Tomasz Ankudowicz -- tomxx.net 3.0 fotoblog | podróże | trekearth | info | [home]
kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
Meksyk cz. III -- Chichén Itzá
29.10.2009; 04:37
dosyć leżenia na plaży -- zaczynamy aktywne zwiedzanie. na pierwszy rzut poleciały najbardziej znane ruiny cywilizacji prekolumbijskiej -- Chichén Itzá, co w języku Majów, twórców tego miasta, oznacza Źródła Ludu Itzá. miejsce to obok stolicy i karaibskich plaż stanowi dzisiaj centralny ośrodek meksykańskiej turystyki, nie dziwią więc tłumy zwiedzających i .. tłumy naganiaczy pamiątkowych. pierwsze budynki powstały ok 700 roku, a te najbardziej znane, czyli El Castillo (świątynia Kukulkana), Templo de los Guerreros (świątynia wojowników) oraz boisko do gry w piłkę (pelota) datuje się na XI-XII wiek. trafiliśmy dosyć dobrego przewodnika, który wyjaśnił, ze Majowie byli bardzo kumaci jeśli chodzi o wiedzę i rozwój (architektura, sztuka, astronomia) natomiast średnio byli skorzy to bitki, przez co podbiło ich plemię (kultura?) Toltekow. podobno to wraz z nimi przyszedł zwyczaj składania ludzi w ofierze bogom, przez co piramidy Majów na długi czas skąpały się we krwi nieszczęśników. szacunek należy się chłopakom za perfekcyjne rozeznanie w astronomii, co możemy dzisiaj podziwiać w zbudowanym przez nich obserwatorium (okna ułożone w odpowiedni dla ruchu planet sposób) oraz przez położenie samej piramidy Kukulkana, gdzie w dniach przesilenia wiosennego i zimowego, cienie idealnie padają na ściany świątyni tworząc efekt pełzającego węża. mi osobiście spodobało się boisko do gry w piłkę (jakże mogłoby być inaczej..) -- ma to to 150 metrów, z 4 stron ograniczone jest wysokimi ścianami, a na środku dłuższych boków umieszczone są kamienne obręcze (widoczne na fotkach poniżej). grano po 7 chłopa, a celem było przerzucenie piłki przez obręcz, co mogło być wykonane tylko przez jednego zawodnika poszczególnej drużyny -- kapitana. i teraz uwaga: nie można było piłki dotykać rekami ani nogami. grano innymi częściami ciała, czyli barkami, piersią, udami, a osiągniecie celu (obręcz wisi dobre 5-6 metrów ponad nasypem wzdłuż boiska) przy bardzo niskim wzroście Majów było rzeczą bardzo trudną. ba, wręcz niemożliwą, bo piłka nie mogła dotknąć obręczy. doprowadzało to do tego, iż jeden mecz mógł trwać nawet 10 miesięcy (z przerwami na noc), a zawodników zmieniano kilkudziesięciu krotnie. nagrodą dla zwycięskiej drezyny była za to .. śmierć. tak, obcinano głowę kapitanowi zwycięzców, gdyż Majowie głęboko wierzyli w życie pozagrobowe i wygrana miała być przepustką śmiertelnika do krainy wiecznej szczęśliwości. niesamowite.

na miejsce można dojechać wynajętym samochodem (40 USD/dzień), ale my zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowana (50 USD/osoba). chodziło głównie o przewodnika, bo średnio wiedzielibyśmy o co biega, ale i o wygodę samą w sobie -- prowadzenie samochodu w Meksyku nie należy do najprzyjemniejszych. wstęp do Chichen Itza to 10 USD. dowiedzieliśmy się, że teren miasta należy do prywatnej osoby (kupił ją jakiś krewny 9 pokoleń do tyłu) i to ona wydzierżawia miejsca setkom sprzedawców pamiątek. to duży minus -- naganiaczy jest tak wielu, są tak głośni, napastliwi, agresywni (jeśli chodzi o marketing handlowy, bo nikt nie chciał nam tam zrobić krzywdy), ze ciężko jest niekiedy o chwile spokoju i refleksji. drugim minusem jest również odgrodzenie sznurkiem wszystkich miejsc, przez co niemożliwe jest wspięcie się na jakikolwiek budynek. wspinanie się na świątynie uniemożliwiono 3 lata temu, po tym jak 70-letnia kobieta spadła z 80 schodka i zmarła. ciekawym faktem jest również to, że do tej pory odkryto zaledwie 7% powierzchni miasta -- cala reszta to wciąż dżungla. główną przyczyną były względy ekonomiczne, jak również brak kamienia -- hiszpanie kilka setek lat wstecz rozkradli co się dało na swoje kościoły. szkoda, bo to co widzimy dzisiaj to wierna, ale jednak, rekonstrukcja..














kategoria: podróże                           link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: spadek
01.06.2009; 11:12
mija już prawie 40 godzin, a ja wciąż nie mogę zrozumieć, jak tak straszna rzecz mogła wydarzyć się w tak pięknym dniu.. nie mogę nawet napisać, jak się czułem, bo wciąż w pełni to do mnie nie dociera. jakieś takie dziwne zawieszenie, spokój, a przy tym niewyobrażalny smutek. cały rok walki, starań, nadziei stał się nagle nieistotny. nieistotne stały się również te rzadkie chwile radości, których od czasu do czasu byliśmy z Maćkiem świadkami. te nerwy, którymi w minionym sezonie można by obdzielić wiele lat życia zwykłego śmiertelnika, nie mają już dzisiaj żadnego znaczenia. przegraliśmy i tyle. dzisiaj, już na spokojnie, mogę powiedzieć, że taki jest sport i dlatego tym wszystkim tak bardzo się pasjonuję. przegraliśmy, wracamy za rok, normalna sprawa. i tylko ta banda nawiedzonych piętnastolatków po ostatnim gwizdku sprawiła, że po raz pierwszy poczułem się zażenowany postawą kibiców Górnika..

kilkanaście minut po końcowym gwizdku, gdy zdruzgotany bez czucia leżałem na dywanie, usłyszałem tylko dochodzący gdzieś z oddali, kamiennie surowy głos Maćka: 'i chuj, trzeba będzie na rok wywieźć dekoder do Polski..'
kategoria: zapiski                           link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 415.