kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
W Lizbonie spędziliśmy łącznie niespełna 3 dni. piątek wieczorem i nocą to pierwsze spojrzenie na miasto oraz zabawy z resztą kibiców. sobota to luźniejsze spacery, a także zdumiewające, jak dla mnie, refleksje. stolica Portugalii nie jest cudem XXI wieku. ba, nie byłaby nawet wyróżniającym się miastem wieku XX-go. częściowym wytłumaczeniem moich wrażeń może być złe nastawienie: spodziewałem się raju, upałów i pięknego miasta na końcu Europy. a zobaczyłem coś innego, coś co na pierwszy rzut oka
przypomina zaniedbany Lwów, sytuując się jakieś 200 lat za Pragą i 100 za Krakowem.. nastrojowe wąskie, strome uliczki owszem są, prości, zwykli ludzie także, ale wszystko to jakoś niepoprawnie opakowane..
brudne ulice i zaniedbane budynki to nie wszystko. sklepy, szczególnie te małe, prywatne, prezentują się tak ubogo, że przypominają te z naszej epoki PRL-u. na półkach jest niby wiele, ale jakoś tak dziwnie szeroko porozstawiane, co potęguje uczucie niedostatku. nie ma tu miejsc porównywalnych do naszych 'Żabek', na świetle chyba się oszczędza, nie ma nawet sklepów przy stacjach benzynowych. gołym okiem widać, że średniowieczne miasto zatrzymało się w pewnym momencie swojego rozwoju, że leniwa mentalność miejscowych nie jest opinią przesadzoną.
w niedzielę, po piłkarskiej gorączce, skupiamy się na zabytkach. stare miasto nie ma jednak w sobie niczego olśniewającego i czym więcej szlajamy się po brukowanych uliczkach, tym
więcej brudnych i zaniedbanych miejsc spotykamy. XIX-wieczna katedra Sé ładnie prezentuje się od strony ulicy, a w środku mieszają się różnorodne style architektoniczne. z zamku Św. Jerzego (Castle of Sao Jorge) rozpościera się fantastyczna panorama miasta, jednak ciepłe powietrze wraz ze spalinami milionów samochodów skutecznie ograniczają widoki.. podobać się może nowoczesna dzielnica skupiona wokół Parku Narodów (Parque das Naçoes, gdzie zainwestowano kupę kasy, ale gdzie wydane euro naprawdę widać. piękne hale zbudowane na targi Expo w roku 98, fontanny, wieże i, przede wszystkim, 17 kilometrowy most Vasco da Gama).. przy wyjeździe z miasta można obejrzeć bardzo ciekawą Wieżę Belem (Torre de Belém) -- to właśnie tu zapatrzony w atlantycki zachód słońca pozbyłem się moich akcesoriów fotograficznych..
ludzie to rozdział specyficzny. generalnie na plus -- w stolicy po angielsku mówi większość, a do tego są mili i przyjacielscy. z właścicielami sklepów i restauracyjek rozmawiamy o meczu -- wszyscy z uśmiechem i kurtuazyjnie życzą nam (i sobie jednocześnie) powodzenia.. gdziekolwiek nie spyta się kogoś o drogę, służą pomocą. miejscowi są dość charakterystyczni, a ich stosunek do czasu, obowiązków, jedzenia i przyjemności w ogóle, budzi kontrowersje. są zdecydowanie inni niż dokładni Niemcy, ekstrawaganccy Francuzi, czy zburaczali Angole. są uśmiechnięci, poruszają się leniwie, a, jak zapewniał nas mój dobry kolega z czasów wymiany studenckiej -- Tiago, pieniądze lecą im przez palce na każdym kroku. i może to właśnie jest powodem ich bieżącej pozycji w świecie i pogłębiającej się przepaści w stosunku do sąsiedniej Hiszpanii.. przygotowując się do wyjazdu przeczytałem gdzieś w necie bardzo ciekawą opinię, którą po powrocie, w 100% potwierdzam. otóż Portugalia dalej będzie przejadać unijne pieniądze i nadal będzie wiodła beztroski żywot kraju swojskiego, peryferyjnego i zaściankowego, z 10% analfabetów, takiego ubogiego krewnego Hiszpanii, która unijnych pieniędzy nie przejadła, zainwestowała, pobudowała się i dziś jest już Zachodem pełną gębą. a Portugalia -- nie. tu wciąż czas płynie wolniej, nikomu się specjalnie nie spieszy, zawsze znajdzie się chwila, żeby stanąć i pokontemplować odwieczny taniec dostojnych fal Atlantyku. a od tego zaczęła się właśnie wielka przygoda morska Portugalczyków kilka stuleci temu. bo Portugalczycy -- aż trudno w to dziś uwierzyć -- mieli kiedyś swoje wielkie pięć minut w historii..
Portugalia cz. 1. -- życie w stolicy..
11.10.2007; 17.57
W Lizbonie spędziliśmy łącznie niespełna 3 dni. piątek wieczorem i nocą to pierwsze spojrzenie na miasto oraz zabawy z resztą kibiców. sobota to luźniejsze spacery, a także zdumiewające, jak dla mnie, refleksje. stolica Portugalii nie jest cudem XXI wieku. ba, nie byłaby nawet wyróżniającym się miastem wieku XX-go. częściowym wytłumaczeniem moich wrażeń może być złe nastawienie: spodziewałem się raju, upałów i pięknego miasta na końcu Europy. a zobaczyłem coś innego, coś co na pierwszy rzut oka
przypomina zaniedbany Lwów, sytuując się jakieś 200 lat za Pragą i 100 za Krakowem.. nastrojowe wąskie, strome uliczki owszem są, prości, zwykli ludzie także, ale wszystko to jakoś niepoprawnie opakowane..brudne ulice i zaniedbane budynki to nie wszystko. sklepy, szczególnie te małe, prywatne, prezentują się tak ubogo, że przypominają te z naszej epoki PRL-u. na półkach jest niby wiele, ale jakoś tak dziwnie szeroko porozstawiane, co potęguje uczucie niedostatku. nie ma tu miejsc porównywalnych do naszych 'Żabek', na świetle chyba się oszczędza, nie ma nawet sklepów przy stacjach benzynowych. gołym okiem widać, że średniowieczne miasto zatrzymało się w pewnym momencie swojego rozwoju, że leniwa mentalność miejscowych nie jest opinią przesadzoną.
w niedzielę, po piłkarskiej gorączce, skupiamy się na zabytkach. stare miasto nie ma jednak w sobie niczego olśniewającego i czym więcej szlajamy się po brukowanych uliczkach, tym
więcej brudnych i zaniedbanych miejsc spotykamy. XIX-wieczna katedra Sé ładnie prezentuje się od strony ulicy, a w środku mieszają się różnorodne style architektoniczne. z zamku Św. Jerzego (Castle of Sao Jorge) rozpościera się fantastyczna panorama miasta, jednak ciepłe powietrze wraz ze spalinami milionów samochodów skutecznie ograniczają widoki.. podobać się może nowoczesna dzielnica skupiona wokół Parku Narodów (Parque das Naçoes, gdzie zainwestowano kupę kasy, ale gdzie wydane euro naprawdę widać. piękne hale zbudowane na targi Expo w roku 98, fontanny, wieże i, przede wszystkim, 17 kilometrowy most Vasco da Gama).. przy wyjeździe z miasta można obejrzeć bardzo ciekawą Wieżę Belem (Torre de Belém) -- to właśnie tu zapatrzony w atlantycki zachód słońca pozbyłem się moich akcesoriów fotograficznych..
ludzie to rozdział specyficzny. generalnie na plus -- w stolicy po angielsku mówi większość, a do tego są mili i przyjacielscy. z właścicielami sklepów i restauracyjek rozmawiamy o meczu -- wszyscy z uśmiechem i kurtuazyjnie życzą nam (i sobie jednocześnie) powodzenia.. gdziekolwiek nie spyta się kogoś o drogę, służą pomocą. miejscowi są dość charakterystyczni, a ich stosunek do czasu, obowiązków, jedzenia i przyjemności w ogóle, budzi kontrowersje. są zdecydowanie inni niż dokładni Niemcy, ekstrawaganccy Francuzi, czy zburaczali Angole. są uśmiechnięci, poruszają się leniwie, a, jak zapewniał nas mój dobry kolega z czasów wymiany studenckiej -- Tiago, pieniądze lecą im przez palce na każdym kroku. i może to właśnie jest powodem ich bieżącej pozycji w świecie i pogłębiającej się przepaści w stosunku do sąsiedniej Hiszpanii.. przygotowując się do wyjazdu przeczytałem gdzieś w necie bardzo ciekawą opinię, którą po powrocie, w 100% potwierdzam. otóż Portugalia dalej będzie przejadać unijne pieniądze i nadal będzie wiodła beztroski żywot kraju swojskiego, peryferyjnego i zaściankowego, z 10% analfabetów, takiego ubogiego krewnego Hiszpanii, która unijnych pieniędzy nie przejadła, zainwestowała, pobudowała się i dziś jest już Zachodem pełną gębą. a Portugalia -- nie. tu wciąż czas płynie wolniej, nikomu się specjalnie nie spieszy, zawsze znajdzie się chwila, żeby stanąć i pokontemplować odwieczny taniec dostojnych fal Atlantyku. a od tego zaczęła się właśnie wielka przygoda morska Portugalczyków kilka stuleci temu. bo Portugalczycy -- aż trudno w to dziś uwierzyć -- mieli kiedyś swoje wielkie pięć minut w historii..kategoria: podróże link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: zabytkowa stacja kolei wąskotorowej w Rudach
03.02.2009; 16:48
ostatnio prawie każda wizyta w Polsce pakuje mnie w jakieś dziwnie nostalgiczne klimaty. chodzę, szukam, dziwuję się. kręcę się po brudnych podwórkach, oglądam syfiaste miejsca, po których przecież stosunkowo niedawno sam biegałem w tenisówkach i przykrótkich spodniach.. patrzę, wręcz odkrywam wszystko na nowo. ostatnio nawet wziąłem rodzinkę w tour po wiejskiej części Górnego Śląska -- dotarliśmy w końcu do Rud Raciborskich i zabytkowej stacji kolei wąskotorowej i .. moje serce zamarło. wszystko przez wspomnienia z dzieciństwa. w dawnych dobrych czasach kolej wąskotorowa kursowała regularnie między kopalnią, a pobliską elektrociepłownią. było głośno, czarno od sadzy, a wszyscy dookoła wdychali dym z kominów, przy czym ciepło zasilało mieszkania na drugim końcu miasta. ale to był nasz czas i niezmienny rytuał z przejazdu pociągu koło naszych 'baz'. bazy mieściły się najczęściej na drzewach, a maszyniści znali nas z twarzy. po latach, gdy z rozkradzionej przez złomiarzy lini kolejowej pozostało jedynie wspomnienie, dane mi było z bliska przyjrzeć się tym cudom.. hobbyści i fanatycy po dziś dzień dbają o zabytkową stację w Rudach. kiedyś była to końcowa stacja, do której kursowała osobowa kolej wąskotorowa z Gliwic Śródmieścia. połączenie przetrwało kilka lat, raz nawet udało mi się nią przejechać. na stacji zbiera się te wszystkie cuda z minionych lat, prowadzi się rozruchy i naprawy sprzętu. wygląda to rewelacyjnie, choć gołym okiem widać dramatyczny upływ czasu. Górnośląskie Koleje Wąskotorowe mają długą i bogatą historię, o której po dziś dzień przypominają członkowie stowarzyszenia Gliwiczanie. organizuje się nawet rajdy szlakami kolei! wspaniała inicjatywa, bo przecież tego typu kolej to skarb regionu -- w Niemczech czy Francji restauruje się taką trakcję i czyni się z niej atrakcję turystyczną. u nas niestety nie ma kasy..
kategoria: pasje link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 415.