kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
jedziemy na południe -- drogą ekspresową nr IC27 wzdłuż granicy z Hiszpanią. droga jest prawie pusta, żar leje się z nieba, piękne krajobrazy przesuwają się leniwie. południe przywitało nas w jedyny możliwy do zaakceptowania sposób -- błękitem nieba i prawie 30-stopniowym słońcem. Algarve -- here we come!
szybka droga kończy się w Castro Marim, gdzie odbijamy na zachód i mniejszą, zdecydowanie
bardziej tłoczną drogą nr N125 mkniemy w kierunku Taviry. nie jesteśmy jeszcze w sercu regionu, ale w oczy już teraz rzucają się szeregi hoteli i wille ludzi, którzy mają więcej. w ostrym słońcu bielone domy prezentuję się bardzo okazale, dookoła stragany i cwaniacy próbujący opchnąć lokalne dobra, w tym nietypowe, zdobione kominy .. domów mieszkalnych, w barwach niebieskich i żółtych. naszym marzeniem było rozłożenie się na plaży, więc przejeżdżamy Tavirę i pakujemy się na piasek za wioską Santa Luzia. miasteczka na wschodzie Algarve nie
mają bezpośredniego kontaktu z oceanem -- stały ląd od plaży oddziela szeroki podmokły pas ziemi niczyjej, który w tym miejscu jest parkiem krajobrazowym obfitującym w różne skrzydlate stworzenia latające -- Parque Natural da Ria Formoza. oceanu należy szukać na wyspie Ilha de Tavira albo na pobliskim półwyspie. my przekraczamy park niewielką, szybką jak światło, wąskotorową kolejką i dokładnie w południe, gdy słońce morderczo tkwi w swoim zenicie, meldujemy się na plaży Praia do Barril. dookoła pełno Niemców, czasem trafi się także jakiś Angol czy Francuz. woda ciepła i bardzo słona, a piasek wręcz biały. w pobliżu natrafiamy przypadkiem na cmentarz
kotwic -- Cemitério das Âncoras, miejsce tyleż wspaniałe, co nieprawdopodobne. jadąc do Portugalii wypisałem sobie to miejsce, jako warte odwiedzenia, ale w natłoku spraw codziennych, o kotwicach zapomniałem. przypadkiem znaleźliśmy się między dziesiątkami idealnie ułożonych kotwic, które, jak mi się później udało dowiedzieć, pochodzą ze statków zajmujących się połowem tuńczyków. niepowtarzalny klimat udaje się uwiecznić na kilku fajnych fotkach. w pobliżu trafiamy jeszcze na fajną oazę palmową oraz porzuconą i zarośniętą roślinnością łódź, która już raczej nigdzie nie popłynie.. wieczorem uderzamy do miasta. urocza Tavira położona jest po obu stronach rzeki -- niesamowity zachód słońca zalewa miasteczko cudownym żółtawym światłem, w którym pięknie
wyglądają budynki, mosty i kolorowe łódki. na głównym placu miasteczka spotykamy dwójkę Polaków z Wawy, z którymi wypijamy kawę i piwo rozmawiając o Portugalii. oni jadą z drugiej strony wybrzeża (od Lizbony), więc dają nam trochę wskazówek, co do dalszej podróży..
późnym wieczorem jedziemy do pobliskiego Olhao, gdzie jemy kolację i oglądamy mecz Milanu z Benfiką w LM. od pana zero-mówię-po-angielsku dowiadujemy się na migi (po 10 minutach migania) o miejscu, gdzie co rano odbywa się targ rybny. śpimy na parkingu przy nadbrzeżu, gdzie udaje mi się złapać darmowy internet. rano budzę się o 8.40 i uderzam na owy targ w centrum miasteczka. w przestronnej hali prężą się dziesiątki gatunków ryb, krabów, ośmiornic i innych podwodnych cudów. wieśniacy krzyczą, gestykulują, ekspresyjnie się targują. dookoła śmierdzi rybim szlamem. ja niestrudzenie pcham się z moim aparatem, ale o dziwo, nikt nie zwraca na mnie uwagi, jakby w ogóle mnie nie zauważali. jedna głowa ryby jest
tak duża jak ludzka. na zewnątrz, za stolikiem siedzą miejscowi i dyskutują nad porannym wydaniem gazety. ponownie można zauważyć tą małą, zamkniętą społeczność: wszyscy tutaj się znają, wszyscy żyją z rybołówstwa, wszyscy wstają wcześnie rano, jeszcze w nocy, wszyscy nawet wyglądają podobnie. wieczorem w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach -- Agata twierdzi, że to zapach palonych łusek..
Jedziemy do Albufeiry, gdzie udaje nam się znaleźć małą plażę zlokalizowaną pomiędzy dwoma pięknymi klifami. To pierwszy nasz kontakt z klifowym wybrzeżem -- trochę leżymy, a później pstrykamy fotki poszarpanych odwieczną walką wody z lądem klifów. jest pięknie -- wyszukuję łuki, które pozwalają przejść kilkumetrowymi mini-jaskiniami pod skałą. Albufeira jest już dużym komercyjnym centrum, a nasza malutka plaża znajdowała się pomiędzy dwiema innymi, z tysiącami wszędobylskich turystów. Marek z Kropą wynajmują tu hotel, my jedziemy dalej na zachód..
rybackiej przygody ciąg dalszy: w miejscowości Armacao de Pena natrafiamy a nieskomercjalizowaną plażę, na której właśnie trwa opróżnianie sieci z połowów. właśnie o takie coś mi chodziło -- zwykli ludzie przy pracy: pstrykam zdjęcia, a oni rozmawiają ze sobą ignorując istnienie aparatu. na kolację
trafiamy do lokalnej perełki -- knajpo-restauracji PIPA (sic!), która w tym roku obchodzi swoje 33 urodziny. świetna obsługa samego właściciela oraz super jedzenie (łosoś) współgra z oryginalnym wystrojem lokalu -- beczki, stare wina, kolorowe szyby, azulejos w kiblach. świetny pomysł, niesamowita atmosfera i pasja człowieka, który tego dokonał. facet mówi w kilku językach, ale to raczej dla wygody -- ma tu gości z całej Europy..
wieczorem jedziemy do Silves, gdzie w lokalnym pubie oglądamy mecz LM Sportingu Lizbona z Man Utd. kolejna ciekawa obserwacja miejscowych -- siedzą przed dwoma telewizorami (a pub jest jednocześnie siedzibą klubu piłkarskiego Silves FC) i głośno komentują mecz. ja w koszulce Polski zostaję przywitany uśmiechem barmana, który zapewne
pamiętał naszą dobrą grę w Lizbonie. później przechadzamy się po zamku i okolicach, aż natrafiamy na zatłoczony skwer (jest późno, ok 23.00): dzieciaki biegają, młodzież siedzi na murkach, a starsi grają w karty. jest w tym coś niesamowitego -- niczym nieskrępowane życie towarzyskie, na wszystkich poziomach wiekowych. rozmawiamy z nimi przez chwilę, a graczami okazują się .. Bułgarzy, którzy przyjechali tutaj do pracy. świetna sprawa i miły nocny klimacik.. dziś pierwszy od pewnego czasu nocleg z dala od oceanu, jutro uderzamy do Lagos -- miejsca wręcz magicznego..
Portugalia cz. 7 -- spaleni słońcem we wschodnim Algarve..
03.12.2007; 15.16
jedziemy na południe -- drogą ekspresową nr IC27 wzdłuż granicy z Hiszpanią. droga jest prawie pusta, żar leje się z nieba, piękne krajobrazy przesuwają się leniwie. południe przywitało nas w jedyny możliwy do zaakceptowania sposób -- błękitem nieba i prawie 30-stopniowym słońcem. Algarve -- here we come!szybka droga kończy się w Castro Marim, gdzie odbijamy na zachód i mniejszą, zdecydowanie
bardziej tłoczną drogą nr N125 mkniemy w kierunku Taviry. nie jesteśmy jeszcze w sercu regionu, ale w oczy już teraz rzucają się szeregi hoteli i wille ludzi, którzy mają więcej. w ostrym słońcu bielone domy prezentuję się bardzo okazale, dookoła stragany i cwaniacy próbujący opchnąć lokalne dobra, w tym nietypowe, zdobione kominy .. domów mieszkalnych, w barwach niebieskich i żółtych. naszym marzeniem było rozłożenie się na plaży, więc przejeżdżamy Tavirę i pakujemy się na piasek za wioską Santa Luzia. miasteczka na wschodzie Algarve nie
mają bezpośredniego kontaktu z oceanem -- stały ląd od plaży oddziela szeroki podmokły pas ziemi niczyjej, który w tym miejscu jest parkiem krajobrazowym obfitującym w różne skrzydlate stworzenia latające -- Parque Natural da Ria Formoza. oceanu należy szukać na wyspie Ilha de Tavira albo na pobliskim półwyspie. my przekraczamy park niewielką, szybką jak światło, wąskotorową kolejką i dokładnie w południe, gdy słońce morderczo tkwi w swoim zenicie, meldujemy się na plaży Praia do Barril. dookoła pełno Niemców, czasem trafi się także jakiś Angol czy Francuz. woda ciepła i bardzo słona, a piasek wręcz biały. w pobliżu natrafiamy przypadkiem na cmentarz
kotwic -- Cemitério das Âncoras, miejsce tyleż wspaniałe, co nieprawdopodobne. jadąc do Portugalii wypisałem sobie to miejsce, jako warte odwiedzenia, ale w natłoku spraw codziennych, o kotwicach zapomniałem. przypadkiem znaleźliśmy się między dziesiątkami idealnie ułożonych kotwic, które, jak mi się później udało dowiedzieć, pochodzą ze statków zajmujących się połowem tuńczyków. niepowtarzalny klimat udaje się uwiecznić na kilku fajnych fotkach. w pobliżu trafiamy jeszcze na fajną oazę palmową oraz porzuconą i zarośniętą roślinnością łódź, która już raczej nigdzie nie popłynie.. wieczorem uderzamy do miasta. urocza Tavira położona jest po obu stronach rzeki -- niesamowity zachód słońca zalewa miasteczko cudownym żółtawym światłem, w którym pięknie
wyglądają budynki, mosty i kolorowe łódki. na głównym placu miasteczka spotykamy dwójkę Polaków z Wawy, z którymi wypijamy kawę i piwo rozmawiając o Portugalii. oni jadą z drugiej strony wybrzeża (od Lizbony), więc dają nam trochę wskazówek, co do dalszej podróży..
późnym wieczorem jedziemy do pobliskiego Olhao, gdzie jemy kolację i oglądamy mecz Milanu z Benfiką w LM. od pana zero-mówię-po-angielsku dowiadujemy się na migi (po 10 minutach migania) o miejscu, gdzie co rano odbywa się targ rybny. śpimy na parkingu przy nadbrzeżu, gdzie udaje mi się złapać darmowy internet. rano budzę się o 8.40 i uderzam na owy targ w centrum miasteczka. w przestronnej hali prężą się dziesiątki gatunków ryb, krabów, ośmiornic i innych podwodnych cudów. wieśniacy krzyczą, gestykulują, ekspresyjnie się targują. dookoła śmierdzi rybim szlamem. ja niestrudzenie pcham się z moim aparatem, ale o dziwo, nikt nie zwraca na mnie uwagi, jakby w ogóle mnie nie zauważali. jedna głowa ryby jest
tak duża jak ludzka. na zewnątrz, za stolikiem siedzą miejscowi i dyskutują nad porannym wydaniem gazety. ponownie można zauważyć tą małą, zamkniętą społeczność: wszyscy tutaj się znają, wszyscy żyją z rybołówstwa, wszyscy wstają wcześnie rano, jeszcze w nocy, wszyscy nawet wyglądają podobnie. wieczorem w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach -- Agata twierdzi, że to zapach palonych łusek..
Jedziemy do Albufeiry, gdzie udaje nam się znaleźć małą plażę zlokalizowaną pomiędzy dwoma pięknymi klifami. To pierwszy nasz kontakt z klifowym wybrzeżem -- trochę leżymy, a później pstrykamy fotki poszarpanych odwieczną walką wody z lądem klifów. jest pięknie -- wyszukuję łuki, które pozwalają przejść kilkumetrowymi mini-jaskiniami pod skałą. Albufeira jest już dużym komercyjnym centrum, a nasza malutka plaża znajdowała się pomiędzy dwiema innymi, z tysiącami wszędobylskich turystów. Marek z Kropą wynajmują tu hotel, my jedziemy dalej na zachód..
rybackiej przygody ciąg dalszy: w miejscowości Armacao de Pena natrafiamy a nieskomercjalizowaną plażę, na której właśnie trwa opróżnianie sieci z połowów. właśnie o takie coś mi chodziło -- zwykli ludzie przy pracy: pstrykam zdjęcia, a oni rozmawiają ze sobą ignorując istnienie aparatu. na kolację
trafiamy do lokalnej perełki -- knajpo-restauracji PIPA (sic!), która w tym roku obchodzi swoje 33 urodziny. świetna obsługa samego właściciela oraz super jedzenie (łosoś) współgra z oryginalnym wystrojem lokalu -- beczki, stare wina, kolorowe szyby, azulejos w kiblach. świetny pomysł, niesamowita atmosfera i pasja człowieka, który tego dokonał. facet mówi w kilku językach, ale to raczej dla wygody -- ma tu gości z całej Europy..wieczorem jedziemy do Silves, gdzie w lokalnym pubie oglądamy mecz LM Sportingu Lizbona z Man Utd. kolejna ciekawa obserwacja miejscowych -- siedzą przed dwoma telewizorami (a pub jest jednocześnie siedzibą klubu piłkarskiego Silves FC) i głośno komentują mecz. ja w koszulce Polski zostaję przywitany uśmiechem barmana, który zapewne
pamiętał naszą dobrą grę w Lizbonie. później przechadzamy się po zamku i okolicach, aż natrafiamy na zatłoczony skwer (jest późno, ok 23.00): dzieciaki biegają, młodzież siedzi na murkach, a starsi grają w karty. jest w tym coś niesamowitego -- niczym nieskrępowane życie towarzyskie, na wszystkich poziomach wiekowych. rozmawiamy z nimi przez chwilę, a graczami okazują się .. Bułgarzy, którzy przyjechali tutaj do pracy. świetna sprawa i miły nocny klimacik.. dziś pierwszy od pewnego czasu nocleg z dala od oceanu, jutro uderzamy do Lagos -- miejsca wręcz magicznego..kategoria: podróże link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: Kredowy przylądek..
04.12.2008; 15.35
artykuł dla portalu Bermudy.pl: link
Co łączy Jamesa Bonda, Robin Hooda i Harrego Pottera? Białe klify angielskiego wybrzeża, które pojawiają się w produkcjach filmowych wszystkich trzech klasycznych już bohaterów.
Wiele kilometrów wybrzeża południowej Anglii, począwszy od Dover, a kończąc na plażach Kornwalii, charakteryzuje forma klifowa. Te najwyższe, a jednocześnie jedne z najpiękniejszych klifów, znajdują się w hrabstwie East Sussex, pomiędzy kurortami Brighton i Eastbourne. Miejsce to przed milionami lat było dnem morza. W okresie Kredy na skutek masowego obumierania morskich organizmów tworzą się kolejne warstwy osadów, a na początku ery kenozoicznej teren ulega spiętrzeniu. Reszty dzieła dokonuje erozja, która przeradza obszar w dramatyczne klify. Erozja trwa zresztą do dzisiaj, a wody Kanału La Manche każdego roku wydzierą kolejne metry lądu i na nowo kształtują wygląd wybrzeża.
Ciągnąca się nad wapiennymi klifami malownicza trasa oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności ? to get away from it all, jak mawiają miejscowi Anglicy. Dwa najbardziej znane miejsca to grupy klifów Seven Sisters w pobliżu miasteczka Seaford oraz Beachy Head, niedaleko Eastbourne. Siedem Sióstr to grupa siedmiu (choć niektórzy doszukują się ośmiu) klifów znajdujących się przy ujściu meandrującej rzeki Cuckmere. W 1971 roku ustanowiono tu Park Narodowy oferujący odwiedzającym liczne atrakcje,
począwszy od pieszych wycieczek i obserwacji ptaków, na spływach kajakowych kończąc. Potyczki i niespokojne wody Kanału przyczyniły się na tym obszarze do wielu katastrof morskich. W pobliżu Seven Sisters doliczono się przynajmniej 25 zatopionych okrętów, a do najbardziej znanych zalicza się katastrofy hiszpańskiego statku Nympha Americana z 1747 roku oraz niemieckiego żaglowca Polynesia,
który zatonął tu w 1890 roku. Wrak tego ostatniego jest do dzisiaj widoczny z pobliskiej plaży, gdyż pływy w tym miejscu dochodzą nawet do poziomu 15 metrów. Moim osobistym hitem jest jednak Beachy Head ? malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się na wysokość 162 m. nad poziom morza. To kredowe urwisko nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego (pierwsza wzmianka z roku 1274), gdzie słowo Beauchef oznaczało Przepiękny Przyczułek. Znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni ?Spanish Ladies? (również w jej polskim odpowiedniku: Hiszpańskie dziewczyny):
Legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. Znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. Legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma
jasnymi światłami widocznymi z odległości 26 mil morskich, na skutek erozji znajduje się już 17 metrów od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka. Osobiście nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem, ale na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji ? myślę, że nie jestem odosobniony, w końcu miejsce to odwiedza rocznie ok. 350 tys. turystów. Wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno i romantyzm biało-czerwonego budynku. Śnieżnobiałe klify można podziwiać również z dołu, jednak poziom wody zmienia się niezwykle szybko, dlatego należy uważać, aby w porę opuścić niebezpieczne obszary.
Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. Każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób, o których po dziś dzień przypominają liczne krzyże i starannie ułożone na trawie kwiaty. Motyw upadku z Beachy Head pojawia się również w teledysku piosenki Close to Me zespołu The Cure.
Co łączy Jamesa Bonda, Robin Hooda i Harrego Pottera? Białe klify angielskiego wybrzeża, które pojawiają się w produkcjach filmowych wszystkich trzech klasycznych już bohaterów.
Wiele kilometrów wybrzeża południowej Anglii, począwszy od Dover, a kończąc na plażach Kornwalii, charakteryzuje forma klifowa. Te najwyższe, a jednocześnie jedne z najpiękniejszych klifów, znajdują się w hrabstwie East Sussex, pomiędzy kurortami Brighton i Eastbourne. Miejsce to przed milionami lat było dnem morza. W okresie Kredy na skutek masowego obumierania morskich organizmów tworzą się kolejne warstwy osadów, a na początku ery kenozoicznej teren ulega spiętrzeniu. Reszty dzieła dokonuje erozja, która przeradza obszar w dramatyczne klify. Erozja trwa zresztą do dzisiaj, a wody Kanału La Manche każdego roku wydzierą kolejne metry lądu i na nowo kształtują wygląd wybrzeża.
Ciągnąca się nad wapiennymi klifami malownicza trasa oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności ? to get away from it all, jak mawiają miejscowi Anglicy. Dwa najbardziej znane miejsca to grupy klifów Seven Sisters w pobliżu miasteczka Seaford oraz Beachy Head, niedaleko Eastbourne. Siedem Sióstr to grupa siedmiu (choć niektórzy doszukują się ośmiu) klifów znajdujących się przy ujściu meandrującej rzeki Cuckmere. W 1971 roku ustanowiono tu Park Narodowy oferujący odwiedzającym liczne atrakcje,
począwszy od pieszych wycieczek i obserwacji ptaków, na spływach kajakowych kończąc. Potyczki i niespokojne wody Kanału przyczyniły się na tym obszarze do wielu katastrof morskich. W pobliżu Seven Sisters doliczono się przynajmniej 25 zatopionych okrętów, a do najbardziej znanych zalicza się katastrofy hiszpańskiego statku Nympha Americana z 1747 roku oraz niemieckiego żaglowca Polynesia,
który zatonął tu w 1890 roku. Wrak tego ostatniego jest do dzisiaj widoczny z pobliskiej plaży, gdyż pływy w tym miejscu dochodzą nawet do poziomu 15 metrów. Moim osobistym hitem jest jednak Beachy Head ? malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się na wysokość 162 m. nad poziom morza. To kredowe urwisko nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego (pierwsza wzmianka z roku 1274), gdzie słowo Beauchef oznaczało Przepiękny Przyczułek. Znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni ?Spanish Ladies? (również w jej polskim odpowiedniku: Hiszpańskie dziewczyny):
The first land we sighted was called the Dodman,
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
Legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. Znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. Legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma
jasnymi światłami widocznymi z odległości 26 mil morskich, na skutek erozji znajduje się już 17 metrów od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka. Osobiście nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem, ale na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji ? myślę, że nie jestem odosobniony, w końcu miejsce to odwiedza rocznie ok. 350 tys. turystów. Wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno i romantyzm biało-czerwonego budynku. Śnieżnobiałe klify można podziwiać również z dołu, jednak poziom wody zmienia się niezwykle szybko, dlatego należy uważać, aby w porę opuścić niebezpieczne obszary.Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. Każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób, o których po dziś dzień przypominają liczne krzyże i starannie ułożone na trawie kwiaty. Motyw upadku z Beachy Head pojawia się również w teledysku piosenki Close to Me zespołu The Cure.
kategoria: podróże link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 415.