kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
9 dzień naszego podróżowania. jesteśmy kilkanaście kilometrów od granicy z Hiszpanią w regionie Beira Alta.
wkraczamy w górzysty krajobraz, który od setek lat stanowi granicę państwa portugalskiego. jak na granicę przystało
teren obfituje w budowle obronne: umocnienia, zamki, fortece. właściwie to większość osad ludzkich w tej okolicy
wygląda podobnie: mury obronne otaczają starą część miasteczka, w której czas jakby się zatrzymał. powiewają flagi,
na górze dumnie pręży się zamek, z którego rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okoliczne niziny.
budowle te to pozostałości inwazji mauretańskiej, co widać nie tylko w architekturze obronnej. ruszamy więc na
podbój średniowiecznych wioch i zamków, które stawiane albo przez Maurów, albo w obronie przed nimi..
na pierwszy rzut poleciało Belmonte. oglądamy zamek, ale nasz podziw wzbudza bar żywcem wyciągnięty z polskich
realiów lat 70-tych. barmanka nie wykazuje żadnego zainteresowania klientem, jest tak szaro i brzydko, ściany są
takie puste, a miejscowi tak zwieśniaczali,
że aż się chce tam siedzieć, bo poranna kawa w tak zapomnianym przez
świat miejscu smakuje fantastycznie.. kolejnym miejscem była Sortelha. to już jednak ósmy cud świata: całe
miasteczko zbudowane jest z jednolitego kamienia. wydaje się, że niewielkie domki wręcz wyrastają ze skały, są jej
częścią, tak jak cała wioska jest częścią masywu górskiego. nasuwa się porównanie tego miejsca do wioski bajkowych
hobbitów, choć tamci z tego co pamiętam budowali w ziemi. kluczenie kamiennymi uliczkami pozwala na chwilowe
zagubienie się w plątaninie kierunków, choć miasteczko nie jest duże -- zamieszkuje je dzisiaj tylko ok 600
mieszkańców.
czuć średniowieczną atmosferę, tak jakby współczesność nigdy tu nie dotarła, a elektryczność stanowi
jedyny dowód
XXi wieku. przed domostwami mają oni niewielkie, bo ok 3 metrowe ogródeczki, a w każdym możliwym
miejscu wyrastają drzewa figowe. gdzieniegdzie można spotkać miejscowe babcie sprzedające własnoręcznie wykonane
lalki czy koszyki wiklinowe.. dla starszych ludzi jesteśmy jakby atrakcją -- mężczyźni siedzą na przydomowych
ławkach, w ciszy przyglądają się zafascynowanym turystom kontemplując niezmienność znanego im świata. Sortelha jest
spokojna i jakby bajkowo nostalgiczna -- w takich miejscach odkrywa się prawdziwą duszę danego kraju..
powoli wkraczamy do Beira Baixa, którego stolicą jest Castelo Branco. następnym miejscem naszej górskiej wędrówki
jest Monsanto. po drodze spotykamy wypasającego owce wieśniaka, który bardzo chętnie mi pozuje (choć trwało to
wieki, bo musiałem zatrzymać samochód, otworzyć okno, wyciągnąć aparat i ustawić ekspozycję).. Monsanto również
zachwyca -- miasteczko jest bardzo ładne, jednak tutaj już wyraźnie widać wpływy komercyjne. zresztą prawie wszędzie
można łatwo znaleźć niezwykle popularne pousadas, które są połączeniem wytwornego hotelu ze średniowiecznymi
budowlami (ceny jednak wysokie, dochodzące do 200E
za noc za pokój dwuosobowy). westchnieniem skwitowaliśmy pierwszy
widok megalitycznych okrągłych głazów spoczywających pod domkami, między nimi, a nawet wbrew fizyce, ponad
zabudowaniami. wszystko trwa tak przez tysiąclecia, gdyż pierwsze osady ludzkie istniały tu już przed naszą erą. po
dość długiej wędrówce na szczyt dochodzimy do zamku -- mieliśmy szczęście bo wyszło słońce, a widoki okolicznych
równin są wręcz nie do opisania: nagie równiny i płaskowyże tworzą jedne z najpiękniejszych portugalskich
krajobrazów.. siedzimy sobie więc na basztach zamkowych (każdy na innej), przyjemny wiatr smaga po rozgrzanych
twarzach. w takim miejscu nasuwa mi się tylko jedno: kurwa! jak ja mogłem stracić mój filtr polaryzacyjny??
krajobrazy są piękne, choć jednolite: na wypalonej ziemi ciągną się długie rzędy gajów oliwnych oraz eukaliptusy,
które przystosowały się do codziennej temperatury przekraczającej 35 stopni. po długim wyciszeniu postanawiamy
wykąpać się w pobliskim jeziorku -- cóż, z zamku wydawało się to niedaleko, ale widoczność była tak fantastyczna, że
musieliśmy do niego jechać kilkanaście kilometrów. w każdym razie fajnie się pływało, tylko dno trochę kamieniste --
jak wszystko w tym regionie..
wjeżdżamy do Alentejo! pełen wrażeń dzień kończymy w Marvao w dystrykcie Portalegre -- w najbardziej znanym i
wg niektórych najpiękniejszym ze wszystkich grodzie. miasteczko zostało założone przez islamskiego rycerza Ibn
Maruana, od którego imienia przyjęło nazwę. po odejściu stąd Maurów, w miasteczku osiedlili się mnisi i żołnierze
króla Alfonsa III -- za czasów króla Dionizego Marvao stało się jedną z głównych placówek obronnych w szeregu zamków
wzdłuż granicy z Hiszpanią. jest już ciemno, jesteśmy zmęczeni, ale takiej okazji na piękne fotografie przepuścić
nie możemy. wspinamy się dzielnie wąskimi i stromymi uliczkami, a tu niespodziewanie z jednej ze ścian wyrasta ..
bankomat. no tak, teraz wiemy, czemu wiocha jest tak popularna, choć dzisiaj zamieszkuje ją niespełna 1000
mieszkańców. docieramy pod zamknięty zamek i rozgaszczamy się w niewielkim, ale bardzo zadbanym ogrodzie. równo
przystrzyżona trawa i żywopłoty są efektownym elementem nocnej fotografii. słychać brzęczenie owadów, a bajkowe
chwile urozmaica nam butelka Porto. za 4.5E -- pyszna odmiana polskiego jabola.. następnego dnia budzę się wraz ze
słońcem i pstrykam mglisty wschód. Maras uderza na zamek, ale ja zasypiam na siedzeniu naszej Toyoty. jemy śniadanie
w jednej z wcześnie otwieranych knajpek, a mocna portugalska kawa przywraca siły. standardowo zwiedzamy zamek, ale
.. wszystkie te mauretańskie dziwactwa są na jedno kopyto, więc po południu jedziemy dalej. mamy przed końcówkę
pasma górskiego Serra de Estrela i rozległe, ciągnące się przez 300 km niziny Alentejo..
Portugalia cz. 5. -- od zamku do zamku..
21.11.2007; 23.21
9 dzień naszego podróżowania. jesteśmy kilkanaście kilometrów od granicy z Hiszpanią w regionie Beira Alta.
wkraczamy w górzysty krajobraz, który od setek lat stanowi granicę państwa portugalskiego. jak na granicę przystało
teren obfituje w budowle obronne: umocnienia, zamki, fortece. właściwie to większość osad ludzkich w tej okolicy
wygląda podobnie: mury obronne otaczają starą część miasteczka, w której czas jakby się zatrzymał. powiewają flagi,
na górze dumnie pręży się zamek, z którego rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okoliczne niziny.
budowle te to pozostałości inwazji mauretańskiej, co widać nie tylko w architekturze obronnej. ruszamy więc na
podbój średniowiecznych wioch i zamków, które stawiane albo przez Maurów, albo w obronie przed nimi..
na pierwszy rzut poleciało Belmonte. oglądamy zamek, ale nasz podziw wzbudza bar żywcem wyciągnięty z polskich
realiów lat 70-tych. barmanka nie wykazuje żadnego zainteresowania klientem, jest tak szaro i brzydko, ściany są
takie puste, a miejscowi tak zwieśniaczali,
że aż się chce tam siedzieć, bo poranna kawa w tak zapomnianym przez
świat miejscu smakuje fantastycznie.. kolejnym miejscem była Sortelha. to już jednak ósmy cud świata: całe
miasteczko zbudowane jest z jednolitego kamienia. wydaje się, że niewielkie domki wręcz wyrastają ze skały, są jej
częścią, tak jak cała wioska jest częścią masywu górskiego. nasuwa się porównanie tego miejsca do wioski bajkowych
hobbitów, choć tamci z tego co pamiętam budowali w ziemi. kluczenie kamiennymi uliczkami pozwala na chwilowe
zagubienie się w plątaninie kierunków, choć miasteczko nie jest duże -- zamieszkuje je dzisiaj tylko ok 600
mieszkańców.
czuć średniowieczną atmosferę, tak jakby współczesność nigdy tu nie dotarła, a elektryczność stanowi
jedyny dowód
XXi wieku. przed domostwami mają oni niewielkie, bo ok 3 metrowe ogródeczki, a w każdym możliwym
miejscu wyrastają drzewa figowe. gdzieniegdzie można spotkać miejscowe babcie sprzedające własnoręcznie wykonane
lalki czy koszyki wiklinowe.. dla starszych ludzi jesteśmy jakby atrakcją -- mężczyźni siedzą na przydomowych
ławkach, w ciszy przyglądają się zafascynowanym turystom kontemplując niezmienność znanego im świata. Sortelha jest
spokojna i jakby bajkowo nostalgiczna -- w takich miejscach odkrywa się prawdziwą duszę danego kraju..
powoli wkraczamy do Beira Baixa, którego stolicą jest Castelo Branco. następnym miejscem naszej górskiej wędrówki
jest Monsanto. po drodze spotykamy wypasającego owce wieśniaka, który bardzo chętnie mi pozuje (choć trwało to
wieki, bo musiałem zatrzymać samochód, otworzyć okno, wyciągnąć aparat i ustawić ekspozycję).. Monsanto również
zachwyca -- miasteczko jest bardzo ładne, jednak tutaj już wyraźnie widać wpływy komercyjne. zresztą prawie wszędzie
można łatwo znaleźć niezwykle popularne pousadas, które są połączeniem wytwornego hotelu ze średniowiecznymi
budowlami (ceny jednak wysokie, dochodzące do 200E
za noc za pokój dwuosobowy). westchnieniem skwitowaliśmy pierwszy
widok megalitycznych okrągłych głazów spoczywających pod domkami, między nimi, a nawet wbrew fizyce, ponad
zabudowaniami. wszystko trwa tak przez tysiąclecia, gdyż pierwsze osady ludzkie istniały tu już przed naszą erą. po
dość długiej wędrówce na szczyt dochodzimy do zamku -- mieliśmy szczęście bo wyszło słońce, a widoki okolicznych
równin są wręcz nie do opisania: nagie równiny i płaskowyże tworzą jedne z najpiękniejszych portugalskich
krajobrazów.. siedzimy sobie więc na basztach zamkowych (każdy na innej), przyjemny wiatr smaga po rozgrzanych
twarzach. w takim miejscu nasuwa mi się tylko jedno: kurwa! jak ja mogłem stracić mój filtr polaryzacyjny??
krajobrazy są piękne, choć jednolite: na wypalonej ziemi ciągną się długie rzędy gajów oliwnych oraz eukaliptusy,
które przystosowały się do codziennej temperatury przekraczającej 35 stopni. po długim wyciszeniu postanawiamy
wykąpać się w pobliskim jeziorku -- cóż, z zamku wydawało się to niedaleko, ale widoczność była tak fantastyczna, że
musieliśmy do niego jechać kilkanaście kilometrów. w każdym razie fajnie się pływało, tylko dno trochę kamieniste --
jak wszystko w tym regionie..
wjeżdżamy do Alentejo! pełen wrażeń dzień kończymy w Marvao w dystrykcie Portalegre -- w najbardziej znanym i
wg niektórych najpiękniejszym ze wszystkich grodzie. miasteczko zostało założone przez islamskiego rycerza Ibn
Maruana, od którego imienia przyjęło nazwę. po odejściu stąd Maurów, w miasteczku osiedlili się mnisi i żołnierze
króla Alfonsa III -- za czasów króla Dionizego Marvao stało się jedną z głównych placówek obronnych w szeregu zamków
wzdłuż granicy z Hiszpanią. jest już ciemno, jesteśmy zmęczeni, ale takiej okazji na piękne fotografie przepuścić
nie możemy. wspinamy się dzielnie wąskimi i stromymi uliczkami, a tu niespodziewanie z jednej ze ścian wyrasta ..
bankomat. no tak, teraz wiemy, czemu wiocha jest tak popularna, choć dzisiaj zamieszkuje ją niespełna 1000
mieszkańców. docieramy pod zamknięty zamek i rozgaszczamy się w niewielkim, ale bardzo zadbanym ogrodzie. równo
przystrzyżona trawa i żywopłoty są efektownym elementem nocnej fotografii. słychać brzęczenie owadów, a bajkowe
chwile urozmaica nam butelka Porto. za 4.5E -- pyszna odmiana polskiego jabola.. następnego dnia budzę się wraz ze
słońcem i pstrykam mglisty wschód. Maras uderza na zamek, ale ja zasypiam na siedzeniu naszej Toyoty. jemy śniadanie
w jednej z wcześnie otwieranych knajpek, a mocna portugalska kawa przywraca siły. standardowo zwiedzamy zamek, ale
.. wszystkie te mauretańskie dziwactwa są na jedno kopyto, więc po południu jedziemy dalej. mamy przed końcówkę
pasma górskiego Serra de Estrela i rozległe, ciągnące się przez 300 km niziny Alentejo..kategoria: podróże link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: z cyklu: skołowane myśli
05.02.2005; 12.49
przesiadując u rodziców rodziców, dopiero za trzecim nawrotem skołowanych myśli zdałem sobie sprawę, że najbardziej dobija mnie godzina piętnasta. rozpoczyna sie od panoramy, tak, żeby po raz 10ty tego już dnia wysłuchać, że Polska jest krajem biednym i źle rządzonym, że mamy olbrzymie długi i zero zapału do pracy. a jeżeli znalazłby się jakiś frajer, który chciałby coś zrobić, to i tak zeżre go opozycja. potem leci już bez przerwy -- jeden wielki telewizyjny, ogłupiajaco-fikcyjny świat seriali i marnych uciech słabego Polaka..
początkowo oglądała tylko babcia, teraz do maratonu na wytrzymałość gałki ocznej przyłączył sie także dziadek. od 15tej oglądają bez przerwy: nie jest ważne co za program, czy jaka reklama, nawet kanał nie jest ważny. ofkors pierwsze miejsce porządku dnia zajmują seriale, których akcja toczy sie juz przynajmniej przez 1500 odcinków. polskie raczkujące opery też są dobre, ale troche za mało zakręcone. gdy udaję, że sie skupiam, że coś próbuję zrozumieć, streszczają mi dotychczasowe odcinki: na szybko wyjaśniają kto z kim spał, kto ma dziecko z nieprawego łoża, kto i jak próbuje wyrwać cudzego męża lub żonę. nawrzucają ludziom w życie bzdurnej zazdrości, fałszu i chorej gonitwy (wszystko trzeba zmieścić w kilkanaście minut), a potem sie społeczeństwo dziwi, że naród staje sie nerwowy, że traci poczucie sensu i ciągłości życia.
telewizja kłamie, wypacza obraz świata... wystarczy trochę pooglądać, a życie w normalnych tempie wydaje się nudne i powolne.
początkowo oglądała tylko babcia, teraz do maratonu na wytrzymałość gałki ocznej przyłączył sie także dziadek. od 15tej oglądają bez przerwy: nie jest ważne co za program, czy jaka reklama, nawet kanał nie jest ważny. ofkors pierwsze miejsce porządku dnia zajmują seriale, których akcja toczy sie juz przynajmniej przez 1500 odcinków. polskie raczkujące opery też są dobre, ale troche za mało zakręcone. gdy udaję, że sie skupiam, że coś próbuję zrozumieć, streszczają mi dotychczasowe odcinki: na szybko wyjaśniają kto z kim spał, kto ma dziecko z nieprawego łoża, kto i jak próbuje wyrwać cudzego męża lub żonę. nawrzucają ludziom w życie bzdurnej zazdrości, fałszu i chorej gonitwy (wszystko trzeba zmieścić w kilkanaście minut), a potem sie społeczeństwo dziwi, że naród staje sie nerwowy, że traci poczucie sensu i ciągłości życia.
telewizja kłamie, wypacza obraz świata... wystarczy trochę pooglądać, a życie w normalnych tempie wydaje się nudne i powolne.
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 416.