliła głowy na łyso albo nosiła charakterystyczne grzywki na popersa. Szaliki były tylko pasiaki, zazwyczaj robione własnoręcznie przez nasze mamy i babcie. Jeśli dwa kluby miały identyczne barwy np. Widzew i ŁKS, to rozróżniać je można było po frędzelkach. Jeśli Widzew miał je czerwone to ŁKS z kolei białe. Nasze górnicze 'trójkolorowe' pasiaki kończyły się białymi frędzelkami. Szaliki z napisami pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych i stanowiły prawdziwy rarytas. Sporo osób chodziło w szalach zagranicznych drużyn,które łatwiej można było zdobyć. Dominowały szale BVB, Liverpoolu, Schalke, Bayernu, Arsenalu.
Każdy kto zakładał szalik musiał się liczyć z tym,że ktoś będzie chciał mu go odebrać i zawsze być gotowym do obrony swych barw. Nie było jak obecnie podziałów na 'hooligans', 'ultras' czy pikników. Jechałeś na wyjazd, zakładałeś szal -- musiałeś liczyć się z konsekwencjami.
Na wyjazdy zawsze jeździło się bez biletów. Trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie, by mieć (w razie wyrzucenia z cugu) w zapasie jeszcze kilka połączeń. Na wyjazdach wszyscy pili, wszyscy mieli szale, wszyscy w razie potrzeby bili się. Każdy wyjazd to była jedna wielka przygoda. Awantury, pijackie akcje, śmieszne sytuacje. To również ciągłe użeranie się z gliniarzami, kanarami i rewizorami. Najczęściej jeździliśmy w ok. 50 osobowej grupie. Czasami zdarzało się jechać w kilkanaście osób na mecze w środę lub na mało atrakcyjne sportowo i kibicowsko. Gdy gdzieś pojechaliśmy w grupie 100, 200 lub więcej osób to uważaliśmy to za sukces. Wyjątkiem były pojedynki derbowe, które mobilizowały nawet kilkutysięczną rzesze kibiców Górnika. Był to okres, w którym nasza drużyna sportowo dołowała. Jednak na wyjazdy jeździliśmy zawsze.
Opraw meczowych w zasadzie nie było. Czasami ktoś podprowadził lub załatwił wojskową świece dymną albo odpalało się kilogramy saletry. Młodzi kibice przynosili konfetti i tyle. Zgody umacniało się różnymi alkoholami, lecz najczęściej tanimi winami. Jeśli goszczony kibic porzygał się, to znaczyło że został dobrze przyjęty.
Policja dokuczała nam w zasadzie od zawsze. W sektorze 13 (tam znajdował się nasz młyn) kolegium można było dostać za palenie papierosa, stanie na ławce, użycie wulgarnego słowa, bądź bez wyraźnej przyczyny. Często bez powodu policja pacyfikowała cały nasz sektor. Podczas wyjazdów policjanci lubili wyrzucać z pociągu pojedyncze osoby na poszczególnych stacjach. Każdy wyjazdowiec posiadał kolekcje kredytów i kolegium. Szczególnie dokuczał nam pewien funkcjonariusz na którego mówiliśmy 'Rumburak'. Starsi kibice wiedzą o kim mowa.
Flagi robiło się własnoręcznie. Zazwyczaj były to pionowe lub poziome trójkolorowe pasy. Napisy były malowane farbami lub sprayami (rzadziej wyszywane) z nazwą klubu, miasta bądź dzielnicy. Dominowały napisy typu 'KSG KING'. Nie było internetu, kolorowych gazetek. Informacje o kibicach czerpało się z gazet sportowych, a niektóre osoby wycinały je i wklejały do zeszytu. Lata 90-te to również okres pojawienia się zinów kibicowskich powielanych na ksero.
Mógłbym tak jeszcze długo wspominać,ale komu by się to chciało czytać. Nie mniej jednak bardzo się ciesze, że miałem okazje jeździć na mecze w tamtym okresie czasu. Pozostały piękne wspomnienia i przyjaciele do dnia dzisiejszego, którzy towarzyszyli mi (bądź nadal towarzyszą) w tej przygodzie z Górnikiem Zabrze.
kategoria: cudze link bezpośredni
Redukuję biegi by Agata
18.08.2008; 22.01
dostałam zadanie do wykonania z reprymendą, że mam to robić wolniej! wyobrażacie to sobie??
tak, mój boss Wolfgang szukając nowego zadania dla mnie, bezradnie rozłożył ręce i z kumplowskim uśmiechem wydusił: 'yeah Agata, the problem is that you are too fast!!'. (osoby, które mnie znają, wiedzą, że do tytanów pracy nie należę. O ho ho są znacznie lepsiejsi ode mnie bez zbędnego wyliczania wszystkich perełek.. oszczędźmy sobie tego. większość i tak doskonale je zna, a ci co nie, niech śpią spokojnie i się cieszą, że nie nabawią się przy takich zbędnych kompleksów).
zastanawia mnie tylko jak oni to robią? w jaki sposób tak powolne tempo pracy może napędzać tak dobrze rozwiniętą gospodarkę?? a właśnie diabeł tkwi w szczegółach: oni po prostu nie popełniają błędów! patrzą sie na te wszystkie rysunki godzinami, aż do znudzenia poprawiają najmniejsze szczegóły, łącznie z poprawną wielkością czcionki i wyjustowaniem do prawego boku, ale prawda jest taka, że z biura nie wyjdzie ani jeden rysunek z błędem. to troska nie tylko o dobre imię pracowni, ale również o sam projekt. brytyjscy architekci mają tutaj raj na ziemi. mają czas na rozwijanie swoich pasji, swojej tężyzny fizycznej, o czym później nawijają podczas co dniowego 'tea time', mają wolne weekendy, stać ich dosłownie na wszystko. co więcej, mają bezstresową pracę, bo czym sie tu stresować, gdy wszystko jest wygłaskane i wychuchane przez sztab ludzi, a inwestor nie depcze im po piętach, bo czasu mają pod dostatkiem. oczywiście nie wszędzie -- mówię o tym z czym sie spotkałam. ah..
no i co teraz? wracać czy nie wracać?
a notka ta powstała oczywiście w godzinach pracy. spowalnianie tempa nie wychodzi mi najlepiej, więc muszę sie ratować innymi środkami :)
tak, mój boss Wolfgang szukając nowego zadania dla mnie, bezradnie rozłożył ręce i z kumplowskim uśmiechem wydusił: 'yeah Agata, the problem is that you are too fast!!'. (osoby, które mnie znają, wiedzą, że do tytanów pracy nie należę. O ho ho są znacznie lepsiejsi ode mnie bez zbędnego wyliczania wszystkich perełek.. oszczędźmy sobie tego. większość i tak doskonale je zna, a ci co nie, niech śpią spokojnie i się cieszą, że nie nabawią się przy takich zbędnych kompleksów).
zastanawia mnie tylko jak oni to robią? w jaki sposób tak powolne tempo pracy może napędzać tak dobrze rozwiniętą gospodarkę?? a właśnie diabeł tkwi w szczegółach: oni po prostu nie popełniają błędów! patrzą sie na te wszystkie rysunki godzinami, aż do znudzenia poprawiają najmniejsze szczegóły, łącznie z poprawną wielkością czcionki i wyjustowaniem do prawego boku, ale prawda jest taka, że z biura nie wyjdzie ani jeden rysunek z błędem. to troska nie tylko o dobre imię pracowni, ale również o sam projekt. brytyjscy architekci mają tutaj raj na ziemi. mają czas na rozwijanie swoich pasji, swojej tężyzny fizycznej, o czym później nawijają podczas co dniowego 'tea time', mają wolne weekendy, stać ich dosłownie na wszystko. co więcej, mają bezstresową pracę, bo czym sie tu stresować, gdy wszystko jest wygłaskane i wychuchane przez sztab ludzi, a inwestor nie depcze im po piętach, bo czasu mają pod dostatkiem. oczywiście nie wszędzie -- mówię o tym z czym sie spotkałam. ah..
no i co teraz? wracać czy nie wracać?
a notka ta powstała oczywiście w godzinach pracy. spowalnianie tempa nie wychodzi mi najlepiej, więc muszę sie ratować innymi środkami :)
kategoria: cudze link bezpośredni
WWO -- każdy ponad każdym
29.07.2008; 00.23
kategoria: cudze link bezpośredni
tekst cudzy: prof. Bartoszewski o Polakach..
18.05.2008; 12.31
kilka mądrych słów prof. Bartoszewskiego z wywiadu na TVN24:
'.. bo zasadą człowieka doświadczonego jest to, żeby nie znał się na wszystkim. pod tym względem nie jestem prawdziwym Polakiem, bo prawdziwy Polak zna się absolutnie na wszystkim, nawet na polityce, prawda, na sporcie, na ekologii, na komunikacji miejskiej, na budowie dróg, na znajomych, na nieznajomych, na kobietach, na mężczyznach, na Niemcach, na Żydach, na Polakach i na Niechrześcijanach. na wszystkim. otóż ja się nie znam na wszystkim i stąd mankament mojego życia..'
'.. bo zasadą człowieka doświadczonego jest to, żeby nie znał się na wszystkim. pod tym względem nie jestem prawdziwym Polakiem, bo prawdziwy Polak zna się absolutnie na wszystkim, nawet na polityce, prawda, na sporcie, na ekologii, na komunikacji miejskiej, na budowie dróg, na znajomych, na nieznajomych, na kobietach, na mężczyznach, na Niemcach, na Żydach, na Polakach i na Niechrześcijanach. na wszystkim. otóż ja się nie znam na wszystkim i stąd mankament mojego życia..'
kategoria: cudze link bezpośredni
tekst cudzy: tacy byliśmy -- dzieciństwo w latach.. - autor nieznany
22.02.2008; 12.33
poniżej cudzy tekst z oryginalnej prezentacji (krążąca obecnie w Sieci jest jej kopią ze zmienionymi latami na osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte), która świetnie wpasowuje się w nasz okres dorastania, bo .. mówi o nas całą prawdę i przypomina nasze najlepsze lata.. przeczytajcie, koniecznie przy dźwiękach utworu Eldo 'Dzieciństwo':
'dorastaliście w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych...???
jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
samochody nie miały pasów bezpieczeństwa ani zagłówków, no i żadnych airbagów!!! na tylnym siedzeniu było wesoło, a nie niebezpiecznie..
łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami ołowiowymi lub innym śmiertelnie groźnym gównem.
niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów, a butelki od lekarstw i środków czyszczących nie były zabezpieczone.
można było jeździć na rowerze bez kasku.
a ci, którzy mieszkali w pobliżu szosy na wzgórzu ustanawiali na rowerach rekordy prędkości, stwierdzając w połowie drogi, że rower z hamulcem był dla starych chyba za drogi...
ale po nabraniu pewnej wprawy i kilku wypadkach .. panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
szkoła trwała do południa, a obiad jadło się w domu.
niektórzy nie byli dobrzy w budzie i czasami musieli powtarzać rok. nikogo nie wysyłano do psychologa. nikt nie był hiper aktywny ani dyslektykiem. po prostu powtarzał rok i to była jego szansa.
wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie za sterylnych butelek PET.
wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą, bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni..
piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł.
nie mieliśmy Playstation, Nintendo, X-Box'a, gier wideo, 99 kanałów w TV, DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroom?ów w internecie... lecz przyjaciół!
mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada.
można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. nie było komórek... i nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!! nieprawdopodobne!!!
tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!! całkiem bez opieki! jak to było możliwe?
graliśmy w piłę na jedną bramę, a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. nie był to koniec świata ani trauma.
mieliśmy poobcierane kolana i łokcie, złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy, NIGDY, nie podawano nikogo z tego powodu do sądu! NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.
nie baliśmy się deszczu, śniegu ani mrozu.
nikt nie miał alergii na kurz, trawę ani na krowie mleko.
mieliśmy wolność i wolny czas, klęski, sukcesy i zadania. i uczyliśmy się dawać sobie radę!
pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale..
..kurwa, przecież byliśmy szczęśliwi!!!
Czyż nie ?'
piękne. w moim przypadku z tylko z tą różnicą, że ja miałem komputer i .. byłem uczulony ;)
'dorastaliście w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych...???
jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
samochody nie miały pasów bezpieczeństwa ani zagłówków, no i żadnych airbagów!!! na tylnym siedzeniu było wesoło, a nie niebezpiecznie..
łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami ołowiowymi lub innym śmiertelnie groźnym gównem.
niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów, a butelki od lekarstw i środków czyszczących nie były zabezpieczone.
można było jeździć na rowerze bez kasku.
a ci, którzy mieszkali w pobliżu szosy na wzgórzu ustanawiali na rowerach rekordy prędkości, stwierdzając w połowie drogi, że rower z hamulcem był dla starych chyba za drogi...
ale po nabraniu pewnej wprawy i kilku wypadkach .. panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
szkoła trwała do południa, a obiad jadło się w domu.
niektórzy nie byli dobrzy w budzie i czasami musieli powtarzać rok. nikogo nie wysyłano do psychologa. nikt nie był hiper aktywny ani dyslektykiem. po prostu powtarzał rok i to była jego szansa.
wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie za sterylnych butelek PET.
wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą, bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni..
piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł.
nie mieliśmy Playstation, Nintendo, X-Box'a, gier wideo, 99 kanałów w TV, DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroom?ów w internecie... lecz przyjaciół!
mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada.
można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. nie było komórek... i nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!! nieprawdopodobne!!!
tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!! całkiem bez opieki! jak to było możliwe?
graliśmy w piłę na jedną bramę, a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. nie był to koniec świata ani trauma.
mieliśmy poobcierane kolana i łokcie, złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy, NIGDY, nie podawano nikogo z tego powodu do sądu! NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.
nie baliśmy się deszczu, śniegu ani mrozu.
nikt nie miał alergii na kurz, trawę ani na krowie mleko.
mieliśmy wolność i wolny czas, klęski, sukcesy i zadania. i uczyliśmy się dawać sobie radę!
pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale..
..kurwa, przecież byliśmy szczęśliwi!!!
Czyż nie ?'
piękne. w moim przypadku z tylko z tą różnicą, że ja miałem komputer i .. byłem uczulony ;)
kategoria: cudze link bezpośredni
tekst cudzy: Ernest Hemingway -- 'komu bije dzwon'
12.11.2007; 14.43
jesteśmy istotami połączonymi wspólnym losem. jeśli umiera ktoś, także i ty, jako człowiek, ponosisz stratę. ty też kiedyś musisz umrzeć. dlatego nie pytaj, komu bije dzwon, on bije Tobie..
kategoria: cudze link bezpośredni
z cyklu: kultowe cytaty..
31.07.2007; 12.32
jakoś tak się zawsze składało, że wszędzie miałem blisko. do przedszkola rzut beretem, do podstawówki i liceum to samo. studia to co prawda 5km do Zabrza, ale już Helion znowu był blisko, a obecnie, idąc do NCsoft na godz 9.30, wychodzę o 9.32.. dla tych, którym nigdzie nigdy nie jest blisko, kultowy cytat z 'Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz' Barei:
'Ja, to proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony. Bo golę się wieczorem,śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
- No, ubierasz się pan.
- W płaszcz, jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
- A fakt.
- Do PKS mam 5 kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
- I zdążasz pan?
- Nie... ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni, to jest godzinka... i potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w Elektryczny do stadionu. A potem to już mam z górki. Bo tak. W 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, znaczy w robocie i jest za piętnaście siódma to jeszcze mam kwadrans to sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu... I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać.'
'Ja, to proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony. Bo golę się wieczorem,śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
- No, ubierasz się pan.
- W płaszcz, jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
- A fakt.
- Do PKS mam 5 kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
- I zdążasz pan?
- Nie... ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni, to jest godzinka... i potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w Elektryczny do stadionu. A potem to już mam z górki. Bo tak. W 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, znaczy w robocie i jest za piętnaście siódma to jeszcze mam kwadrans to sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu... I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać.'
kategoria: cudze link bezpośredni
tekst cudzy: Drew Lerman, Magiczne miasto
22.03.2007; 00.00
zabawna rzecz to dorastanie. przez całe życie jesteś przekonany, że świat jest jakiś tam, a tu raptem, nie wiadomo skąd wszystko się zmienia. zaczynasz zdawać sobie sprawę, że być może rodzice nie są wszechwiedzący, że władza jest skorumpowana, że twoi przodkowie to mordercy. pewnego dnia odkrywasz, że umrzesz -- a potem, któż to wie? początkowo dociera to do ciebie stopniowo; dostrzegasz, że świat wcale nie jest taki, jak mówili. kiedy zacierają się ślady prania mózgu, możesz tylko chcieć, żeby powstał w nim jakiś nowy napis.
(..)
..prawdziwe pytanie brzmi -- co z tym robić? co zrobić, by uniknąć sytuacji, kiedy pewnego dnia odkrywasz, że skończyłeś trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat i zaczynasz zastanawiać się, co zrobiłeś ze swoim życiem?
(..)
..prawdziwe pytanie brzmi -- co z tym robić? co zrobić, by uniknąć sytuacji, kiedy pewnego dnia odkrywasz, że skończyłeś trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat i zaczynasz zastanawiać się, co zrobiłeś ze swoim życiem?
kategoria: cudze link bezpośredni
tekst cudzy, gdybym wtedy wiedział to, co wiem teraz
12.11.2006; 21.54
gdybym mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, odważyłabym się popełnić więcej błędów. odprężyłabym się, rozluźniła. byłabym głupsza niż tym razem. mniej rzeczy brałabym na poważnie i wykorzystywałabym więcej szans. odbyłabym więcej podróży, wspięłabym się na więcej szczytów i przepłynęłabym więcej rzek. jadłabym więcej lodów, a mniej fasolki. pewnie miałabym więcej prawdziwych kłopotów, ale za to mniej urojonych.
widzisz, jestem jedną z tych osób, które zawsze są rozsądne i przytomne, godzina po godzinie, dzień po dniu. och, miałam też swoje piękne chwile, ale gdyby przyszło mi robić wszystko od nowa, miałabym ich więcej. prawdę mówiąc, nie próbowałabym niczego innego - tylko przeżywać chwile, jedną po drugiej, zamiast tylu czekających mnie lat.
należę do osób, które nigdzie nie ruszają się bez termometru, butelki z gorącą wodą, płaszcza i spadochronu. gdybym mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, biegałabym boso wczesną wiosną i nie zakładałabym butów do późnej jesieni. częściej chodziłabym na tańce. częściej jeździła na karuzeli. zbierałabym więcej stokrotek.
widzisz, jestem jedną z tych osób, które zawsze są rozsądne i przytomne, godzina po godzinie, dzień po dniu. och, miałam też swoje piękne chwile, ale gdyby przyszło mi robić wszystko od nowa, miałabym ich więcej. prawdę mówiąc, nie próbowałabym niczego innego - tylko przeżywać chwile, jedną po drugiej, zamiast tylu czekających mnie lat.
należę do osób, które nigdzie nie ruszają się bez termometru, butelki z gorącą wodą, płaszcza i spadochronu. gdybym mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, biegałabym boso wczesną wiosną i nie zakładałabym butów do późnej jesieni. częściej chodziłabym na tańce. częściej jeździła na karuzeli. zbierałabym więcej stokrotek.
kategoria: cudze link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: Gwatemala cz. II -- Flores
04.12.2009; 02:13
kiedy w 1541 roku hiszpański konkwistador Hernán Cortés stanął nad brzegami jeziora Petén Itzá ujrzał sporą jak na owe czasy osadę. miasteczko było stolicą państwa indian Itza i nosiło nazwę noh peten, co w wolnym tłumaczeniu z języka majów oznaczało miasto-wyspę. Cortés zmierzał na południe, w kierunku dzisiejszego Hondurasu, osady więc nie zaatakowano i dzięki temu pozostała ona na długie lata ostatnim ośrodkiem wolnych indian Maja..
znajduję się w samym sercu regionu El Petén w północnej Gwatemali: na zgliszczach prekolumbijskiej stolicy Indian wyrosło miasteczko Flores. współcześnie również jest to stolica regionu, na co dzień mieszka tu ok 22 tys. osób. teoretycznie, gdyż przez region przewija się zmasowany ruch turystyczny, więc liczba przebywających tu w skali całego roku osób jest znacznie wyższa. turystyka wyrosła oczywiście na licznych w regionie Petén (jak i całej Ameryce Środkowej) ruinach osad prekolumbijskich: Uaxactun, El Mirador, Yaxha i oczywiście najbardziej znany Tikal. umiejscowione w samym środku skarbów Majów Flores jest więc idealną bazą wypadową na jedno- lub wielodniowe wycieczki..
bajkowo położone miasteczko wygląda więc jakby stworzone było wyłącznie pod potrzeby turystów. wielokolorowa architektura, wąskie brukowane uliczki i umiejscowiona w najwyższym punkcie wyspy katedra. do tego cała masa niewielkich hoteli, restauracji, knajpek i sklepów z pamiątkami prowadzonych przez pojedyncze rodziny. wyspa połączona jest ze stałym lądem wąską groblą na której zbudowano drogę -- jednak z wielu jej miejsc kursują niewielkie łódki, którymi za kilka quetzali można dostać się do innych pobliskich osad. we Flroes spędziliśmy łącznie 3 dni: miasto emanuje bezpieczeństwem, a jego mieszkańcy -- spokojem. jest znacznie taniej niż w Meksyku i w Belize, a jakość usług, zarówno hotelowych jak i kulinarnych, równie wysoka. na stałym lądzie znajduje się nawet lotnisko, które utrzymuje częste połączenia z innymi miastami Ameryki Środkowej. chcieliśmy nawet lecieć stąd do Cancun w Meksyku, ale ceny były zabójczo wysokie..
jeszcze o ludziach, tym razem przyjezdnych, jako że we Flores spotyka się całą masę międzynarodowych wynalazków. na lokalnych wycieczkach poznajemy Hiszpanów, Szwedów, Norwegów i Francuzów, a właściciel niewielkiego biura podróży przyznaje, że przez Flores często przewijają się Polacy. jadamy w restauracjach należących do Niemców: pierwsza do grupy archeologicznej prowadzącej gdzieś w dżungli wykopaliska, druga do młodego małżeństwa, które tak pokochało to miejsce, że przeniosło się tu z Europy serwując lokalne potrawy. w hostelach tradycyjnie istna wieża Babel -- młodzi ludzie mieszkają w wieloosobowych pokojach, w dzień uczą się hiszpańskiego (Gwatemala znana jest z tanich i bardzo dobrych szkół tego języka), wieczorami w ruch idzie szkło, gitara i śpiew. wszyscy przyjaźni, wszyscy wyluzowani..







znajduję się w samym sercu regionu El Petén w północnej Gwatemali: na zgliszczach prekolumbijskiej stolicy Indian wyrosło miasteczko Flores. współcześnie również jest to stolica regionu, na co dzień mieszka tu ok 22 tys. osób. teoretycznie, gdyż przez region przewija się zmasowany ruch turystyczny, więc liczba przebywających tu w skali całego roku osób jest znacznie wyższa. turystyka wyrosła oczywiście na licznych w regionie Petén (jak i całej Ameryce Środkowej) ruinach osad prekolumbijskich: Uaxactun, El Mirador, Yaxha i oczywiście najbardziej znany Tikal. umiejscowione w samym środku skarbów Majów Flores jest więc idealną bazą wypadową na jedno- lub wielodniowe wycieczki..
bajkowo położone miasteczko wygląda więc jakby stworzone było wyłącznie pod potrzeby turystów. wielokolorowa architektura, wąskie brukowane uliczki i umiejscowiona w najwyższym punkcie wyspy katedra. do tego cała masa niewielkich hoteli, restauracji, knajpek i sklepów z pamiątkami prowadzonych przez pojedyncze rodziny. wyspa połączona jest ze stałym lądem wąską groblą na której zbudowano drogę -- jednak z wielu jej miejsc kursują niewielkie łódki, którymi za kilka quetzali można dostać się do innych pobliskich osad. we Flroes spędziliśmy łącznie 3 dni: miasto emanuje bezpieczeństwem, a jego mieszkańcy -- spokojem. jest znacznie taniej niż w Meksyku i w Belize, a jakość usług, zarówno hotelowych jak i kulinarnych, równie wysoka. na stałym lądzie znajduje się nawet lotnisko, które utrzymuje częste połączenia z innymi miastami Ameryki Środkowej. chcieliśmy nawet lecieć stąd do Cancun w Meksyku, ale ceny były zabójczo wysokie..
jeszcze o ludziach, tym razem przyjezdnych, jako że we Flores spotyka się całą masę międzynarodowych wynalazków. na lokalnych wycieczkach poznajemy Hiszpanów, Szwedów, Norwegów i Francuzów, a właściciel niewielkiego biura podróży przyznaje, że przez Flores często przewijają się Polacy. jadamy w restauracjach należących do Niemców: pierwsza do grupy archeologicznej prowadzącej gdzieś w dżungli wykopaliska, druga do młodego małżeństwa, które tak pokochało to miejsce, że przeniosło się tu z Europy serwując lokalne potrawy. w hostelach tradycyjnie istna wieża Babel -- młodzi ludzie mieszkają w wieloosobowych pokojach, w dzień uczą się hiszpańskiego (Gwatemala znana jest z tanich i bardzo dobrych szkół tego języka), wieczorami w ruch idzie szkło, gitara i śpiew. wszyscy przyjaźni, wszyscy wyluzowani..
kategoria: podróże link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 416.