Tomasz Ankudowicz -- tomxx.net 3.0 fotoblog | podróże | trekearth | info | [home]
kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
Portugalia cz. 6 -- na południe: przez gaje oliwne i dęby korkowe..
24.11.2007; 20.14
górskie wycieczki zamkowe wydawały nam się tyleż piękne, co monotonne. monotonia miała się jednak objawić dopiero teraz. i to ze zdwojoną mocą. region Alentejo ciągnący się aż do granic Algarve jest najgorętszym obszarem Portugalii. przewijające się kilometrami krajobrazy wyglądają wręcz identycznie: przeogromne plantacje dębów korkowych (największy w świecie eksport korka) i niezliczone winnice gajów oliwnych. spalone słońcem ziemie nie grzeszą płodnością -- na pożółkłych pastwiskach opalają się stada krów i owiec, a ziemia ma wszędzie tą samą żółtą barwę. to Alentejo. region, który mi osobiście bardzo się spodobał..

zanim dane nam było dostać się na autostradę w kierunku Evory musieliśmy przejechać przez końcówkę pasma górskiego Serra de Estrela. ten pagórkowaty teren urzekł nas niesamowitym zestawem kolorów -- pożółkłe od słońca trawy mieszały się z szarym granitem skał, a występująca gdzieniegdzie zieleń urozmaicała pustynny krajobraz. robimy sobie kilka przerw, wyciągam statyw, a zdjęcia pstrykamy wprost z mało uczęszczanej drogi. tego właśnie ranka dociera do nas, że znowu jesteśmy w trasie. droga, bezustannie ciągnąca się droga -- symbol podróży, wolności i nowych lądów.. warto również wspomnieć o stosunkowo licznych gospodarstwach, które .. gospodarstwami były przed laty. porzucone i zarośnięte trawą straszą zawalonymi dachami czekając na ratunek, który jednak nigdy nie nadejdzie..

w końcu wbijamy się na szybszą drogę i poprzez Estremoz dojeżdżamy do stolicy regionu Alentejo, Evory. całkiem spore, otoczone średniowiecznymi murami miasto, jest siedzibą uniwersytetu z 1559 roku. chyba mamy szczęście, gdyż po starówce ugania się spora grupa studentów w specyficznych odzieniach. są ubrani w czarne płaszcze, co Kropa wdzięcznie określił mianem 'stroju batmana'. warto zobaczyć ruiny rzymskiej świątyni z I w., po której zostały tylko korynckie kolumny i trwałe fundamenty. tak, tak, Evora, podobnie jak inne portugalskie miasta ma już ponad 2000 lat, co w porównaniu do Polski jest bajecznym wynikiem, nie wspominając o Stanach Zjednoczonych. z uwagi na miejskie mury i liczne historyczne zabytki, starówka Evory wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. jadąc dalej na południe drogą IP2, a następnie 34 km mniejszą N258 (widoki jak na preriowych drogach rodem z Dzikiego Zachodu), docieramy do pięknego miasteczka Moura.

sama nazwa dużo mówi o pochodzeniu mieściny i rzeczywiście -- nie zawodzimy się. dominują śnieżnobiałe zabudowania, czerwono dachówkowe dachy oraz dwa nieśmiertelne portugalskie kolory: żółty oraz niebieski. piękno pięknem, jednak największą zaletą tego regionu jest niewielka liczba turystów -- większość wybiera pobyt na plażach lub w Lizbonie. jest to pierwsze miejsce, w którym widzimy tak wielu Portugalczyków spędzających wspólne wieczory pod gołym niebem. ławki głównych skwerów są pełne, wszyscy wyglądają, jakby znali się od lat (bo tak pewnie jest w rzeczywistości), istnieje TEN spokój, którego na próżno szukać w miejscowościach turystycznych. tu każdy żyje swoim i cudzym życiem; dominuje klasyczny portugalski ubiór: wszyscy bez wyjątku faceci ubrani są w kraciastą koszulę i bawełniane spodnie. wszyscy ogorzali od słońca, spokojni i uśmiechnięci. to właśnie z Moury pochodzi to sympatyczne ujęcie dwójki przyjaciół zamieszczone na październikowym fotoblogu. w Alentejo mało kto mówi po angielsku i czasem rzeczywiście ciężko jest się dogadać. Portugale są jednak z natury przyjaźni, widać to w kontaktach międzyludzkich, więc zawsze można starać się porozumieć w języku migowym. z lepszym, bądź gorszym skutkiem. wg przewodnika Portugalia ma 10% analfabetów -- podejrzewamy, że znaczna ich część zamieszkuje właśnie ten region. białe zabudowania Moury wywarły na nas potężne wrażenie, ale czas gonił -- mieliśmy już zapewniony nocleg w oddalonej o 50 km na południe Beji.

Beja to miasteczko położone na wzgórzu, przez co przez lata pełniło strategiczną rolę militarną. europejska historia zapamiętała tę osadę z czasów Juliusza Cezara, który w roku 48 pne zawarł tu rozejm z Luzytanami -- przez co miejscowość nosiła nazwę Pax-Julia. my potraktowaliśmy ją raczej .. wakacyjnie, bo przez cały wieczór nie wychyliliśmy nosa z hotelu :) a residencia owa (której nazwy niestety nie zapamiętałem) była wręcz niesamowita: cudowne miejsce z rodzinnymi fotografiami na ścianach. żółto-niebieskie wystroje pokojów z motywami mauretańskimi -- wszystko zatopione w śnieżnej bieli. fajne zapachy, śródziemnomorskie śniadanie, słońce dookoła. jeśli przyjdzie kiedyś taki dzień, że założę własny pensjonat, to będę się wzorował właśnie na tym miejscu. skąd Maurowie we wschodniej Europie? hmm, wzięli się skądś. tak jak Polacy w południowej Portugalii..

a potem było już wybrzeże. cudowne Algarve ze swoimi pięknymi plażami..
kategoria: podróże                           link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: Italia cz. IV -- Wenecja. by Misia Moja..
02.11.2006; 23.46
ostatni niezdobyty przez nas bastion włoskiej przygody podeszliśmy od strony morza. statkiem turystycznym z miejscowości Fusina (tu na kampingu zostawiliśmy nasz samochód), nie dbając o bilet, wraz z innymi nam podobnymi zapaleńcami podpłynęliśmy do tej jednej z najsłynniejszych wysp, do najbardziej zachwycającego po dzień dzisiejszy i największego pomnika architektury na świecie. niegdyś rządy sprawowali tu wielcy Dożowie, a bagnista laguna z okolicznymi wysepkami dawała idealne schronienie przed najazdami i napadami plemion Germańskich. Wenecja pochłonęła nas już od portu w dzielnicy Del Academica. było wczesne popołudnie kończącego się powoli lata, gdy zaczęliśmy się przeciskać się przez wąskie uliczki tego państwa w mieście. uliczki pełne uroku i nostalgii za minionymi czasami świetności, gdyż przed podbojami kolonialnymi Wenecja stanowiła jedno z największych i najsilniejszych w Europie miast.

Wenecja podzielona jest na 6 dzielnic, zwanych sestieri. przechadzając się po malowniczych mostkach łączących sieć 118 wysepek, docieraliśmy do większych placyków gdzie w tamtych czasach skupiało się życie miasta. kanały tworzą sieć 'ulic', a kursujące po nich tramwaje wodne (zwane vaporetto) stanowią jedyny, ale bardzo dobry środek transportu. podobno Wenecję można przejść w ciągu godziny. i poniekąd jest to prawda. idąc za tłumem turystów wzdłuż głównych ciągów pieszych można z dumą i poczuciem spełnionego obowiązku opstrykać najważniejsze budynki i znane z widokówek miejsca. ale to grzech! magia Wenecji oczarowuje każdego i warto jej się na chwilę poddać i pozwolić by sama poprowadziła w zakątki znane tylko wenecjanom. warto choć przez chwilę poczuć ducha tego miejsca, pooddychać powietrzem pełnym glonów, posiedzieć przy opuszczonym kościółku nad kanałem La Grande, tam gdzie nie ma tłumu turystów, tylko tacy jak my zagubieni na chwile pasjonaci..

do Placu Świętego Marka dotarliśmy po zmroku. ulice opustoszały a zapalone światła ukazały ciepłe wnętrza starych kamienic. niesamowite uczucie przechadzać się nocą po tym wymarłym (gdyż większość właścicieli domów mieszka na lądzie), a jednak tętniącym życiem mieście. coś porównywalnego do przechadzania się o północy po Time Square w Nowym Jorku, kiedy zamiast spać, jak większość Twoich rodaków na drugim kontynencie, Ty spacerujesz po tym biznesowym centrum świata i przez chwile patrzysz z góry na te wszystkie polskie popisy i ani trochę nie chce Ci się tutaj wracać.

udało się nam pooddychać tym powietrzem, udało się posiedzieć na stopniu przy wejściu do czyjegoś domu i popatrzeć jak życie się tu toczy. powzdychać do siebie nawzajem na Moście Westchnień (Ponte dei Sospiri) też się udało.. i przeżyć całą tą podróż się udało.. a później wrócić znajomym statkiem bez biletu do samochodu.. się udało.
kategoria: podróże                           link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 416.