kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze

ponad pół roku temu przesłałem swoją aplikację do siedziby głównej korporacji Google w Europie. ciepła posada Localisation Project Managera w Dublinie w 100 procentach pokrywała się z tym, co w tamtym czasie robiłem w NCsofcie. przygoda z tą najszybciej i najprężniej rozwijającą się światową firmą rozpoczęła się w już w połowie kwietnia, ale trzymałem ją w ścisłej tajemnicy. sytuacja była skomplikowana -- moja aktualna firma przechodziła głęboką restrukturyzację, ja chwilowo (i czysto teoretycznie) pozostawałem bez pracy, więc Google było pewną szansą, choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że dostają się tam tylko najlepsi. wysłałem aplikację i .. na jakiś czas o niej zapomniałem.
po jakichś trzech tygodniach otrzymałem maila zapraszającego na pierwszą rozmowę telefoniczną. moją rekruterką okazała się miła irlandka o imieniu Sarah i miała mnie ona prowadzić przez cały proces rekrutacyjny. po przyjaznym powitaniu dość szybko, i bez zbędnej kurtuazji, przeszliśmy na tematy zawodowe. zadaniem pracowników działu HR jest w pierwszym okresie sprawdzenie, jak ja to nazywam, ogólnej kumatości, kandydata. przez ok 30 min prześlizgnęliśmy się po moim CV, poopowiadałem co nieco o życiu, planach i wrażeniach, i już podczas tej rozmowy dostałem zaproszenie na drugi etap..
po około tygodniu odbyła się druga rozmowa telefoniczna, tym razem z osobą pracującą w dziale Lokalizacji w siedzibie głównej Googli w Europie. Judith miała około 30-stki i już na samym początku potwierdziła to, o czym kiedyś czytałem: pracownicy Googli dzielą swój czas w firmie na pracę w ramach swoich obowiązków, pracę własną (Google pozwala na poświęcanie godzin w firmie na własne projekty, które mogą w przyszłości pozytywnie wpłynąć na rozwój korporacji) oraz na rekrutację nowych pracowników. rozmowa z Judith miała już inny, bardziej profesjonalny charakter: oboje pracujemy w podobnym środowisku, korzystamy z tych samych aplikacji, posługujemy się zbieżną metodologią. znaleźliśmy wspólny język i 45 minut rozmowy upłynęło bardzo szybko.
zasadą rozmów rekrutacyjnych w Google jest poznanie procesów myślowych kandydata. pytania są konkretne, bezpośrednie i praktyczne. sposoby różnią się w zależności od danego stanowiska (inżynieryjne, zarządcze, operacyjne), najczęściej jednak stawia się delikwentowi problem do rozwiązania. Googli nie interesuje gotowa odpowiedź, a raczej tok myślenia i słowne dotarcie do celu wg zasady: nie interesuje nas co już wiesz, ale co jeszcze możesz osiągnąć. większość sytuacji, na omówienie których mamy przecież kilkadziesiąt sekund, czasem minut, wymaga kreatywnego podejścia. stawia się kandydata przed hipotetyczną, acz prawdopodobną w życiu działu, sytuacją i oczekuje się burzy mózgowej mającej rozwiązać konflikt. Judith nie zapytała się mnie czy wiem co to jest format TTX w Tradosie, ale jak poradziłbym sobie z problemem nie akceptowania tego formatu przez jedną ze współpracujących z nami firm. nie interesowała jej historia produktów Google, ale zapytała o sposób podejścia do tłumaczenia interfejsu Google Maps. interesowała ją zgodność środowisk aplikacji, w których oboje pracujemy, ale gdy świadomy tego co robię omówiłem różnice między naszymi firmami, odpowiedziała, że to nawet lepiej, bo trzeba iść do przodu i poznawać nowe metody. rozmowa była prowadzona w bardzo przyjaznej atmosferze -- czyli tym czym szczyci się Google na całym świecie -- a po pewnym czasie odniosłem wrażenie, że rozmawiam z koleżanką przy kawie, a nie z osobą, która ma zdecydować o mojej przyszłości. pozytywnie zaskoczył mnie brak pytań z gatunku Interview 2.0 (jak obliczyłbym wagę ziemi, ile piłeczek pingpongowych zmieści się w autobusie, itp) -- kreatywne myślenie wyegzekwowano tu w nieco inny, bardziej naturalny, sposób..
po ok tygodniu zadzwoniła moja rekruterka Sarah i z uśmiechem oznajmiła, że miło jej zaprosić mnie do Dublina na trzeci etap rozmów. tym razem miały to być rozmowy bezpośrednie przeprowadzane przez, być może, moich przyszłych współpracowników. Google opłaciło przelot, 2 dni w hotelu, obiady i wszelkie wydatki, jakie mogłem ponieść podczas tego wyjazdu. rozmowy miałem w poniedziałek, ale poprosiłem Sarę o lot niedzielny -- w spokoju zwiedziliśmy z Agatą miasto, co dało mi czas na mentalne przygotowanie się do jutrzejszego wysiłku. na European Google HQ w Dublinie składają się dwa ogromne budynki, klasyczne połączenia szkła i stali, już coś koło 2000 pracowników. przy wejściu powitało mnie znane ze strony głównej kilku-kolorowe logo firmy oraz klasyczne googlowskie lampy. pełna komputeryzacja, cyfrowa rejestracja, wydruk plakietki pozwalającej mi na czasowy wstęp do budynków firmy. w końcu przyszła Sarah i zaprowadziła mnie na odpowiednie piętro. pierwsze co rzuciło się w oczy to domowa atmosfera środowisk pracy: ludzie pracują w ciszy, ale dookoła masa zabawek i udziwnień, tak aby każdy czuł się jak u siebie. na każdym piętrze znajduje się kilka aneksów kuchennych, gdzie do dyspozycji pracowników udostępnia się jedzenie, picie i wszelkie możliwe wspomagacze. wszystko oczywiście za darmo. chwilę pogadałem sobie z nią w kuchni, wypiłem kawę i rozgościłem się w pokoju rozmów. trzeci etap był bardzo rozbudowany: przewidywał sesję z trzema pracownikami firmy, a rozmowy miały następować jedna po drugiej i trwać kilka godzin. dodam jeszcze, że do wszystkich tych rozmów podszedłem bardzo na luzie, widząc w tym raczej szansę niż zagrożenie..
pierwszą osobą przeprowadzającą ze mną wywiad była Judith, z którą wcześniej rozmawiałem telefonicznie. pytania ponownie oparte były o zasadę jak zaplanował byś zrobienie tego czy co zmieniłbyś w zarządzaniu projektem, aby łatwiej dojść do celu. generalnie pracowaliśmy na faktach, mało w tej rozmowie było gdybania. Judith opisywała tok pracy w dziale googlowskim, a w pewnym momencie nadmieniła, że właściwie nie ma znaczenia na czym się znam, bo prędzej czy później Google postawi przede mną taki problem, do którego rozwiązania będę zmuszony nauczyć się czegoś nowego. rozmawialiśmy także o kulturze pracy i o wielonarodowości, z którą zetknąłem się również w swojej firmie. kilkadziesiąt krajów, wiele języków, co z łatwością można rozpoznać nawet, a może przede wszystkim, po różnych akcentach języka angielskiego.
drugim rozmówcą był szef działu lokalizacji, mężczyzna w wieku ok 45 lat. ten już na dzień dobry wystrzelił z sednem Googlowskiej rekrutacji, czyli innowacyjnością, zadając mi pytanie: co innowacyjnego wniosłeś do ostatniego prowadzonego przez ciebie projektu?. dla mnie to woda na młyn, bo oprócz nudnawych tekstów pasjonuję się językami programowania. a że mogę pochwalić się wieloma zaprojektowanymi dla swojego działu aplikacjami, rozmowa poszła bardzo sprawnie. nawijałem o aplikacjach parsujących lokalizacyjne pliki xml, omawiałem swoją wiedzę z dziedziny platformy .NET i języka C# w którym piszę aplikacje windowsowe, mówiłem o konieczności i wygodzie wykorzystywania języka VBA dla tekstów i danych zapisywanych w formatach microsoftowego office'a. a gdy wyczerpały się te tematy uderzył jeszcze odważniej pytając o moje pomysły na usprawnienie i przyspieszenie prac w całym pionie lokalizacji. tu również mogłem się pochwalić pomysłami, które wprowadziłem w NCsofcie, a które przykładowo skracały tworzenie baz Translation Memories z kilkudziesięciu minut do kilkunastu sekund za pomocą prostej, acz efektywnej aplikacji autorskiej.. koleś prześwietlił nawet moją przeszłość, sprawdzał i pytał o poprzednie moje zajęcia, czyli prowadzenie sieci osiedlowej SportNet czy pracę w wydawnictwie Helion..
trzecią rozmówczynią była Irlandka również w podobnym do mnie wieku. tu znowu nawijałem sporo o programowaniu, widać było, że dziewczyna zna się na rzeczy, często pytając mnie o najdrobniejsze nawet szczegóły. tą rozmowę uważam za najcięższą, głównie z racji jej charakteru. w ogóle się nie uśmiechała, nie potakiwała głową, nie ukazywała emocji. zadawała pytania, wnikliwie słuchała odpowiedzi, a z jej kamiennej twarzy nie można było poznać, co sądzi o mnie i o moim świecie. przyznam, że ta rozmowa wlokła się najdłużej, a napięcie dało o sobie znać, więc byłem już trochę zmęczony. wałkowaliśmy również podstawowe produkty Googli, czyli AdSense i AdWords, o których dużo nie wiedziałem i wśród których nie czułem się najpewniej. w sumie rozmowy w Dublinie trwały ok trzech godzin, a do Londynu leciałem z mieszanymi uczuciami. byłem zadowolony z wielu odpowiedzi, w kilku natomiast już po czasie znalazłem lepsze rozwiązania..
na kolejny kontakt Sary czekałem ponad 10 dni. odpowiedź była pozytywna i dostałem zaproszenie na czwarty etap rozmów, który miał być przeprowadzony z Product Menedżerem z jednej ze światowych placówek Googli. myślę, że był to moment przełomowy: wcześniej była to raczej zabawa, ale teraz zrozumiałem, że oto otwiera się przede mną duża szansa. nie kandydowałem na stanowisko dla Polaka. musiałem być lepszy od ludzi z całego świata, mimo że miałem prowadzić projekty lokalizacyjne w wielu zupełnie obcych dla mnie języków. osoba, która zadzwoniła do mnie kilka dni później nazywała się Etaoin. na co dzień pracuje w oddziale londyńskim, jednak dzwoniła do mnie 'gdzieś z trasy', bo pracownicy korporacji często się przemieszczają. ta rozmowa miała nieco inny charakter: Etaoin nie miała pojęcia o lokalizacji, znała się natomiast na zarządzaniu produktem. nasza rozmowa (trochę krótsza niż poprzednie) sprowadzała się do wzajemnej współpracy: w jaki sposób ja pomogę jej przetłumaczyć produkt na 18 języków w Europie i na Bliskim Wschodzie. było tu, przyznaję, trochę gdybania. nawijałem od czego bym zaczął, co chciałbym się od niej dowiedzieć przed rozpoczęciem, jaka jest metodologia samego projektu, ramy czasowe, budżet. padło kilka pytań laickich w stylu: czym jest internacjonalizacja czy jakbym mógł jej wytłumaczyć, co to jest aplikacja sieciowa. było w tym trochę lania wody, ale uważam, że było to również fajne przetarcie przed ew. przyszłą współpracą. po wszystkim wyczułem, że moja rozmówczyni była zadowolona..
sytuacja z rekruterką znowu się powtórzyła i po tygodniu dostałem zaproszenie na ostatnią rozmowę, która miała być przeprowadzona z szefem wszystkich szefów z siedziby głównej Googli z Mountain View w Kalifornii. i tutaj mnie kolo zaskoczył: nie pytał o sposoby pracy, nie pytał o realizację projektów, a zaczął nawijać o wewnętrznym świecie Googli. nawijał długo, do tego z jakimś dziwnym hinduskim akcentem, po czym poprosił mnie o zadawanie pytań. nie wiem, czy to jakaś nowa psychologia rekrutacji, ale po pierwszym pytaniu z mojej strony poprosił o drugie, potem kolejne i jeszcze jedno. po pewnym czasie mój zasób znaków zapytania się wyczerpał, na co on rzucił: to jak nie masz pytań do naszej pracy to chociaż zapytaj się mnie coś o moim życiu prywatnym.. z perspektywy czasu porównałbym naszą rozmowę do wywiadu z jakimś szalonym naukowcem, którego co prawda można podziwiać za wiedzę, ale który żyje w jakimś swoim szczególnym zamkniętym świecie.. nie czułem się źle po tej rozmowie, ale nie odczuwałem również zadowolenia.. odpowiedź z Googli nadeszła po 10 dniach, niestety negatywna. Sarah z przykrością powiedziała mi, że dotarłem bardzo daleko, bo był to już ostatni etap, ale firma zdecydowała się na zatrudnienie innego kandydata. powiedziała również, że nie ma dla mnie żadnego negatywnego feadbacku -- na końcu procesu wybrano po prostu kogoś innego i tyle. byłem trochę zawiedziony, bo szansa była duża, ale rozwój wypadków potoczył się dla mnie dosyć szczególnie, bo proces Googli trwał przez prawie 3 miesiące i dosłownie za 4 dni po ostatecznej decyzji wylatywaliśmy już do Seattle. wcześniej podpisałem z moją firmą roczny kontrakt, więc wyjazd do Stanów i tak musiał już mieć miejsce. miałem zresztą w NCsofcie premierę Aiona za kilka miesięcy i cały dział na głowie, choć powiedziałem sobie: próbuję z Googlami do końca, a jeśli się uda, to będę martwił się później w myśl zasady Google się nie odmawia.. po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi nie za bardzo się jednak zmartwiłem. co wyniosłem z tych rozmów? masę doświadczenia. sporo wrażeń i ten inny sposób oceny kandydata. nakierowanie na konkretne fakty, innowacyjne rozwiązania, ciągły rozwój. żadna z firm nigdy mi tego nie zaoferowała. poznałem strukturę firmy od środka, widziałem jak tam jest i jak się tam pracuje. poznałem ludzi, dokładnie takich jak ja, i zdałem sobie sprawę, że Polak też potrafi. że nie możemy ustępować Niemcom i Francuzom, że trzeba szukać szans. cóż, może kiedyś w przyszłości będzie mi dane spróbować ponownie..
na ulicach Seattle na każdym kroku spotyka się żebrzących ludzi. są wśród nich podróżnicy z plecakami, dzieciaki, wszelkiej maści wykolejeńcy i oczywiście bezdomni. bezdomnych jest najwięcej. za bardzo się nie narzucają, ale są wszędzie. ostatniej nocy spotkaliśmy jednak bezdomnego innego niż wszyscy pozostali. facet przedstawił się jak Glen Freeman, pseudo 'POPS', powiedział, że nie ma gdzie mieszkać, a na końcu dodał, ze ma 12 piosenek na You Tubie i za pół dolara zrobi nam tu małe show. na światłach na skrzyżowaniu. do tego strasznie był wygadany i w ogóle przyjaźnie mu z oczu patrzyło. no wiec zgodziłem się: wyciągnął bęben (zrobiony z 3-galonowego pojemnika na wodę) i przez 3 minuty śpiewał na środku chodnika. coś mniej więcej jak tutaj:
wyspą Wight zainteresowałem się na wiosnę 2007 roku. położony 3 km na południe od Portsmouth skrawek lądu o
kształcie przypominającym romb miał być tą prawdziwą Anglią. historia sięgającą milionów (w przypadku dinozaurów) i tysięcy (w przypadku ludzi) lat, wspaniałe krajobrazy, aura tajemniczości płynąca z porozrzucanych po zielonych łąkach megalitycznych głazów. do tego fantastyczne zdjęcia Jamiego Russela i setki kilometrów ścieżek rowerowych -- kupiłem mapę i starannie zacząłem planować swój wypad, który miał być rowerową objazdówką. ale.. jak to czasem bywa, niekiedy ciężko o realizację planów. wyspę odwiedziłem dopiero 2 lata później. i to nie z rowerem, a z grupą sześciu podobnych mi zapaleńców..
pierwsze wrażenie? wakacje. pierwsze promyki słońca (wyprawa odbyła się w maju), małomiasteczkowy klimat, zieleń, morze i wiatr. okazuje się, że Isle of Wight rzeczywiście ma w sobie coś z podstaw angielskiej historii. podobno przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, żeby choć przez chwilę pobyć w eleganckiej i dystyngowanej XIX-wiecznej Anglii epoki wiktoriańskiej. nienaruszone piękno i zupełnie nieznany mi model Anglika. zresztą miejsce to nazywane jest 'wyspą starców' -- większość jej mieszkańców jest w wieku średnim i .. ponad średnim. osiedlają się tu Brytyjczycy z pokaźną emeryturą, aby w ciszy i w zgodzie z naturą spędzić jesień swojego życia. niektórzy zakładają pensjonaty i żyją z przyjmowania turystów. generalnie wszyscy są pomocni i skłonni do udzielania wskazówek..
nazywana brytyjskimi tropikami (choć to nieco na wyrost) wyspa Wight jest znana w świecie z bogatych wykopalisk szczątek dinozaurów. oprócz tego znajdziemy tu średniowieczne zamki i dziewiętnastowieczne królewskie rezydencje. Zadbane, czyste plaże i dzikie, strome wybrzeża. my osiedliliśmy się w Shannon, gdzie wybrzeże z reguły jest płaskie jak nos Afrykańczyka. na zachodzie za to dominują strome, pionowe, kredowe klify.
nie wyszło mi z rowerem więc uderzyliśmy w lokalne linie autobusowe. miejscowa firma 'Southern Vectis' oferuje dwu i trzydniowe bilety, na których bez problemu można objechać całą wyspę wyskakując w dowolnym jej miejscu. od plaży do plaży, we wszystkich kierunkach, przez wsie i miasteczka, łąki i wzniesienia. wyspa Wight znana jest również z farm lawendy i czosnku, który sprzedawany jest tu na setki róznych sposobów (włącznie z lodami czosnkowymi i najlepszym czosnkiem na odstraszanie wampirów).
co ponadto? corocznie odbywa się tu ponad 1000 różnego rodzaju imprez sportowych, muzycznych i kulturalnych. w Bembrige stoi jedyny zachowany na wyspie zabytkowy wiatrak z 1700 roku. Osborne House w East Cowes na północy wyspy to ulubiona rezydencja byłej brytyjskiej królowej Viktorii i księcia Alberta. w stolicy -- Newport należy obejrzeć twierdzę Carisbrooke, a w Yarmouth -- szesnastowieczną twierdzę Henryka VIII. ale to wszytsko pic na wodę. na wyspę jedzie się po to aby odpocząć. dla jej wyjątkowego klimatu, dla latarni morskich, dla wzniesień, spacerów i morskiego wiatru. dla tradycyjnych kilkusetletnich knajp, gdzie leje się piwo i serwują angielskie potrawy. nam trafił się zgrany zespół -- był więc grill na plaży do północy, a potem ucieczka przed odpływem. ja zebrałem się nawet w sobie i wstałem o 3.30 na wschód słońca! taki byłem ambitny -- problem tylko, że było pełne zachmurzenie...
pełna galeria z wyprawy znajduje się na majowym fotoblogu oraz na picasie.











Baile Atha Cliath, czyli Dublin. stolica Zielonej Wyspy, w mocnym irlandzkim akcencie
wymawiana jako doblin. raz na jakiś czas zdarza się nam odbyć tego typu wesołą wycieczkę. wesołą, bo kompletnie
nieprzygotowaną, bez planu, listy zabytków i mapy. ot tak, polecieć, wypić piwo i przez chwilę na luźno popatrzeć na
miejscowych..
zamieszkaliśmy w jednej z nowoczesnych dzielnic położonych u ujścia rzeki Liffey. ta
nowoczesność, szerzej znana w świecie (i to nie dzięki spotom wyborczym PO) jako 'irlandzki cud gospodardczy' może
budzić podziw. w ciągu 15 lat Irlandia przekształciła się z jednego z
najbiedniejszych krajów w Europie w jeden z najbogatszych. oczywiście nie chcę powiedzieć, że
szkło i metal całkowicie opanowały Dublin. istnieje wiele takich miejsc, w których nowoczesny hotel styka się z
zaniedbanym budynkiem przemysłowym, które swoje lata świetności przeżywał w okolicach wojny. to chyba najbardziej
spodobało mi się w tym mieście -- taka różnorodność, chłód nowoczesnej architektury i ciepło ceglanych, wymalowanych
wiele lat temu farbą budynków..
ścisłe centrum to ulica O'Connell. tu już full Londyn, wpizdu ludzi, sklepy i piętrowe autobusy. a na środku, pomiędzy
dwoma ruchliwymi pasami spire of Dublin -- 120 metrowy modernistyczny monument, przez miejscową Polonię
nazywany
Szpilą. warto jednak zejść z głównej ulicy i zagłębić się w prostopadle odchodzące alejki. to, co od razu rzuca
się w oczy to oczywiście puby. niesamowite, bajecznie kolorowe, z mottem przewodnim dumnie wymalowanym u góry. Howl
at the Moon, Break for the Border, The Auld Dubliner, the Temple Bar i setki innych irish
pubs. Guiness smakuje podobnie jak w Brighton, choć być może jest coś nie tak z moim podniebieniem.. agata mówi, że
puby irlandzkie są jakoś bardziej friendly..
podobnie zresztą jak sami Irlandczycy. fotki sobie nie można
spokojnie zrobić -- przechodzą, krzyczą, rzucają się na
szyje i obejmują. rude twarze młodych, wychowanych na Guinessie, ludzi. i fajnie, bliżej im do nas niż Angolom. są
jakieś minusy? oczywiście, pogoda. niby czerwiec, a tu 12 stopni i wiatr taki, że głowę chce urwać. podobno tak jest tam
zawsze. Peter, koledza Czech, mówił mi dzisiaj, że jak u nas (w brighton) pada, to u nich też pada. a jak u nas świeci,
to u nich też pada. coś jak w Szkocji, mniej więcej. no i ceny. to skandal, żeby kanapka w supermarkecie kosztowała 5
euro, a piwo w knajpie 5.80. z torbami można pójść po samym weekendzie.
ach i jeszcze jeden element, o którym nie wiedziałem. to ich język, zwany iryjskim (Gaeilge). obok angielskiego
jest urzędowym językiem Zielonej Wyspy. brzmi niesamowicie, mitologicznie, celtycko. nie jest podobny do żadnego języka,
z którym wcześniej się zetknąłem, przypomina bardziej język elfów z prozy mistrza Sapkowskiego.. wiele dzisiejszych nazw
pochodzi właśnie z tego języka, np. Belfast to Béal Feirste –- zatoka piaszczystych brzegów, a Cork to
Corcaigh, czyli bagno. język irlandzki jest nauczany w szkołach, a w samym Dublinie można go spotkać na
wszystkich ważniejszych tablicach, ogłoszeniach, przystankach autobusowych.. od 1 stycznia 2007 roku język irlandzki
jest także jednym z 23 oficjalnych języków Unii Europejskiej..
a dopiero po powrocie, na spokojnie doczytując szczegóły wychodzi, że Dublin jest aż kipi od zabytków z epoki średniowiecznej i georgiańskiej. że stąd pochodzi U2 i James Joyce, że będąc w Dublinie nie sposób nie zwiedzić Muzeum Guinessa, Katedry Św. Patryka i Dublinii. ale to już temat na kolejny i zdecydowanie dłuższy pobyt w Irlandii.
dobra, nawijam o białoruskich zwyczajach, a przecież nie opowiedziałem jeszcze najważniejszego, czyli po co tam właściwie
pojechaliśmy. otóż głównym celem naszego wyjazdu było odszukanie korzeni rodzinnych i wszelkich innych informacji o
ludziach noszących nazwisko Ankudowicz. mój ojciec urodził się na dzisiejszych terenach północno-wschodniej Białorusi,
które przed samym wybuchem II wojny światowej należały do Polski. i choć dojechać tam było równie ciężko co kupić
używaną trumnę, misja zakończyła się sukcesem. posłuchajcie..
przed samym wyjazdem nie wiedzieliśmy za dużo. tereny, których szukaliśmy znajdują się w okręgu witebskim, a większymi
miejscowościami, wśród których mieliśmy kluczyć miały być miasta Hlybokaye (biał. Глыбокае, pol: Głębokie) oraz
Varapayeva (biał. ВОРОПАЕВО, pol: Voropajewo). znaliśmy oczywiście samo miejsce urodzenia mojego taty, czyli
Malkowicze oraz miasteczko, w którym uczęszczał do szkoły, czyli Duniłowicze. na szczęście los zetknął nas z panią Felicją,
która również urodziła się i wychowała w Malkowiczach. Felicja i siostra mojego taty, Maria (moja ciocia) były najlepszymi
przyjaciółkami, dodatkowo Felicja mimo swoich prawie dziewięćdziesięciu lat dysponuje wspaniałą pamięcią. to właśnie ona
była nieocenionym źródłem naszych informacji podczas tej emocjonalnej wędrówki w czasie..
zaczęliśmy od Duniłowicz odwiedzając lokalną parafię i miejscowy urząd gminy w poszukiwaniu informacji zapisanych w
składowanych tu przez lata księgach. dużo się tu nie dowiedzieliśmy, bo księgi albo wywieziono do większych miast, albo bezpowrotnie, głównie podczas wojny, utracono. przychylny urzędnik odnalazł jednak dla nas adres kuzynki mojego taty, widzianej ostatnio przed 60-laty. piaskowo-szutrową drogą jedziemy więc w kierunku Malkowicz. po drodze, zupełnie przypadkowo, zatrzymujemy się w lokalnym sklepie (opisanym w poprzednich notkach) oraz nawiązujemy kontakt z miejscowym chłopem, który w czasie wojny chował przed Rosjanami ojca p. Felicji. droga przeradza się w sam piasek, którym jedziemy przez kolejne 10 km i w końcu docieramy do miejscowego cmentarza, na którym do dnia dzisiejszego chowa się mieszkańców kilku okolicznych wiosek. udaje nam się odszukać nagrobek babci mojego taty (mojej prababci), która zmarła w 1958 roku, w 3 miesiące po wyjeździe do Polski mojego taty. obok, prawdopodobnie, znajduje się grób ojca mojego taty, czyli mojego dziadka. prawdopodobnie, gdyż nie ma nagrobka ani żadnych dokumentów, które mogą to potwierdzić. dookoła znajdują się groby ponad 30 innych osób noszących nazwisko Ankudowicz, z ogromną większością
nie jesteśmy jednak spokrewnieni, o czym za chwilę. cały cmentarz został przeze mnie solidnie sfotografowany i łącznie z
nagrobkami i ich opisami będzie częścią mojej nowej witryny genealogicznej (adres wkrótce).
później błądzimy w lesie przez ponad godzinę, aż ciężko w to uwierzyć, ale nawet Felicja nie mogła trafić do samych Malkowicz. w końcu, po wielokrotnym błądzeniu w lasach i zakręcaniu na pobliskim polu buraczanym, udaje nam się ta sztuka i wjeżdżamy do rodzinnej wioski mojego taty. właściwie
nie do samych zabudowań, bo na wysokich koleinach urywamy przedni zderzak, a potem przez ponad godzinę walczymy z wyciągnięciem z tego marazmu samego auta. Malkowicze liczyły kiedyś ponad 200 mieszkańców i takim zapamiętał je mój tata. dzisiaj, w 2009 roku, mieszka tu już zaledwie 9 osób, wszyscy w wieku powyżej 65 lat. był to dla nas pierwszy, ale od razy powalający na kolana szok. chodzimy między kilkoma zamieszkanymi jeszcze chatami i witamy się z mieszkańcami, którzy w większości również nazywają się Ankudowicz. tata poznaje się ze swoimi znajomymi z dzieciństwa, których nie widział przez pełne 60 lat. ciekną łzy, jest sentymentalnie, ale widać szczęście na ich twarzach. w końcu dochodzimy do miejsca, w którym mieszkała moja rodzina. chaty już nie ma, zburzono ją kilkanaście lat temu, a wszystkim co z niej zostało jest niewielka górka porośnięta trawą. robię tacie pamiątkowe zdjęcie, przypominające jedyną zachowaną fotografię z tamtych czasów, na której mój tata w obecności swojego ojca, mamy i babci stoi przed swoim domem. zdjęcie pochodzi z 1944 roku..
wchodzimy do domu Benka, jednego z kolegów mojego taty, z którym razem chodzili na wiejskie zabawy. na stole od razu pojawia się jedzenie i wódka i zaczynają się emocjonalne opowieści. tworzą się legendy, a dawno minione czasy ponownie stają im przed oczyma. jest niesamowicie! Benek i jego żona również nazywają się Ankudowicz, jednak nie jesteśmy jedną rodziną. cała komplikacja polega na tym, że w Malkowiczach mieszkały 3 niespokrewnione ze sobą rodziny Ankudowicz: mojego taty, Felicji oraz Benka. każda z nich miała oczywiście wielu potomków, którzy przez lata porozjeżdżali się po świecie, umarli, bądź wciąż żyją w tej wiosce. żona Benka, również wyposażona we wspaniałe 4gb pamięci ram szybkiego dostępu, opowiedziała o historii mojego rodu. otóż rodzicami mojego dziadka Mieczysława byli Modest Ankudowicz (zmarł ok 1935 roku, miał ok 65-70) lat i Anna,
której nagrobek odnaleźliśmy na cmentarzu. w momencie kiedy pozostałe rodziny Ankudowicz przybyły do Malkowicz, Modest już tu mieszkał, co sugeruje, że jesteśmy najstarszą rodziną zamieszkującą to miejsce. pozostałe rodziny wywodzą się z leżącej nieopodal wioski Ankudy. w tej wiosce również mieszkali Ankudowicze, choć początek drugiej gałęzi w Malkowiczach wziął się z prostego faktu tworzenia nazwisk w XVIII wieku. osoba poślubiająca kobietę tworzyła nowe nazwisko wywodząc je z wioski, z której pochodziła. czyli koleś przybyły z Ankud tworzył nowe nazwisko Ankudowicz i zamieszkiwał we wiosce żony. Katarzyna Ankudowicz, polska gwiazda wśród aktorek, pochodzi właśnie z rodu Benka, u którego w chacie siedzieliśmy pijąc czystą białoruską wódkę. oh, dużo trzeba by pisać, więc zabieram się czym prędzej za moją witrynę genealogiczną, gdzie postaram się zebrać wszelkie wartościowe informacje o nazwisku Ankudowicz..
i rzecz ostatnia. mieszkańcy Malkowicz doskonalne zdają sobie sprawę, że ich wioska umiera. wraz z ostatnim mieszkańcem miejsce to zarośnie trawą i najnormalniej w świecie zniknie z powierzchni ziemi. myślę, że nasz przyjazd, w 2009 roku, był jedną z ostatnich szans na ujrzenie wioski w jako takim stanie..
wjeżdżamy do miejscowości Hlybokaye (biał. Глыбокае, po naszemu: Głębokie), a z kamiennego podwyższenia wita nas
potężny MIG 21 z demobilu. i oto pierwsza ciekawostka -- lokalna, pamiętająca lepsze czasy stacja benzynowa firmy LukOil
oferuje przedział benzyn od 92 to 98, z tym że najpierw podaje się tu liczbę litrów i oczywiście za nią płaci, a potem można
wlewać. zastanawiam się podejrzliwie, co będzie, jeśli zapłacę za więcej, a do baku wejdzie mi mniej. na to odpowiada
uczynna pani w zakratowanym okienku, że przecież każdy wie, jak duży ma bak. wychodzi mi więc na to, że nikt tu nie leje do
pełna, bo do pełna ciężko trafić. łatwiej przecież 10 razy w miesiącu podjechać tankując .. 10 litrów za każdym razem.. a
potem wymieniamy pieniądze: na Białorusi bankomaty są jeszcze rzadkością, w mieście zdarza się, że jest tylko jeden. jeden
jest również kantor, w którym najchętniej biorą dolary -- kilka, podobno, zużytych banknotów nie chcą jednak przyjąć..
samo miasto nie ujmuje. socjalistyczna zabudowa, ogromne blokowisko, kilka większych wytwórni przemysłowych, bardzo
złe drogi. z pewnością na uwagę zasługują dwie potężne świątynie: katolicki Kościół św. Trójcy z 1628 roku i prawosławna
Cerkiew p.w. Narodzenia NMP. weszliśmy do tej drugiej podczas ortodoksyjnego nabożeństwa i wpatrzeni w nietypowe
zachowanie kleru pozostaliśmy przez jakiś czas. odwiedziliśmy lokalny cmentarz, gdzie szczególne miejsce zajmują nagrobki
poległych tu polskich żołnierzy w czasie I wojny światowej. co ciekawe w sklepach, szczególnie odzieżowych, przeważają
towary polskie. polskie metki, polskie ceny do których sprzedawcy doliczają najczęściej 15-20% marży. raz w tygodniu jeździe
się stąd do Grodna lub na Ukrainę i przywozi cały van polskich dupereli. tylko ceny wysokie w porównaniu do lokalnych
zarobków.. o miastach nie będę się rozpisywał, bo szkoda czasu -- podobno lepiej i ładniej mieszka się tylko w Mińsku, gdzie
Łukaszenko tworzy drugą Moskwę. nie wiem, nie byłem..
białoruska wieś ma w sobie jednak dużo więcej kolorytu, a to głównie za sprawą drewnianych, malowanych na przedziwne
pastelowe kolory chat. nie ma tu zasady, że malujemy swój drewniany dom w określonych barwach (jak np w Skandynawii),
albo w kolorach podobnych do sąsiada obok. nie, tutaj każdy maluje jak mu się podoba, a żeby było śmieszniej, najczęściej w
innym kolorze niż płot, słupek, okno, czy bramka. jest więc radośnie i bardzo oczojebnie. oprócz tego jest czysto. może i kraj
ten jest niedoinwestowany, ale brudu tutaj nie ma. obowiązują tzw. subotniki, czyli ogólnonarodowe (albo
ogólnowiejskie) sobotnie czyny społeczne, podczas których każdy porządkuje swoją okolicę w myśl hasła: 'oczyśćmy
Białoruś!' ludzie gromadzą się tłumnie, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie zwalnianie się z tego obowiązku. Białoruś jest
nietypowa -- z jednej strony biedne drewniane chaty wypełnione stalowymi piecami i naściennymi dywanami, z drugiej,
murowane domy ze stałym połączeniem internetowym. z jednej zachodnie auta, z drugiej zgarbione kobiety w kolorowych
chustach. wystawne kościoły i facet na chudym koniu. przeszłość i teraźniejszość dzieją się równocześnie -- nowe nadchodzi,
ale stare wciąż trwa w najlepsze..
w większości miejsc, które odwiedzamy, w oczy rzucają nam się pomniki. anonimowi przedstawiciele ludu pracującego czy
też bohaterscy i prawi żołnierze Armii Czerwonej nie zniknęli w pomroce dziejów. właściwie to nikt nie odwołuje się tu do
królów sprzed tysiąca lat, jak jest w sąsiedniej Litwie, gdzie co krok trzynastowieczny Giedymin spogląda na nas z dumą
wypolerowanego mosiądzu. na Białorusi zastępują go radziecki żołnierz, Lenin i czerwona gwiazda. szczególnie wyjątkowo
prezentują się ci dzielni radzieccy żołnierze, do których najczęściej lgną młode dziewczynki, dziękując za wszystko polnymi
kwiatami. zdarza się, że pomniki są całkowicie pokryte kolorową farbą i otoczone łańcuchem i zadbanymi trawnikami..
zatrzymujemy się w jakiejś zapadłej dziurze w pobliżu miasteczka Duniłowicze (biał. Дунілавічы). wchodzimy do wiejskiego
sklepu i moim oczom ukazuje się widok wręcz niekonwencjonalny. ogromne błękitne pomieszczenie z piecem kaflowym i
kilka rzędów półek zawalonych towarami spożywczymi. stara zardzewiałą waga i nie mniej wysłużona sklepikarka z niezwykle
czerwoną twarzą. chleby, dżemy, konserwy, piwa i soki. a obok 3 pary skarpetek, pięć zeszytów i dwa wiadra. skrzynka jaboli
i kredki świecowe. kobieta liczy na liczydle: strzelają przesuwane
drewniane klocki i już mamy cenę finalną: 11 250
białoruskich rubli.. niesamowite, powrót do lat powojennych. wychodzę z 'magazynu' i robię fotki ludziom siedzącym przed
swoją chatą. brudni, nieogoleni, w starych codziennych łachmanach. to ojciec z synem, którego nos przestawiano kilkakrotnie
na wiejskich zabawach, a za chwilę zjawia się żona oraz drugi syn. rozmawiamy ponad pół godziny, tłumaczymy cel naszej
wizyty, chętnie pozują do zdjęć. są radośni i mimo zaledwie kilku (srebrnych) zębów prawdziwie uśmiechnięci. nie chcą nas
puścić, zapraszają na obiad, młodszy syn już poleciał po ziemniaki. i gdy byłem pewny, że nic już nie może mnie zaskoczyć,
młodszy, uwalony jak świnia syn, wyciąga nagle Nokię i zaczyna do kogoś dzwonić..
później odwiedzamy jeszcze Woropajewo (biał. Варапаева) i inne mniejsze miejscowości (w tym Paryż, osadę nazwaną tak przez Napoleona podczas jego marszu na Moskwę, nawet stoi tu miniaturka wieży Eiffela), jednak po pewnym czasie wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość. żadnych zmian w krajobrazie czy zabudowie. wszędzie ten sam rodzaj biednego, ale szczęśliwego człowieka. i tylko Bogdan, mój daleki kuzyn z uśmiechem mówi, że do szczęśliwości to mu w tym kraju daleko: 'lepiej być niezadowolonym człowiekiem, niż zadowoloną świnią' podsumowuje. Bogdan był w Afganistanie w 1988 roku podczas pierwszej wojny z Talibami, dostał nawet pęk medali, a dzisiaj opowiada sprośne kawały o białoruskiej władzy..
zapraszam do białoruskiego fotobloga.
Białoruś, dziwny kraj -- chciałoby się powiedzieć po powrocie z tygodniowej wycieczki parafrazując słowa skeczu Zdradliwa
Geografia kabaretu Ayoy. choć geograficznie nam bliska, odcięła się od Polski i reszty zachodniej Europy ciężkim do
przeskoczenia murem politycznym, kulturalnym i wizowym. Białoruś to kraj cudu. w państwie postradzieckim, w państwie
kierowanym silną ręką pseudo dyktatora, w państwie dużego zacofania, braku inwestycji, drewnianych chat i szutrowych dróg
płaci się za wszystko dolarami. kwoty za mieszkanie, samochód, czy nawet łapówkę podawane są w walucie amerykańskiej. i
choć ludziom żyje się tu niespecjalnie, choć zarobki i emerytury są znacznie poniżej poziomu polskiego, a ceny dóbr
przewyższają te po naszej stronie, ludzie są tu szczęśliwi. mimo walących się chat, azbestowych blokowisk, depresyjnie długiej
zimy i braku większej szansy na wzbogacenie się ludzie wciąż są szczęśliwi. właściwie nie spotkałem jeszcze państwa, w
którym mieszkańcy byliby tak pogodni, tak gościnni i tak uśmiechnięci jak Białorusini. to fenomen, istny kraj cudu..
zaczęło się od niewielkiego przejścia granicznego w okolicach Wilna. 10-sekundowe pokazanie paszportów strażnikom
litewskim i żmudne, męczące półgodzinne manewry po stronie białoruskiej. obywatel wysiądzie, pokaże paszport,
ubezpieczenie, prawo jazdy. pokaże dowód, kartę wjazdu, wypełni dokument tu i tu i tu. zapłaci 3 dolary za to, pójdzie do
pani w okienku, podjedzie do szlabanu. wysiądzie i otworzy bagażnik. a co wiezie, dokąd jedzie, czemu i na jak długo. kogo
zna, kiedy wraca i właściwie po co chce tu wjechać.. dobrze, że tata z wszystkimi od razu się zaprzyjaźnia, bo procedura
mogłaby trwać w nieskończoność..
po drugiej stronie muru na równiny spadła ciemność. o 20-stej jedziemy już przez czystą czarną pustkę mijając nieznane zarysy
pejzażu, pola i lasy. mijamy niewielkie wioski, wszędzie ciemno, wydaje się jakby kraj zamarł. nigdzie nie można dostrzec
nawet pojedynczej sylwetki, nikogo nie można zapytać o drogę, czasami w oddali widać tylko ciemne okna samotnych chat. i
w tym najbardziej archaicznym regionie jakim było mi dane prowadzić samochód, pośrodku 50-cio kilometrowej pustki
zatrzymuje mnie milicjant. prędkość przekroczona o 32 km, znak ograniczenia podobno był wcześniej, 150$ mandatu. jak to,
przecież 150$ to miesięczna pensja białoruskiej kobiety, pytam? takto, zatrzymujemy prawo jazdy -- twardogłowy nie wydaje
się skory do negocjacji. po 20 minutach zrywanej rozmowy i 10 pytaniu 'to jak będzie?' niechlujnie rzucanym w moją stronę
wypisuje mi na kartce papieru kwotę łapówki. 50$ i możemy jechać. a białoruska milicja ma się bez zmian, za to rodzina
milicjanta jakoś sobie radzi. bo radzić sobie jakoś trzeba..
ale do wioski Karaby, naszego docelowego miejsca, był jeszcze spory kawałek i spora trudność w kluczeniu szutrowymi drogami.
tylko główne trasy na Białorusi pokryte są asfaltem, a te miejskie zresztą strasznie podziurawionym. cała reszta to drogi
kamienne, piaskowe, szutrowe i żwirowe. chcąc przeprowadzić po niej swój samochód nie należy przekraczać 30km/h, bo
grozi to urwaniem zawieszenia. docieramy do nigdy nie widzianej kuzynki ze strony taty. powitanie, uściski, całowanko. od
razu stół nakrywa się jedzeniem, wręcz pęka pod jego ciężarem. Białorusini częstują gościa wszystkim,
co tylko mają w domu.
począwszy od misek z ziemniakami, przez kotlety, kiełbasę, boczek i sery. śledzie, ogórki, pomidory i jajka. pełne misy,
wszystko czym żywią się normalnie. panuje tu generalna zasada, że gość stołuje się jak gospodarz, czyli ani lepiej, ani gorzej,
dokładnie tak samo. i tak jest wszędzie. żeby było weselej z reguły nie podaje się tu talerzy, a jeśli już to takie niewielkie.
każdy ma widelec i nabiera ze wspólnych mis, najczęściej bezpośrednio na chleb. obficie leje się wódka, wyłącznie 50ml
kieliszkami. jest wesoło, Białorusini mówią głośno, krzyczą wręcz, mocno gestykulując przy tym rękoma. przy pierwszym
kieliszku, który wypiłem do połowy, zostałem wytykany palcami. u nas pije się na raz, wszystko, do dna. w świetle pokoju
błyszczą złote zęby, a szary wystrój ubarwiają kolorowe chusty na głowach kobiet wszelkiego wieku.
tak wyglądały moje pierwsze godziny na Białorusi. później było jeszcze przyjemniej, zrozumiałem, że nie ma szybszego i
tańszego sposobu na podróż w czasie do okolic polskich lat 70-tych, które znam z filmów Stanisława Barei. przez te kilka dni
bardzo polubiłem ten urodziwy i starodawny kraj, bo nie da się nie lubić kraju ludzi prawdziwych. tu nikt nie kłamie, nie
oszukuje i otwarcie mówi jak jest. na pytanie: 'jak wam się wiedzie?' ogromna większość odpowiada: 'normalnie'. ani dobrze,
ani źle, po prostu żyje się normalnie. tu nikt nie oczekuje cudów, tu wszyscy znają swoje położenie i nawet nikt specjalnie nie
narzeka, bo 'i tak niczego się nie zmieni'.. aha, no i Polaków się tu uwielbia, wbrew zdaniu i zachowaniu białoruskich
polityków. wkrótce kolejne wrażenia.
czy patrząc na dzieło artystyczne -- nieważne, obraz, odlew, rzeźbę -- zastanawiamy się kto jest jego autorem, ile włożył w to pracy i co czuł podczas długich godzin procesu tworzenia? czy patrzymy na efekt końcowy przez pryzmat przekazu i walorów artystycznych, czy też szybkim wzorkiem zaliczamy dzieło, za nic mając długie godziny obracania talentu artysty w efekt namacalny? nie codziennie dane jest nam przecież przyglądać się Ostatniej Wieczerzy, Słonecznikom, czy przynajmniej pomnikowi Jana Pawła w jednym z polskich miasteczek.. kilka miesięcy temu i ja wziąłem udział w tworzeniu czegoś z niczego i .. po kilku godzinach niewygodnych pozycji, skurczu mięśni, pęcherzy na dłoniach i potu na czole patrzę na to jakby inaczej..
mój zeszłoroczny wypad na Ziemię Lubuską pokrył się z corocznym pszczewskim Plenerem Dużej Rzeźby w Drewnie. wioska jest niewielka, choć jak widać solidnie ukulturalniona, a w sierpniu zaprasza się tu artystów, którzy w ciągu kilku dni zamieniają ogromne drewniane bale w arcydzieła sztuki rzeźbiarskiej. plener jest częścią Jarmarku Magdaleńskiego, a rzeźby docelowo zdobią sam Pszczew oraz inne okoliczne miasteczka. inspiracją rzeźbiarzy
jest temat główny proponowany przez organizatora -- hasłem tegorocznego siódmego pleneru było: 'osobliwości, legendy i ginące zawody pszczewskich wsi'. wszyscy zainteresowani mogli odwiedzić miejsce pleneru (Plac Magdaleński) i obserwować cały proces powstawania dzieła, a także poznać twórców i ich warsztaty oraz oczywiście porozmawiać z nimi, bo równe to chłopaki... od kłody drewna, przez prace piłą motorową, siekierą, wreszcie perfekcyjne i żmudne nadawanie ostatecznej formy coraz to mniejszymi dłutkami. rzeźba kończy się w momencie, kiedy oglądający może odczytać emocje z twarzy drewnianego posągu.
po kilkunastu minutach przyglądania się fruwającym wiórom poznałem jednego z artystów. to Tadeusz Bartelas, który co roku stawia się w Pszczewie (i na innych tego typu imprezach), bo jak mówi, rzeźbienie to nie tylko praca -- to głównie pasja. część rzeźbiarzy (większość zna się doskonale) to samoucy z wrodzonym talentem, inni mogą pochwalić się dyplomem ukończenia uczelni artystycznej. przygotowanie artystyczne to jedno, drugim jest talent i ogólna wizja dzieła -- trzeba umieć wyobrazić sobie każdy najdrobniejszy element, bo jeden ciach za dużo i pozbawiamy naszą rzeźbę ucha.. pracuje się najczęściej w miękkim drewnie lipowym, czasem w dębinie. przed rozpoczęciem ogląda się zdjęcia, czy obrazy obiektu
docelowego, jednak sam proces to głównie improwizacja, wyuczony przez lata warsztat i ruchy, które powodują, że każda z prac jest unikalna i składa się z pojedynczych, niepowtarzalnych wzorów.. ja wpadłem tam z aparatem, obiektywami i filtrami, czyli całym plecakiem wymaganych akcesoriów. podobnie oni: jedno dłuto nie wystarczy, dookoła wala się więc kilkanaście kilogramów rzeźbiarskiego sprzętu. dłuta, którymi się posługują robione są najczęściej na zamówienie. oczywiście całości materiału nie obrabia się w ten sam sposób, chłopaki (i dziewczyna) używają różnego rodzaju maszyn: od pił
mechanicznych, przez wszelkie wielkości dłuta, po nożyki elektryczne, coś w stylu maszynki do wykonywania tatuaży. po ukończeniu dzieła efekt finalny jest impregnowany, czasem malowany, wszystko wg indywidualnych potrzeb klienta. każda wykonywana praca jest dla nich nowym wyzwaniem, daje dużo zadowolenia. dość szybko wkręciłem się w ten świat i po pół godzinie sam trzymałem już dłuto w rękach. przypadła mi w udziale zaszczytna praca wyrzeźbienia pleców XVI-wiecznemu pszczewskiemu poecie. zabrałem się do pracy z odwagą, bo jak mówił p. Tadek: z tyłu i tak nikt nie patrzy.. praca do lekkich nie należy, moje ciosy były koślawe, głębokie, ale mimo pęcherzy i zdrętwiałych palców pojawiłem się tam następnego dnia, by część swoją ukończyć. miałem więc prawo do podpisu artysty, więc dupa mojego poety szybko wzbogaciła się o napis: WWW.TOMXX.NET 2008.
siedziałem tam z nimi prawie dwa dni i najciekawszą teorię usłyszałem na samym końcu: rzeźbienie polega na usunięciu zbędnego materiału. krótko i na temat..
pokaz slajdów i galeria:
stoję na rynku w Pszczewie -- niewielkiej lubuskiej wsi. wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak
zapamiętałem to z moich poprzednich wizyt w tym miejscu. być może jest trochę bardziej kolorowo,
dookoła nowsze samochody i piękniejsze reklamy sklepowe, jednak na dobrą sprawę mógłbym przysiąc,
że wyjechałem stąd nie dalej niż tydzień temu. gdy po raz pierwszy pojawiłem się w tej miejscowości, a było to już ponad 15 lat temu, zastanawiałem się, jak też można tu żyć. gdzie są tramwaje, stadiony, ludzie..
co robić, gdy nie świeci słońce, jak spędzać czas.. po latach zdałem sobie sprawę, że fenomen
małych miasteczek polega właśnie na braku cywilizacji. na spokoju, trwaniu, zaściankowości. w
rzekach regionu musiało jeszcze upłynąć wody na niejedną powódź, abym mógł sobie tę prawdę na dobre
uświadomić.. a w tym roku przyleciałem tu aż z Wielkiej Brytanii: samolotem z Gatwicka do Poznania, następnie pociągiem oraz trzema autostopami.. fenomen?
Pszczew liczy obecnie 1826 osób -- 889 mężczyzn i 937 kobiet, a sama gmina niewiele więcej, bo
tylko 4230 mieszkańców. miejscowość nie posiada obecnie praw miejskich, jednak aby poznać jej historię
należy cofnąć się aż o 2 tysiące lat. cały ówczesny region stanowił ciężkie do przebycia pasmo
jezior, moczar i bagien. i tylko tędy, wąskim przesmykiem wzdłuż brzegu jednego z jezior, biegł
stary rzymski trakt na wschód i na północ. jako że miejsce miało znaczenie strategiczne, ok IX
wieku powstał tu gród, o którym do dzisiaj przypomina głaz z inskrypcją: 'miejsce grodu
wczesnopiastowskiego IX-XII w' znajdujący się na Płw. Katarzyna na jednym z brzegów jeziora Miejskiego. pierwsza wzmianka o Pszczewie pochodzi z roku 1256, kiedy to
miejscowość była własnością biskupów poznańskich. w późniejszych wiekach miasto wielokrotnie palono
(m.in. przez wojska szwedzkie), a ludność dziesiątkowały liczne w średniowieczu choroby, m.in.
epidemie cholery. w roku 1918, na skutek nowego wytyczenia granic, Pszczew znajduje się po
niemieckiej stronie (zyskuje wówczas nazwę Betsche), jednak wraca do Polski po zakończeniu
II wojny światowej..
przez wiele lat odwiedzałem te okolice w każde wakacje -- wraz z rodzicami jeździliśmy nad
pobliskie jezioro Chłop do miejscowości Borowy Młyn -- nic więc dziwnego, że region zaczął mi się
kojarzyć z beztroską. otoczony kilometrami lasów i jezior, malowniczo położony wśród licznych
wzniesień i pagórków. poprzecinany polami uprawnymi, rzekami i niewielkimi leśnymi duktami. w 1986
roku utworzono tu Pszczewski Park Krajobrazowy, a w niektórych miejscach przyroda znajduje się pod
ochroną rezerwatową. wstawanie wraz ze słońcem, ranne łowienie ryb, budząca się do życia przyroda.
wycieczki rowerowe wzdłuż leśnych ścieżek, spływy kajakowe przez połączone kanałami jeziora (Lejek,
Kropa, Crio, Zgardek, pamiętacie to i to jeszcze? ), mijane przydrożne kapliczki, z których
każda ma swoją własną historię.. i jakoś tak się złożyło, że dzisiaj, po przejechaniu znacznej
części Europy i Ameryki Północnej, wracam do Pszczewa z nieskrywaną radością. mimo całego piękna
świata, mimo cudów, budowli, krajobrazów i towarzyszących im emocji, to właśnie tutaj odpoczywa mi
się najlepiej. a muszę powiedzieć, że kilka zaprzyjaźnionych osób ma podobnie, więc gdy tylko tam
jestem, nadarza się okazja do spotkań i wspominania dziecięcych czasów..
wracając do samego Pszczewa: kolorowy rynek i dwa otaczające go jeziora to nie jedyne atrakcje
miejscowości. znajduje się tu również kościół św Marii Magdaleny z 1654 roku, niewielki pałacyk z
połowy XIX wieku oraz Dom Szewca, czyli muzeum mieszczące się w odrestaurowanym, krytym gontem
domu mieszczańskim, gdzie oprócz dawnych pamiątek z historii miejscowości można przyjrzeć się
wykopaliskom archeologicznym z całego regionu. odwiedzając Pszczew w sierpniu tego roku zwiedziłem
również Skansen Pszczelarski p Tadeusza Bryszkowskiego, i o dziwo, poznałem samego pana Tadeusza ;)
co roku od piętnastu lat odbywa się tu również Jarmark Magdaleński -- oprócz imprez można podziwiać
dzieła lokalnych artystów, rękodzielników i rzemieślników. można tu znaleźć niezwykłe naczynia,
obrazy, ręcznie kute przedmioty, pachnące miodem
świeczki i tego typu klimatyczne sprawy. znajduje
się tu, podaję to w ramach ciekawostki, nawet kino, co w przypadku wsi nie jest zjawiskiem często
spotykanym. jednak najważniejsza dla mnie jest ta cisza.. nie ma tu zbyt wielu turystów, choć
tereny te są zdecydowanie piękniejsze od wychwalanego wszędzie Pojezierza Mazurskiego. można
usiąść, przyjrzeć się siedzącym obok mężczyznom o opalonych twarzach tradycyjnie czekającym, aż
dzień przyniesie jakąś sensację albo niespodziankę.. kobiety na targu pod gołym niebem, lokalny
skup grzybów, wędkarze łowiący ryby 100 metrów do rynku.. przejrzyjcie wrześniowy fotoblog -- to jest dopiero życie..
tradycyjny Dzień Wszystkich Świętych powoli ustępuje miejsca wesołym obchodom
Halloween. święto, które w europejskiej kulturze przez wiele wieków kojarzone było
głownie z zadumą i wizytą na grobach zmarłych, przeobraża się powoli w znane od lat w
Stanach Zjednoczonych marsze umarłych. wieczór 31 października, gdy tylko zgasną
ostatnie promienie słońca, staje się rajem dla czarownic, upiorów, strzyg i zombie.
wielobarwne i rozkrzyczane pochody przebierańców, wzorem miast amerykańskich, oblegają
europejskie stolice, a nowy prąd powoli, choć nieubłaganie, dociera również do Polski.
w tym roku miałem okazję uczestniczyć w typowym Zombie Crawl i na własne oczy
przekonać się o fenomenie angielskiego helołynu..
mało kto wie, że dzisiejsza forma obchodów Helloween czerpie swoje korzenie z kultury
celtyckiej. wiele wieków temu w dniu Samhain (nazwa oznaczała śmierć ciała)
ofiary bogowi śmierci składane były wyłącznie w przebraniach. procesje nazwane
uświęceniem (staroangielskie Hallow) stały się częścią kultury irlandzkiej, a
wraz z masową transoceaniczną wędrówką ludów, zapoczątkowały dzisiejsze święto w Kraju
Hamburgerów.. większość marszów zombie opiera się na klasycznych zasadach dobrej
zabawy: przebierańcy wywołują popłoch na ulicach, jednak atakują tylko tych przechodniów, którzy wyraźnie tego od nich oczekują. bywa, że ludzie przyłączają się do zabawy,
a wówczas impreza nierzadko przenosi się na wysokość chodnika i przypomina sceny rodem z Nocy Żywych Trupów. uczestnicy odgrywają swoje umarłe role przez cały okres trwania pochodu, z czym moim angielscy koledzy mieli, szczególnie po wizycie w trzecim pubie z kolei, niemałe problemy. do perfekcji opanowali jednak rzucanie się na wolno jadące samochody oraz szyby mijanych restauracji, które po niespodziewanym i zmasowanym ataku przejmowały trupie kolory, ślinę i Bóg wie, co jeszcze. angielski Crawl of the Dead skonstruowano typowo po brytyjsku: straszonko, krzyki i procesje trwają minut piętnaście, a po każdym etapie uczestnicy zachodzą do lokalnego pubu. piwo leje się
strumieniami, blade i pokrwawione twarze tracą resztkę hamulców, a kolejna część procesji przybiera coraz to bardziej realne formy.. cóż, imitujemy trupy, które, jak na umarlaków przystało, charakteryzują się nieco mniejszym kanonem zachowań, niż żywy człowiek. dobrze odegrany zombie porusza się wolno, nie wykonuje gwałtownych ruchów, kuśtyka lub powłóczy nogami. twarz nie wykazuje emocji, usta wydobywają ciche, nieartykułowane dźwięki. zombie z reguły nie mówią (no chyba, że wciela się w niego mój kumpel Conor), w zamian zaś ulicę zalewa jednomiarowy, pozbawiony składu jęk. moim osobistym hitem zachowania zombie jest wskazywanie ręką w bliżej nieokreślonym kierunku i próba przekonania przechodnia do swoich umarłych racji.. zresztą zapraszam do obejrzenia pełnej galerii zdjęć, która znajduje się tutaj.
granicę Bośni i Hercegowiny przekraczamy w chorwackim mieście Metkovic. bośniacki urzędnik nie chce
nas wpuścić, bo nie mamy wykupionej zielonej karty. ubezpieczenie takie można nabyć w baraku obok i kosztuje, bagatela, 20
Euro. wyjścia nie było, więc po zakupie wjeżdżamy do kraju i jak się okazuje, żadnych problemów tego dnia już nie
mieliśmy.. jesteśmy tylko 1500 km od Polski, jednak odległość, zwłaszcza ta kulturowa, wydaje się znacznie większa.
znajdujemy się w kraju historycznie podzielonym, którego ziemie przez wieki na przemian wchodziły w skład Bizancjum,
Serbii i Królestwa Węgier. znajdujemy się w miejscu, gdzie styka się ze sobą kilka znaczących religii -- w tych samych
miasteczkach mieszkają tu ze sobą muzułmanie, katolicy i wyznawcy prawosławia. kościoły mieszają się z cerkwiami, a
wszędzie dookoła piętrzą się minarety. jesteśmy w końcu w kraju, który w znacznym stopniu został spustoszony niedawną
Wojną Bałkańską -- ślady po walkach, w przeciwieństwie do takiej Chorwacji, są tu aż nadto widoczne. szczególnie na tym
polu wyróżnia się stolica -- Sarajewo, w której jednak nie byliśmy. spędziliśmy w tym kraju cały dzień odwiedzając
Pocitelj, Mostar i Medjugorje, czyli najważniejsze miejsca Hercegowiny.. tereny te są w dużej mierze zamieszkane przez
mniejszość chorwacką, co widać w każdej wiosce po flagach wiszących nad drogą.
ok 30
km na wschód od Chorwacji znajduje się miejscowość Pocitelj. z
uwagi na bliską odległość do morza oraz przepływającą obok rzekę Neretwę, miasteczko przez lata stanowiło kryjówkę dla
piratów. właściwie niewiele wiadomo o średniowiecznych losach tego miejsca, oprócz faktu, że w XV wieku miasteczko zostało
przejęte przez Turków i to właśnie ich architektura pozostawiła tu najtrwalsze ślady. wkraczamy więc na terytorium
Cesarstwa Ottomańskiego, tego samego, z którym nasz Janek wojował kiedyś pod Wiedniem. przed samym wejściem do miasteczka
atakuje nas zgraja kobiet w chustach sprzedająca lokalne
dobra.
kupujemy kosz nektarynek, jednak zakup podziałał budująco na resztę kobiet, które na zmianę próbowały wcisnąć nam kamienne
figurki, dorodne figi, czy bawełniane chusty. Pocitelj w całości zbudowane jest z kamienia -- wspinamy się powoli brukowaną
uliczką ciągnącą się wzdłuż starego muru obronnego. na horyzoncie majestatycznie pręży się pierwszy meczet, który miałem
okazję zobaczyć z bliska. świątynię z białego kamienia zbudował w 1563 roku turecki władca Hadżi Alli. ściągamy buty i
wchodzimy do środka. chłód, dywany, świece, specyficzny zapach, egzemplarze Koranu. wszystko to wpływa na dreszczyk emocji
właściwy przebywaniu w zupełnie odmiennej niż nasza kulturze. samo Pocitelj przypomina mi portugalską
Sortelhę -- domki są prawie niewidoczne, wrośnięte w leżące na wzgórzu głazy, wtopione w kamienie
średniowiecznych murów obronnych. wspinamy się coraz wyżej, w kierunku ruin tureckiego zamku z XV wieku. wchodzę na jedną
z wież, skąd rozciąga się wspaniały widok na niedaleką dolinę, przez którą przepływają turkusowe wody rzeki Neretwy. w
mieście jest pusto -- na swojej drodze spotykamy tylko grupkę Łotyszy i rodzinkę Bośniaków, która ostatnie lata spędziła w
Niemczech. powoli schodzimy w dół, jest bardzo ciepło, jednak od kamienia bije przyjemny chłód. na końcu jedna z przekupek
prosi nas o transport do Mostaru -- miała spokojną poczciwą twarz człowieka, od którego bez wahania można kupić używanego
konia, tak więc z chęcią ją zabieram. niestety była na tyle średnio kumata, że nie pogadaliśmy sobie ani po angielsku, ani
po niemiecku, ani po rosyjsku, ani po żadnemu.. bezproblemowo za to kieruje nas do samego centrum Mostaru, gdzie parkujemy
i uderzamy w kierunku starówki..
na
pierwszy rzut oka Mostar wydaje się miastem zniszczonym. skutki wojny
oglądamy na każdym kroku, dookoła mnóstwo ostrzelanych ścian, krzywe kamienice, szkielety budynków grożące zawaleniem.
metamorfoza widoczna jest gołym okiem po przejściu kilkuset metrów i wkroczeniu w najbardziej znaną część miasta --
starówka została pięknie odrestaurowana i to właśnie ona przyciąga turystów zainteresowanych pozostałościami ottomańskimi.
spacerujemy brukowaną uliczką i podziwamy dziesiątki kolorowych kramów, których właściciele sprzedadzą nam wszystko -- od
szpilek, przez cukierniczki, po obietnice zbawienia (to ostatnie oferowało kilku wędrownych proroków).. sprzedaje się to
co
jest w cenie -- tutaj mamy więc głównie do czynienia ze sztuką turecką. jest kolorowo, głośno i chaotycznie. ktoś kogoś
woła, ktoś się śmieje, czasem zza pleców słychać język polski. gdzieniegdzie ukryte w mniejszych uliczkach pachnące dymem
restauracyjki, kawiarenki i małe herbaciarnie, w których na puszystych dywanach delektuje się przeróżnymi wymyślnymi
napojami. w cieniu dostrzegam starszego jegomościa (to ten z wcześniejszej
notki), lat ok 70-ciu (a może tylko tak wyglądał), bez emocji przyglądającemu się zgrai turystów. dochodzimy w końcu
to Starego Mostu, symbolu tego miasta. jednoprzęsłowy most został zbudowany w 1566 roku na polecenie sułtana Sulejmana II.
proporcje, kształt, kolor przez wieki zachwycały przyjezdnych, a Europejczycy podobno przez lata nie
mogli uwierzyć, że coś tak wspaniałego zbudowali Turcy. średniowieczny most został wysadzony przez Chorwatów w 1993 roku,
a moje serce na tą myśl drży z podziwu, że aż tak można mieć ten świat w dupie. totalna ignorancja i wyższe cele
doprowadziły do zniszczenia symbolu, jak i wielu innych placyków, budynków, kościołów.. jednak kiedy nastał cudowny dzień,
gdy umilkły strzały, a w sklepach pojawiło się mydło, Mostar zaczął się odradzać. dzisiaj miasto kwitnie (odbudowany za
pieniądze UE most i starówka zostały wpisane na listę UNESCO), a mieszkańcy choć z pewnością wojnę mają głęboko w sercu,
to raczej nie odnoszą się z tym publicznie. i tylko czasem, w jakimś zaułku, w jakimś niewielkim sklepie można natknąć się
na zdjęcia, mapy, plakaty obrazujące wojnę. na zarys rozmieszczeń poszczególnych jednostek, fotografie zniszczonych miast
i miasteczek. ktoś światły zastanowił się i doszedł do wniosku, że skoro dzisiejszy Mostar żyje z turystyki to dlaczego
nie rozszerzyć oferty
miasta? zaczęto więc handlować akcesoriami sztuki wojennej -- na każdym targu możemy dzisiaj spotkać
naboje, granaty, blaszki identyfikacyjne i całą resztę sentymentalnego metalowego złomu. i nie jest to żaden akt
publicznej, rozdzierającej manifestacji -- obowiązują ceny w Euro, kasa płynie, interes się kręci.. ale wracając do
Starego Mostu: lokalni chłopcy organizują skoki do wody. wysokość rzeczywiście imponująca, więc i kasa musi się zgadzać.
chodzą, proszą, pytają, a turyści sypią eurosami. po uzbieraniu pewnej kwoty jeden z odważnych skacze w dół. taki skok to
cała procedura, stopniowanie napięcia, kilkudziesięciominutowe przygotowania. nikt przecież za darmo nie będzie tutaj
ryzykował zdrowia. tego dnia widzieliśmy tylko jeden taki skok, i to siedząc w ciszy i spokoju pod kamiennym mostem przy
domu tureckim z 1635 roku. rzeczywiście wyglądało to imponująco.. po kilku godzinach tułaczki wstępujemy jeszcze na
dziedziniec meczetu Karadjozbeg -- podobno jednego z najwspanialszych w całym kraju, a później raczymy się lokalnym
przysmakiem -- coś na kształt dużego pieroga z mięsem, chyba zwie się to 'burak'..
w drodze powrotnej zjeżdżamy z głównej trasy i kierujemy się na Medjugorie. jest to jedno z najbardziej znanych i najczęściej
odwiedzanych miejsc pielgrzymkowych w świecie katolickim. Watykan wciąż nie potwierdził, ani nie zanegował objawień Matki
Boskiej na tzw. Górze Objawień. według świadectwa sześciorga, wtedy młodych parafian (dwóch chłopców i cztery
dziewczynki), od 24 czerwca 1981 roku we wsi Bijakovici w parafii Medziugorie codziennie objawia się Najświętsza Maria
Panna. miasto wygląda jak mniejsza wersja Fatimy -- te same Matki Boskie we wszystkich rozmiarach, kolorach i światełkach.
dużo plastiku, gipsu i święconej wody. jest też czysty klasztor, choć nie ma on nic wspólnego z majestatycznymi katedrami
innych miast europejskich. więcej informacji o tym miejscu na polskiej wikipedii. wracając trochę błądzimy -- mieliśmy
przeciąć Biokovo i przejechać prawie centralnie nad wybrzeże, niestety zafascynowany widokami źle skręcam i wracamy tą
samą ruchliwą drogą, którą przyjechaliśmy..
pełna galeria zdjęć z Bośni i Hercegowiny dostępna jest w dziale podróże.
przedostatni dzień w Chorwacji poświęcamy na Dubrownik. noszące miano perły Adriatyku miasto znajduje
się na południowym krańcu państwa, a jadąc z północy należy przejechać kilkunastokilometrowy odcinek należący do Bośni i
Hercegowiny. z Podacy, miejscowości w której mieszkaliśmy, mieliśmy do pokonania odcinek ok 130 km. biegnąca wzdłuż
wybrzeża, tyleż malownicza, co pokręcona droga, gwarantuje jednak ponad 2.5 godziny pięknych widoków spędzonych w do
czerwoności rozgrzanym samochodzie. do tego, standardowo już w wypadach zagranicznych, nie ominęły nas przygody z
lokalnymi stróżami prawa. tym razem jednak zakończone happy endem. posłuchajcie.. wlokę się już dwudziestą minutę
za tirem, droga wąska, nie ma jak wyprzedzić. i nagle jest -- łagodny zjazd z górki, przerywana linia, nic nie jedzie z
naprzeciwka. po chwili znowu ograniczenie do 50-ciu i zakręt w lewo. hamuję delikatnie (po co zwalniać, skoro za chwilę i
tak jest podjazd), a tu panowie w dziwnych czapkach z radarem machają mi życzliwie. Dobar dan -- miło zagaduje ten
młodszy i prosi o paszport. było 50 km/h, pan miał 72, to jest 1000 kun mandatu.
szybko przeliczam i niezbicie wychodzi mi kwota 500 zł. no tyle to nawet w Stanach nie zapłaciliśmy!
szybko wprowadzam w życie kilka nabytych w redakcji Helionu kruczków negocjacyjnych i po 5 minutach dyskusji po angielsku
zbijam cenę o połowę. zapraszają mnie 'do poloneza' i pokazują wyświetlacz radaru. jak byk 72, choć kto im udowodni, że
nie jest to liczba poprzedniego kierowcy? brnę dalej w tonie służalczo-przepraszająco-uniżonym i po pewnym czasie starszy
z dwójki radarowców obniża mandat do 300 kun, z zastrzeżeniem, ze niżej nie może, bo takie jest prawo. no nic, idę do
Agaty po kasę -- a tu zonk, w portfelu mamy łącznie 240 kun, reszta na karcie. dobrze, że wcześniej tego dnia
zatankowaliśmy do pełna ;) dyskusja i zabawa w dyplomację zaczyna się na nowo, ale kolesiom wcale nie jest już do śmiechu:
coś tam straszyli sądem, potem wspominali groźnego oficera na posterunku w miejscowości Metkovic -- jednym słowem byli
twardzi. ja jednak byłem jeszcze twardszy, bo stojąc w szczerym polu nie miałem lepszego wyjścia z sytuacji. w końcu z
odsieczą przyszedł kolejny z polskich rajdowców wypadając zza zakrętu z większą niż ja prędkością.. chłopaki gościa
capnęli, a oddając mi paszport usłyszałem na do widzenia: powoli Polaku!. rejestracja wybawcy zaczynała się od
liter GD..
dojeżdżamy do Dubrovnika. tłoczno, duszno, ale po chwili kluczenia po mieście znajdujemy free parking
na jakimś blokowisku. w 10 minut dochodzimy do Starego Miasta i wbijamy się przez jedną z dwóch imponujących kamiennych
bram obronnych. właściwie o kamieniu nie powinienem wspominać, gdyż, jak przystało na gród wczesnośredniowieczny, jest to
jedyny wykorzystywany tu surowiec. począwszy od murów miejskich, przez posadzki, schody, fontanny, na budynkach kończąc.
wszystko fantastycznie wypolerowane, w posadzkach można się wręcz przeglądać. z uwagi na przepotężny ruch turystyczny
(czyt. tysiące turystów każdego dnia) był to proces wręcz nieunikniony. Dubrownik jest przecież najbardziej znanym
nadmorskim miastem Chorwacji, należy do światowego dziedzictwa UNESCO i konkuruje z Wenecją o miano najpiękniejszego
miasta śródziemnomorskiego.. historia tego miejsca sięga VII wieku,
kiedy
to Słowianie założyli tu osadę o nazwie Dubrava. już w VIII wieku osada została otoczona murami, rozwinął się port, co
wspólnie z położeniem geograficznym gwarantowało rozwój osady. w XIII wieku miasto zrekonstruowano, a miejskim kręgosłupem
stała się ulica Stradun, od której odchodzą dziesiątki mniejszych odgałęzień. zaczęły powstawać budowle publiczne,
kościoły i place. o sile miasta decydowała potężna flota morska z 200-oma statkami i ponad 5 tys czynnych marynarzy.
rozwijał się handel, wzrastała siła ekonomiczna, a kwitnąca literatura, malarstwo i nauka podniosły poziom kulturalny..
przez wiele lat miasto szczyciło się monopolem na handel w ogromnej części regionu śródziemnomorskiego, posiadało własną
monetę, czy np. pierwszy w Europie szpital i aptekę. w latach 1204-1806 istniała tu Republikę Dubrownicką, która swoją
niepodległość przez kolejne wieki utrzymywała głównie dzięki potędze handlu i sprawnej dyplomacji polegającej na sprytnym
lawirowaniu między Turcją a Wenecją.. kresem samodzielnego bytu tego państwa-miasta było wkroczenie doń wojsk
Napoleona..
spacer
po Starym Mieście należy rozpocząć z samego rana. przed przybyciem zmasowanej zgrai turystów jest również szansa na
odrobinę chłodu. śródziemnomorski klimat miasta sprawia, że każdego dnia temperatury przekraczają tu 30 stopni, a wiatr
powiewa z rzadka. zabytki historyczne obejmują pałac Rektora (XV w), pałac Sponza (XVI w), kościół św. Błażeja (patrona
Dubrownika z XVIII wieku) oraz najstarszą europejską aptekę ( 1317 r). na pierwszy plan wysuwają się oczywiście obronne
mury miejskie, które można obejść oglądając miasto z góry, choć swoisty urok miejsca można wyczuć na targu owocowym
znajdującym się na jednym z placyków starego miasta. szlajając się z wolna coraz to większymi zaułkami dochodzimy
niespodziewanie do niewielkiego przejścia w murach, gdzie na skale
nad
samym morzem wyleguje się kilkanaście osób. krótki moment zastanowienia i .. skok z wysokiej skały do chłodnego morza.
rewelka, pływanie w Adriatyku pod samymi murami miasta. z biegiem czasu na kamiennej plaży przybywa ludzi, część z
plecakami, będąc jakby w ciągłej podróży.. uliczki miasta są niezwykle czyste, słychać wszystkie języki świata, Polaków,
jak zwykle, jest bardzo wielu. o odpoczynku (jak np w Wenecji) nie ma tu mowy. aby polubić to miasto należy zaakceptować
tłum, lub przyjechać tu w okolicach listopada. architektura rzeczywiście jest piękna i bez zbytniej fantazji można sobie
wyobrazić jak wyglądało tu życie kilkaset lat temu. część zabytków została oczywiście zrekonstruowana, gdyż Dubrownik
ucierpiał w trakcie wojny między państwami byłej Jugosławii. generalnie jednak miasto jest piękne i przynajmniej raz w
życiu warto go zobaczyć. Bernard Shaw powiedział kiedyś: 'ci, którzy szukają raju na ziemi, muszą przyjechać do
Dubrownika'.. i pewnie coś w tym jest, choć upał, tłumy i wszędobylska komercja w żadnym przypadku nie są dla mnie
wyznacznikiem raju..
robię coraz więcej zdjęć. nie dopuszczam myśli, że mógłbym się wypuścić gdzieś dalej bez
aparatu. z setek, tysięcy ujęć czasem wybiorę coś lepszego. czasem coś się trafi. i mimo
że nie chcę w tym momencie nawiązywać do przysłowiowej kury, to jednak coraz częściej
dostrzegam płytkość tej mojej pasji. stawiam na kadr, walczę o jakość, czaruję w
Photoshopie oszukując siebie samego i wszystkich dookoła. jednak bezsenną nocą dociera
do mnie, że fotografia wcale nie polega na jowialnych krajobrazach, na pustych, a
jednocześnie do perfekcji podciągniętych kadrach. bo kto powiedział, że ma być ładnie,
ostro i wyraźnie? że niebo ma być pięknie błękitne, a twarz uśmiechnięta. coraz bardziej
dociera do mnie, że moje zdjęcia mijają się z prawdą. i rzeczywistością, o czym pisał
kiedyś Pedro Meyer. zastanawiając się dalej, czy fotografia nie jest aby zwyczajnym
kłamstwem? po raz pierwszy dotarło to do mnie podczas przeglądania nagrodzonych zdjęć w
konkursie World Press Photo. jednym ze zwycięzców został Rafał Milach za swój
fotoreportaż o emerytowanych cyrkowcach. przekaz, myśl, intencje!! zamysł, próba
przekazania czegoś -- to w rzeczywistości ważna rzecz przy ocenie fotografii.
oczywiście, są różne kategorie, płaszczyzny. podwójne dno nie jest przecież przepustką
do raju. a jednak obraz, który nie wzbudza uczuć, wrażeń, nie przywołuje doświadczeń,
jest tylko kolejnym zlepkiem pikseli. a przecież można ciekawiej, choć zupełnie prosto,
jak tutaj..
podczas wizyty w Bośni zrobiłem dwa zdjęcia prawdziwe. i to właśnie te dwa przypadkowe
strzały tłumaczą mi niewielką wartość wszystkich pozostałych. na brukowanej uliczce
Mostaru siedzi starszy szczupły mężczyzna. na oczach ma ciemne okulary, w ręku trzyma
laskę. siedzi w cieniu na niewielkim składanym krześle. kiwa głową w odpowiedzi na moje
pytanie o możliwość zrobienia mu zdjęcia. podczas moich przygotowań i ustawienia
ekspozycji nawet nie drgnął, nie przesunął się, nie poprawił. odniosłem wrażenie, że
jest smutny. jednak gdy dzisiaj patrzę na gotowe zdjęcie wyraźnie widzę, że mężczyzna
nie jest smutny -- ba, on się uśmiecha zawadiacko. i nie jest to uśmiech wymuszony
potrzebą chwili, który ma poprawić samopoczucie zbłąkanego turysty.. drugie ujęcie przedstawia kobietę, również nie pierwszej młodości. prawdopodobnie jest ona Muzułmanką, choć pewności co do tego nie mam. w odświętnym, tradycyjnym stroju wspina się w pełnym słońcu, a o roku 2008 przypomina tylko i wyłącznie kawałek plastykowej torby. w tym przypadku nie pytałem o pozwolenia na zrobienie fotografii, a po prostu (swoim skrywanym sposobem) udawałem, że celuję gdzieś powyżej. gdy jej oczy zetknęły się z moją optyką nacisnąłem spust migawki, a jej spojrzenie osiadło na światłoczułej matrycy. i mimo słońca i ostrych cieni wyraźnie widać powagę na jej twarzy. w takich momentach nie ma miejsca, czasu (ani w jej przypadku ochoty) do lakonicznego uśmiechu. i może o to właśnie chodzi?
plenerowe zdjęcia z wesela naszych przyjaciół Magdy i Mariusza bardzo się spodobały, więc dzisiaj dorzucam pokaz slajdów, który jest dziełem Agaty. po raz pierwszy na vimeo i prawdopodobnie tak już zostanie, gdyż jakość jest tu zdecydowanie wyższa niż na jutiubie. będzie jeszcze lepiej, bo film był poddany dość dużej kompresji podczas renderowania. sama sesja miała miejsce nad zalewem w Kłobucku koło Częstochowy. wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa, choć podczas uroczystości pstrykałem wspólnie z Robertem, widocznym podczas pracy na jednym ze slajdów. do zdjęć podzielonych na 7 części dochodzi książka i kilka filmów na kształt tego powyżej..
w sobotę udaliśmy się na kolejny lokalny wypad -- tym razem celem był Long Man of Wilmington.
wielokrotnie kręciliśmy się w jego okolicach, obchodząc, zachodząc, nie natrafiając,
przejeżdżając, w rzeczywistości więc nigdy nie stanąłem u stop ogromnego dzieła minionych
cywilizacji. w sobotę się udało.. Long Man jest kamienną figurą ułożoną na stokach
wzgórza Windover w pobliżu miasteczka Wilmington w hrabstwie East Sussex. samo Wilmington niczym szczególnym się nie wyróżnia -- ot spokojna wioska z gatunku tych leżących na dnie dolin, w których białe kamienne kościółki czuwają nad pomyślnością mieszkańców. tajemnicze dzieło mierzy 69 metrów i pod tym względem jest jednym z największych odzwierciedleń kształtu człowieka na kuli ziemskiej (największym pozostaje Atacama Giant w Chile). jego
pochodzenie, jak również cel budowy, ginie w pomroce dziejów, a prawdy prawdopodobnie nie
dowiemy się już nigdy. teorii oczywiście jest wiele, gdyż badania nad wapienną atrakcją
trwają od wieków. czy pomnik reprezentuje boga, czy wojownika, czy jest on może opiekunem
płodności dawnych mieszkańców tych okolic, czy strażnikiem
chroniącym przed najazdem
wroga? tego typu intrygujących pytań, na które odpowiedzi poznać można chyba tylko na wycieczce do światów alternatywnych, jest zresztą więcej. Long Man zbudowany jest zgodnie z zasadami proporcji -- patrząc od dołu, z poziomu
gruntu figura zachowuje proporcje ludzkiego ciała. dopiero zdjęcia satelitarne wyraźnie ukazują jego rzeczywistą długość. figura została zrekonstruowana
(!) w czasach wiktoriańskich, kiedy to pozbawiono Long Mana genitaliów i zmieniono kształt jego stóp, co miało dopasować pomnik do wyobrażeń tamtej epoki. dla mnie działania śmieszne i pozbawione sensu. materiały na które się natknąłem sugerują zresztą, że kształt figury mógł znacznie różnić się przed tysiącami lat -- np. w okresie II wojny światowej białe wapienne kamienie pomalowano na zielono, aby nie stanowiły punktu odniesienia dla niemieckich pilotów w Bitwie o Anglię. obiekt w każdym razie jest do dzisiaj elementem kultu angielskich neopogan, podobnie jak sławny Stonehenge. festiwale odbywające się w tych
okolicach
są całkiem znane, a najlepszym podobno źródłem informacji o tym miejscu jest
pub The Giant's Rest (spoczynek olbrzyma), który mijaliśmy idąc od centrum miasteczka.. tajemniczość figury tak mocno wpłynęła na Agatę, że po kilku kilometrach marszu zasnęła jak kamień (cóż za zbieg okoliczności) u stóp tajemniczej postaci.. ja wdrapałem się na okoliczne wzgórze (tocząc z napotkanym królikiem korespondencyjny pojedynek wspinaczkowy), gdzie oprócz olśniewających widoków South Downs można natknąć się na pozostałości grodziska i kurhanów grzebalnych z epoki brązu. stojąc na szczycie i patrząc się (ha, z góry!) na Long Mana, nie sprawia on już tak wspaniałego wrażenia, jak z dołu. sprawnie ułożone kamienne bloki, do tego wymalowane niedawno jakąś lśniącą białą farbą.. świetne anglojęzyczne źródło informacji o tym cudzie można znaleźć tutaj.
Wioska męczyła mnie od kilku dni. spokojna i autorytatywna spoglądała na mnie z góry. jej zabudowa lśniła w upalnym słońcu, białym kamieniem wyróżniając się spośród położonego wyżej pasma górskiego. nie byłem dla niej przeciwnikiem -- przez wiele lat stawiała twardy opór Wenecjanom i Turkom, dawała schronienie tysiącom istnień ludzkich. emanowała wiekami historii. tego ranka podjąłem decyzję o zmierzeniu się z Wioską. przed sobą miałem spokojne wody Adriatyku z wyraźnie zaznaczoną na horyzoncie wyspą Hvar, za sobą masywny łańcuch Biokova. Wioska położona była za moimi plecami, 350 metrów wyżej..
na Wioskę wołano Podaca, z 'ca' na końcu, nie 'ka'. w przeciwieństwie do tej dzisiejszej, tą na górze zwano 'Gornja'. oczywiście nazwa powstała niedawno, kiedyś Wioska była jedyną znaną Podacą w okolicy. budziła szacunek. jej dzieje sięgają w głąb wczesnej epoki kamienia, o czym świadczą liczne znaleziska archeologiczne -- nie można się więc dziwić, czemu dzisiejsza Górna Podaca, z brutalnie skradzioną osobowością i nazwą, czyha na turystów takich jak ja. Wioska chce się pokazać..
dla lepszej dramaturgii postanowiłem wyruszyć wieczorem. nie mogąc się jednak doczekać aktywnych emocji wypuściłem się już po piętnastej. słońce grzało niemiłosiernie, 35 stopni spowalniało moje ruchy, a Wioska bez przerwy patrzyła na mnie z góry. droga wiodła zakosami, łapczywie szukałem najmniejszego wręcz kawałka cienia. duchota straszna, żadnej palmy daktylowej, gdzieniegdzie tylko niewielkie krzewy oliwne. 350 metrów pokonałem z bijącym nerwowo sercem, z litrem wypitej wody i kilkoma przystankami. wchodząc do Wioski cieknąca od potu koszulka znaczyła moje ślady. trzymając się jedynej większej ulicy, w milczeniu mijam zabudowania po obu stronach piaskowej drogi. niewielka kapliczka, jednopiętrowe coś, co kiedyś było willą, kamienna stajnia, murowana altanka i zacieniony placyk z polem do gry w bule. po lewej stronie niewielki kościółek z wysoką wieżą zegarową i skromny, wioskowy cmentarz.. kilkanaście metrów dalej majestatyczna owalna wieża i bezładnie porozrzucane, pokryte roślinnością kamienie. niedaleko mnie ukradkiem przebiega czarny kot. dookoła panuje cisza, jestem tu zupełnie sam..
Gornja Podaca została opuszczona w 1962 roku. kolejne nawiedzające te tereny trzęsienie ziemi skłoniło miejscowych Chorwatów do zejścia niżej, aż nad samo morze. rozpoczęto prace nad nową wioską, jako pierwszy oczywiście powstał nowy kościół. wysoko pod masywem górskim żyło się bezpiecznie, choć niewygodnie. zajmująca się rolnictwem i rybołówstwem ludność miała do pokonania kawał drogi, co przy ostrym słońcu nie było zadaniem prostym, ani przyjemnym. tego typu wioski nie są w Dalmacji niczym szczególnym -- właściwie każda z większych dzisiejszych osad ma swój odpowiednik wysoko na stokach górskich. Gornja Podaca, mimo że opuszczona, częściowo nadal utrzymywana jest przez państwo, co przejawia się we względnym porządku i remontach głównych budowli. niedawno wymieniono tu dach kościoła, a świeżo otynkowana
kaplica emanuje białym światłem.. co jakiś czas odbywają się tu niewielkie festiwale, a w dni świąteczne celebrowana jest msza święta. oczywiście nie wiedziałem tego podczas mojego pierwszego spotkania z Wioską -- klucząc po opuszczonych miejscach czułem się wyjątkowo, a tajemniczość miejsca wpływała na moją pewność siebie. tu Wioska wygrała zdecydowanie -- często zatrzymywałem się nasłuchując, czy ktoś aby się nie zbliża, nie czai za rogiem, nie czyha na błąd. i to dziwne uczucie, to plaskate coś na twoich plecach kiedy wydaje ci się, że jesteś obserwowany. brrrr, jak w jakimś Ghost City gdzieś w Meksyku, albo przynajmniej na bezdrożach Nevady..
zwiedzanie zaczynam od placu kościelnego, na który prowadzi niewielka skrzypiąca brama. budynki są zamknięte, jednak przez szpary w drzwiach widzę dobrze utrzymane wnętrza. zbudowany w okresie przedromańskim (XI i XII w.) kościół pod wezwaniem św.Jana Chrzciciela został ufundowany przez rodzinę niejakiego Kacića, w poszukiwaniu której lustruję niewielki cmentarzyk. groby ludzi, najczęściej ze zdjęciami na pomnikach, uruchamiają wyobraźnię. każdy ma tu swoją historię zaczynającą się najczęściej jeszcze w XIX wieku. wspólnie z dziećmi pochowane małżeństwo, samotna kobieta, młody, żyjący niespełna szesnaście lat chłopak.. zauważam kilka późniejszych dat -- niektórych pochowano tu w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku -- widać ich życzeniem było pozostanie w swoim rodzinnym miejscu. w takim miejscu przypominam sobie książki Andrzeja Stasiuka -- osadzone w realiach Wschodniej Europy i Bałkan nostalgiczne opowieści o minionych wydarzeniach i o nieustannym upływie czasu.. o zapomnianej Europie, czyli miejscu, gdzie teraz się znajduję. odnajduję średniowieczny kamień nagrobny, tak zwany stećak, będący najlepszym dowodem na historię tego miejsca. wychodzę na
główną ulicę i przyglądam się stojącym tu i ówdzie murkom. jak to możliwe, że prze lata waliły się całe budynki, a te kilkudziesięcioletnie konstrukcje (powstałe przecież bez użycia cementu) nadal stoją i mają się dobrze? największe wrażenie sprawia jednak ogarniający wszystko bluszcz. wydaje się, że niepodzielnie panuje we Wiosce, otacza i umacnia zabudowania, wychodzi przez okna, zsuwa się z dachów. to właśnie bujna roślinność tych wzniesień zapewnia równowagę środowiska, a jej korzenie zapewniają utrzymanie w jednym kawałku rozgrzanych i kruszących się wapieni. wchodzę do kilku pomieszczeń -- wnętrza są surowe, jakby niedokończone. gdzieniegdzie pozostałości łóżek, zawalone stoły, milczące, jakby zamyślone ściany. wśród dzikiej roślinności jest cała masa drzew figowych, ochoczo korzystam z gościnności Wioski, choć wciąż czuję, że mnie obserwuje i wytycza trasę mojego zwiedzania. wchodzę w wąską boczną uliczkę, gdzie znajduję pożółkłą gazetę, o dziwo wciąż nadającą się do czytania. data wskazuje na 18 czerwiec 1998 roku. z ciekawości otwieram drzwi niewielkiej zagrody -- jest pusta, wypełniona suchą i pożółkłą pozostałością traw. wyciągam aparat i nagrywam krótkie filmiki -- starając się uchwycić moment chwili, puste odrzucające okiennice, zarośnięte altanki czy surowe schody. w mojej zuchwałości zapuszczam się w coraz to bardziej niedostępne miejsca, z bijącym sercem krocząc wśród pozostałości ludzkiej osady.. gdzieniegdzie odnajduję porozrzucane noże, ledwo rozpoznawalne potłuczone talerze, miski i inne dziwactwa. większość domostw jest pozamykanych, łuszcząca się farba drzwi nadaje im makabryczny wygląd..
docieram do zabytkowych murów obronnych z wieżami. cóż, wieżami to one kiedyś może i były, gdyż wzniesiono je w celach obronnych przeciw częstym najazdom tureckim, dzisiaj wszystko jest tu ruiną. ruiną tym lepszą, że kontrastującą z mozaiką pożółkłych wzgórz, bieli okolicznych miasteczek, lazurowego morza i dalekich, widocznych na horyzoncie, wysp. raj dla fotografa -- pstrykam jak oszalały, choć nie wiem, jak zareaguje na to sama Wioska. chyba jednak się polubiliśmy -- daje dużo cienia, pasjonuje widokami i tajemniczością. odnajduję miejsce z folderów turystycznych: kamienne domy pozbawione dachów stojące nad samym wzgórzem; kilkaset metrów niżej zabudowania dzisiejszej Podacy. wracając ponownie spoglądam na małą kapliczkę z figurką Matki Boskiej i zardzewiałym krzyżem. ktoś o nią dba, w jej wnętrzu ustawiono zakurzone plastikowe kwiaty. nieopodal wchodzę na rozległą, porośniętą winnym gronem, altanę. wygląda jakby ktoś wyniósł się stąd w trakcie swoich codziennych prac: wyschnięty płyn do mycia naczyń, spleśniały chleb na kiwającym się stole, pożółkła chorwacka flaga. później dowiaduję się, że ktoś wykupił ten
budynek i co jakiś czas się tu pojawia. sprawa wydaje się oczywista, chleb nie może mieć przecież 40 lat.. na koniec mojej wycieczki zapuszczam się do najwyżej położonych punktów Starej Podacy i odnajduję .. samochód. nie spodziewałem się tego zupełnie. po chwili wychodzi do mnie jego właścicielka -- całkiem komunikatywnie mówi po angielsku i tłumaczy, że domek jest na wynajem, a jednorazowo może pomieścić osiem osób. ona zostawia nam klucze, więc mamy dla siebie cały domek. i całą wioskę, dodaje po chwili..
schodząc na dół mijają mnie dwa samochody wjeżdżające za moją rozmówczynią w kierunku wynajmowanego domku. ich rejestracje rozpoczynają się od liter: KR i polskiej flagi..
mimo że nie jestem tytanem pracy, to błogie lenistwo cieszy mnie przez niezwykle krótki okres. czasem lubię
zmarnować dzień na plaży z książką, albo zasnąć na wodzie na materacu, gdzie moim największym problemem jest
niewiadoma, gdzie też zniosą mnie fale.. słońce jest fajne, ale po chwili (czyt. dniu, max. półtorej) szlag
mnie trafia, że siedzę i mitrężę czas. jak kilku innych moich znajomków, preferuję wypoczynek aktywny. więc
zaczynam iść, szukać, oglądać i dziwować się. a jest czemu, gdyż wystarczy odwrócić głowę, aby podziwiać
pasmo górskie Biokovo, z którego rozciąga się wspaniały widok na ruiny dawnych miasteczek, obecne kurorty
nadmorskie oraz wyspy Brac i Hvar.. wieczorem, kiedy temperatura zbliża się do normalności, ruszamy na
podbój okolicznych miasteczek. jest ich sporo, wszystkie kamienne, zadbane, urzekające..
na początek trochę historii: tereny o których piszę przez wiele wieków (przynajmniej przez 2000 lat przed
Chrystusem) zasiedlone były przez lud Ilirów. świadczą o
tym kamienne ruiny wznoszonych przez nich budowli. w czasach świetności Imperium Rzymskiego lud ten został
podbity, a na terenie dzisiejszych Zachodnich Bałkanów powstała prowincja Iliria, a następnie Dalmacja i
Panonia. z tego okresu pochodzą liczne znaleziska archeologiczne oraz szczątki rzymskich murów obronnych.
musiało minąć kilkaset
lat by wędrówka ludów przygnała na te obszary Chorwatów. było to pomiędzy VI, a VIII
wiekiem, jednak dla bezpieczeństwa wybierali wysoko położone tereny na stokach Biokova, które były
korzystniejsze ze względu na możliwości obronne. rozpoczęły się walki z Wenecją -- potężnym miastem-państwem
kontrolującym żeglugę i handel na morzu Adriatyckim. po wielu latach walk region upadł w roku 1280, co było
kresem średniowiecznej potęgi chorwackich sił morskich.. w kolejnych wiekach obszary przechodziły panowanie
Habsburgów, Turków osmańskich oraz Napoleona, co tłumaczy ogromne zróżnicowanie kulturalne tego
regionu..
największym miastem Dalmacji jest Makarska, od której nazwę wzięła cała riwiera. poza sezonem mieszka tu ok 15 tys. ludzi, a w okresie letnim aż 3 razy więcej.
Makarska jest kurortem nazywanym chorwackim Saint
Tropez, głównie z uwagi na wspaniały port, niezliczone knajpy, restauracje i dyskoteki. pomimo dynamicznego
rozwoju miejscowości zachowała się tu przepiękna starówka z wąskimi uliczkami i kamiennymi domkami.
dzisiejszy rynek, kościół parafialny Św. Marka i pobliskie uliczki uformowały się w XVII i XVIII w. na samym
rynku stoi posąg pisarza z okresu oświecenia, mnicha franciszkańskiego Andrija Kacic Miosie, a w okolicach
przylądka Osejava na południe od portu stoi klasztor franciszkański z roku 1400, którego wygląd współczesny
pochodzi z roku 1614. sama nazwa 'Makarska' po raz pierwszy wspomniana była w roku 1502 w dokumencie
bośniackiego sędziego Muhameda Musina. miasto było wówczas pod okupacją turecką i tutaj odbywał się handel
między Turkami i pozostałymi krajami Adriatyku. powstały wówczas wieże obronne przed Wenecjanami, co jednak
nie zapobiegło podbojowi miasta w 1681 roku, kiedy Makarska staje się częścią Wenecji. w XVIII wieku, wraz z
rozwojem handlu i
dzięki bardzo dobrej sytuacji materialnej miasta, powstają kościoły i pałace, a młoda
szlachta buduje swoje rezydencje w stylu barokowym. pomijając zabytki, już samo włóczenie się po brukowanych
uliczkach Makarskiej ma swój urok. chłodne zaułki przypominają te z miast północnych Włoch -- natrafiamy na
niewielkie placyki, niekiedy w całości kamienne, niekiedy wypełnione trawą i palmami.. najwięcej zieleni
występuje jednak na nadmorskim bulwarze, których Makarska posiada aż dwa. tu znajduje się ładny port, skąd
można popłynąć na całodniowe wycieczki na okoliczne wyspy oraz oczywiście plaże.. plaże, jak w przypadku
całego wybrzeża, są głównie kamieniste, a woda.. krystalicznie czysta.
podobnie zresztą jak w miejscowości Gradac.. tu jednak, głównie z uwagi na wielkość miasteczka, zauważyliśmy
wzmożony handel produktami własnej roboty. kamienne murki, a także wiele innych miejsc (np. domowe okna)
zmieniają się na wieczór w niewielkie stoiska, gdzie wiele rodzajów rakii, a także oleje, figi, migdały,
czy cytrusy czekają na nowych właścicieli. sprzedawcami są najczęściej starsze osobniczki pochodzenia
lokalnego, a po zainteresowaniu można się domyśleć, że wakacyjny handel stanowi solidne podreperowanie
domowego budżetu. ceny są w porządku, litr chamskiej (czyt. domowej, w używanej szklanej butelce zakręcanej
nakrętką) rakiji można już kupić za 25 kun, czyli ok 13
zł. hitem kolekcjonerów są natomiast alkohole w przyozdabianych butelkach, najczęściej z detalami
pochodzenia morskiego: mamy więc butelki z muszlami, piaskiem i skorupiakami. całość stanowi barwne
przedsięwzięcie, gdyż stoiska są oświetlane kolorowym światłem, a jak uczono na marketingu, otoczka sprzyja
sprzedaży i pozytywnie wpływa na kupującego..
podobnie rzecz się ma w innych miasteczkach Riwiery Makarskiej. jadąc krętą malowniczą drogą na południe
mijamy kilkanaście turystycznych miasteczek, z których każde może budzić sympatię. Baska Voda, Brela,
Tučepi, Podgora, Drvenik, Igrane i wiele innych to leniwe i wyludnione mieściny podczas dnia, oraz centra
gastronomiczne wieczorami. wszystkie w zabudowie kamiennej, zwykle z górującym nad całością kościołem pod
wezwaniem jednego z setek świętych. gdy stygną plaże, nad brzegami rozpalają się grille, zaczyna grać muzyka, a turyści wychodzą na promenady. i tak to wygląda, od kwietnia, do późnej jesieni..
a jak wygląda świat między miasteczkami? dość jednorodnie, choć malowniczo: dookoła ktoś wszechmocny porozrzucał głazy, które w towarzystwie traw królują na długich setkach kilometrów. już od wysokości Splitu krajobraz pustoszeje, a ziemia nie nadaje się do niczego. z tego powodu oprócz oliwek i mandarynek (ale to i tak na dalekim południu, w okolicach miasta Metkovic) nikt jej tu nie uprawia. ten region nie jest rozpieszczany przez pogodę. Goran, nasz chorwacki gospodarz, załamuje ręce i prosi o deszcz. w tym roku nie padało już od 3 miesięcy -- krajobraz wyraźnie pożółkł, drzewka oliwne nie dadzą nawet litra oliwek, w różnych miejscach regionu wybuchają pożary. w dzień wyjazdu Goran pokazuje nam lokalną gazetę, gdzie piszą, że przez najbliższe 10 dni nie ma ani 1% szansy na opady. jak to, przecież jadąc tutaj w okolicy Splitu przeszła ogromna burza?, pytam. w Splicie tak, mówi Chorwat, u nas nie pada prawie nigdy.. nawet we wrześniu każdego dnia jest tu ponad 30 stopni, a do jakiejkolwiek aktywności nadają się tu tylko poranki i wieczory. i pewnie dlatego Chorwacji wstają o 6 rano, aby w spokoju, na własnym tarasie, oczekiwać tego, co przyniesie nowy dzień..
wakacje tego lata nie zapowiadały się różowo kolorowo. w zasadzie nie chciało mi się nigdzie jeździć,
nigdzie ruszać, nic oglądać; byłam zmęczona jak nigdy wcześniej, bo w końcu ile nowo zdobytych państw można
odhaczyć w ciągu 9 miesięcy.. a ten rok pod względem podróży był wyjątkowo intensywny -- Hiszpania, Szkocja,
Austria, Polska dwa razy i prawie każdy weekend wypełniony wypadami i zwiedzaniem okolic Brighton). tego
lata zupełnie nie miałam pomysłu na wakacje. gdzieś tam przelatywało hasło Chorwacja, ale bez entuzjazmu,
bez euforii, bez niczego.. najlepsze rzeczy przydarzają nam się w życiu kiedy się ich najmniej spodziewamy. powoli wkradają się w nasze życie ukazując kawałek po kawałku ich piękno aż do momentu, w którym na myśl o rozstawaniu twarz zalewa się łzami. taka jest właśnie Chorwacja..
niby nic, w głębi lądu wszystko wygląda iście polsko, tylko trochę cieplej (no i mają tam autostradę z tunelami!! i to jaką!).. jednak prawdziwe serce Chorwacji to Dalmacja -? wybrzeże ciągnące się wzdłuż Adriatyku, od wyspy Pag na północy, aż
po Zatokę Kotorską na południu, tworząc pas o szerokości do 50 km i
długości około 400 km. z jednej strony stromy grzbiet górski pasma Biokovo schodzący nagle do morza, a z
drugiej całość zamknięta przez około tysiąc przybrzeżnych wysp. wszystko to rozgrywa się na szerokości
niecałego kilometra. jest tutaj jedna droga, jedna siec komunikacyjna i infrastrukturalna łącząca wszystkie
miasteczka ciągnące się wzdłuż wybrzeża. wszystkie domy są białe lub w jasnych odcieniach, pokryte jednakową
ceramiczną dachówką, gdzieniegdzie sterczące wysokie palmy, sady drzewek oliwkowych czy figowych. wszystko
to tworzy niesłychanie ciekawy śródziemnomorski klimat. prawdziwa uczta dla zmęczonych angielskim chłodem,
przepracowanych ciałek, dla oczu
wpatrzonych codziennie w komputerowe monitory i w końcu niemała gimnastyka
dla naszych mięśni, bo żeby gdziekolwiek dojść, trzeba się wspiąć, zejść, podejść..
Trzy rzeczy zawładnęły tutaj moim sercem:
Pierwsze: MORZE. niesamowicie czyste i ciepłe. pływając 20 metrów od brzegu można dostrzec to, co znajduje się na dnie.
Drugie: MIX NADMORSKIEJ ARCHITEKTURY Z OTOCZENIEM. dla mnie, jako architekta, nie sposób o tym nie wspomnieć. to miejsce potwierdza, że tradycja jest piękna i dobrze podkreślona i wyeksponowana daje właściwe efekty.
Trzecie: SPOKÓJ. tam się po prostu odpoczywa, a pojęcia takie jak praca, problemy wydają się czystą abstrakcją.
Udało nam się zobaczyć kilka miasteczek Riwiery Makarskiej (w tym miejscowość Podaca, w której mieszkaliśmy) o czym wkrótce w kolejnych notkach..
koniec każdej wycieczki to czas podsumowań, wrażeń, opisów i .. przeglądania zdjęć.
nie inaczej jest tym razem -- z Chorwacji wróciliśmy już jakiś czas temu, więc
powoli zaczynam kompletować materiały.. Bałkany odwiedziliśmy po raz pierwszy, choć
region jest położony stosunkowo blisko Polski. wybraliśmy najczęściej
wykorzystywaną trasę, a więc Cieszyn -> Brno -> Mikulov -> Wiedeń -> Graz ->
Maribor -> Zagreb i sruuuu na południe chorwacką autostradą. podróż bez większych
niespodzianek, tym razem hieny czeskie na mnie nie zarobiły, bo jak jednostka w
stadzie baranów nie przekraczałem w miastach 50 km/h. Seat Cordoba rodziców
sprawował się dzielnie, jednak czym bliżej Południa tym brak klimy coraz bardziej
dawał się we znaki.. za Grazem występują już liczne oznaczenia kierujące na Klagenfurt (tam już byliśmy w tym roku), a my zaczynamy operację 'cwaniak' polegającą na zaoszczędzeniu 35E na winiecie
słoweńskiej.
od lipca tego roku przejazd kilkunastoma kilometrami ich autostrady
obliguje do zakupu półrocznej winiety, a ja, podobnie jak cała masa rodaków, nie
dam się robić w balona, więc jedziemy mniejszymi drogami. daje nam to możliwość
przypatrzenia się małomiasteczkowej zabudowie Słowenii, w końcu jesteśmy tu po raz
pierwszy. objazd jest dość łatwy, detale opisane na forum strony cro.pl. warto tu zatankować, gdyż litr benzyny kosztuje
(sierpień 2008) tu zaledwie 3.30 zł. wjeżdżamy do Chorwacji, wbijamy się na
autostradę, która ciągnąc się wzdłuż malowniczych pustkowi miała nas zaprowadzić
do Dalmacji, regionu, który wybraliśmy..
pierwszym przystankiem naszej chorwackiej przygody był Park Krajobrazowy Jezior
Plitwickich. miejsce tłumnie odwiedzane przez światowy ruch turystyczny
przelewający się we wszystkich kierunkach po słonecznej Chorwacji, głównie z powodu
swojego dobrego położenia w samym centrum kraju. dojeżdżamy tu w środku nocy, a
więc krótki sen i o 8 rano rozpoczynamy zwiedzanie Parku. bilet kosztuje 120 Kn (ok
65 zł), a w zamian, oprócz wstępu, otrzymujemy mapy, ulotki i możliwość
skorzystania z transportu wewnętrznego, czyli autobusu wyglądającego jak pociąg
(choć poruszającego się po asfalcie) oraz statku na największym z jezior.
organizatorzy opracowali cały szereg tras przystosowany właściwie do .. liczby
godzin, jaką turysta zamierza spędzić na miejscu. my wybieramy trasę H, której
ścieżki powinny nam zabrać ok 6 godzin spokojnego marszu..
Park Narodowy Jezior Plitwickich (chor. Nacionalni Park Plitvička jezera) obejmuje 16 jezior krasowych, które są połączone licznymi rzekami i wodospadami. Jeziora zasilane są przez strumienie, co powoduje ciągły przepływ wody -- ogółem ciąg wodny rozciąga się na powierzchni ponad 8 km, a ich łączna powierzchnia to ok 200 ha (nigdy nie umiałem sobie tego wyobrazić, ale teraz porównuję do swojej działki i już mi się we łbie układa, jaki to ogrom).. flora parku obejmuje ok 1100 gatunków roślin, a całość uzupełnia fauna z mnóstwem latającego, pełzającego, pływającego i pohukującego dziwactwa. wody w jeziorach mają odcień turkusowo-wściekle-zielonkawy, są niezwykle czyste, co sprzyja podziwianiu tysięcy ryb kłębiących się wszędzie w pobliżu ludzkich tras. wszech głodne ryby zjedzą wszystko, co empirycznie stwierdziłem rzucając im na pożarcie słonecznik niełuskany, duże winogrono, a nawet kawałek pomostu. coś w stylu mojego psa za czasów swojej młodości, kiedy zwykł jadać obierane ziemniaki z surową cebulą.. teren dzisiejszych Parków, z uwagi na swój oczywisty walor turystyczny, był kwestią sporną pomiędzy Serbią, a Chorwacją -- w marcu 1991 roku, na Wielkanoc, doszło tu do starć między wojskami obydwu państw, w wyniku których zginęło dwóch żołnierzy. wydarzenie wzmogło napięcie pomiędzy dążącej do autonomii republiką Chorwacji a władzami Jugosławii i istotnie wpłynęło na późniejsze wydarzenia, w tym wojnę jugosłowiańsko-chorwacką. gonitwa po lasach i jeziorach skończyła się zwycięstwem armii chorwackiej i wypędzeniem z regionu wielu tysięcy serbskich mieszkańców..
trasy wokół jezior są zadbane i dobrze oznakowane. przebiegają głównie małymi pomostkami, po których w obydwie strony suną zastępy ludzi (w sezonie letnim nawet 4k dziennie). często trzeba wspinać się na wzgórza, a przy 35 stopniowym upale sprawa nie jest taka prosta. dookoła skaliste wzniesienia, przypomina mi się śmierć dwójki polskich turystów na Krecie, którym podczas wędrówki skończyła się woda. po pewnym czasie docieramy do Wielkiego Wodospadu -- osiąga on wysokość 78 metrów i pod tym względem jest największym w Chorwacji. podobno najpiękniej prezentuje się na wiosnę, gdy topnieją śniegi w okolicznych górach (Park Jezior Plitwickich znajduje się w południowej części gór Kapela, wchodzących w skład Gór Dynarskich), rzeki wzbierają, a hektolitry wody spadają z hukiem na teren parku. co prawda w Kalifornii, w PN Yosemite widziałem już wodospad 740 metrowy, jednak byłem tam w porze suszy, więc nic z góry nie leciało. tutaj przynajmniej ściemy nie było i można sobie było posiedzieć pod waterfallem. jeziora prezentują się niezwykle malowniczo z góry -- kilka tras pnie się coraz wyżej, skąd można podziwiać rozległe, poprzedzielane kaskadami, jeziora, mostki oraz tysiące ludzkich kształtów nieustannie się mijających.. raj dla fotografów..
Park zdecydowanie warto zwiedzić. ale moim zdaniem warto to zrobić raz. jedyny. piękne widoki po pewnym czasie stają się monotonne, szczególnie, że podobnych parków jest w Chorwacji kilka. wracając z urlopu zatrzymujemy się w Parku Narodowym Krka, jednak.. wydaje się, że wszystko to już widzieliśmy..
zewnętrzna galeria z Parku znajduje się tutaj.
o szlaku South Downs pisałem już kilkakrotnie wcześniej. rozciągający się wzdłuż Kanału na długości prawie 150 km Park Krajobrazowy obejmuje powierzchnię 260 km2 z łącznymi ścieżkami ciągnącymi się przez ponad 3000km. obszar ten przed 60 milionami lat był dnem płytkiego morza -- dlatego wszystko składa się tu z białych nalotów kredowych powstałych z mikroskopijnych szkieletów morskiego planktonu. szlaki South Downs przyciągają turystów pieszych, rowerzystów, paralotniarzy, a nawet amatorów jazdy konnej. warto podkreślić, że ścieżki nie są wymysłem żyjących obecnie ludzi. jak mówi historia, pokrywają się one ze szlakami wytyczonymi tysiące lat temu, a liczne odkrycia archeologiczne udowadniają, że obszary te były zamieszkiwane już w czasach neolitycznych czy erze brązu. piękno otwartego i pofałdowanego krajobrazu rzeczywiście powala, obszar pozwala więc na chwilę oderwać się od życia miejskiego. oficjalna strona turystyki w Wielkiej Brytanii reklamuje region jako ucieczkę od wszystkiego -- 'to get away from it all'..
sobotniego ranka na trasie byliśmy już o 8 rano. z miasteczka Portslade ruszyliśmy w kierunku doliny Devil's Dyke -- byłem tam wielokrotnie, jednak dopiero David, kolega z Belgii, powiedział mi, że miejsce to w epoce żelaza było silnie strzeżonym fortem, a zarysy można jeszcze dzisiaj rozpoznać po wyraźnych pagórkach usypanych ręką ludzką. ruszyliśmy na wschód głównym szlakiem trasy -- łącznie tego dnia udało nam się pokonać całkiem fajny dystans 25 kilometrów.. padła nawet idea, aby wziąć niewielki urlop i spróbować w kilka dnia przejść całą trasę w hrabstwie Sussex, która rozciąga się przez ok 110km. największym urokiem tych obszarów są oczywiście zielone pagórki, jednak co chwilę mijamy porośnięte zbożem i makami pola uprawne. miejsce to jest rajem dla wielbicieli golfa, a szlak prowadzi
między innymi przez środek jednego z pól, należy więc uważać na śmigające nad głowami piłki.. poszczególne części trasy poprzecinane są szeregiem płotów oraz licznymi bramkami, prostymi do otwarcia dla ludzi, nie do pokonania przez licznie pasące się tu zwierzęta. jest coś fajnego w stadzie 200 baranów przez które przyszło się nam przeciskać, albo w ciekawych otaczającego je świata krowach. po prawej stronie w oddali błyszczą wody Kanału, a po lewej co jakiś czas mijamy niewielkie, wypełnione kamiennymi domkami, średniowieczne wioski. tego typu mieściny, np.
Clayton ze swoim ogromnym młynem nazwanym 'Jack and Jill', również mają swoją historię, szczególnie jeśli interesują nas historyczne wiejskie knajpy serwujące tradycyjne angielskie posiłki i lokalne piwa Ale. po jakimś czasie docieramy do wzgórza Ditchling Beacon (213 m npm), które od 1920 roku jest mekką miejscowych artystów. miejsce ciekawe przede wszystkim z powodu swojego kształtu geologicznego, wspaniałego widoku na pobliskie doliny oraz gęstej i różnorodnej w okresie letnim roślinności. fakt, że drukowane są foldery, budowane parkingi, oraz że przyjeżdżają tu spragnieni przestrzeni ludzi jest zasługą Towarzystwa Turystycznego, które, w przeciwieństwie do naszych rodzimych organizacji, dba o rozwój tego typu miejsc. idąc dalej na wschód mijamy dziesiątki usypanych przed tysiącami lat kurhanów.
kurhany przybierają kształt niewysokich okrągłych górek, są wyraźnie zaznaczone na mapach. wiele z nich nigdy nie było badanych przez archeologów. z drugiej jednak strony w wielu widać wgłębienia -- podobno w średniowieczu i niedalekiej
przeszłości kurhany były bardzo często plądrowane w poszukiwaniu skarbów dawnych cywilizacji.. przez kolejne kilometry krajobraz się nie zmienia -- wciąż te same zielone pola z pasącymi się zwierzętami i rozdzielające je żywopłoty. co jakiś czas drogowskaz wskazujący poszczególne szlaki lub okoliczne miasteczka. docieramy do Lewes, o którym szerzej pisałem w tej notce z 20 lutego 2007 roku. przechodzimy przez pole, na którym w 1264 roku odbyła się sławna w regionie Bitwa pod Lewes, w której z siłami francuskiego króla Henryka III starła się zbuntowana (również normańska) frakcja baronów.. Lewes jest pięknym średniowiecznym miasteczkiem, jednak czując w nogach zrobione kilometry, od razu wybraliśmy się w kierunku miejscowego browaru Harveys, aby w lokalnej tawernie cieszyć się smakiem miejscowego ciemnego piwa. przez dłuższy czas cieszyliśmy się prężąc nasze zmęczone ciała na słońcu nad brzegiem rzeki Ouse, a niektórzy (czyt. nasz kolega David) nawet usnęli.. do Brighton wróciliśmy autobusem..
był 8 sierpnia 1992 roku. kończą się Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie, trwa finałowy mecz na stadionie Camp Nou w którym Hiszpanie walczą z Polską, okrzykniętą rewelacją tego turnieju. z jednej strony Abelardo, Guardiola, Alfonso, Luis Enrique i Kiko. z drugiej Wałdoch, Brzęczek, Juskowiak, Kowalczyk, Świerczewski, Koźmiński i Kłak. byłem dzieckiem, ale emocji, których wtedy doznałem (na przemian zdenerwowanie, radość i smutek) nie zapomnę nigdy. i ten niepowtarzalny głos komentatorów Dariusza Szpakowskiego i Andrzeja Zydorowicza. na początku Szpakowski przekonywał, że marzeniem każdego sportowca jest zdobycie medalu na olimpiadzie, a w końcówce I połowy na całe gardło wykrzyczał: Kowalczyyyk, Kowalczyk.. będzie gol i taaaaaaak!!! piękna sprawa, prowadzimy na Camp Nou jeden do zera! oto radość w polskich domach. teraz trzeba będzie to utrzymać, Hiszpanie natrą z furią.. i rzeczywiście natarli, choć Zydorowicz znalazł czas, żeby podzielić się z nami swoimi odkrywczyni racjami: wspaniała
akcja świadcząca o dużym refleksie i dużych umiejętnościach technicznych Juskowiaka, który wykonał tak zwaną siatkę mówiąc językiem piłkarskim-bramkarskim. w drugiej połowie i on miał swoją chwilę podczas strzelenia przez nas wyrównującej bramki: nie ma spalonego, znakomita sytuacja, gooooool, dwa do dwóch, Ryszard Staniek. tak proszę państwa, jeszcze Polska nie zginęła, walczymy do końca.. aż ciężko uwierzyć, że od tego dnia minęło już ponad 15 lat.. moja przygoda z piłką i kibicowaniem dopiero się rozpoczynała -- kilka miesięcy wcześniej po raz pierwszy byłem na stadionie Górnika na meczu ze Stalą Mielec, kilka miesięcy później pojechałem na pamiętny mecz z Anglią na stadionie Śląskim w Chorzowie, gdzie kibice Lechii Gdańsk rzucali milicjantami..
po wielu latach odwiedziłem arenę finału z 1992 roku -- największy stadion w Europie, legendarną siedzibę potężnej FC Barcelony, dumy Katalonii. obiekt początkowo nazwano El Nou Estadi del Futbol Club Barcelona, jednak powszechniej zaczęto używać krótszego Camp Nou. budowa stadionu rozpoczęła się w marcu 1954 roku, a pierwszy oficjalny mecz rozegrano na nim 24 września 1957 roku, w którym Barca zagrała z ... Legią Warszawa. pierwszego, historycznego gola strzelił Paragwajczyk Eulogio Martinez.. pierwotnie trybuny mogły pomieścić 90 tys. widzów, jednak ich pojemność stale wzrastała, by w 1982 roku, specjalnie na rozgrywane w Hiszpanii Mistrzostwa Świata, mogła na nich zasiąść 120 000 kibiców. obecnie stadion może pomieścić 109 815 osób, jednak na mecze FIFA widownia ograniczona jest do 98 tys.
jadąc z centrum niebieską linią metra wysiadamy na stacji Collblanc, a po 500 metrach naszym oczom ukazuje się stadion. pierwsze wrażenie jest .. nijakie. widok nie jest tak okazały jak nowego Wembley, czy amsterdamskiej Areny A, głównie dlatego, że Camp Nou znajduje się pośrodku blokowisk, szczelnie otoczony betonem i drzewami. długo szukamy wejścia (całkiem podobnie jak na stadionie Ruchu w Radzionkowie), ale po przejściu bramy głównej.. show się zaczyna. na powierzchni 15 ha, oprócz ogromnego Camp Nou wybudowano tu halę sportową na 6 tys miejsc, sztuczne lodowisko, drugi stadion na 16 tys miejsc (dzisiaj trenują tu grupy młodzieżowe Barcy), parking na kilkaset samochodów, boczne boiska treningowe z trawą jak dywan, korty tenisowe i cały szereg budynków klubowych. po wejściu na stadion (bilet tour de Camp Nou kosztuje 16 euro)
trasa prowadzi nas przez wszystkie warte poznania zakamarki obiektu. zaczyna się od kiczowatego 3d show, potem przechodzimy do centrum informacyjnego, w którym odbywają się konferencje prasowe. mijamy szatnie gospodarzy i wchodzimy do szatni gości. na stadionie byłem w poniedziałek, dwa dni później przebierali się tu piłkarze Manchesteru United przed półfinałem LM. szatnia duża, jednak z wyjątkiem ogromnego zestawu jakuzzi i wodnych masaży nie ma tu nic powalającego na kolana. następnie przechodzimy obok stadionowej kapliczki, a po kilkudziesięciu metrach zamkniętego tunelu wychodzimy na murawę. efekt jest piorunujący. co prawda stadion jest pusty, panującą dookoła ciszę przerywa tylko warkot koszącego trawę traktorka pana Stasia, jednak jest
coś fantastycznego w majestatycznym wyglądzie pionowych trybun.. na równo skoszonej trawie wymalowano emblemat klubu, a za moimi plecami znajdują się wygodne ławki rezerwowych. trwają przygotowania przez środowym spotkaniem, ekipa remontowa zakleja niedozwolone na Lidze Mistrzów reklamy. robię zdjęcia. zmieniam obiektywy, pstrykam wszystko, szczególnie, że wyszło słońce i obiekt jest pięknie oświetlony. wchodzimy na górę, gdzie znajdują się miękkie siedzenia kilkutysięcznej loży honorowej. zaczepia mnie starszy kibic z synem i czyta znajdujący się przy smyczy z moimi kluczami napis GÓRNIK ZABRZE. mówi, że jest Szwajcarem z St. Gallen i pamięta z lat 70-tych i 80-tych pojedynki szwajcarskich klubów z Górnikiem. pyta się, czy nadal gramy w pierwszej lidze i życzy powodzenia
w przyszłości. robi mi się bardzo miło. ponownie wchodzę do środka: wejście prowadzi nas do szklanego tunelu z tablicą informującą, że obiekt uzyskał najwyższą możliwą rangę (5 gwiazdek) wśród stadionów piłkarskich. potem jeszcze dwukrotnie wchodzimy na trybuny, a widok z coraz to wyższych krzesełek jest jeszcze lepszy. w końcu docieramy na koronę stadionu, gdzie ulokowano stanowiska komentatorskie. właśnie stąd docierał do moich 12-letnich uszu niezapomniany wrzask Szpakowskiego i Zydorowicza. zresztą nie tylko ich, przecież na Camp Nou rozgrywano tak wiele ważnych meczów, na czele z pamiętnym finałem Ligi Mistrzów w maju 1999 roku, w którym Manchester po super dramatycznym meczu pokonał monachijski Bayern 2-1.. widoku trybun z katalońskim napisem 'MES QUE UN CLUB' (więcej niż klub) nie da się porównać do tego znanego z telewizorni. sam nie wiem, czy stadion wydaje się mniejszy, czy większy. jest inaczej, jest wyjątkowo i dla tego widoku warto się tu pojawić..
a potem przechodzimy do muzeum. w ogromnych salach rozłożono liczne pamiątki klubu. historia FC Barcelony sięga 1899 roku, więc eksponatów jest bardzo dużo. oczywiście dla mnie najważniejszymi są pamiątki po sławnych w przeszłości piłkarzach klubu: korki, koszulki, zdjęcia, autografy Koemana, Stoichkova, Maradony, Cruijffa, Michelsa, Linekera, Laudrupa, Ronaldo, Romario i wielu, wielu innych. oczywiście nie mniej ważne są dzisiejsze gwiazdy, z Ronaldinho i Messim na czele. wrażenie robi na mnie Puchar Europy
zdobyty po meczu z Sampdorią Genua, który to mecz oglądałem w swoim pokoju 20 maja 1992 roku. w innym miejscu znajduje się puchar Ligi Mistrzów z 2006 roku zdobyty po zwycięstwie w finałowym meczu na paryskim Stade de France z Arsenalem Londyn. muzeum jest świetne, utrzymane w stylu osi czasowej: przechodzimy obszernymi salami, a etykiety obrazują kolejne lata historii klubu. wszystko efektownie oświetlone i niezwykle zadbane. po pewnym czasie przechodzimy do sztuki -- rzeźby, figury woskowe, obrazy, plakaty -- wszystko obrazuje historię Barcelony. klubu znanego na całym świecie również z powodu swojego obiektu. spędziłem na nim ponad 1.5 godziny, ale tylko dlatego tak krótko, gdyż na zewnątrz czekała na mnie Agatka. meczu nie widziałem, ale chwilowo widok samego Camp Nou mi wystarcza -- przecież i tak kiedyś pojawimy się tu z Torcidą i Drużyną Śląskich Miast na finale Ligi Mistrzów..
zewnętrzna galeria z tour de Camp Nou znajduje się tutaj.
celem pierwszej tegorocznej wycieczki weekendowej było miasteczko Alfriston. tak wypadło w losowaniu, a ja żyję w zgodzie z naturą i losem, więc mimo że pogoda nie rozpieszczała, zebraliśmy się do drogi. Alfriston oddalony jest od Brighton zaledwie o 30 km, jednak dojazd nie jest sprawą prostą: kursowym autobusem linii Brighton&Hove buses dotarliśmy do Seaford, gdzie rozpoczynają się fantastyczne kredowe klify, a dalej musieliśmy kombinować. dwa razy dziennie odchodzi stąd minibus organizacji Cuckmere Community, my jednak trafiliśmy w lukę czasową i, nieco z przymusu, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na nogach. po raz kolejny okazało się jednak, że największą przyjemnością podróży jest samo jej odbywanie, a fizyczne dotarcie do celu. szlak do Alfriston wytyczony jest wśród malowniczych łąk regionu South Downs -- dookoła zieleń, pasące się zwierzęta i cudowne widoki pobliskich wzgórz. naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od samego morza, które w pełnej okazałości widoczne jest dopiero z odległości kilku kilometrów. w międzyczasie
rozpogodziło się, co pozwoliło zrobić użytek z nowego obiektywu Agatki -- Sigmy 10-20mm oraz polaryzatora Hoyi i uzyskać ciekawe ciemnobłękitne niebo oraz białe chmury. idąc wzdłuż średnio ruchliwej drogi docieramy do miejsca widokowego, na którym William Rees Jefreys (pisarz i publicysta angielski) postanowił podzielić się ze światem swoimi odczuciami wystawiając mały pomnik przedstawiający różę wiatrów z kierunkami i odległościami okolicznych miejscowości. ze wzgórza rozciąga się fantastyczny widok na meandrującą Cuckmere River, która po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów wpada do Kanału przy klifach Seven Sisters. stoję na wzgórzu, wiatr urywa głowę, a ja cierpliwie testuję nowy obiektyw, polaryzator i filtry połówkowe. od możliwości wyboru kadru
kręci się w głowie (widok ok 270 stopni), ale szczególnie podoba mi się ujęcie, w którym łapię zarówno okalający wzgórze płotek, jak i stertę białych jak śnieg kamieni kredowych oraz samą rzekę i okoliczne pola.. o tym, że historia śmieje mi się w twarz dowiedziałem się dopiero później, w domu. otóż stałem 2 metry od Białego Konia z Littlington (Littlington White Horse), który w pełnej okazałości można podziwiać z doliny rzeki Cuckmere lub ze zdjęcia satelitarnego. kredowe dzieło powstało w 1924 roku, nie jest to więc megalityczna budowla minionej cywilizacji porównywana ze Stonehenge lub pobliskim Long Man of Wilmington, jednak wciąż robi wrażenie, głównie dlatego, że utrzymana jest w fantastycznym stanie..
wracamy na drogę. idziemy kilka kilometrów dochodząc wreszcie do Alfriston. na terenach dzisiejszej wioski (która wraz z pobliską mniejszą Litlington liczy zaledwie 769 osób) osady ludzkie istniały już w Neolicie -- końcowym okresie epoki kamienia. wioska rozkwitła w czasach Saksonów (miejsce to nazywano Aelfrictun) oraz w średniowieczu, kiedy odbywał się tu znany w regionie targ.. tak długa historia pozostawiła ślad w architekturze miasteczka: przez jego środek ciągnie się główna High Street, a na każdym kroku spotykamy tu kilkusetletnie budynki, kamienne kościoły i drewnianą anglosaską zabudowę. jednym z najważniejszych domów o budowie szachulcowej (ang. timber-framed house) jest gospoda Star Inn -- zbudowany w 1345 roku budynek był początkowo hostelem religijnym, a w XVI przemianowano go na gospodę, która w prawie niezmienionej formie istnieje do dzisiaj. historia Alfriston mówi również o gangu przemytniczym (ang. smuggling gang),
który miał tu swoją kryjówkę, a którego pozostałością jest dzisiejszy pub Ye Olde Smugglers Inn. fenomenem tego miejsca jest również Market Cross, czyli wyjątkowy placyk miasteczek handlowych będący jednocześnie ich centralnym punktem oraz miejscem, w którym krzyżują się wszystkie najważniejsze drogi wioski. dookoła tego miejsca rozłożyły się pachnące smołowanym drewnem restauracyjki, kilkusetletnia apteka oraz miejscowa niewielka lodziarnia. nieopodal znajduje się chyba największa atrakcja miasteczka -- zbudowany w 1360 roku kościół poświęcony Św. Andrzejowi. z uwagi na swoją wielkość St.Andrew Church zwany jest potocznie
Katedrą regionu South Downs. mieliśmy szczęście -- błękit nieba był oszałamiający i mogliśmy zrobić fajne fotki kościoła wraz z przyległym doń cmentarzem. przed kościołem rozciągają się rozległe zielone tereny, które również wywodzą się z czasów saksońskich, gdzie tego typu przestrzenie nazywane były The Tye. wydaje się dzisiaj, że miasteczko cierpi z powodu swojego piękna i długiej historii -- mieszkańcy mogą zapomnieć o spokoju, gdyż każdego dnia miejsce odwiedzane jest przez całe rzesze turystów, a my mieliśmy to (nie)szczęście, że zetknęliśmy się z 30-osobową grupą Francuzów, którzy na tak małym terenie zrobili niezłe zamieszanie.. miejscowi w każdym razie nie wydają się tym zmartwieni i można powiedzieć, że dzisiejsze piękno trwa właśnie dzięki pieniądzom odwiedzających Alfriston ludzi..
zewnętrzna galeria z wycieczki dostępna jest tutaj.
przylot: ubrani w koszulki Górnika spacerujemy po lotnisku London Gatwick. dookoła pełno fanów Arsenalu wracających do domu po swoim meczu z Aston Villą. po jakimś czasie podchodzi do nas inny kibic Górnika, który też leci na derby. witamy się, a on pyta: czy my się już
kiedyś nie poznaliśmy? w Lizbonie, podczas meczu Polaków z Portugalią? niesamowite, rozmawiałem z kolesiem 3 minuty (był jedynym Żabolem w grupie 22 fanów płockiej Petry), a on poznaje mnie pół roku później. lot przebiega miło, czas upływa na dyskusjach o sprawach piłkarsko-kibicowskich, aż wlatujemy w objęcia orkana Emma i .. zaczyna nami trząść. może nie było tak źle jak w samolocie Lufthansy lądującym na lotnisku w Hamburgu, ale my także kilka razy znaleźliśmy się w stanie przeciążenia. przy podchodzeniu do lądowania w Katowicach rzucało nami już tak poważnie, że nikomu nie było do śmiechu -- wszyscy zamilkli, ciszę przerywał tylko płacz dzieci z przedniej części kabiny, a dookoła wymiotowali ludzie. po dobry lądowaniu kabina zatrzęsła się od oklasków uradowanych pasażerów..
mecz: sportowo do bani. chorzowscy byli wyraźnie lepsi i zasłużenie wygrali 3-2. przegraliśmy, ale na tym świat się nie kończy. kibicowsko -- światowa pierwsza liga. na sektorach 21-29 zasiadło tego dnia aż 15 tys kibiców Górnika. na naszych sektorach byli zarówno młodzi gniewni, jak i ludzie starsi, małżeństwa, dzieci. słowem: cały przekrój społeczeństwa, a wszyscy w jednolitych trójkolorowych czapeczkach. doping bardzo dobry w
pierwszej połowie, w drugiej, z uwagi na wynik i fatalną pogodę, nieco gorszy. jeszcze dzisiaj przechodzą mnie ciarki, gdy przypomnę sobie 15 tys skaczących głów w rytm piosenki: 'zagraj zagraj jak za dawnych lat..' oprócz pogody tego dnia udało się wszystko: były emocje, był b. dobry pojedynek sportowy, było bezpiecznie, było efektownie..
41 tysięcy nie przyszło na mecz ligowy od ćwierćwiecza, a my pokazaliśmy, że polska piłka ma się coraz lepiej i że należy ludziom dać szansę. a już na pewno należy dać szansę Śląskowi i dopuścić Stadion Śląski do organizacji EURO 2012. swoją drogą, wygląda to jak zapowiedź wspaniałej przyszłości: poczekajmy tylko aż powstaną nowe stadiony i aż ludzie zrozumieją, że na naszych stadionach nie jest niebezpiecznie..
powrót: smutny, bo czego można się spodziewać po przegranym meczu. Katowice zalała trójkolorowa rzeka kibiców, czegoś podobnego nie widziałem jeszcze w życiu. powrót fatalny i źle zorganizowany. przemoknięci i zmarznięci czekamy na peronie w Załężu ponad półtorej godziny, a po nieudanych poszukiwaniach taksówki wreszcie pakujemy się do drugiego podstawionego pociągu. w samolocie powrotnym do UK spotykamy kilku Żaboli, a jeszcze na lotnisku w Pyrzowicach jestem świadkiem ciekawej sceny, kiedy to kibic Górnika w szaliku na szyi rozmawia o meczu z kibicem Ruchu, również z szalikiem swojej drużyny. i niech ta scena będzie podsumowaniem tego niecodziennego, ale jakże pięknego wydarzenia sportowego..
ps. tytuł notki zapożyczony od Pawła Czado. prowda, że fajny?
co jakiś czas na morskich i oceanicznych wodach zdarzają
się katastrofy. niedawno przeżywaliśmy 15-stą rocznicę zatonięcia promu Jan
Heweliusz -- katastrofa płynącego do Ystad promu, wskutek czego śmierć poniosło łącznie 55 pasażerów i członków
załogi, to jak do tej pory największa polska tragedia morska. nie tak dawno, bo w styczniu 2007, głośna była
sprawa brytyjskiego kontenerowca MSC Napoli, który płynąc z
Belgii do Portugalii został uszkodzony przez huragan
Kyrill. ogromny statek został porzucony przez swoją załogę, a świat z
uwagą i pewnym niepokojem śledził dalsze losy porzuconej jednostki. przypominał mi się film Statek Widmo,
tyle,
że w rzeczywistości dramatyczne wydarzenia wypełnione były wstawkami humorystycznymi.. otóż na skutek
przechylenia Kanał La Manche wzbogacił się o setki ton przewożonych przez statek materiałów, począwszy od
pieluch, na motorach BMW kończąc. Brytole penetrowali plaże, bo nigdy nie było wiadomo, co też im dzisiaj morze
ześle. BBC pisało o pewnej Szwedce, której
szabrownicy zawinęli cały jej majątek, który jakimś cudem nienaruszony dopłynął do brzegu Kornwalii.. Parę dni
temu na Kanale zatonął kolejny statek. tym razem był to transportowy okręt Ice Prince płynący pod banderą grecką
i przewożący kilka tysięcy ton drewna. statek nadał
sygnał SOS w nocy z wtorku na środę będąc ok 42 km od brzegów hrabstwa Dorset. członków załogi szybko uratowano,
a statek po kilku godzinach zatonął. ponad 250
0 ton drewnianego ładunku znalazło się na wodach Kanału, by po kilku dni dotrzeć do południowych brzegów
Wielkiej Brytanii. największe skupiska pięknie heblowanych desek znalazły się w okolicach miasteczka Worthing,
ale i cała plaża w Brighton pokryta została ładunkiem. ludzie zaczęli podjeżdżać samochodami i pakować darmowy
budulec. ktoś napisał kredą na chodniknie pozwalała na kradzież niczyjego towaru. w każdym razie warto się
przejść na plażę, bo oprócz zdrowego powietrza można poczuć się jak w lesie -- piękny sosnowy umila plażowe
przygody..
dojeżdżamy do Lagos -- miasta znanego z bogatych tradycji morskich i burzliwej historii. zostało założone przez Kartagińczyków w V w. pne., później zajęte przez Rzymian, a w XV w. trafiło pod panowanie portugalskie. to tutaj, na Praca da Republica znajdował się pierwszy portugalski targ niewolników. stoi tu również pomnik Henryka Żeglarza, który z tego miejsca wysyłał statki na średniowieczne wyprawy w nieznane. krążąc po mieście w poszukiwaniu wietrznego internetu docieramy na Praia Dona Ana -- jednej z bardziej znanych plaż zachodniej części regionu Algarve. Lagos ma kilka ślicznych zatoczek i plaż: szczególnie tutaj na Praia Don Ana oraz dalej na zachód, w kierunku Ponta da Piedade, dokąd lokalni rybacy zabierają na wyprawy
łódką (10 E od osoby, żadnych zniżek nawet dla kobiet w ciąży). łagodne do tej pory wybrzeże zaczyna się podnosić, a niekończąca się walka morza z wapiennymi skałami wykształciła klify -- swoistą wizytówkę tego miejsca. szybko znajdujemy pensjonat i uderzamy na plażę.. po godzinie mam dość i zaczynam kombinować. ze skał po prawej stronie wystaje kawałek sznura, oczywistą oczywistością wskazując, że .. coś tam jeszcze jest. wspinam się, przechodzę, skaczę, schylam pod ogromnym masywem, czołgam prawie po piasku i .. oto jestem. sam, na plaży odgrodzonej od świata ze wszystkich stron. po chwili odkrywam
jeszcze kilka osób, ale zawsze to kilka a nie kilka tysięcy leniwych Europejczyków. po chwili po linie wspina się Agata i rozkładamy się w ciszy i spokoju. jedyny minus takiej lokalizacji to .. brak słońca. plaża przypomina komin z otworem u góry, a że było już mocno po południu i słońce daleko na zachodzie, to nie wpadało na naszą zamkniętą plażę. robię kilka ujęć skalistego wybrzeża, wdając się w pewnym momencie w krótką, acz zażarta dyskusję z krabem, po której ten ostatni obrażając się poszedł poszukać
sobie innego wilgotnego miejsca.. wieczorem spacerujemy po okolicy delektując się niesamowitą różnorodnością klifowego wybrzeża. wspinamy się tam gdzie nie wolno, wchodzimy tam gdzie zamknięte. urwiska skalne rzeczywiście robią wrażenie, a potęguje je jeszcze żółtawa poświata pomarańczowo zachodzącego słońca. po chwili docieramy do latarni morskiej, gdzie zakręcająca ścieżka nakazuje powrót do hotelu..
następnego dnia czeka nas ostatni odcinek naszej portugalskiej przygody -- na zachód, do samego końca. jedziemy w stronę Sagres -- miasteczka rybackiego z portem w zatoce Baleeira, a następnie w kierunku Cabo de Sao Vincente (półwysep Św. Vincenta), który niegdyś przez Rzymian i innych starożytnych żeglarzy uważany był za kraniec świata (O Fim do Mundo), a obecnie jest tylko południowo-zachodnim krańcem Europy.
tutaj pogoda już nikogo nie rozpieszcza -- wieje bez przerwy, jest zimno i pochmurno. dość długo jedziemy monotonną drogą wzdłuż wybrzeża: dookoła wyłącznie kamienie, brak osad ludzkich, zupełny brak roślinności -- to wszystko wzmaga poczucie zupełnej pustki. mijamy historyczną warownię z XV wieku zwaną Fortaleza de Sagres, gdzie Henryk Żeglarz urządził
pierwszą na świecie Akademię Morską zapraszając tu najwspanialszych żeglarzy, kartografów, astronomów tamtych lat. znajduje się tu 43-metrowa róża wiatrów, która była pomocna w kształceniu portugalskich oficerów przygotowując ich do zamorskich wypraw.. jadąc dalej mijamy smaganą wiatrem Fortaleza de Beliche, a po kilku kilometrach naszym oczom ukazuje się ostatnia na tym kontynencie latarnia morska. poubierani w kurtki i swetry ludzie tłoczą się wokół przydrożnego targu, na którym kupujemy Agacie bransoletkę, a mi portugalskiego Marynarza. z każdej wyprawy przywożę jakąś pamiątkę, o Portugalii będzie mi przypominał marynarz prężąc się dumnie na domowej lodówce.. na jednym z urwisk tego niegościnnego wybrzeża odnajdujemy tabliczkę wmurowaną przez rodziców 28-letniego Niemca, który spadając ze skarpy,
tutaj zakończył swój żywot. na tabliczce w dwóch językach (po portugalsku i angielsku) rodzice przestrzegają przed niebezpieczeństwem i upamiętniają swojego syna.. zawsze chciałem dojeżdżać w takie miejsca. mimo że nie ma tu niczego godnego uwagi, to człowiek czuje się inaczej, czuje, że dotarł w miejsce magiczne.. jesteśmy na południowo-zachodnim krańcu Europy..
zawracamy, jako że dalej już nie można. kierujemy się w stronę Faro, skąd za 2 dni mamy wyloty, odpowiednio do Polski i do UK. ostatnie godziny portugalskiej wycieczki spędzamy na plażach i opalamy się, bo za kilkanaście dni bawimy się na weselu u kuzynki Magdy w Zabrzu. warto tutaj wspomnieć o piaskach Quarteiry, gdyż średnio co 2 minuty nad naszymi głowami przelatywał samolot z pobliskiego lotniska. pas startowy w Faro kończy się kilkaset metrów od oceanu, a samoloty po osiągnięciu pewnego pułapu zakręcają na północ przelatując nad głowami opalających się turystów. niektórzy narzekali, że zasłaniają słońce, zapominając jakby o powtarzającym się huku silników odrzutowych..
kolejny kraj zaliczony. tym razem nawet znaczna jego część. co wyniesiemy z Portugalii? na pewno mnóstwo wrażeń i różnorodność krajobrazów. na pewno wspomnienia słońca, przyjaznych ludzi i dobrych dróg. smak owoców morza, wina Porto i niekończącej się drogi.. po drugiej stronie, dla przeciwwagi znajduje się zaniedbanie.. nie można o nich zapominać udając się do Portugalii..
jedziemy na południe -- drogą ekspresową nr IC27 wzdłuż granicy z Hiszpanią. droga jest prawie pusta, żar leje się z nieba, piękne krajobrazy przesuwają się leniwie. południe przywitało nas w jedyny możliwy do zaakceptowania sposób -- błękitem nieba i prawie 30-stopniowym słońcem. Algarve -- here we come!
szybka droga kończy się w Castro Marim, gdzie odbijamy na zachód i mniejszą, zdecydowanie
bardziej tłoczną drogą nr N125 mkniemy w kierunku Taviry. nie jesteśmy jeszcze w sercu regionu, ale w oczy już teraz rzucają się szeregi hoteli i wille ludzi, którzy mają więcej. w ostrym słońcu bielone domy prezentuję się bardzo okazale, dookoła stragany i cwaniacy próbujący opchnąć lokalne dobra, w tym nietypowe, zdobione kominy .. domów mieszkalnych, w barwach niebieskich i żółtych. naszym marzeniem było rozłożenie się na plaży, więc przejeżdżamy Tavirę i pakujemy się na piasek za wioską Santa Luzia. miasteczka na wschodzie Algarve nie
mają bezpośredniego kontaktu z oceanem -- stały ląd od plaży oddziela szeroki podmokły pas ziemi niczyjej, który w tym miejscu jest parkiem krajobrazowym obfitującym w różne skrzydlate stworzenia latające -- Parque Natural da Ria Formoza. oceanu należy szukać na wyspie Ilha de Tavira albo na pobliskim półwyspie. my przekraczamy park niewielką, szybką jak światło, wąskotorową kolejką i dokładnie w południe, gdy słońce morderczo tkwi w swoim zenicie, meldujemy się na plaży Praia do Barril. dookoła pełno Niemców, czasem trafi się także jakiś Angol czy Francuz. woda ciepła i bardzo słona, a piasek wręcz biały. w pobliżu natrafiamy przypadkiem na cmentarz
kotwic -- Cemitério das Âncoras, miejsce tyleż wspaniałe, co nieprawdopodobne. jadąc do Portugalii wypisałem sobie to miejsce, jako warte odwiedzenia, ale w natłoku spraw codziennych, o kotwicach zapomniałem. przypadkiem znaleźliśmy się między dziesiątkami idealnie ułożonych kotwic, które, jak mi się później udało dowiedzieć, pochodzą ze statków zajmujących się połowem tuńczyków. niepowtarzalny klimat udaje się uwiecznić na kilku fajnych fotkach. w pobliżu trafiamy jeszcze na fajną oazę palmową oraz porzuconą i zarośniętą roślinnością łódź, która już raczej nigdzie nie popłynie.. wieczorem uderzamy do miasta. urocza Tavira położona jest po obu stronach rzeki -- niesamowity zachód słońca zalewa miasteczko cudownym żółtawym światłem, w którym pięknie
wyglądają budynki, mosty i kolorowe łódki. na głównym placu miasteczka spotykamy dwójkę Polaków z Wawy, z którymi wypijamy kawę i piwo rozmawiając o Portugalii. oni jadą z drugiej strony wybrzeża (od Lizbony), więc dają nam trochę wskazówek, co do dalszej podróży..
późnym wieczorem jedziemy do pobliskiego Olhao, gdzie jemy kolację i oglądamy mecz Milanu z Benfiką w LM. od pana zero-mówię-po-angielsku dowiadujemy się na migi (po 10 minutach migania) o miejscu, gdzie co rano odbywa się targ rybny. śpimy na parkingu przy nadbrzeżu, gdzie udaje mi się złapać darmowy internet. rano budzę się o 8.40 i uderzam na owy targ w centrum miasteczka. w przestronnej hali prężą się dziesiątki gatunków ryb, krabów, ośmiornic i innych podwodnych cudów. wieśniacy krzyczą, gestykulują, ekspresyjnie się targują. dookoła śmierdzi rybim szlamem. ja niestrudzenie pcham się z moim aparatem, ale o dziwo, nikt nie zwraca na mnie uwagi, jakby w ogóle mnie nie zauważali. jedna głowa ryby jest
tak duża jak ludzka. na zewnątrz, za stolikiem siedzą miejscowi i dyskutują nad porannym wydaniem gazety. ponownie można zauważyć tą małą, zamkniętą społeczność: wszyscy tutaj się znają, wszyscy żyją z rybołówstwa, wszyscy wstają wcześnie rano, jeszcze w nocy, wszyscy nawet wyglądają podobnie. wieczorem w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach -- Agata twierdzi, że to zapach palonych łusek..
Jedziemy do Albufeiry, gdzie udaje nam się znaleźć małą plażę zlokalizowaną pomiędzy dwoma pięknymi klifami. To pierwszy nasz kontakt z klifowym wybrzeżem -- trochę leżymy, a później pstrykamy fotki poszarpanych odwieczną walką wody z lądem klifów. jest pięknie -- wyszukuję łuki, które pozwalają przejść kilkumetrowymi mini-jaskiniami pod skałą. Albufeira jest już dużym komercyjnym centrum, a nasza malutka plaża znajdowała się pomiędzy dwiema innymi, z tysiącami wszędobylskich turystów. Marek z Kropą wynajmują tu hotel, my jedziemy dalej na zachód..
rybackiej przygody ciąg dalszy: w miejscowości Armacao de Pena natrafiamy a nieskomercjalizowaną plażę, na której właśnie trwa opróżnianie sieci z połowów. właśnie o takie coś mi chodziło -- zwykli ludzie przy pracy: pstrykam zdjęcia, a oni rozmawiają ze sobą ignorując istnienie aparatu. na kolację
trafiamy do lokalnej perełki -- knajpo-restauracji PIPA (sic!), która w tym roku obchodzi swoje 33 urodziny. świetna obsługa samego właściciela oraz super jedzenie (łosoś) współgra z oryginalnym wystrojem lokalu -- beczki, stare wina, kolorowe szyby, azulejos w kiblach. świetny pomysł, niesamowita atmosfera i pasja człowieka, który tego dokonał. facet mówi w kilku językach, ale to raczej dla wygody -- ma tu gości z całej Europy..
wieczorem jedziemy do Silves, gdzie w lokalnym pubie oglądamy mecz LM Sportingu Lizbona z Man Utd. kolejna ciekawa obserwacja miejscowych -- siedzą przed dwoma telewizorami (a pub jest jednocześnie siedzibą klubu piłkarskiego Silves FC) i głośno komentują mecz. ja w koszulce Polski zostaję przywitany uśmiechem barmana, który zapewne
pamiętał naszą dobrą grę w Lizbonie. później przechadzamy się po zamku i okolicach, aż natrafiamy na zatłoczony skwer (jest późno, ok 23.00): dzieciaki biegają, młodzież siedzi na murkach, a starsi grają w karty. jest w tym coś niesamowitego -- niczym nieskrępowane życie towarzyskie, na wszystkich poziomach wiekowych. rozmawiamy z nimi przez chwilę, a graczami okazują się .. Bułgarzy, którzy przyjechali tutaj do pracy. świetna sprawa i miły nocny klimacik.. dziś pierwszy od pewnego czasu nocleg z dala od oceanu, jutro uderzamy do Lagos -- miejsca wręcz magicznego..
górskie wycieczki zamkowe wydawały nam się tyleż piękne, co monotonne. monotonia miała się jednak objawić dopiero
teraz. i to ze zdwojoną mocą. region Alentejo ciągnący się aż do granic Algarve jest najgorętszym obszarem
Portugalii. przewijające się kilometrami krajobrazy wyglądają wręcz identycznie: przeogromne plantacje dębów
korkowych (największy w świecie eksport korka) i niezliczone winnice gajów oliwnych. spalone słońcem ziemie nie
grzeszą płodnością -- na pożółkłych pastwiskach opalają się stada krów i owiec, a ziemia ma wszędzie tą samą żółtą
barwę. to Alentejo. region, który mi osobiście bardzo się spodobał..
zanim dane nam było dostać się na autostradę w kierunku Evory musieliśmy przejechać przez końcówkę pasma górskiego
Serra de Estrela. ten pagórkowaty teren urzekł nas niesamowitym zestawem kolorów -- pożółkłe od słońca trawy
mieszały się z szarym granitem skał, a występująca gdzieniegdzie zieleń urozmaicała pustynny krajobraz. robimy sobie
kilka przerw, wyciągam statyw, a zdjęcia pstrykamy wprost z mało uczęszczanej drogi. tego właśnie ranka dociera do
nas, że znowu jesteśmy w trasie.
droga, bezustannie ciągnąca się droga -- symbol podróży, wolności i nowych lądów..
warto również wspomnieć o stosunkowo licznych gospodarstwach, które .. gospodarstwami były przed laty. porzucone i
zarośnięte trawą straszą zawalonymi dachami czekając na ratunek, który jednak nigdy nie nadejdzie..
w końcu wbijamy się na szybszą drogę i poprzez Estremoz dojeżdżamy do stolicy regionu Alentejo, Evory. całkiem
spore, otoczone średniowiecznymi murami miasto, jest siedzibą uniwersytetu z 1559 roku. chyba mamy szczęście, gdyż
po starówce ugania się spora grupa studentów w specyficznych odzieniach. są ubrani w czarne płaszcze, co Kropa
wdzięcznie określił mianem 'stroju batmana'. warto zobaczyć ruiny rzymskiej świątyni z I w., po której zostały tylko
korynckie kolumny i trwałe fundamenty. tak, tak, Evora, podobnie jak inne portugalskie miasta ma już ponad 2000 lat,
co w porównaniu do Polski jest bajecznym wynikiem, nie wspominając o Stanach Zjednoczonych. z uwagi na miejskie mury
i liczne historyczne zabytki, starówka Evory wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. jadąc
dalej na południe drogą IP2, a następnie 34 km mniejszą N258 (widoki jak na preriowych drogach rodem z Dzikiego
Zachodu), docieramy do pięknego miasteczka Moura.
sama nazwa dużo mówi o pochodzeniu mieściny i rzeczywiście -- nie zawodzimy się. dominują śnieżnobiałe zabudowania,
czerwono dachówkowe dachy oraz dwa nieśmiertelne portugalskie kolory: żółty oraz niebieski. piękno pięknem, jednak
największą zaletą tego regionu jest niewielka liczba turystów -- większość wybiera pobyt na plażach lub w Lizbonie.
jest to pierwsze miejsce, w którym widzimy tak wielu Portugalczyków spędzających wspólne wieczory pod gołym niebem.
ławki głównych skwerów są pełne, wszyscy wyglądają, jakby znali się od lat (bo tak pewnie jest w rzeczywistości),
istnieje TEN spokój, którego na próżno szukać w miejscowościach turystycznych. tu każdy żyje swoim i cudzym życiem;
dominuje klasyczny portugalski ubiór: wszyscy bez wyjątku faceci ubrani są w kraciastą koszulę i bawełniane spodnie.
wszyscy ogorzali od słońca, spokojni i uśmiechnięci. to właśnie z Moury pochodzi to sympatyczne ujęcie dwójki
przyjaciół zamieszczone na październikowym fotoblogu. w Alentejo mało kto mówi po angielsku i czasem rzeczywiście
ciężko jest się dogadać. Portugale są jednak z natury przyjaźni,
widać to w kontaktach międzyludzkich, więc zawsze
można starać się porozumieć w języku migowym. z lepszym, bądź gorszym skutkiem. wg przewodnika Portugalia ma 10%
analfabetów -- podejrzewamy, że znaczna ich część zamieszkuje właśnie ten region. białe zabudowania Moury wywarły na
nas potężne wrażenie, ale czas gonił -- mieliśmy już zapewniony nocleg w oddalonej o 50 km na południe Beji.
Beja to miasteczko położone na wzgórzu, przez co przez lata pełniło strategiczną rolę militarną. europejska historia zapamiętała tę osadę z czasów Juliusza Cezara, który w roku 48 pne zawarł tu rozejm z Luzytanami -- przez co miejscowość nosiła nazwę Pax-Julia. my potraktowaliśmy ją raczej .. wakacyjnie, bo przez cały wieczór nie wychyliliśmy nosa z hotelu :) a residencia owa (której nazwy niestety nie zapamiętałem) była wręcz niesamowita: cudowne miejsce z rodzinnymi fotografiami na ścianach. żółto-niebieskie wystroje pokojów z motywami mauretańskimi -- wszystko zatopione w śnieżnej bieli. fajne zapachy, śródziemnomorskie śniadanie, słońce dookoła. jeśli przyjdzie kiedyś taki dzień, że założę własny pensjonat, to będę się wzorował właśnie na tym miejscu. skąd Maurowie we wschodniej Europie? hmm, wzięli się skądś. tak jak Polacy w południowej Portugalii..
a potem było już wybrzeże. cudowne Algarve ze swoimi pięknymi plażami..
9 dzień naszego podróżowania. jesteśmy kilkanaście kilometrów od granicy z Hiszpanią w regionie Beira Alta.
wkraczamy w górzysty krajobraz, który od setek lat stanowi granicę państwa portugalskiego. jak na granicę przystało
teren obfituje w budowle obronne: umocnienia, zamki, fortece. właściwie to większość osad ludzkich w tej okolicy
wygląda podobnie: mury obronne otaczają starą część miasteczka, w której czas jakby się zatrzymał. powiewają flagi,
na górze dumnie pręży się zamek, z którego rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okoliczne niziny.
budowle te to pozostałości inwazji mauretańskiej, co widać nie tylko w architekturze obronnej. ruszamy więc na
podbój średniowiecznych wioch i zamków, które stawiane albo przez Maurów, albo w obronie przed nimi..
na pierwszy rzut poleciało Belmonte. oglądamy zamek, ale nasz podziw wzbudza bar żywcem wyciągnięty z polskich
realiów lat 70-tych. barmanka nie wykazuje żadnego zainteresowania klientem, jest tak szaro i brzydko, ściany są
takie puste, a miejscowi tak zwieśniaczali,
że aż się chce tam siedzieć, bo poranna kawa w tak zapomnianym przez
świat miejscu smakuje fantastycznie.. kolejnym miejscem była Sortelha. to już jednak ósmy cud świata: całe
miasteczko zbudowane jest z jednolitego kamienia. wydaje się, że niewielkie domki wręcz wyrastają ze skały, są jej
częścią, tak jak cała wioska jest częścią masywu górskiego. nasuwa się porównanie tego miejsca do wioski bajkowych
hobbitów, choć tamci z tego co pamiętam budowali w ziemi. kluczenie kamiennymi uliczkami pozwala na chwilowe
zagubienie się w plątaninie kierunków, choć miasteczko nie jest duże -- zamieszkuje je dzisiaj tylko ok 600
mieszkańców.
czuć średniowieczną atmosferę, tak jakby współczesność nigdy tu nie dotarła, a elektryczność stanowi
jedyny dowód
XXi wieku. przed domostwami mają oni niewielkie, bo ok 3 metrowe ogródeczki, a w każdym możliwym
miejscu wyrastają drzewa figowe. gdzieniegdzie można spotkać miejscowe babcie sprzedające własnoręcznie wykonane
lalki czy koszyki wiklinowe.. dla starszych ludzi jesteśmy jakby atrakcją -- mężczyźni siedzą na przydomowych
ławkach, w ciszy przyglądają się zafascynowanym turystom kontemplując niezmienność znanego im świata. Sortelha jest
spokojna i jakby bajkowo nostalgiczna -- w takich miejscach odkrywa się prawdziwą duszę danego kraju..
powoli wkraczamy do Beira Baixa, którego stolicą jest Castelo Branco. następnym miejscem naszej górskiej wędrówki
jest Monsanto. po drodze spotykamy wypasającego owce wieśniaka, który bardzo chętnie mi pozuje (choć trwało to
wieki, bo musiałem zatrzymać samochód, otworzyć okno, wyciągnąć aparat i ustawić ekspozycję).. Monsanto również
zachwyca -- miasteczko jest bardzo ładne, jednak tutaj już wyraźnie widać wpływy komercyjne. zresztą prawie wszędzie
można łatwo znaleźć niezwykle popularne pousadas, które są połączeniem wytwornego hotelu ze średniowiecznymi
budowlami (ceny jednak wysokie, dochodzące do 200E
za noc za pokój dwuosobowy). westchnieniem skwitowaliśmy pierwszy
widok megalitycznych okrągłych głazów spoczywających pod domkami, między nimi, a nawet wbrew fizyce, ponad
zabudowaniami. wszystko trwa tak przez tysiąclecia, gdyż pierwsze osady ludzkie istniały tu już przed naszą erą. po
dość długiej wędrówce na szczyt dochodzimy do zamku -- mieliśmy szczęście bo wyszło słońce, a widoki okolicznych
równin są wręcz nie do opisania: nagie równiny i płaskowyże tworzą jedne z najpiękniejszych portugalskich
krajobrazów.. siedzimy sobie więc na basztach zamkowych (każdy na innej), przyjemny wiatr smaga po rozgrzanych
twarzach. w takim miejscu nasuwa mi się tylko jedno: kurwa! jak ja mogłem stracić mój filtr polaryzacyjny??
krajobrazy są piękne, choć jednolite: na wypalonej ziemi ciągną się długie rzędy gajów oliwnych oraz eukaliptusy,
które przystosowały się do codziennej temperatury przekraczającej 35 stopni. po długim wyciszeniu postanawiamy
wykąpać się w pobliskim jeziorku -- cóż, z zamku wydawało się to niedaleko, ale widoczność była tak fantastyczna, że
musieliśmy do niego jechać kilkanaście kilometrów. w każdym razie fajnie się pływało, tylko dno trochę kamieniste --
jak wszystko w tym regionie..
wjeżdżamy do Alentejo! pełen wrażeń dzień kończymy w Marvao w dystrykcie Portalegre -- w najbardziej znanym i
wg niektórych najpiękniejszym ze wszystkich grodzie. miasteczko zostało założone przez islamskiego rycerza Ibn
Maruana, od którego imienia przyjęło nazwę. po odejściu stąd Maurów, w miasteczku osiedlili się mnisi i żołnierze
króla Alfonsa III -- za czasów króla Dionizego Marvao stało się jedną z głównych placówek obronnych w szeregu zamków
wzdłuż granicy z Hiszpanią. jest już ciemno, jesteśmy zmęczeni, ale takiej okazji na piękne fotografie przepuścić
nie możemy. wspinamy się dzielnie wąskimi i stromymi uliczkami, a tu niespodziewanie z jednej ze ścian wyrasta ..
bankomat. no tak, teraz wiemy, czemu wiocha jest tak popularna, choć dzisiaj zamieszkuje ją niespełna 1000
mieszkańców. docieramy pod zamknięty zamek i rozgaszczamy się w niewielkim, ale bardzo zadbanym ogrodzie. równo
przystrzyżona trawa i żywopłoty są efektownym elementem nocnej fotografii. słychać brzęczenie owadów, a bajkowe
chwile urozmaica nam butelka Porto. za 4.5E -- pyszna odmiana polskiego jabola.. następnego dnia budzę się wraz ze
słońcem i pstrykam mglisty wschód. Maras uderza na zamek, ale ja zasypiam na siedzeniu naszej Toyoty. jemy śniadanie
w jednej z wcześnie otwieranych knajpek, a mocna portugalska kawa przywraca siły. standardowo zwiedzamy zamek, ale
.. wszystkie te mauretańskie dziwactwa są na jedno kopyto, więc po południu jedziemy dalej. mamy przed końcówkę
pasma górskiego Serra de Estrela i rozległe, ciągnące się przez 300 km niziny Alentejo..
kilkudniowe kręcenie się po Lizbonie i jej okolicach miało się ku
końcowi -- czas naglił i nadeszła pora bardziej zdecydowanej podróży w
kierunku północnym, w regiony Estremadura i Ribatejo. kolejnym etapem
naszego portugalskiego szlaku miała być malownicza trasa biegnąca wzdłuż
Tagu (port. Tejo), w kierunku Santarem, Tomaru i Abrantes -- starych jak
świat miast, gdzie kulturalne prądy średniowiecznego chrześcijaństwa
przez wieki mieszały się z wpływami plemion afrykańskich (głównie
Maurów). planowałem przebić się przez most Vasco da Gamy, a następnie
obejrzeć m.in. ośrodek rycerski w Tomarze (główna siedziba portugalskich
templariuszy) i romantycznie usytuowany na wysepce pośrodku Tagu Castelo
de Almourol w okolicach Abrantes.. nie pierwszy jednak raz rzeczywistość
złagodziła moje ambitne plany i dałem się przekonać do podróży wzdłuż
wybrzeża Costa da Prata, w kierunku jedynego oprócz Nazare większego
kurortu morskiego -- Peniche..
to właśnie tutaj po raz pierwszy dane nam było położyć się na upalnych
piaskach plaż i zaznać kąpieli w słonej, choć niezbyt zachęcającej
temperaturą wodzie Atlantyku. na zboczach klifów białe domki opierają
się porywistym, płn-zach. wiatrom, nad miastem góruje Fortaleza, jednak
największą zaletą miasteczka jest zachowana w pełni rybacka tradycja --
nie ma tu zbyt wielu turystów, co akurat wyszło osadzie na
dobre..
późnym popołudniem dojeżdżamy do Obidos i jest
to pierwsze miasteczko w tym kraju, którym rzeczywiście jestem
zauroczony. wizytówką grodu są mury miejskie (po których można, a nawet
należy się przejść dookoła) i górujący nad okolicą zamek. Obidos to
stare średniowieczne miasteczko z wąskimi brukowanymi uliczkami,
białymi
domkami ozdabianymi żółtymi i niebieskimi podmurówkami, które zachowało
autentyczność, gdyż nie ma tu żadnych nowych obiektów, a liczne sklepy z
pamiątkami i kawiarnie usytuowano w historycznych obiektach. miejsce co
prawda żyje z turystyki, jednak swoją urokliwość zawdzięcza także
normalnie toczącemu się tu życiu: dzieciaki biegają po stromych
uliczkach, ktoś przesadza zawieszone wysoko pod okiennicami kwiaty,
starsze panie siedzą na ławce kontemplując wydarzenia ciepłego
popołudnia. to miejsce prawdziwe -- pierwsze, gdzie panujący klimat i
moje wewnętrzne odczucia pozostają w zgodzie z relacjami zawartymi w
przewodnikach turystycznych. sama historia osady nie jest wyjątkowo
szczególna -- była ona okupowana przez Maurów, a potem przeszła w ręce
chrześcijan. Castelo w obecnej
formie to zasługa niezmordowanego
budowniczego zamków, króla Dionizego I. leniwie popijając kawę poznajemy
właściciela kafejki. koleś tu się urodził, tu spędza całe życie i
twierdzi, że tu będzie jego grób. równolegle ze sprawami świata jest na
bieżąco i spokojnie potwierdza dobrą grę Polaków w niedawnym meczu, ale
wie, że Portugalczycy także awansują do EURO 2008. po zapadnięciu zmroku
naświetlamy uliczki chcąc zapisać na zdjęciach choć trochę atmosfery
tego miejsca. wówczas, po raz kolejny pozytywnie zaskoczeni, wdajemy się
w rozmowę
z lokalnym mieszkańcem Obidos -- gościu nad wyraz otwarty i
przyjazny zaprasza do swojego domu, a później przez pół godziny objaśnia
WSZYSTKIE warte odwiedzenia miejsca w Portugalii. pasjonat podróży i
miłośnik średniowiecznego piękna i spokoju -- właśnie dlatego tu mieszka
i z chęcią daje wskazówki potwierdzające opinię niezwykle pozytywnie
zakręconej nacji..
bogaty w wydarzenia dzień kończymy w Fatimie, do której przybywamy ok
22.30. kończy się właśnie cowieczorna procesja światła, choć nawet bez
niej nie da się pomylić tego miejsca z żadnym innym. to tutaj, w
'portugalskiej Częstochowie' trójka młodych pasterzy była świadkiem
kilkukrotnego objawienia się Matki Boskiej, po raz pierwszy 13. maja
1917 r. odtąd miasto odwiedza nawet 2 mln pielgrzymów rocznie. miasta
nie da się z niczym pomylić, gdyż wszystko podporządkowane jest tu
Kultowi Maryjnemu. w centrum potężne sanktuarium i ogromny plac
przewyższający rozmiarem nawet ten watykański. ŻADNEJ knajpki, tysiące
sklepików, w których dumnie prężą się poukładane wg wzrostu Maryjki.
humorystycznie ukazane przez Cejrowskiego w jednym z odcinków 'Boso
przez świat' miejsce jest jednak wypełnione wiarą -- i widać to na
każdym kroku.
palone w osobistych intencjach ogromne świece, pochody
przemierzających plac na kolanach wierzących, śpiewy, modlitwy i
skupienie. wzięliśmy udział we mszy w j. portugalskim, ale z kazania za
wiele nie wyniosłem. aby najbliżsi także mieli coś z naszej wycieczki,
nasze mamy i babcię wyposażamy w święcone wody i metalowe statuetki
Maryjek :) stronimy od kiczu, choć nie jest to proste w tym miejscu:
wszystko się mieni, mruga, gra i pulsuje. kolory tęczy nad głowami
świętych stawiają w mojej głowie pytania, czy aby przypadkiem chcieliby
oni być po wieki wieków prezentowani w takiej kiczowatej
otoczce..
około południa dnia następnego meldujemy się w Batalhi -- i jesteśmy
oszołomieni potęgą i pięknem stojącego tu opactwa Mosteiro de Santa
Maria da Vitoria. katedra Najświętszej Marii Panny została wzniesiona w
latach 1388-1533 jako podziękowanie Bogu za zwycięstwo Portugalczyków w
bitwie nad Kastylijczykami (Batalha oznacza po prostu 'bitwa'). furta i
zewnętrzne mury charakteryzują niezwykle bogate zdobienia
przedstawiające średniowieczny światopogląd i
postrzeganie świata oraz
Boga. wnętrze zachowało surowy gotycki charakter, a przenikające przez
kolorowe witraże słońce oświetla wnętrze, nadając mu iście bajkowego
wyglądu (co widać w fotoblogu). ciekawą częścią opactwa jest Capelas Imperfeitas
(Niedokończona Kaplica) -- pozbawione dachu ośmiokątne bogato zdobione
mury. kaplic z niewiadomych przyczyn nigdy nie nie ukończono, jednak
manuelińskie zdobienia robią
na mnie ogromne wrażenie. pod rzeźbione
motywy można włożyć palec, całość jest rzeźbiona z każdej strony, co
tłumaczy, dlaczego budynek powstawał tak długo. ogrom pracy widać w
każdym zakątku tego miejsca, gdzie kamień, jak sznur, wije się i
przeplata. wychodząc z katedry czujemy spiekotę dnia -- jest środek
września, jednak w tej szerokości geograficznej wciąż trwa upalne lato.
żar leje się nieubłaganie, dlatego kilka następnych godzin spędzamy w
przyjemnie klimatyzowanej Toyocie kierując się trasą IC3 do Coimbry..
około 900 lat temu powstała Kronika Polski (łac. Chronica Polonorum). Bolesław III Krzywousty miał trochę szczęścia w swoim żywocie i przynajmniej z dwóch powodów mógł chadzać uśmiechnięty: po pierwsze państwo polskie (a jeszcze nie Rzeczypospolita) miało się dobrze -- wzrastał rozwój, profity przynosił handel z okolicznymi państewkami i plemionami, a sąsiedzi nie odważyli się podnieść broni ku coraz silniejszemu krajowi. po drugie, miał na swoim dworze pierwszego polskiego kronikarza, nieznanego z nazwiska. Gall Anonim, jak zapamiętał go świat, opisał bieżącą sytuację Polski, spisał wydarzenia, kulturę kraju i na wieki rozsławił samego króla. to szczęśliwy traf, gdyż brak tego typu kronikarzy skutecznie pogrążył w mrocznych dziejach poprzednich polskich królów i ich bohaterskie czyny. Anonim zwany Gallem zastał Polskę w rozkwicie, a u stóp bieżących wydarzeń RP pragnę przypomnieć, jak w XII wieku opisał nieznany sobie wcześniej ląd. a może doszukamy się pewnej analogii?
przeprowadzone wczoraj wybory parlamentarne jeszcze raz pokazały, że gdy trzeba, potrafimy się zmobilizować.. najwyższa od roku '91 frekwencja (52.62%) świadczy o wzięciu spraw w swoje ręce. zdecydowane zwycięstwo centroprawicowej Platformy Obywatelskiej okrzyknięto wyraźnym sukcesem, jednak obserwatorzy zgodnie podkreślali, że tym razem głosowaliśmy na NIE-PIS, a nie na jedną konkretną partię. setki tysięcy Polaków za granicą pognało oddać swój głos, a ambasady i konsulaty pękały w szwach. ja sam zainwestowałem kilkanaście funtów i cały mój niedzielny czas,
aby dorzucić własne 2 grosze w ogólnopaństwową misję :) kolejki przed placówkami w UK sięgały kilkuset metrów, a gdy patrzyłem na twarze rodaków, na telewizję, fotoreporterów, na cały ten zgiełk wyborczy, byłem dumny, że także jestem częścią tej machiny. był też podobno Kaziu Marcinkiewicz, choć nie dane było mi go ujrzeć, a podobno staliśmy w tej samej kolejce.. prasa europejska jest wyraźnie zadowolona. relacje są optymistyczne, gdyż świat oczekuje proeuropejskich rządów.. może więc wizja Galla Anonima nie jest tak do końca stracona? może, jak śpiewał Kazik, los się musi odmienić, może miliony Polaków wrócą do swojego kraju?
W Lizbonie spędziliśmy łącznie niespełna 3 dni. piątek wieczorem i nocą to pierwsze spojrzenie na miasto oraz zabawy z resztą kibiców. sobota to luźniejsze spacery, a także zdumiewające, jak dla mnie, refleksje. stolica Portugalii nie jest cudem XXI wieku. ba, nie byłaby nawet wyróżniającym się miastem wieku XX-go. częściowym wytłumaczeniem moich wrażeń może być złe nastawienie: spodziewałem się raju, upałów i pięknego miasta na końcu Europy. a zobaczyłem coś innego, coś co na pierwszy rzut oka
przypomina zaniedbany Lwów, sytuując się jakieś 200 lat za Pragą i 100 za Krakowem.. nastrojowe wąskie, strome uliczki owszem są, prości, zwykli ludzie także, ale wszystko to jakoś niepoprawnie opakowane..
brudne ulice i zaniedbane budynki to nie wszystko. sklepy, szczególnie te małe, prywatne, prezentują się tak ubogo, że przypominają te z naszej epoki PRL-u. na półkach jest niby wiele, ale jakoś tak dziwnie szeroko porozstawiane, co potęguje uczucie niedostatku. nie ma tu miejsc porównywalnych do naszych 'Żabek', na świetle chyba się oszczędza, nie ma nawet sklepów przy stacjach benzynowych. gołym okiem widać, że średniowieczne miasto zatrzymało się w pewnym momencie swojego rozwoju, że leniwa mentalność miejscowych nie jest opinią przesadzoną.
w niedzielę, po piłkarskiej gorączce, skupiamy się na zabytkach. stare miasto nie ma jednak w sobie niczego olśniewającego i czym więcej szlajamy się po brukowanych uliczkach, tym
więcej brudnych i zaniedbanych miejsc spotykamy. XIX-wieczna katedra Sé ładnie prezentuje się od strony ulicy, a w środku mieszają się różnorodne style architektoniczne. z zamku Św. Jerzego (Castle of Sao Jorge) rozpościera się fantastyczna panorama miasta, jednak ciepłe powietrze wraz ze spalinami milionów samochodów skutecznie ograniczają widoki.. podobać się może nowoczesna dzielnica skupiona wokół Parku Narodów (Parque das Naçoes, gdzie zainwestowano kupę kasy, ale gdzie wydane euro naprawdę widać. piękne hale zbudowane na targi Expo w roku 98, fontanny, wieże i, przede wszystkim, 17 kilometrowy most Vasco da Gama).. przy wyjeździe z miasta można obejrzeć bardzo ciekawą Wieżę Belem (Torre de Belém) -- to właśnie tu zapatrzony w atlantycki zachód słońca pozbyłem się moich akcesoriów fotograficznych..
ludzie to rozdział specyficzny. generalnie na plus -- w stolicy po angielsku mówi większość, a do tego są mili i przyjacielscy. z właścicielami sklepów i restauracyjek rozmawiamy o meczu -- wszyscy z uśmiechem i kurtuazyjnie życzą nam (i sobie jednocześnie) powodzenia.. gdziekolwiek nie spyta się kogoś o drogę, służą pomocą. miejscowi są dość charakterystyczni, a ich stosunek do czasu, obowiązków, jedzenia i przyjemności w ogóle, budzi kontrowersje. są zdecydowanie inni niż dokładni Niemcy, ekstrawaganccy Francuzi, czy zburaczali Angole. są uśmiechnięci, poruszają się leniwie, a, jak zapewniał nas mój dobry kolega z czasów wymiany studenckiej -- Tiago, pieniądze lecą im przez palce na każdym kroku. i może to właśnie jest powodem ich bieżącej pozycji w świecie i pogłębiającej się przepaści w stosunku do sąsiedniej Hiszpanii.. przygotowując się do wyjazdu przeczytałem gdzieś w necie bardzo ciekawą opinię, którą po powrocie, w 100% potwierdzam. otóż Portugalia dalej będzie przejadać unijne pieniądze i nadal będzie wiodła beztroski żywot kraju swojskiego, peryferyjnego i zaściankowego, z 10% analfabetów, takiego ubogiego krewnego Hiszpanii, która unijnych pieniędzy nie przejadła, zainwestowała, pobudowała się i dziś jest już Zachodem pełną gębą. a Portugalia -- nie. tu wciąż czas płynie wolniej, nikomu się specjalnie nie spieszy, zawsze znajdzie się chwila, żeby stanąć i pokontemplować odwieczny taniec dostojnych fal Atlantyku. a od tego zaczęła się właśnie wielka przygoda morska Portugalczyków kilka stuleci temu. bo Portugalczycy -- aż trudno w to dziś uwierzyć -- mieli kiedyś swoje wielkie pięć minut w historii..
misja Portugalia dobiegła końca -- było to 16 pełnych wrażeń dni, podczas których objechaliśmy ważniejsze miejsca we wszystkich rejonach kraju. nasza Toyotka Auris zrobiła łącznie 2150 km zaliczając na swojej trasie wąskie uliczki największych miast, skaliste wybrzeże Atlantyku, kręte malownicze drogi wzdłuż rzeki Douro, niesamowite górskie wioski i zamki pasma Serra da Estrela i pobliskich wyżyn, cudownie puste przestrzenie Alentejo i wreszcie upalne i piękne plaże Algarve.. była też świadkiem wspaniałych wschodów i zachodów słońca i, przede wszystkim, moich z Agatką zaręczyn! postaram się systematycznie wrzucać dokładny opis, nasze wrażenia i zdjęcia z wyprawy po Portugalii. teraz na szybko prezentuję mapę oraz miejsca, które odwiedziliśmy. liczby obok miejsc określają kolejne spędzane tam dni.. pierwsze 3 dni spędziliśmy w Lizbonie zwiedzając miasto i dopingując Polaków w fantastycznym od strony polskiego kibica meczu z miejscowymi. w 4 dniu naszym oczom ukazała się Sintra oraz Cabo da Roca -- najdalej na zachód wysunięty kraniec kontynentalnej Europy. to miejsce pasjonujące i magiczne, szczególnie dla nas. kolejne dni to droga na północ w kierunku Fatimy. po drodze zaliczamy wioskę rybacką Peniche oraz fascynujące miasteczko zamkowe Obidos. nocleg w Fatimie, a następny dzień to wrażenia związane z klasztorem w Batalhi oraz ruinami największej rzymskiej osady -- Conimgrigą. później przez 3 dni zwiedzamy uniwersytecką Coimbrę oraz znane ze wspaniałych win -- Porto. właśnie w Porto spotykamy się z Tiagiem, moim dobrym kumplem z czasów wymiany na Politechnice. następnego dnia suniemy malowniczymi i krętymi trasami wzdłuż rzeki Douro, a noc zastaje nas już w Guardzie -- pierwszym spośród wielu miasteczek-grodów wzdłuż granicy z Hiszpanią. kolejne dni to zjazd na południe i zwiedzanie chyba najwspanialszych miejsc w tym kraju -- starych jak świat osad-fortyfikacji, w której czas jakby się zatrzymał, a średniowiecze przypomina o sobie na każdym kroku.. po malowniczych góskich wrażeniach czekał nas szybki zjazd nad ocean, jednak rejon Alantejo przez który przejeżdżaliśmy zachwycił mnie malowniczością (i jednostajnością) krajobrazu, w którym dominowały gaje oliwne i drzewa korkowe. ostatnie 5 dni naszej wycieczki to rozgrzane słońcem Algarve, czyli plaże i niewielkie osady rybackie..
było pięknie, choć pechowo. w 3 dniu wyprawy straciłem moją torbę fotograficzną ze wszystkimi akcesoriami, w tym z polaryzatorem, który miał być w Portugalii hitem sezonu :( miał zapewnić fantastyczne zdjęcia, a .. wyszło jak zawsze. w ósmym dniu w Porto zawinęli nam samochód na lawetę, a jego odbiór z parkingu policyjnego kosztował nas.. za dużo. w międzyczasie chłopaki zaliczyli niespodziewany kontakt ze znakiem drogowym, a co za tym idzie przeorali cały prawy bok swojego auta. podsumowując: mnóstwo wrażeń, zróżnicowane okolice i .. nadmiarowe koszty. to w skrócie, wkrótce szersza relacja :)
kilkudniowe kręcenie się po Lizbonie i jej okolicach miało się ku
końcowi -- czas naglił i nadeszła pora bardziej zdecydowanej podróży w
kierunku północnym, w regiony Estremadura i Ribatejo. kolejnym etapem
naszego portugalskiego szlaku miała być malownicza trasa biegnąca wzdłuż
Tagu (port. Tejo), w kierunku Santarem, Tomaru i Abrantes -- starych jak
świat miast, gdzie kulturalne prądy średniowiecznego chrześcijaństwa
przez wieki mieszały się z wpływami plemion afrykańskich (głównie
Maurów). planowałem przebić się przez most Vasco da Gamy, a następnie
obejrzeć m.in. ośrodek rycerski w Tomarze (główna siedziba portugalskich
templariuszy) i romantycznie usytuowany na wysepce pośrodku Tagu Castelo
de Almourol w okolicach Abrantes.. nie pierwszy jednak raz rzeczywistość
złagodziła moje ambitne plany i dałem się przekonać do podróży wzdłuż
wybrzeża Costa da Prata, w kierunku jedynego oprócz Nazare większego
kurortu morskiego -- Peniche..
to właśnie tutaj po raz pierwszy dane nam było położyć się na upalnych
piaskach plaż i zaznać kąpieli w słonej, choć niezbyt zachęcającej
temperaturą wodzie Atlantyku. na zboczach klifów białe domki opierają
się porywistym, płn-zach. wiatrom, nad miastem góruje Fortaleza, jednak
największą zaletą miasteczka jest zachowana w pełni rybacka tradycja --
nie ma tu zbyt wielu turystów, co akurat wyszło osadzie na
dobre..
późnym popołudniem dojeżdżamy do Obidos i jest
to pierwsze miasteczko w tym kraju, którym rzeczywiście jestem
zauroczony. wizytówką grodu są mury miejskie (po których można, a nawet
należy się przejść dookoła) i górujący nad okolicą zamek. Obidos to
stare średniowieczne miasteczko z wąskimi brukowanymi uliczkami,
białymi
domkami ozdabianymi żółtymi i niebieskimi podmurówkami, które zachowało
autentyczność, gdyż nie ma tu żadnych nowych obiektów, a liczne sklepy z
pamiątkami i kawiarnie usytuowano w historycznych obiektach. miejsce co
prawda żyje z turystyki, jednak swoją urokliwość zawdzięcza także
normalnie toczącemu się tu życiu: dzieciaki biegają po stromych
uliczkach, ktoś przesadza zawieszone wysoko pod okiennicami kwiaty,
starsze panie siedzą na ławce kontemplując wydarzenia ciepłego
popołudnia. to miejsce prawdziwe -- pierwsze, gdzie panujący klimat i
moje wewnętrzne odczucia pozostają w zgodzie z relacjami zawartymi w
przewodnikach turystycznych. sama historia osady nie jest wyjątkowo
szczególna -- była ona okupowana przez Maurów, a potem przeszła w ręce
chrześcijan. Castelo w obecnej
formie to zasługa niezmordowanego
budowniczego zamków, króla Dionizego I. leniwie popijając kawę poznajemy
właściciela kafejki. koleś tu się urodził, tu spędza całe życie i
twierdzi, że tu będzie jego grób. równolegle ze sprawami świata jest na
bieżąco i spokojnie potwierdza dobrą grę Polaków w niedawnym meczu, ale
wie, że Portugalczycy także awansują do EURO 2008. po zapadnięciu zmroku
naświetlamy uliczki chcąc zapisać na zdjęciach choć trochę atmosfery
tego miejsca. wówczas, po raz kolejny pozytywnie zaskoczeni, wdajemy się
w rozmowę
z lokalnym mieszkańcem Obidos -- gościu nad wyraz otwarty i
przyjazny zaprasza do swojego domu, a później przez pół godziny objaśnia
WSZYSTKIE warte odwiedzenia miejsca w Portugalii. pasjonat podróży i
miłośnik średniowiecznego piękna i spokoju -- właśnie dlatego tu mieszka
i z chęcią daje wskazówki potwierdzające opinię niezwykle pozytywnie
zakręconej nacji..
bogaty w wydarzenia dzień kończymy w Fatimie, do której przybywamy ok
22.30. kończy się właśnie cowieczorna procesja światła, choć nawet bez
niej nie da się pomylić tego miejsca z żadnym innym. to tutaj, w
'portugalskiej Częstochowie' trójka młodych pasterzy była świadkiem
kilkukrotnego objawienia się Matki Boskiej, po raz pierwszy 13. maja
1917 r. odtąd miasto odwiedza nawet 2 mln pielgrzymów rocznie. miasta
nie da się z niczym pomylić, gdyż wszystko podporządkowane jest tu
Kultowi Maryjnemu. w centrum potężne sanktuarium i ogromny plac
przewyższający rozmiarem nawet ten watykański. ŻADNEJ knajpki, tysiące
sklepików, w których dumnie prężą się poukładane wg wzrostu Maryjki.
humorystycznie ukazane przez Cejrowskiego w jednym z odcinków 'Boso
przez świat' miejsce jest jednak wypełnione wiarą -- i widać to na
każdym kroku.
palone w osobistych intencjach ogromne świece, pochody
przemierzających plac na kolanach wierzących, śpiewy, modlitwy i
skupienie. wzięliśmy udział we mszy w j. portugalskim, ale z kazania za
wiele nie wyniosłem. aby najbliżsi także mieli coś z naszej wycieczki,
nasze mamy i babcię wyposażamy w święcone wody i metalowe statuetki
Maryjek :) stronimy od kiczu, choć nie jest to proste w tym miejscu:
wszystko się mieni, mruga, gra i pulsuje. kolory tęczy nad głowami
świętych stawiają w mojej głowie pytania, czy aby przypadkiem chcieliby
oni być po wieki wieków prezentowani w takiej kiczowatej
otoczce..
około południa dnia następnego meldujemy się w Batalhi -- i jesteśmy
oszołomieni potęgą i pięknem stojącego tu opactwa Mosteiro de Santa
Maria da Vitoria. katedra Najświętszej Marii Panny została wzniesiona w
latach 1388-1533 jako podziękowanie Bogu za zwycięstwo Portugalczyków w
bitwie nad Kastylijczykami (Batalha oznacza po prostu 'bitwa'). furta i
zewnętrzne mury charakteryzują niezwykle bogate zdobienia
przedstawiające średniowieczny światopogląd i
postrzeganie świata oraz
Boga. wnętrze zachowało surowy gotycki charakter, a przenikające przez
kolorowe witraże słońce oświetla wnętrze, nadając mu iście bajkowego
wyglądu (co widać w fotoblogu). ciekawą częścią opactwa jest Capelas Imperfeitas
(Niedokończona Kaplica) -- pozbawione dachu ośmiokątne bogato zdobione
mury. kaplic z niewiadomych przyczyn nigdy nie nie ukończono, jednak
manuelińskie zdobienia robią
na mnie ogromne wrażenie. pod rzeźbione
motywy można włożyć palec, całość jest rzeźbiona z każdej strony, co
tłumaczy, dlaczego budynek powstawał tak długo. ogrom pracy widać w
każdym zakątku tego miejsca, gdzie kamień, jak sznur, wije się i
przeplata. wychodząc z katedry czujemy spiekotę dnia -- jest środek
września, jednak w tej szerokości geograficznej wciąż trwa upalne lato.
żar leje się nieubłaganie, dlatego kilka następnych godzin spędzamy w
przyjemnie klimatyzowanej Toyocie kierując się trasą IC3 do Coimbry..
Baker Lake -- wilki morskie..
10.09.2010; 20:31
namiotowanie na dziko w Mt. Baker-Snoqualmie National Forest. ośnieżony wulkan Mt Baker w tle, taplamy się w jeziorze Baker -- woda ciepła, wakacyjna atmosfera..
kategoria: humor link bezpośredni
wschodnia część stanu Waszyngton -- cz. III -- impresje Palouse..
06.09.2010; 08:08
kategoria: podróże link bezpośredni
wschodnia część stanu Waszyngton -- cz. II -- Palouse County..
02.09.2010; 21:35
są takie miejsca na Ziemi o których się filozofom nie śniło.. o Palouse nie śniło się również francuskim traperom, którzy w XVII wieku dotarli do wschodnich obszarów dzisiejszego terytorium stanu Waszyngton. jedna z teorii, mówi iż to właśnie oni nazwali ten obszar Palouse -- od francuskiego pelouse oznaczającego trawę, trawnik. druga z teorii, nieco bardziej romantyczna, mówi, iż nazwa obszaru (i miasteczka) pochodzi od zamieszkujących te obszary od tysiącleci Indian Sehaptin, a dokładnie od ich głównej wioski, zwanej Palus..
o Palouse nie śniło się również mnie -- owszem, o miejscu dowiedziałem się w 2007 roku z tego zdjęcia na trekearth, ale w życiu nie przypuszczałem, że kiedyś osobiście tu dojadę. było to kilka lat przed decyzją o przeniesieniu się do Stanów i dopiero w Seattle wykluła się myśl, aby podczas wyprawy do Yellowstone zrobić sobie tu przerwę.. hrabstwo Palouse znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od granicy Waszyngtonu z Idaho, blisko autostrady I-90, którą jak przecinak mknęliśmy na Wschód przez ponad 800km..
najlepszym miejscem do podziwiania malowniczego pofałdowania terenu jest park stanowy Steptoe Butte. pierwsze z poniższych zdjęć zrobiłem już o 3.30 nad ranem -- cały trik polegał na przybyciu na miejsce w nocy, tak aby zabawę rozpocząć przed wschodem słońca. na wzniesienie dojechaliśmy ok 1 w nocy, 2 godziny snu i zacząłem rozkładanie statywu. na miejscu był jeszcze jeden fotograf (również ze Seattle), a po wschodzie słońca, ok 4.30, przyjechało kolejnych dziesięciu. rozpoczęło się malowniczo: słońce wzeszło jak przewidział Kopernik, później niestety grube chmury zabrały całe jego ciepło. dopiero ok 5, dosłownie na 15 minut słońce znowu się przebiło i z tego momentu pochodzi większość poniższych zdjęć. czapka, rękawiczki, solidny statyw i długi obiektyw (ja miałem 200mm z 1.5 cropem) to podstawa -- na górze wieje i jest dosyć zimno..















o Palouse nie śniło się również mnie -- owszem, o miejscu dowiedziałem się w 2007 roku z tego zdjęcia na trekearth, ale w życiu nie przypuszczałem, że kiedyś osobiście tu dojadę. było to kilka lat przed decyzją o przeniesieniu się do Stanów i dopiero w Seattle wykluła się myśl, aby podczas wyprawy do Yellowstone zrobić sobie tu przerwę.. hrabstwo Palouse znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od granicy Waszyngtonu z Idaho, blisko autostrady I-90, którą jak przecinak mknęliśmy na Wschód przez ponad 800km..
najlepszym miejscem do podziwiania malowniczego pofałdowania terenu jest park stanowy Steptoe Butte. pierwsze z poniższych zdjęć zrobiłem już o 3.30 nad ranem -- cały trik polegał na przybyciu na miejsce w nocy, tak aby zabawę rozpocząć przed wschodem słońca. na wzniesienie dojechaliśmy ok 1 w nocy, 2 godziny snu i zacząłem rozkładanie statywu. na miejscu był jeszcze jeden fotograf (również ze Seattle), a po wschodzie słońca, ok 4.30, przyjechało kolejnych dziesięciu. rozpoczęło się malowniczo: słońce wzeszło jak przewidział Kopernik, później niestety grube chmury zabrały całe jego ciepło. dopiero ok 5, dosłownie na 15 minut słońce znowu się przebiło i z tego momentu pochodzi większość poniższych zdjęć. czapka, rękawiczki, solidny statyw i długi obiektyw (ja miałem 200mm z 1.5 cropem) to podstawa -- na górze wieje i jest dosyć zimno..















kategoria: podróże link bezpośredni
wschodnia część stanu Waszyngton -- cz. I -- pustynia..
30.08.2010; 06:37
Góry Kaskadowe dzielą stan Waszyngton na wilgotną, mokrą wręcz, część zachodnią, suche, spalone słońcem obszary centralne i na rolnicze, prawie w całości porośnięte trawami i zbożami, tereny Wschodu. o Zachodzie piszę bez przerwy -- począwszy od oceanu, to Płw. Olimpijski, przez Seattle i czyli wszystko znajdujące się po prawej stronie Kaskad. w część centralną i wschodnią po raz pierwszy zapuściliśmy się przy okazji drogi do Yellowstone -- stan jest duży, jego powierzchnia to ok. 60% powierzchni Polski, więc przejechanie trasy ze Seattle do granicy z Idaho zajmuje przynajmniej ok. 5 godzin..
w tej notce kilka słów o części centralnej: po przejechaniu gór teren powoli opada, a jego klimat drastycznie się zmienia. po kilkudziesięciu milach znikają drzewa, a całą roślinność, aż po sam horyzont, stanowią suche i niskie krzewy. pagórkowaty step ciągnie się przez długie mile po obu stronach autostrady I-90, a po pewnym czasie i te krzewy znikają, a obszar przemienia się w kamienną pustynię. jednym z nielicznych urozmaiceń jest tu rzeka Columbia -- ogromna, wolno płynąca woda, której źródła wybijają w Kanadzie, a dorzecze stanowi obszar porównywalny z terenem Francji.. brzegi rzeki, przez miliony lat wyżłabiane przez wodę przypominają mi w pewnym stopniu Wielki Kanion -- ten sam rodzaj skały, podobna geologia, nawet nazwa rzeki podoba..












w tej notce kilka słów o części centralnej: po przejechaniu gór teren powoli opada, a jego klimat drastycznie się zmienia. po kilkudziesięciu milach znikają drzewa, a całą roślinność, aż po sam horyzont, stanowią suche i niskie krzewy. pagórkowaty step ciągnie się przez długie mile po obu stronach autostrady I-90, a po pewnym czasie i te krzewy znikają, a obszar przemienia się w kamienną pustynię. jednym z nielicznych urozmaiceń jest tu rzeka Columbia -- ogromna, wolno płynąca woda, której źródła wybijają w Kanadzie, a dorzecze stanowi obszar porównywalny z terenem Francji.. brzegi rzeki, przez miliony lat wyżłabiane przez wodę przypominają mi w pewnym stopniu Wielki Kanion -- ten sam rodzaj skały, podobna geologia, nawet nazwa rzeki podoba..












kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. VII -- Mammoth Hot Springs..
19.08.2010; 23:55
to już ostatnia część naszej yellowstonowskiej przygody. mógłbym tak jeszcze długo pisać o tych miejscach, ale powoli fotki mi się kończą, a i już czas na kolejne wyprawy.. docieramy do gorących źródeł Mammoth znajdujących się w północno-zachodniej części parku. sporą część obiektów wartych zwiedzenia stanowią tarasy (od Mammoth Terraces), czyli zespół wzgórz pokrytych osadami wapienia wytrąconymi z wybijającej tu wody. śnieżnobiałe tarasy powstawały przez tysiące lat, gdy wypływająca z wnętrza ziemi woda o temperaturze ok 77st C ochładzała się wytrącając węglan wapnia..
w czasie naszego pobytu tarasy w większości pozostawały suche. dopiero później doczytałem, że źródło, które przez lata stworzyło to cudo zostało przesunięte na skutek niewielkiego wybuchu wulkanu. podobne rzeczy zdarzały się w historii wielokrotnie, stąd Mammoth Hot Spirings są tak bardzo rozległe. przez cały obszar źródeł prowadzą drewniane kładki, a szczególne wrażenie robią na nas obumarłe przed laty drzewa. kiedyś był tu las, o którym dzisiaj przypominają nam tylko pojedyncze zasuszone w wapieniu kawałki drzew.
obok źródeł znajdują się największe zabudowania w parku. oprócz fortu Yellowstone wybudowano tu dość spory Mammoth Hotel, więc my uciekamy od razu po obejrzeniu źródeł. nasz kemping znajdował się nad jeziorem Yellowstone w południowej części parku, mamy więc do pokonania prawie całą trasę z północy -- w sumie prawie 2 godziny jazdy.




















w czasie naszego pobytu tarasy w większości pozostawały suche. dopiero później doczytałem, że źródło, które przez lata stworzyło to cudo zostało przesunięte na skutek niewielkiego wybuchu wulkanu. podobne rzeczy zdarzały się w historii wielokrotnie, stąd Mammoth Hot Spirings są tak bardzo rozległe. przez cały obszar źródeł prowadzą drewniane kładki, a szczególne wrażenie robią na nas obumarłe przed laty drzewa. kiedyś był tu las, o którym dzisiaj przypominają nam tylko pojedyncze zasuszone w wapieniu kawałki drzew.
obok źródeł znajdują się największe zabudowania w parku. oprócz fortu Yellowstone wybudowano tu dość spory Mammoth Hotel, więc my uciekamy od razu po obejrzeniu źródeł. nasz kemping znajdował się nad jeziorem Yellowstone w południowej części parku, mamy więc do pokonania prawie całą trasę z północy -- w sumie prawie 2 godziny jazdy.




















kategoria: podróże link bezpośredni
we're all living in America, Amerika is wunderbar.
18.08.2010; 07:09
właśnie mija 400 dni naszego życia w Stanach -- w Ameryce, krainie luksusu i wszechobecnego szczęścia. jak zapodawał Muniek przed laty:
Stany, Sany, fajowa jazda
Zjednoczonych łopot flag
Ameryka, gwiaździsty sztandar
Czujesz klimat, na pewno tak..
no, a że nie zawsze jest łatwo, to zapraszam do wygrzebanego na tubie filmiku..
Stany, Sany, fajowa jazda
Zjednoczonych łopot flag
Ameryka, gwiaździsty sztandar
Czujesz klimat, na pewno tak..
no, a że nie zawsze jest łatwo, to zapraszam do wygrzebanego na tubie filmiku..
kategoria: humor link bezpośredni
Yellowstone cz. VI -- cały ten dymiący świat..
17.08.2010; 02:17
no dobra, dochodzimy do elementów z których Yellowstone słynie w świecie. bo umówmy się, zwierzęta i piękne widoki to nie atrakcje decydujące o randze tego miejsca. Yellowstone słynie z gejzerów, zarówno tych wodnych, jak i błotnych, oraz gorących źródeł. hot springs to miejsca, w których podziwiamy kolorystykę nadaną gorącej wodzie przez florę bakteryjną, gejzery natomiast zaskakują swoją siłą, i co warto podkreślić, regularnością..
jesteśmy w południowo-zachodniej części parku -- to tu znajduje się jedna z największych atrakcji tego miejsca: Old Faithful. stary wierny, w dosłownym tłumaczeniu, gejzer zyskał taką nazwę już w 1870 roku, gdy badacze jednej z ekspedycji zauważyli niezwykłą regularność jego erupcji. co 90 minut woda dochodzi do poziomu wrzenia i wystrzeliwana jest w powietrze. nie jest to ani najefektowniejszy, ani nawet największy gejzer w parku, jednak jego regularność sprawia, że od dziesiątek lat gromadzi on publikę na swoje kilkuminutowe show.. dookoła umieszczono kilka rzędów ławek -- stary wierny gejzer jest tu przecież głównym aktorem tego widowiska..
idziemy dalej, w najbliższej okolicy znajduje się jeszcze kilka ciekawych miejsc. mijamy castle geyser, którego budowa i wysokie ścianki rzeczywiście przypominają zamek. zresztą takich obrazowych nazw jest tu jeszcze sporo -- w końcu wszystkie te strzelające mechanizmy trzeba jakoś wyróżnić. jest więc heart spring, sawmill geyser czy giantess geyser. w końcu dochodzimy do dwóch bajkowych gorących źródeł: liberty pool ze swoją wielkością idealnie wpasuje się w mój szerokokątny obiektyw oraz, najbardziej znany, morning glory pool. ten ostatni wygląda imponująco -- wygląda dzisiaj, bo przez kilka ostatnich lat prezentował się bardziej szarawo. mądrzy turyści wrzucali do środka monety i inne butelki, co spowodowało zmiany w jego wewnętrznej strukturze, a w pewnym momencie zablokowało wręcz całe źródło.. dobra, nie nawijam już i zapraszam do zdjęć -- podane w kolejności zgodnej z opisem.












jesteśmy w południowo-zachodniej części parku -- to tu znajduje się jedna z największych atrakcji tego miejsca: Old Faithful. stary wierny, w dosłownym tłumaczeniu, gejzer zyskał taką nazwę już w 1870 roku, gdy badacze jednej z ekspedycji zauważyli niezwykłą regularność jego erupcji. co 90 minut woda dochodzi do poziomu wrzenia i wystrzeliwana jest w powietrze. nie jest to ani najefektowniejszy, ani nawet największy gejzer w parku, jednak jego regularność sprawia, że od dziesiątek lat gromadzi on publikę na swoje kilkuminutowe show.. dookoła umieszczono kilka rzędów ławek -- stary wierny gejzer jest tu przecież głównym aktorem tego widowiska..
idziemy dalej, w najbliższej okolicy znajduje się jeszcze kilka ciekawych miejsc. mijamy castle geyser, którego budowa i wysokie ścianki rzeczywiście przypominają zamek. zresztą takich obrazowych nazw jest tu jeszcze sporo -- w końcu wszystkie te strzelające mechanizmy trzeba jakoś wyróżnić. jest więc heart spring, sawmill geyser czy giantess geyser. w końcu dochodzimy do dwóch bajkowych gorących źródeł: liberty pool ze swoją wielkością idealnie wpasuje się w mój szerokokątny obiektyw oraz, najbardziej znany, morning glory pool. ten ostatni wygląda imponująco -- wygląda dzisiaj, bo przez kilka ostatnich lat prezentował się bardziej szarawo. mądrzy turyści wrzucali do środka monety i inne butelki, co spowodowało zmiany w jego wewnętrznej strukturze, a w pewnym momencie zablokowało wręcz całe źródło.. dobra, nie nawijam już i zapraszam do zdjęć -- podane w kolejności zgodnej z opisem.












kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. V -- Grand Prismatic Spring..
11.08.2010; 02:19
Grand Prismatic to największe w Stanach i trzecie co do wielkości na świecie źródło termalne. jest jedną z największych atrakcji parku Yellowstone. do samego źródła prowadzi stosunkowo długa i podniesiona na drewnianych palach ścieżka, a podczas drogi niejednokrotnie toniemy w kłębach pary. wydobywająca się z głównego źródła woda spływa z delikatnie nachylonego wzgórza, co powoduje, że obszar Grand Prismatic zdecydowanie się powiększa.
niezrównane kolory tego miejsca to zasługa bakterii pokrywających ścianki tego źródła termalnego, głównie z powodu bardzo bogatej w minerały wody. bakteria tworzy barwniki (od zieleni do czerwieni), a ich występowanie i natężenie zależy w dużej mierze od temperatury wody. kolorystykę źródła najlepiej widać na zdjęciach zrobionych z wysokości: z samolotu, ale też z sąsiadującego z tym miejscem wzgórza. w necie znajduje się cała masa bajkowych kolorystycznie fotek -- zachęcam do pogooglania, bo moje fotki tego nie pokazują..
odwiedzając te źródła po raz pierwszy w Yellowstone (to był już nasz trzeci dzień) spotkaliśmy Polaków. i to od razu hurtowo -- w sile 40 głów. ekipa naszych rodaków wybrała się tu autobusem z Chicago z polskiego biura podróży ;)








niezrównane kolory tego miejsca to zasługa bakterii pokrywających ścianki tego źródła termalnego, głównie z powodu bardzo bogatej w minerały wody. bakteria tworzy barwniki (od zieleni do czerwieni), a ich występowanie i natężenie zależy w dużej mierze od temperatury wody. kolorystykę źródła najlepiej widać na zdjęciach zrobionych z wysokości: z samolotu, ale też z sąsiadującego z tym miejscem wzgórza. w necie znajduje się cała masa bajkowych kolorystycznie fotek -- zachęcam do pogooglania, bo moje fotki tego nie pokazują..
odwiedzając te źródła po raz pierwszy w Yellowstone (to był już nasz trzeci dzień) spotkaliśmy Polaków. i to od razu hurtowo -- w sile 40 głów. ekipa naszych rodaków wybrała się tu autobusem z Chicago z polskiego biura podróży ;)








kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. IV -- wielki kanion..
10.08.2010; 01:20
The Grand Canyon of Yellowstone wygląda imponująco. szczególnie w ciepłym popołudniowym słońcu wyciągającym z pionowych wręcz ścian wszystkie możliwe barwy i odcienie. tajemnica kontrastujących ze sobą żółci i czerwieni leży w pierwiastkach żelaza, które przez miliony lat ulegały przeróżnym zmianom termalnym. dno kanionu było niegdyś gejzerem -- siłą, która przez wieki podgrzewała okoliczne skały powodując wytrącenie się różnych składowych żelaza..
kanion liczy niecały kilometr, jego głębokość sięga do 250 metrów, a geolodzy są zgodni, że jego powstanie wiąże się z erozją, a nie wpływem lodowca, który zresztą przykrywał kiedyś te tereny. w jego początkowej (zachodniej) części znajdują się dwa wodospady -- górny i dolny -- na zdjęciach poniżej uwieczniłem tylko ten pierwszy. dnem kanionu Yellowstone płynie, jakże by inaczej, rzeka Yellowstone. na całej długości znajdują się punkty widokowe -- w tym ten najefektowniejszy: Artists Point, równoległy do wodospadu, na którym panuje tłok jak w czasie weekendu na Krupówkach. drugi ze znanych spotów to Inspiration Point -- gołym okiem widać, że sto lat temu nazwy te wyszły spod rozmarzonych spojrzeń dusz artystycznych.. dookoła pobudowano kilka parkingów, więc Amerykanie się zbytnio nie zmęczą chodzeniem -- my zeszliśmy prawie na samo dno kanionu korzystając ze ścieżki wujka tomka (Uncle Tom's Trail) -- to stąd pochodzi naświetlane przez dwie sekundy zdjęcie aksamitnego wodospadu..








kanion liczy niecały kilometr, jego głębokość sięga do 250 metrów, a geolodzy są zgodni, że jego powstanie wiąże się z erozją, a nie wpływem lodowca, który zresztą przykrywał kiedyś te tereny. w jego początkowej (zachodniej) części znajdują się dwa wodospady -- górny i dolny -- na zdjęciach poniżej uwieczniłem tylko ten pierwszy. dnem kanionu Yellowstone płynie, jakże by inaczej, rzeka Yellowstone. na całej długości znajdują się punkty widokowe -- w tym ten najefektowniejszy: Artists Point, równoległy do wodospadu, na którym panuje tłok jak w czasie weekendu na Krupówkach. drugi ze znanych spotów to Inspiration Point -- gołym okiem widać, że sto lat temu nazwy te wyszły spod rozmarzonych spojrzeń dusz artystycznych.. dookoła pobudowano kilka parkingów, więc Amerykanie się zbytnio nie zmęczą chodzeniem -- my zeszliśmy prawie na samo dno kanionu korzystając ze ścieżki wujka tomka (Uncle Tom's Trail) -- to stąd pochodzi naświetlane przez dwie sekundy zdjęcie aksamitnego wodospadu..








kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. III -- zwierzęta..
06.08.2010; 01:51
najlepszym miejscem do obserwacji fauny w Yellowstone jest Dolina Lamar (Lamar Valley na północnym wschodzie parku). jest to naturalne środowisko na jednych gatunków, a dla drugich docelowe miejsce wędrówki do wieczornego wodopoju. właśnie wieczorem oraz wczesnym rankiem spotyka się tu największą liczbę bizonów, łosi, jeleni i wapiti. oczywiście park aż tętni od zwierząt i można spotkać je praktycznie wszędzie. kiedy widzi się zastój na drodze to można być pewnym, że samochody zatrzymały się z uwagi na jakieś zwierzęta. największą furorę robią oczywiście niedźwiedzie -- my spotkaliśmy je dwukrotnie: najpierw samicę grizzly z dwoma potomkami w okolicy Mount Washburn (zachodnia część ósemki), następnie niedźwiedzia czarnego na północy, w drodze nad Mammoth Hot Springs. wdzięcznym obiektem fotografowania są bizony -- w Dolnie Lamar spotkaliśmy całe stado, które po jakimś czasie postanowiło przekroczyć drogę. to właśnie z tego miejsca pochodzi większość poniższych fotek. ja fotografuję obiektywem o ogniskowej 200mm, co przy mojej matrycy daje zoom o długości 300mm. trochę to mało, szczególnie w przypadku zwierząt płochliwych. w innym miejscu spotkałem pasjonatów fotografii ptaków, ale tamci mieli lufy wielkiego kalibru, min 500mm..
3 tygodnie od naszego powrotu na jednym z północnych kempingów niedźwiedź w nocy zaatakował kilka osób. nie wiadomo co spowodowało taką agresję o zwierzęcia, zginęła jedna osoba.. pełny artykuł tutaj..

















3 tygodnie od naszego powrotu na jednym z północnych kempingów niedźwiedź w nocy zaatakował kilka osób. nie wiadomo co spowodowało taką agresję o zwierzęcia, zginęła jedna osoba.. pełny artykuł tutaj..

















kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. II -- samochodem po parku..
05.08.2010; 02:27
po parku podróżuje się samochodem. dla Europejczyków brzmi to irracjonalnie, ale większość Parków Narodowych Ameryki jest tak rozległa, że własne auto lub motor to jedyne rozwiązanie. spójrzcie na mapkę poniżej -- charakterystyczna sieć dróg w kształcie ósemki sprawia, że do każdej z atrakcji parku można szybko i sprawnie dotrzeć własnym środkiem transportu. szybko jest tu pojęciem względnym, bo objechanie całego parku trwa godzinami. i nie chodzi tu o wymiary parku, a raczej o ograniczenie prędkości do 35 mil na godzinę (56km/h). drogi są tu wspaniałe, ale zwierzęta, które są tu wszędzie, bardzo często przecinają drogę, więc trzeba jeździć bardzo ostrożnie. już po pierwszej godzinie po wjechaniu do Yellowstone widzieliśmy dwa groźne wypadki, prawdopodobnie po zderzeniu ze zwierzętami..

pierwsza relacja to głównie ogólne widoki z parku, nie powiązane z żadnym konkretnym miejscem. oprócz typowych dla parku atrakcji -- gejzerów, wulkanów, wód termalnych -- to właśnie to dzikie piękno, czyli współistnienie jezior, rzek, gór, lasów, zieleni wzbudza największy podziw. na nasza bazę wypadową wybraliśmy kemping Bridge Bay nad Jeziorem Yellowstone. pobyt trzeba było wcześniej zarezerwować, bo kempingi są zwykle pełne podczas długich weekendów. doba dla dwóch osób i namiotu kosztuje 22 dolce, sarny i łosie included.. zresztą w lecie przewijają się tu .. miliony odwiedzających. lato jest krótkie -- trwa zaledwie 2 miesiące, jesień jeszcze krótsza, a zimą park jest bardzo nieprzyjazny. owszem, jest piękny, bo o każdej porze roku park wygląda inaczej, ale temperatury spadają tu do 30-40 stopni poniżej zera..
















pierwsza relacja to głównie ogólne widoki z parku, nie powiązane z żadnym konkretnym miejscem. oprócz typowych dla parku atrakcji -- gejzerów, wulkanów, wód termalnych -- to właśnie to dzikie piękno, czyli współistnienie jezior, rzek, gór, lasów, zieleni wzbudza największy podziw. na nasza bazę wypadową wybraliśmy kemping Bridge Bay nad Jeziorem Yellowstone. pobyt trzeba było wcześniej zarezerwować, bo kempingi są zwykle pełne podczas długich weekendów. doba dla dwóch osób i namiotu kosztuje 22 dolce, sarny i łosie included.. zresztą w lecie przewijają się tu .. miliony odwiedzających. lato jest krótkie -- trwa zaledwie 2 miesiące, jesień jeszcze krótsza, a zimą park jest bardzo nieprzyjazny. owszem, jest piękny, bo o każdej porze roku park wygląda inaczej, ale temperatury spadają tu do 30-40 stopni poniżej zera..















kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. I i jedna druga -- 1400km do celu..
04.08.2010; 17:10
kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. I -- here we come..
02.08.2010; 23:51
zawsze chciałem zobaczyć Yellowstone. są na świecie miejsca magiczne -- miejsca, które swoimi nazwami lub narastającymi przez lata legendami, wywołują pociągające skojarzenia. od
zawsze przecież gejzery, gorące źródła, ale przede wszystkim niedźwiedzie kojarzyły nam się z tym sławnym, dalekim i niedostępnym Yellowstone. ale jak tam jest w rzeczywistości? o co
chodzi z tymi żyjącymi między ludźmi, a przecież zupełnie dziko, zwierzętami? i czemu ten najstarszy ze wszystkich światowych parków narodowych jest taki szczególny? przecież już w
2004 roku poznałem Yosemite, odwiedziłem Grand Canyon, a szczęka opadała mi jeszcze kilkukrotnie zwiedzając Death Valley, Zion, Bryce, arizońską pustynię i wszystkie te szczególne
miejsca na podróżniczej mapie Stanów. a jednak do zwieńczenia dzieła i zapięcia klamrą zachodniego piękna Stanów Zjednoczonych brakowało tego jednego Parku. brakowało Yellowstone. cel
zrealizowaliśmy w lipcu 2010..

nim jednak zaleję Was informacjami o samym parku i jego atrakcjach, słów kilka o samej podróży. park znajduje się głównie na terytorium stanu Wyoming i samo dojechanie tam jest już sporym wyczynem. od naszego Seattle to prostą jak drut autostradą i kilkoma mniejszymi drogami odległość 800 mil, czyli niespełna 1300km! to coś, jak podróż z Gliwic do Mediolanu, czyli 13-14 godzin ciągłej jazdy. wyruszając w środę o 6 po południu, dopiero ok 1 w nocy dotarliśmy do granic stanu Waszyngton. kilka godzin (ja dokładnie 2) śpimy w samochodzie w pobliżu miasteczka Colfax i wczesnym rankiem ruszamy dalej. mkniemy przez górzystą północ stanu Idaho, wkraczamy do Montany i długie godziny kierujemy się na południe. jestem pod wrażeniem mijanych okolic -- Montana jest NIESAMOWITA, cała pokryta jakby zielonym wypłowiałym dywanem. jechaliśmy autostradą I-90, potem mniejszymi, przecinającymi wysokie góry drogami, a następnie otwartymi przestrzeniami przypominającymi prerię. z boku, nad nami i pod nami ciągnęły się majestatyczne tereny pokryte zieloną tkaniną zbitej i gęstej trawy. tereny ciągnące się przez setki kilometrów, wciąż tak samo wyblakle zielone, ogromne, bez granic, jak morze, jak cała zachodnia część kontynentu. znaczna część obszaru przez który przejeżdżamy pozbawiona jest wysokich drzew; królują niskopienne krzewy, poskręcane jak na pustyni. z tą różnicą, że wszystko tu jest zielone, pagórkowate i piękne. wypłowiała zieleń wczesnego lata zwala z nóg. tzn z kół, bo nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać i porobić fotki. dopiero ok 4pm mijamy granicę z Wyoming, a godzinę później wjeżdżamy do Parku. muszę pochwalić moją żonę, bo dzielnie zmieniała mnie za kierownicą, a bez drugiego drajwera przejechanie takiej odległości byłoby istną mordęgą..
przed wyprawą trochę poczytałem, poszperałem w necie i, przede wszystkim, obejrzałem świetny film dokumentalny BBC, który wyjaśnił fenomen Yellowstone. w ogromnym skrócie chodzi o to, że niezwykle płytko, jakieś 8km pod powierzchnią parku, znajduje się ogromna, stale przesuwająca się, komora magmowa. w przeszłości (miliony i setki tys. lat temu) dochodziło w tym miejscu do eksplozji superwulkanu, ale dopiero kilkadziesiąt lat temu dowiedziono, że właściwie cały obszar parku znajduje się w niecce -- jest więc ogromnym, o średnicy kilkudziesięciu kilometrów, czynnym wulkanem. i pewnego dnia pieprznie znowu, o tym mówi nam historia tego miejsca..
to tyle tytułem wstępu. w paru następnych notkach przedstawię kolejne z licznych atrakcji parku. bo dzisiaj -- już na spokojnie, kilka tygodni po powrocie -- nadal uważam, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, które do tej pory odwiedziłem. stunning, jak mawiają miejscowi..

nim jednak zaleję Was informacjami o samym parku i jego atrakcjach, słów kilka o samej podróży. park znajduje się głównie na terytorium stanu Wyoming i samo dojechanie tam jest już sporym wyczynem. od naszego Seattle to prostą jak drut autostradą i kilkoma mniejszymi drogami odległość 800 mil, czyli niespełna 1300km! to coś, jak podróż z Gliwic do Mediolanu, czyli 13-14 godzin ciągłej jazdy. wyruszając w środę o 6 po południu, dopiero ok 1 w nocy dotarliśmy do granic stanu Waszyngton. kilka godzin (ja dokładnie 2) śpimy w samochodzie w pobliżu miasteczka Colfax i wczesnym rankiem ruszamy dalej. mkniemy przez górzystą północ stanu Idaho, wkraczamy do Montany i długie godziny kierujemy się na południe. jestem pod wrażeniem mijanych okolic -- Montana jest NIESAMOWITA, cała pokryta jakby zielonym wypłowiałym dywanem. jechaliśmy autostradą I-90, potem mniejszymi, przecinającymi wysokie góry drogami, a następnie otwartymi przestrzeniami przypominającymi prerię. z boku, nad nami i pod nami ciągnęły się majestatyczne tereny pokryte zieloną tkaniną zbitej i gęstej trawy. tereny ciągnące się przez setki kilometrów, wciąż tak samo wyblakle zielone, ogromne, bez granic, jak morze, jak cała zachodnia część kontynentu. znaczna część obszaru przez który przejeżdżamy pozbawiona jest wysokich drzew; królują niskopienne krzewy, poskręcane jak na pustyni. z tą różnicą, że wszystko tu jest zielone, pagórkowate i piękne. wypłowiała zieleń wczesnego lata zwala z nóg. tzn z kół, bo nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać i porobić fotki. dopiero ok 4pm mijamy granicę z Wyoming, a godzinę później wjeżdżamy do Parku. muszę pochwalić moją żonę, bo dzielnie zmieniała mnie za kierownicą, a bez drugiego drajwera przejechanie takiej odległości byłoby istną mordęgą..
przed wyprawą trochę poczytałem, poszperałem w necie i, przede wszystkim, obejrzałem świetny film dokumentalny BBC, który wyjaśnił fenomen Yellowstone. w ogromnym skrócie chodzi o to, że niezwykle płytko, jakieś 8km pod powierzchnią parku, znajduje się ogromna, stale przesuwająca się, komora magmowa. w przeszłości (miliony i setki tys. lat temu) dochodziło w tym miejscu do eksplozji superwulkanu, ale dopiero kilkadziesiąt lat temu dowiedziono, że właściwie cały obszar parku znajduje się w niecce -- jest więc ogromnym, o średnicy kilkudziesięciu kilometrów, czynnym wulkanem. i pewnego dnia pieprznie znowu, o tym mówi nam historia tego miejsca..
to tyle tytułem wstępu. w paru następnych notkach przedstawię kolejne z licznych atrakcji parku. bo dzisiaj -- już na spokojnie, kilka tygodni po powrocie -- nadal uważam, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, które do tej pory odwiedziłem. stunning, jak mawiają miejscowi..
kategoria: podróże link bezpośredni
Mt Fremont hike..
20.07.2010; 21:57
w ten weekend ponownie uderzyliśmy w góry i zrobiliśmy Mount Fremont trail w Mt Rainier NP. duża zmienność terenu: od lasów, przez śniegi, po księżycowy krajobraz wulkanicznej lawy. najwyższy punkt -- 2194 metry, a obok niego budka parkowych rangersów. z tego miejsca podobno widać już Seattle, ale tam, na dole, jak zwykle mnóstwo chmur. druga połowa lipca, a spora część trasy przykryta jest jeszcze lodem. nakręciłem film, wrzucę niebawem, na razie w większości zrobione i obrobione przez Agatę fotki:
















































kategoria: podróże link bezpośredni
uliczne szachy..
17.07.2010; 02:07
pewnie mój kumpel Crio się ucieszy -- w Seattle, na Westlake Square, dokładnie naprzeciw budynku NCsoft-u rozłożono uliczne szachy. czasem na lunchu uda mi się dopchać do szachownicy i ogolić kilku miejscowych kelnerów. do wczoraj na 6 rozegranych partii wygrałem .. wszystkie 6. dzisiaj poniosłem pierwszą porażkę -- przy słońcu, w 30 stopniach na dworze zlał mnie operator masywnego dźwigu Portu Seattle. jak spaść to z wysokiego konia.. tzn. miałem wygraną, bo zbiłem mu królówkę, ale jakoś tak mnie słońce zagrzało i sparaliżował tłum gapiów, że przegrałem..
śmiesznie było kilka dni temu. ogrywam wytatuowanego kolesia niemiłosiernie, a ten się mnie pyta skąd pochodzę. odpowiadam, a ten mi na to, że ja w Seattle to dopiero od kilku dni. pochodzę z Juneau na Alasce, ale dopiero teraz wypuścili mnie z więzienia. więc gram tu sobie w szachy..


w tle budynek mojej firmy:



śmiesznie było kilka dni temu. ogrywam wytatuowanego kolesia niemiłosiernie, a ten się mnie pyta skąd pochodzę. odpowiadam, a ten mi na to, że ja w Seattle to dopiero od kilku dni. pochodzę z Juneau na Alasce, ale dopiero teraz wypuścili mnie z więzienia. więc gram tu sobie w szachy..
w tle budynek mojej firmy:

kategoria: zapiski link bezpośredni
Zmierzch w Forks..
16.07.2010; 01:49
przemierzając Półwysep Olimpijski zahaczyliśmy o Port Angeles i o Forks -- dwa miasteczka w których toczy się akcja powieści Stephenie Meyer. jej saga Zmierzch jest na topie, bije rekordy popularności, pod jej wpływem zmienia się młodzieżowa kultura, nastolatki wzdychają, ale .. ja się nie wypowiem -- nie znam, nie czytałem. wniebowzięta jest natomiast Agata, bardziej powieścią, niż filmami.. w samym Forks niewiele się dzieje -- do niedawna znane było tylko z faktu, że jest to najbardziej deszczowe miasteczko w kontynentalnej części Stanów. jednak od 2005 roku każdego dnia zjawia się tu zgraja fanów powieści, dzięki czemu miasteczko się rozwinęło, a turystom pokazuje się miejsca znane do tej pory tylko z fikcji Stephenie. podobał mi się samochód Belli, samej Belli nie spotkałem. wampirów też nie..






kategoria: podróże link bezpośredni
o plażach Pacyfiku słów kilka..
14.07.2010; 01:31
nasz pierwszy kontakt z oceanem w stanie Waszyngton nastąpił późnym popołudniem. nasz namiot rozbiliśmy kilkaset
metrów od plaży, na campingu Mora, a gdy pojawiliśmy się nad wodą
słońce chyliło się już ku zachodowi. aby dostać się na plażę Rialto należy przedrzeć się przez kilka spiętrzonych
metrów wyrzuconych tu przez ocean pni drzew. drewniane kłody regularnie, co wiosnę, spływają tu z bliższych lub
dalszych pasm górskich porywane siłą wartkich rzek. przez lata tworzy się z tego całkiem spora bariera -- unikalny
wytwór wysokich, skutych lodem i pokrytych wysokim iglastym lasem gór i bliskiego oceanu.. malownicze, trochę
przypominające gigantyczną rozgrywkę w bierki, składowisko..
mimo swojej surowości, wiatru i zimnej wody wybrzeże sprawia przyjemne wrażenie. może nie jest to to specyficzne uczucie, które odczuwamy nad naszym rodzimym Bałtykiem (bo nie ma tu smażalni, papierowych talerzy i tłustych frytek. a ponadto tego cudownego piasku, zapachu morza i kiczowatych pamiątek), ale z pewnością jest tu jakiś inny rodzaj wyjątkowości. wieczorami kręci się tu całkiem sporo ludzi -- część z nich spaceruje (co z uwagi na niewielkie kamienie wcale nie jest odpoczynkiem), inni rozpalają ogniska, czy odpoczywają w zachodzącym słońcu. jakaś para rozbija namiot i zamierza tu spędzić noc -- nie jest to do końca legalne, ale kto ich tam na takim pustkowiu znajdzie.. wieje wiatr, non stop, czasem chce urwać głowę..
drugą plażą przy której się zatrzymujemy jest Ruby Beach. miejsce to znane jest ze swoich kolumn -- geologicznych pozostałości brzegu, który cofając się, od milionów lat toczy niekończącą się walkę z oceanem. to stąd pochodzi większość wrzuconych w poprzedniej notce fotek. jesteśmy tu w czasie odpływu -- plaża jest szeroka, piaszczysta, a ocean odsłania mnóstwo wyrzuconych tu z głębin roślin. wystające z piasku kolumny, a nawet całe, porośnięte drzewami kilkusetmetrowe wyspy, tworzą bajkowy, fantastyczny krajobraz. surowości dodają spływające tu do oceanu rzeki i strumienie. przerzuca się przez nie walające się tu kłody i tak, od mostku do mostku, posuwa się naprzód. miejsce to zwykle przykryte jest gęstą mgłą, ale my jak zwykle cieszymy się błękitem i ciepłym wiosennym słońcem.. takie szczęście weekendowych podróżników..
mimo swojej surowości, wiatru i zimnej wody wybrzeże sprawia przyjemne wrażenie. może nie jest to to specyficzne uczucie, które odczuwamy nad naszym rodzimym Bałtykiem (bo nie ma tu smażalni, papierowych talerzy i tłustych frytek. a ponadto tego cudownego piasku, zapachu morza i kiczowatych pamiątek), ale z pewnością jest tu jakiś inny rodzaj wyjątkowości. wieczorami kręci się tu całkiem sporo ludzi -- część z nich spaceruje (co z uwagi na niewielkie kamienie wcale nie jest odpoczynkiem), inni rozpalają ogniska, czy odpoczywają w zachodzącym słońcu. jakaś para rozbija namiot i zamierza tu spędzić noc -- nie jest to do końca legalne, ale kto ich tam na takim pustkowiu znajdzie.. wieje wiatr, non stop, czasem chce urwać głowę..
drugą plażą przy której się zatrzymujemy jest Ruby Beach. miejsce to znane jest ze swoich kolumn -- geologicznych pozostałości brzegu, który cofając się, od milionów lat toczy niekończącą się walkę z oceanem. to stąd pochodzi większość wrzuconych w poprzedniej notce fotek. jesteśmy tu w czasie odpływu -- plaża jest szeroka, piaszczysta, a ocean odsłania mnóstwo wyrzuconych tu z głębin roślin. wystające z piasku kolumny, a nawet całe, porośnięte drzewami kilkusetmetrowe wyspy, tworzą bajkowy, fantastyczny krajobraz. surowości dodają spływające tu do oceanu rzeki i strumienie. przerzuca się przez nie walające się tu kłody i tak, od mostku do mostku, posuwa się naprzód. miejsce to zwykle przykryte jest gęstą mgłą, ale my jak zwykle cieszymy się błękitem i ciepłym wiosennym słońcem.. takie szczęście weekendowych podróżników..
kategoria: podróże link bezpośredni
wietrzne wybrzeże Pacyfiku..
10.07.2010; 07:43
kategoria: podróże link bezpośredni
firmowe obstawianko ;)
01.07.2010; 01:38
w tym tygodniu rozpoczęliśmy zawody w obstawianiu daty urodzenia dziecka naszego NCsoftowego kolegi Chrisa. kiedyś, w innych firmach obstawialiśmy wyniki mistrzostw świata, ale to inne miejsca i inne czasy.. inicjatorem the 'when Chris becomes a dad' competition jest Conor, a wpisowe kosztuje 1 dolara amerykańskiego uesde. data zaplanowana to lipiec 15-sty, ja stawiam na 19-sty. do wygrania już prawie 40 dolców ;)

teraz będzie tygodniowa przerwa na tomxx.net bo uderzamy z żonką pogadać z niedźwiedziami w Yellowstone..

teraz będzie tygodniowa przerwa na tomxx.net bo uderzamy z żonką pogadać z niedźwiedziami w Yellowstone..
kategoria: humor link bezpośredni
Olympic Peninsula -- Półwysep Olimpijski..
28.06.2010; 08:00
słów kilka o Półwyspie Olimpijskim, miejscu odgrodzonym od reszty kontynentu wodami kanału Hooda (od jakiegoś nieznanego mi bliżej admirała, Samuela Hooda) i Oceanem Spokojnym. miejscu tak zróżnicowanym, że podczas kilkugodzinnej jazdy samochodem mijamy gęste lasy sosnowe, ośnieżone szczyty Gór Olimpijskich (na czele z najwyższym Mount Olympus, 2427m), głębokie jeziora polodowcowe, wodospady, rwące rzeki, prastary las deszczowy i kończymy na dzikiej plaży Pacyfiku..
obszar ten, jak wiele podobnych, miliony lat temu stanowił dno oceanu. jako że w tym miejscu spotykają się dwie płyty tektoniczne -- Pacyficzna i Północnoamerykańska, nastąpiło wypiętrzenie nachodzących na siebie obszarów. w taki właśnie sposób 30 mln lat temu kontynent ameryki powiększył się o Półwysep Olimpijski..
pomimo faktu, że Półwysep od samego początku jest częścią stanu Waszyngton przez wiele lat pozostawał miejscem dziewiczym, trudno dostępnym i tajemniczym. owszem, żyło tu sporo szczepów Indian, ale oprócz nich i nielicznych traperów oraz myśliwych teren ten nigdy wcześniej nie był regularnie eksplorowany. dopiero w końcówce XIX wieku zaczęto organizować profesjonalne wyprawy badaczy i geografów, powstawały pierwsze mapy topograficzne, zapuszczano się wysoko w góry. wiki podaje, że Półwysep Olimpijski jest jednym z najmniej poznanych obszarów dolnych 48 stanów Ameryki, a pełne mapy terenu powstały dopiero po 1965 roku..












obszar ten, jak wiele podobnych, miliony lat temu stanowił dno oceanu. jako że w tym miejscu spotykają się dwie płyty tektoniczne -- Pacyficzna i Północnoamerykańska, nastąpiło wypiętrzenie nachodzących na siebie obszarów. w taki właśnie sposób 30 mln lat temu kontynent ameryki powiększył się o Półwysep Olimpijski..
pomimo faktu, że Półwysep od samego początku jest częścią stanu Waszyngton przez wiele lat pozostawał miejscem dziewiczym, trudno dostępnym i tajemniczym. owszem, żyło tu sporo szczepów Indian, ale oprócz nich i nielicznych traperów oraz myśliwych teren ten nigdy wcześniej nie był regularnie eksplorowany. dopiero w końcówce XIX wieku zaczęto organizować profesjonalne wyprawy badaczy i geografów, powstawały pierwsze mapy topograficzne, zapuszczano się wysoko w góry. wiki podaje, że Półwysep Olimpijski jest jednym z najmniej poznanych obszarów dolnych 48 stanów Ameryki, a pełne mapy terenu powstały dopiero po 1965 roku..


kategoria: podróże link bezpośredni
Hoh Rain Forest -- las deszczowy na krańcu kontynentu..
26.06.2010; 06:57
pomiędzy postrzępionymi szczytami Gór Olimpijskich a prastarą linią brzegową Pacyfiku rozciąga się Olimpijski las deszczowy, the Olympic Rain Forest. jest to unikalny w skali światowej obszar, wytwór lokalnego klimatu -- umiarkowanego z ogromną ilością opadów. lasy deszczowe kojarzą nam się przede wszystkim ze strefą równikową, czyli z jednostajnym gorącym i wilgotnym klimatem. istnienie lasu deszczowego na Półwyspie Olimpijskim to jednak głównie wpływ specyficznej geografii -- wilgotne powietrze znad oceanu przepływa nad górami, gdzie jest ochładzane, co wywołuje gwałtowne deszcze. zresztą schemat ten przekłada się również na tereny położone bardziej na wschód, czyli przykładowo Seattle. tym bardziej, że dalej rozpościerają się wysokie szczyty Gór Kaskadowych, tworzące naturalną barierę dla niskich chmur deszczowych. jest to główna przyczyna bardzo wysokich sumarycznych opadów rocznych na zachodzie i terenów półpustynnych na wschodzie stanu Waszyngton..
Las Deszczowy charakteryzuje się wiecznie zieloną, bujną roślinnością. na każdy punkt powierzchni spada tu rocznie ok 4m deszczu, a wilgoć sprzyja rozwojowi mchów, glonów i porostów. formy te nazywa się epifitami i co ciekawe, nie są to rośliny pasożytnicze. korzystają z drzew jako z podłoża, ale odżywia się samodzielnie..
las deszczowy Hoh, który odwiedziliśmy, jest częścią Parku Narodowego Olympic. wytyczonych jest tu kilka ścieżek, które zabierają nas w zupełnie nieznany, jakby pierwotny świat. dominują tu ogromne świerki sitkajskie, które mogą dochodzić do 100 metrów wysokości.. w lesie panuje specyficzna wilgotno-mroczna atmosfera, co w głównej mierze skłoniło mnie do nagrania większości fajnych miejsc w formie filmu (poprzednia notka)..









Las Deszczowy charakteryzuje się wiecznie zieloną, bujną roślinnością. na każdy punkt powierzchni spada tu rocznie ok 4m deszczu, a wilgoć sprzyja rozwojowi mchów, glonów i porostów. formy te nazywa się epifitami i co ciekawe, nie są to rośliny pasożytnicze. korzystają z drzew jako z podłoża, ale odżywia się samodzielnie..
las deszczowy Hoh, który odwiedziliśmy, jest częścią Parku Narodowego Olympic. wytyczonych jest tu kilka ścieżek, które zabierają nas w zupełnie nieznany, jakby pierwotny świat. dominują tu ogromne świerki sitkajskie, które mogą dochodzić do 100 metrów wysokości.. w lesie panuje specyficzna wilgotno-mroczna atmosfera, co w głównej mierze skłoniło mnie do nagrania większości fajnych miejsc w formie filmu (poprzednia notka)..




kategoria: podróże link bezpośredni
Hoh Rain Forest -- z wizytą w lesie deszczowym..
25.06.2010; 08:26
na pierwszy camping w tym roku wybraliśmy się na Półwysep Olimpijski. łącznie w dwa dni zrobiliśmy grubo ponad 400 mil (dokładna mapka tutaj), bo oprócz wyświetlonych miejsc, czyli miasteczek Port Angeles i Forks, wybrzeża Pacyfiku i lasu deszczowego Hoh, zaliczyliśmy jezioro Crescent i przede wszystkim malowniczą drogę na Hurricane Ridge..
zaczniemy spokojnie, bo od filmu z lasu deszczowego Hoh (ang. Hoh Rain Forest). sam opis tego niesamowitego miejsca wrzucę jutro z jakimiś fotkami, teraz dodam tylko, że jest to jedno z najbardziej wilgotnych miejsc na kontynencie, z rocznymi średnimi opadami przekraczającymi 4 metry! my jednak zawsze jeździmy w stronę słońca, więc nawet w lesie deszczowym nam ono świeciło..
uprzedzam, film dla ludzi zmęczonych lub wyjątkowo wytrwałych. albo obu na raz.. w wersji HD bezpośrednio na Vimeo.
zaczniemy spokojnie, bo od filmu z lasu deszczowego Hoh (ang. Hoh Rain Forest). sam opis tego niesamowitego miejsca wrzucę jutro z jakimiś fotkami, teraz dodam tylko, że jest to jedno z najbardziej wilgotnych miejsc na kontynencie, z rocznymi średnimi opadami przekraczającymi 4 metry! my jednak zawsze jeździmy w stronę słońca, więc nawet w lesie deszczowym nam ono świeciło..
uprzedzam, film dla ludzi zmęczonych lub wyjątkowo wytrwałych. albo obu na raz.. w wersji HD bezpośrednio na Vimeo.
kategoria: podróże link bezpośredni
fotki z wesela -- cz. III. -- plener..
22.06.2010; 07:34
kategoria: zapiski link bezpośredni
fotki z wesela -- cz. II. -- impreza..
20.06.2010; 00:22
kategoria: zapiski link bezpośredni
fotki z wesela -- cz. I. -- kościół..
17.06.2010; 19:44
kategoria: zapiski link bezpośredni
nasze wesele w 4 minuty..
16.06.2010; 16:15
kategoria: pasje link bezpośredni
jadę przez Polskę..
13.06.2010; 23:22
i znowu przejeżdżam śląskimi drogami. tą samą drogą na północ i z powrotem na południe. setki kilometrów bagien, łąk, lasów,
wiosek i miasteczek. od zmęczonej i brudej górnośląskiej aglomeracji, aż po spokojną, ostrozieloną płaszczyznę
Częstochowszczyzny.
jadę, przez zmieniającą się Polskę. tego nie było tu ostatnio, tu zbudowali nową stację Shella, tam wzniesiono kolejny wiatrak. kościoły pięknie odnowione, chodniki jakby mniej dziurawe, tu nowy dach, tam nowa hurtownia i te mosty nad autostradą wyrastające jak grzyby po deszczu. i drogi: wiecznie remontowane, poszerzane i wydłużane, ale jakby coraz bardziej płaskie. w oczy kłują kolorowe banery -- reklamy kiczowatych biznesów, z których tylko nieliczne przyniosą właścicielom jakieś tam korzyści. jadę przez zakorkowaną Polskę -- kraj, któremu rządzący zalecili kurację upiększającą..
wielki plac budowy aż pod sam horyzont. i jakby komuś wciąż było to nie na rękę -- raz powódź, raz klęska szuszy. jadę przez Polskę i kibicuję, aby ten energiczny lifting przyniósł nam wreszcie samozadowolenie. i tylko w radiu coraz gorsza muzyka -- jakiś taki trudny do zdefiniowania pęd ku dyskotece..
jadę, przez zmieniającą się Polskę. tego nie było tu ostatnio, tu zbudowali nową stację Shella, tam wzniesiono kolejny wiatrak. kościoły pięknie odnowione, chodniki jakby mniej dziurawe, tu nowy dach, tam nowa hurtownia i te mosty nad autostradą wyrastające jak grzyby po deszczu. i drogi: wiecznie remontowane, poszerzane i wydłużane, ale jakby coraz bardziej płaskie. w oczy kłują kolorowe banery -- reklamy kiczowatych biznesów, z których tylko nieliczne przyniosą właścicielom jakieś tam korzyści. jadę przez zakorkowaną Polskę -- kraj, któremu rządzący zalecili kurację upiększającą..
wielki plac budowy aż pod sam horyzont. i jakby komuś wciąż było to nie na rękę -- raz powódź, raz klęska szuszy. jadę przez Polskę i kibicuję, aby ten energiczny lifting przyniósł nam wreszcie samozadowolenie. i tylko w radiu coraz gorsza muzyka -- jakiś taki trudny do zdefiniowania pęd ku dyskotece..
kategoria: zapiski link bezpośredni
weselicho!
05.06.2010; 10:36
za oknem upał i niesamowity błękit nieba. za kilka godzin biorę ślub, a potem bawimy się przez dwa dni. w takich momentach moje emocje wyrazić może tylko grupa Kowalski..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
Górnik znowu w ekstraklasie..
04.06.2010; 21:15
mecz z Wartą Poznań miał być spacerkiem, a zwycięstwo.. ba, nawet remis, dawały Górnikowi przepustkę do ekstraklasy. niestety ambitni goście wygrali na Roosevelta 3-2 i feta musiała być odłożona o kilka dni. awans wywalczyliśmy po zwycięstwie na wyjeździe nad Dolcanem kilka dni później..
poniżej fotki z jedynego meczu w tym sezonie na którym mogłem być osobiście. niesamowity klimat, ostateczne odliczanie, głośny doping i powrót wrażeń, które kiedyś miałem co tydzień..










poniżej fotki z jedynego meczu w tym sezonie na którym mogłem być osobiście. niesamowity klimat, ostateczne odliczanie, głośny doping i powrót wrażeń, które kiedyś miałem co tydzień..
kategoria: pasje link bezpośredni
Polsko -- przybywamy z ratunkiem pogodowym!
22.05.2010; 12:42
jest 3.42 czasu Pacyficznego, środek nocy. za godzinę podjeżdża Etiopczyk i śmigamy na lotnicho -- po roku przerwy lecimy do Polski. jako że i tak musielibyśmy wstawać w środku nocy postanowiliśmy w ogóle się nie kłaść, a zaległości odespać podczas kilkunastu godzin lotu. jeszcze nigdy tak nie robiłem, więc zobaczymy czy po wylądowaniu będę nadawał się do życia..
połączenie jest dosyć średnie: mamy przesiadkę i 3 godziny przerwy w Chicago, więc ani to wyskoczyć do centrum, ani nic, a potem lot LOT-em do WAWy. żeby było śmieszniej jest jeszcze trzeci start; po godzinie przerwy lecimy do KRK. chyba są drinki za free, może mnie obudzą. przez ten czas dwa razy miniemy się ze słońcem -- my z zachodu na wschód, a słońce swoją normalną drogą. do tego ofkors ucieknie nam 9 godzin zmiany czasu, więc licząc kategoriami czasu lokalnego, na miejscu będziemy za półtorej dnia.. o ile wulkan nie strzeli..
przywieziemy słońce i rozgonimy chmury. promise!
PS1. fajnie mieć trwający 26 godzin dzień. dużo można zrobić, np dodać na stronę jedną z piętrzących się w kolejce notek.
PS2. pokrzyczałem trochę na naszych grajków i wreszcie się rozstrzelali. dzisiaj, czyli wczoraj, rozbiliśmy Łódzki KS 4-1 i oranżada jest już na wyciągnięcie palca. wszystko wraca do normy, a w przyszłą środę zaliczę swój pierwszy w historii mecz na drugim froncie (gramy z Wartą Poznań). do tej pory byłem tylko raz na meczu z tą drużyną. było to jesienią 1993 roku i doskonale pamiętam jak biliśmy głową w mur strzelając zwycięską bramkę dopiero w 94 minucie meczu. wtedy Górnik po raz ostatni walczył o mistrza, a od tego czasu minęły już ze dwa pokolenia piłkarzy..
połączenie jest dosyć średnie: mamy przesiadkę i 3 godziny przerwy w Chicago, więc ani to wyskoczyć do centrum, ani nic, a potem lot LOT-em do WAWy. żeby było śmieszniej jest jeszcze trzeci start; po godzinie przerwy lecimy do KRK. chyba są drinki za free, może mnie obudzą. przez ten czas dwa razy miniemy się ze słońcem -- my z zachodu na wschód, a słońce swoją normalną drogą. do tego ofkors ucieknie nam 9 godzin zmiany czasu, więc licząc kategoriami czasu lokalnego, na miejscu będziemy za półtorej dnia.. o ile wulkan nie strzeli..
przywieziemy słońce i rozgonimy chmury. promise!
PS1. fajnie mieć trwający 26 godzin dzień. dużo można zrobić, np dodać na stronę jedną z piętrzących się w kolejce notek.
PS2. pokrzyczałem trochę na naszych grajków i wreszcie się rozstrzelali. dzisiaj, czyli wczoraj, rozbiliśmy Łódzki KS 4-1 i oranżada jest już na wyciągnięcie palca. wszystko wraca do normy, a w przyszłą środę zaliczę swój pierwszy w historii mecz na drugim froncie (gramy z Wartą Poznań). do tej pory byłem tylko raz na meczu z tą drużyną. było to jesienią 1993 roku i doskonale pamiętam jak biliśmy głową w mur strzelając zwycięską bramkę dopiero w 94 minucie meczu. wtedy Górnik po raz ostatni walczył o mistrza, a od tego czasu minęły już ze dwa pokolenia piłkarzy..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Santa Monica i Malibu..
22.05.2010; 11:49
to tu gdzie mieszkają gwiazdy. i to również tu, gdzie ciężko zaparkować, przewija się cała masa ludzi i molo jest podobne do tego z angielskiego brajton. na szerokiej plaży od razu w oczy rzucają się znane ze Słonecznego Patrolu budki ratowników. kilkaset metrów w głąb lądu znajduje się reprezentacyjny deptak i cała masa artystów, którym, jak mówiła Irmina, nie powiodło się w branży filmowej lub muzycznej. generalnie kolorowo, plastikowo i słonecznie..





tu kręcili słoneczny patrol:

a tak mieszka Cher:

ludzie. straszna mieszanka, cała masa Meksykanów.





ciekawy projekt na plaży. w samym sercu Santa Monica, w miejscu przez które dziennie przewija się milion ludzi, postawiono kilka tysięcy drewnianych krzyży symbolizujących poległych amerykańskich żołnierzy. przed krzyżami i kilkoma trumnami postawiono tablicę na której każdego dnia pojawią się nowe liczby. każdy krzyż na stałe przypisany jest do poległego żołnierza -- rodzina czy przyjaciele piszą notki, czasem dodają zdjęcia..:





tu kręcili słoneczny patrol:
a tak mieszka Cher:
ludzie. straszna mieszanka, cała masa Meksykanów.
ciekawy projekt na plaży. w samym sercu Santa Monica, w miejscu przez które dziennie przewija się milion ludzi, postawiono kilka tysięcy drewnianych krzyży symbolizujących poległych amerykańskich żołnierzy. przed krzyżami i kilkoma trumnami postawiono tablicę na której każdego dnia pojawią się nowe liczby. każdy krzyż na stałe przypisany jest do poległego żołnierza -- rodzina czy przyjaciele piszą notki, czasem dodają zdjęcia..:
kategoria: podróże link bezpośredni
Joshua Tree National Park..
19.05.2010; 20:57
nasz drugi dzień w Kalifornii w całości poświęciliśmy na Joshua Tree National Park, po naszemu dziwnie brzmiący Park Narodowy Drzew Jozuego. park oddalony jest od LA o jakieś dwie godziny jazdy samochodem -- podczas tej drogi możemy naocznie przekonać się o potędze zróżnicowania geograficznego Kalifornii: od oceanu, przez wzgórza, góry, aż do płaskiej jak stół pustyni. Joshua Tree NP znajduje się więc na terenach pustynnych (na styku pustyni Sonora i Mojave), ale nie mylcie tego z wizją Sahary. pustynie kalifornijskie porośnięte są średniej wielkości krzakami, a nad piaskiem przeważają kamienie i skały. jest trochę kaktusów i innych dziwnych kłujących roślin, a w pewnym miejscu rozpoczynają się właśnie drzewa Joshua, czyli po naszemu Jukka krótkolistna (Yucca brevifolia Engelm.), nazwana kiedyś przez mormonów drzewem Jozuego..
ogromny teren obszaru dzisiejszego Parku Narodowego zamieszkiwany był od ponad 5000 lat przez różne natywnie brzmiące szczepy Indian, jako Pinto, Serrano, Chemehuevi czy Cahuilla. oczywiście nic mi one nie mówią, więc zwróciłem uwagę na historię nieco bliższą naszym czasom. na początku XIX wieku (czyli czasy westernów) miejsce to służyło do wypasania bydła -- do dzisiaj możemy odnaleźć tu wiele budowli/konstrukcji służącym temu procederowi. budowano tamy, systemy nawadniające, studnie, lecz również drążono szyby kopalniane w poszukiwaniu złota i budowano trakcję kolejową. dodając do tego pierwsze drogi wytyczane przez konie i powozy mamy pełny obraz westernu znanego z filmów z Johnem Waynem lub Clintem Eastwoodem..
temperatura nie jest zachęcająca. my byliśmy tam w kwietniu, czyli w początku wiosny, więc dało się wytrzymać. latem natomiast obszar ten przeistacza się w istną patelnię z dziennymi temperaturami rzędu 40 stopni w cieniu, więc jeśli auto to tylko z klimatyzacją. jest co oglądać, bo pustynia ma swoje piękno, a park oferuje liczne trasy piesze, rowerowe i samochodowe w tym offroad oraz popularne miejsca wspinaczkowe..












ogromny teren obszaru dzisiejszego Parku Narodowego zamieszkiwany był od ponad 5000 lat przez różne natywnie brzmiące szczepy Indian, jako Pinto, Serrano, Chemehuevi czy Cahuilla. oczywiście nic mi one nie mówią, więc zwróciłem uwagę na historię nieco bliższą naszym czasom. na początku XIX wieku (czyli czasy westernów) miejsce to służyło do wypasania bydła -- do dzisiaj możemy odnaleźć tu wiele budowli/konstrukcji służącym temu procederowi. budowano tamy, systemy nawadniające, studnie, lecz również drążono szyby kopalniane w poszukiwaniu złota i budowano trakcję kolejową. dodając do tego pierwsze drogi wytyczane przez konie i powozy mamy pełny obraz westernu znanego z filmów z Johnem Waynem lub Clintem Eastwoodem..
temperatura nie jest zachęcająca. my byliśmy tam w kwietniu, czyli w początku wiosny, więc dało się wytrzymać. latem natomiast obszar ten przeistacza się w istną patelnię z dziennymi temperaturami rzędu 40 stopni w cieniu, więc jeśli auto to tylko z klimatyzacją. jest co oglądać, bo pustynia ma swoje piękno, a park oferuje liczne trasy piesze, rowerowe i samochodowe w tym offroad oraz popularne miejsca wspinaczkowe..
kategoria: podróże link bezpośredni
Where the hell is Matt? spotkanie w Seattle..
16.05.2010; 08:05
pamiętacie tańczącego w najdalszych zakątkach świata Matta? o nim i o jego filmie pisałem rok temu w tej notce. dzisiaj spotkaliśmy się z nim, jego dziewczyna i innymi osobami w Volunteer Park w Seattle. Matt przygotowuje kolejny tańczący projekt -- tym razem zamierza przenosić wzorce rzeczywistych tańców z jednego kraju/regionu do drugiego. czyli leci do Południowej Afryki i uczy miejscowych narodowego tańca mieszkańców Kirgistanu, a tydzień później przekazuje Japończykom taniec Afrykańczyków. film będzie montowany z ośmiosekundowych wstawek, wiec jeden trwający minutę taniec będzie wykonywany na kilku kontynentach przez zupełnie rożnych ludzi. i tak dookoła globu..
Matt okazał się całkiem spoko kolesiem -- z dystansem do siebie i duża charyzmą. do tego naładowany energią i gotowy do kolejnych wyzwań. ale przede wszystkim zwykły facet -- jak sam mówił, tym razem rzeczywiście chodzi o taniec, więc czeka go spore wyzwanie. strona Matta tutaj, nowy projekt będziemy śledzili..








Matt okazał się całkiem spoko kolesiem -- z dystansem do siebie i duża charyzmą. do tego naładowany energią i gotowy do kolejnych wyzwań. ale przede wszystkim zwykły facet -- jak sam mówił, tym razem rzeczywiście chodzi o taniec, więc czeka go spore wyzwanie. strona Matta tutaj, nowy projekt będziemy śledzili..
kategoria: zapiski link bezpośredni
piast zdegradowany!
15.05.2010; 19:24
nareszcie! długo oczekiwany, o sezon za długo odkładany i w pełni zasłużony spadek piasta z ekstraklasy. za poprzedni sezon, za układy, korupcję, marną frekwencję i ogólną miernotę ten spadek kurczakom się należał. dobranoc, dziękuję.
kategoria: zapiski link bezpośredni
30! welcome to the future..
12.05.2010; 02:22
uśmiecham się czasem przypominając sobie tę notkę.
napisałem ją dokładnie 6 lat temu, w dniu moich 24-tych urodzin. z prostej matematyki wynika, że dzisiaj
okazja do notki jest zdecydowanie donioślejsza: właśnie teraz, w tejże chwili, przekraczam trzydziestkę, porządny level-up, jak mawiamy w slangu gier MMO..
tym razem jednak nie będzie o pasjach, wyzwaniach i planach. będzie o przyszłości, czyli czasie w którym obecnie żyjemy. pamiętam siebie w latach 80-tych i ten prosty świat z perspektywy trzepaka. rok 2010 wszystkim wydawał się tak daleką przyszłością, czasem niemożliwym do sprecyzowania i zdefiniowania, coś na kształt filmowej Odysei Kosmicznej. oczywiście wizja mojego życia była jeszcze bardziej zamazana: kim się stanę, jakie wartości będę wyznawał, czym dane mi będzie się zajmować.. wiedziałem tylko, że chcę być piłkarzem, reszta miała być tworzona w locie i .. jak można się tego było spodziewać, życie brutalnie obeszło się z moimi młodymi planami.. przez te 30 lat świat tak bardzo się zmienił, historia zapisała tak wiele wydarzeń, byliśmy świadkami tylu zmian, przełomów i tragedii. przeszliśmy przez dynamiczny rozwój każdej z istotnych dziedzin życia i, co istotne, rozwój ten trwa i z każdym okresem, podobnie jak w przypadku rozwoju mikroprocesora, przyspiesza dwukrotnie..
idealnie ujął to bez przerwy puszczany w amerykańskim radiu Brad Paisley i to jego 'welcome to the future' chcę słuchać w dniu moich urodzin. za każdym razem gdy słucham tekstu tej piosenki przechodzi mnie swoisty dreszcz podniecenia i nostalgii. wake up Martin Luther, welcome to the future:
And I'd have given anything
To have my own Pac-Man game at home
I used to have to get a ride down to the arcade
Now I've got it on my phone
My grandpa was in World War 2
He fought against the Japanese
He wrote a hundred letters to my grandma
Mailed them from his base in the Philippines
I wish they could see this now
Will they say it's changed a note
'Cause I was on a video chat this morning
With a company in Tokyo
Hey, look around it's all so clear
Hey, wherever we were going, well we're here
Hey, so many things I never thought I'd see
Happening right in front of me
PS. a jeśli metaforą mojego życia ma być właśnie 12 maja to chyba lepiej już trafić nie mogłem. z pomocą przychodzi kalendarium i dwa światowe święta obchodzone w dniu moich urodzin: Światowy Dzień Ptaków Wędrownych, bo moje życie od kilku lat przypomina podróż, i Światowy Dzień Syndromu Chronicznego Zmęczenia, jako obraz biznesu naszych czasów i stanu, w którym wszyscy bez przerwy tkwimy..
PS2. stronę tomxx.net ciągnął będę do końca. ciekawe, czy wrócę do tej notki w, powiedzmy, roku 2040? w dniu mojej sześćdziesiątki?
PS3. wygrzebane w rodzinnych albumach, zapraszam do tomxxcikowskiego wehikułu czasu :)
cóż, początki nie były łatwe..


ale później się rozkręciło. kobiety, te prawdziwe..

i te mniej prawdziwe, za to tańsze w utrzymaniu:


agresja:

od tych płotów zaczęło się chuligaństwo stadionowe:

miłość do piłki kopanej:

wielkie przyjaźnie trwające po dzień dzisiejszy:

i rodzina, jak wartość najważniejsza.

z dziadkiem przez 28 lat znajdywaliśmy wspólne tematy:

z rodzicami chrzestnymi:

zdjęcie rodzinne:

z mamą:

z pierwszym rodzinnym maluchem i kuzynką:

i pierwsze podrywy:

tym razem jednak nie będzie o pasjach, wyzwaniach i planach. będzie o przyszłości, czyli czasie w którym obecnie żyjemy. pamiętam siebie w latach 80-tych i ten prosty świat z perspektywy trzepaka. rok 2010 wszystkim wydawał się tak daleką przyszłością, czasem niemożliwym do sprecyzowania i zdefiniowania, coś na kształt filmowej Odysei Kosmicznej. oczywiście wizja mojego życia była jeszcze bardziej zamazana: kim się stanę, jakie wartości będę wyznawał, czym dane mi będzie się zajmować.. wiedziałem tylko, że chcę być piłkarzem, reszta miała być tworzona w locie i .. jak można się tego było spodziewać, życie brutalnie obeszło się z moimi młodymi planami.. przez te 30 lat świat tak bardzo się zmienił, historia zapisała tak wiele wydarzeń, byliśmy świadkami tylu zmian, przełomów i tragedii. przeszliśmy przez dynamiczny rozwój każdej z istotnych dziedzin życia i, co istotne, rozwój ten trwa i z każdym okresem, podobnie jak w przypadku rozwoju mikroprocesora, przyspiesza dwukrotnie..
idealnie ujął to bez przerwy puszczany w amerykańskim radiu Brad Paisley i to jego 'welcome to the future' chcę słuchać w dniu moich urodzin. za każdym razem gdy słucham tekstu tej piosenki przechodzi mnie swoisty dreszcz podniecenia i nostalgii. wake up Martin Luther, welcome to the future:
And I'd have given anything
To have my own Pac-Man game at home
I used to have to get a ride down to the arcade
Now I've got it on my phone
My grandpa was in World War 2
He fought against the Japanese
He wrote a hundred letters to my grandma
Mailed them from his base in the Philippines
I wish they could see this now
Will they say it's changed a note
'Cause I was on a video chat this morning
With a company in Tokyo
Hey, look around it's all so clear
Hey, wherever we were going, well we're here
Hey, so many things I never thought I'd see
Happening right in front of me
PS. a jeśli metaforą mojego życia ma być właśnie 12 maja to chyba lepiej już trafić nie mogłem. z pomocą przychodzi kalendarium i dwa światowe święta obchodzone w dniu moich urodzin: Światowy Dzień Ptaków Wędrownych, bo moje życie od kilku lat przypomina podróż, i Światowy Dzień Syndromu Chronicznego Zmęczenia, jako obraz biznesu naszych czasów i stanu, w którym wszyscy bez przerwy tkwimy..
PS2. stronę tomxx.net ciągnął będę do końca. ciekawe, czy wrócę do tej notki w, powiedzmy, roku 2040? w dniu mojej sześćdziesiątki?
PS3. wygrzebane w rodzinnych albumach, zapraszam do tomxxcikowskiego wehikułu czasu :)
cóż, początki nie były łatwe..


ale później się rozkręciło. kobiety, te prawdziwe..

i te mniej prawdziwe, za to tańsze w utrzymaniu:


agresja:

od tych płotów zaczęło się chuligaństwo stadionowe:

miłość do piłki kopanej:

wielkie przyjaźnie trwające po dzień dzisiejszy:

i rodzina, jak wartość najważniejsza.

z dziadkiem przez 28 lat znajdywaliśmy wspólne tematy:

z rodzicami chrzestnymi:

zdjęcie rodzinne:

z mamą:

z pierwszym rodzinnym maluchem i kuzynką:

i pierwsze podrywy:

kategoria: przemyślenia link bezpośredni
uderzyliśmy do Kalifornii..
08.05.2010; 08:25
do Irminy i Marka -- naszych przyjaciół z tej cieplejszej strony zachodnich Stanów. na przywitanie się z Los Angeles wrzucam kilka fotek na zachętę -- wkrótce szersze relacje i masa zdjęć. na południu spędziliśmy 4 bardzo intensywne dni: od samego LA, przez dzielnice/miasta kurortowe, wytwórnię filmową, aż po pustynię i Park Narodowy Joshua Tree. Agata była tam po raz pierwszy, ja przywitałem się z LA w roku 2004, ale wtedy potraktowaliśmy to miasto trochę z buta. tym razem było inaczej..








kategoria: podróże link bezpośredni
ach, te słowa kluczowe..
03.05.2010; 23:52
ze sporym zdziwieniem i jeszcze większym uśmiechem przejrzałem listę słów kluczowych, po których wpisaniu w googlach użytkownik kliknął w adres mojej stronki. część z tych dziwnie brzmiących zapytań w jakiś tam daleki sposób łączy się z moją treścią, np:
giekape gorzuw wlkp dla dzieci
gry na commodore 64 gdzie trzeba sadzić drzewa
jak zginął żołnierz pokazywał sie nagrobek atari
w jakim mieście został zorganizowany flash mob w fast foodzie?
średniowieczne łąki kwiatowe
ale większość pasuje jak pięść do oka: (pisownia oryginalna)
blog erotyczny-wizita u masazystki
bobokról poszukuje sponsora
żeźbienie w lodzie piłą motorową
dyskoteka ricardo 2007 bratislava
fontanny z brazu producent
kurwa! spierdalać!!!!!- nowy system wczesnego ostrzegania
czy daleko jest od poznania do pietraszonki
ale i tak nic nie przebije mojego faworyta Pitera:
cześć google, tata sie pyta czy są ryby w przesmyku korynckim, sorry to piter się pytał
z innych ciekawych zapytań warto filozoficznie zastanowić się, co kierowało użytkownikami poszukującymi informacji na poniższe tematy:
kurwidoły opuszczone
kuzynka mojego taty
czuję się jak wieprz
i jeszcze mam kwadrans! to sobie jima piję w bufecie. to po fajrancie nie muszę już zostawać żeby pić, tylko prosto do domu
giekape gorzuw wlkp dla dzieci
gry na commodore 64 gdzie trzeba sadzić drzewa
jak zginął żołnierz pokazywał sie nagrobek atari
w jakim mieście został zorganizowany flash mob w fast foodzie?
średniowieczne łąki kwiatowe
ale większość pasuje jak pięść do oka: (pisownia oryginalna)
blog erotyczny-wizita u masazystki
bobokról poszukuje sponsora
żeźbienie w lodzie piłą motorową
dyskoteka ricardo 2007 bratislava
fontanny z brazu producent
kurwa! spierdalać!!!!!- nowy system wczesnego ostrzegania
czy daleko jest od poznania do pietraszonki
ale i tak nic nie przebije mojego faworyta Pitera:
cześć google, tata sie pyta czy są ryby w przesmyku korynckim, sorry to piter się pytał
z innych ciekawych zapytań warto filozoficznie zastanowić się, co kierowało użytkownikami poszukującymi informacji na poniższe tematy:
kurwidoły opuszczone
kuzynka mojego taty
czuję się jak wieprz
i jeszcze mam kwadrans! to sobie jima piję w bufecie. to po fajrancie nie muszę już zostawać żeby pić, tylko prosto do domu
kategoria: humor link bezpośredni
Dolina Skagit, cz. III -- a kamerą wśród barw..
01.05.2010; 10:01
najlepiej oglądać w rozdzielczości HD bezpośrednio na Vimeo..
kategoria: podróże link bezpośredni
TMbuilder..
30.04.2010; 00:02
co jakiś czas zdarza mi się popełnić jakąś użyteczną aplikację. chodzi głównie o programy/makra/skrypty, które piszę na użytek mojego działu w firmie i z wiadomych względów nie wrzucam ich do użytku publicznego. czasem jednak zdarza mi się napisać coś bardziej uniwersalnego -- tak oto powstał program TMbuilder, czyli niewielka aplikacja, która w najbardziej wygodny i najprostszy z możliwych sposobów tworzy pliki TM (Translation Memory, Pamięć Tłumaczeniowa). bazy tłumaczeń TM prawie wszystkich aplikacji CAT składają się z odpowiednich par wierszy wejściowych (źródło tłumaczenia) i wyjściowych (przetłumaczony tekst) tworząc odpowiednie segmenty tekstu. zadaniem TMbuildera jest tworzenie właśnie takich par na podstawie luźnego tekstu, aby możliwe było zaimportowanie ich do odpowiedniej aplikacji CAT.
program można pobrać ze strony domowej projektu: http://ankudowicz.com/tmbuilder/ -- aplikacja jest darmowa, waży ok 300KB.

podstawowe cechy:
TMbuilder został napisany w Microsoft Visual Studio, tak więc do uruchomienia programu konieczne jest posiadanie bibliotek .NET Framework 3.5. program akceptuje dwa rodzaje plików wejściowych: pliki CSV (separatorem jest tu tabulator) i pliki MS Excela (dwie kolumny). plikami wyjściowymi może być format Translator Workbench (plik txt akceptowany przez SDL Trados) lub uniwersalny plik tmx (Translation Memory eXchange, oparty na schemacie xml) [tak, dziwnym zbiegiem okoliczności jest to również mój nick], akceptowalny przez wszystkie inne aplikacje CAT. TMbuilder oferuje ponadto obsługę wszystkich standardowych pól omawianego formatu oraz kilka innych użytecznych funkcji, jak obsługa odpowiedniego kodowania plików (standardem formatu tmx jest Unicode), łączenie wielu plików wejściowych w jeden wyjściowy czy usuwanie podwójnych cudzysłowów, które tworzą się automatycznie podczas zapisywania pliku tekstowego w Excelu. dobra, nie będę tu tego opisywał dokładnie, wszystko zawarte jest w Pomocy, z tym, że po angielsku. poniżej copy and paste z myślą o karierze międzynarodowej:
TMbuilder 1.0 -- main features:
:: Accepts two input formats: tab-delimited text files and MS Excel spreadsheets
:: Creates output files in two file formats: Translator’s Workbench 7.x/8.x (TXT) and the Translation Memory eXchange (TMX)
:: Works on multiple input files and offers a merging feature - there might be just one import file
:: Allows the user to specify standard TM fields, like: source and target ISO flags, segment descriptions and author name
:: Removes additional quotes often created by MS Excel when saving the file to the Text form
:: Works with standard encodings: Unicode and UTF-8
:: Rapid file creation: milliseconds for .txt and seconds for .xls input files
:: Application is free for non-commercial use and can be distributed as a standalone executable program
TMbuilder was created to save both my and everybody else’s time that could be wasted using Trados’ WinAlign or any other commercially available alignment programs which usually don't offer an acceptable merging quality. One of my Localization projects pushed me to build up a new TM project from hundreds of thousands of words saved in MS Excel spreadsheets. My previously created command-line tool didn’t accept the format, so TMbuilder 1.0 GUI was created to suit modern world needs ;)
TMbuilder - the easiest Translation Memory export creator is a small tool that makes building up TM export/import files as straight-forward as possible. The 1.0 build uses code pieces from a previously created console-based version but has a nice and handy GUI. It was written in Microsoft Visual Studio 2008 so the Microsoft .NET Framework 3.5 is necessary to use the application.
program można pobrać ze strony domowej projektu: http://ankudowicz.com/tmbuilder/ -- aplikacja jest darmowa, waży ok 300KB.

podstawowe cechy:
TMbuilder został napisany w Microsoft Visual Studio, tak więc do uruchomienia programu konieczne jest posiadanie bibliotek .NET Framework 3.5. program akceptuje dwa rodzaje plików wejściowych: pliki CSV (separatorem jest tu tabulator) i pliki MS Excela (dwie kolumny). plikami wyjściowymi może być format Translator Workbench (plik txt akceptowany przez SDL Trados) lub uniwersalny plik tmx (Translation Memory eXchange, oparty na schemacie xml) [tak, dziwnym zbiegiem okoliczności jest to również mój nick], akceptowalny przez wszystkie inne aplikacje CAT. TMbuilder oferuje ponadto obsługę wszystkich standardowych pól omawianego formatu oraz kilka innych użytecznych funkcji, jak obsługa odpowiedniego kodowania plików (standardem formatu tmx jest Unicode), łączenie wielu plików wejściowych w jeden wyjściowy czy usuwanie podwójnych cudzysłowów, które tworzą się automatycznie podczas zapisywania pliku tekstowego w Excelu. dobra, nie będę tu tego opisywał dokładnie, wszystko zawarte jest w Pomocy, z tym, że po angielsku. poniżej copy and paste z myślą o karierze międzynarodowej:
TMbuilder 1.0 -- main features:
:: Accepts two input formats: tab-delimited text files and MS Excel spreadsheets
:: Creates output files in two file formats: Translator’s Workbench 7.x/8.x (TXT) and the Translation Memory eXchange (TMX)
:: Works on multiple input files and offers a merging feature - there might be just one import file
:: Allows the user to specify standard TM fields, like: source and target ISO flags, segment descriptions and author name
:: Removes additional quotes often created by MS Excel when saving the file to the Text form
:: Works with standard encodings: Unicode and UTF-8
:: Rapid file creation: milliseconds for .txt and seconds for .xls input files
:: Application is free for non-commercial use and can be distributed as a standalone executable program
TMbuilder was created to save both my and everybody else’s time that could be wasted using Trados’ WinAlign or any other commercially available alignment programs which usually don't offer an acceptable merging quality. One of my Localization projects pushed me to build up a new TM project from hundreds of thousands of words saved in MS Excel spreadsheets. My previously created command-line tool didn’t accept the format, so TMbuilder 1.0 GUI was created to suit modern world needs ;)
TMbuilder - the easiest Translation Memory export creator is a small tool that makes building up TM export/import files as straight-forward as possible. The 1.0 build uses code pieces from a previously created console-based version but has a nice and handy GUI. It was written in Microsoft Visual Studio 2008 so the Microsoft .NET Framework 3.5 is necessary to use the application.
kategoria: pasje link bezpośredni
Skagit County -- Chuckanut Drive..
28.04.2010; 23:21
dolina Skagit to nie tylko bujna roślinność. kolejną z atrakcji jest droga Chuckanut Drive -- znana waszyngtońska 'stara autostrada' określana przez Amerykańców mianem scenic, czyli trasą malowniczą, widowiskową. droga ta jest przedłużeniem trasy międzystanowej 101, po której 6 lat temu jechaliśmy z chłopakami w Kalifornii i o której pisałem kiedyś w tym miejscu.. mam słabość do bocznych, koniecznie oznaczonych żółtymi liniami dróg i mimo że przez okolicę przejeżdżaliśmy już dwukrotnie (do Vancouver autostradą nr 5), na Chuckanut Drive poświęciliśmy połowę naszej wycieczkowej soboty..
trochę historii: budowę drogi ukończono w roku 1896 i w tamtym czasie była to jedyna trasa łącząca północne tereny przygraniczne z gęściej zaludnionym południem. do tej pory cały transport w stanie Waszyngton odbywał się drogą wodną bądź kolejową. w latach 1913-1931, jak wspomniałem wcześniej, trasa ta była częścią Autostrady Pacyficznej, która rozciągała się od San Diego na południu kraju, aż po kanadyjskie Vancouver. głównymi atrakcjami widokowymi drogi do dzisiaj pozostaje zatoka Pudget Sound, wyspy San Juan i ośnieżone szczyty Gór Olimpijskich..
poniżej, prawie u samego brzegu zatoki, ciągnie się trakcja kolejowa Amtrak. na samej trasie co jakiś czas można zatrzymać się w niewielkich lokalnych restauracjach -- gwiazdą menu są tu lokalne, zaszczepione z Japonii, ostrygi. nie wiem, nie jadam. jest również spory park stanowy Larrabee. ruch jest niewielki, bo każdy, kto chce gdzieś dojechać w sensowym czasie wybiera równolegle położoną autostradę..










dwie fotki z mówiącej przeszłością tablicy na jednym z punktów widokowych:


po 24 milach docieramy do niewielkiego miasteczka Fairhaven (dzisiaj jest to już część większego Bellingham), w którym jemy lokalnie rozmrażaną rybę z frytkami. co ciekawe, osada ta wcale nie jest drewniano-papierowa, jak znaczna część tego kraju, a przeważają tu domy ceglane:




trochę historii: budowę drogi ukończono w roku 1896 i w tamtym czasie była to jedyna trasa łącząca północne tereny przygraniczne z gęściej zaludnionym południem. do tej pory cały transport w stanie Waszyngton odbywał się drogą wodną bądź kolejową. w latach 1913-1931, jak wspomniałem wcześniej, trasa ta była częścią Autostrady Pacyficznej, która rozciągała się od San Diego na południu kraju, aż po kanadyjskie Vancouver. głównymi atrakcjami widokowymi drogi do dzisiaj pozostaje zatoka Pudget Sound, wyspy San Juan i ośnieżone szczyty Gór Olimpijskich..
poniżej, prawie u samego brzegu zatoki, ciągnie się trakcja kolejowa Amtrak. na samej trasie co jakiś czas można zatrzymać się w niewielkich lokalnych restauracjach -- gwiazdą menu są tu lokalne, zaszczepione z Japonii, ostrygi. nie wiem, nie jadam. jest również spory park stanowy Larrabee. ruch jest niewielki, bo każdy, kto chce gdzieś dojechać w sensowym czasie wybiera równolegle położoną autostradę..
dwie fotki z mówiącej przeszłością tablicy na jednym z punktów widokowych:
po 24 milach docieramy do niewielkiego miasteczka Fairhaven (dzisiaj jest to już część większego Bellingham), w którym jemy lokalnie rozmrażaną rybę z frytkami. co ciekawe, osada ta wcale nie jest drewniano-papierowa, jak znaczna część tego kraju, a przeważają tu domy ceglane:
kategoria: podróże link bezpośredni
Dolina Skagit, cz. II -- jeszcze więcej tulipanów..
27.04.2010; 23:25
kategoria: podróże link bezpośredni
sportowa sobota..
25.04.2010; 07:33
sportowa sobota z live streamem przyniosła bardzo dobre wyniki: przegrał piast i jest coraz bliżej spadku. wygrał górnik i ciągle jesteśmy w walce o ekstraklasę. odblokowali się Zahor z Boninem, może coś jeszcze w tej rundzie ustrzelą. przed chwilą Adamek wygrał na punkty z Arreolą i pas mistrzowski w wadze ciężkiej jest już na wyciągnięcie ręki. brawo Góral, ja oczywiście zjadłem buta z nerwów, ale zawsze tak jest gdy oglądam boks zawodowy. przy żadnej innej dyscyplinie się tak nie denerwuję. Tomek zarobił za 36 minut boksowania i 10 minut przerw miedzy rundami półtora miliona dolarów. nieźle. i tylko nasz ligowy hit miedzy wisłą a lechem rozczarował. ale kto by się tam w takim momencie przejmował miszczem kraju..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Dolina Skagit, cz. I -- Festiwal Tulipanów..
23.04.2010; 22:55
'Washington, Evergreen State' to napis-symbol znajdujący się na tablicach siedmiu milionów zarejestrowanych tu
samochodów. stan wiecznej zieleni, zimą trochę przygaszonej, na nowo rozkwita wczesną wiosną, a pierwszym w pełni
budzącym się do życia obszarem stanu jest okręg Skagit. Skagit County położony jest między Seattle na południu i
Vancouver na północy, oraz wyspami San Juan na zachodzie i pasmem Północnych Gór Kaskadowych ciągnących się na całej
długości wschodniego horyzontu.. obecnie zamieszkuje go zaledwie 118 tys. mieszkańców.
Dolina Skagit, najbardziej znana część całego regionu, jest miejscem obfitującym w niezwykle żyzne gleby. kilka płynących tutaj rzek znajduje się już na poziomie morza, stąd częste wylewy i idealne warunki do rozwoju roślinności. dolina słynie w okolicy z upraw kwiatów, a kwiecień każdego roku zdominowany jest przez Festiwal Tulipanów, który w tym roku odbywa się już po raz 27. przejeżdżając wąskimi drogami obszaru co jakiś czas natrafiamy na rozkwitnięte pole kwiatowe. obok nich znajdują się miejsca jeszcze zielone, jednak można być pewnym, że kwiaty pojawią się tu w przeciągu następnych dwóch tygodni. i tak przez całą wiosnę: żonkile, tulipany i irysy, na zmianę, ku uciesze uszczęśliwionej wiosną gawiedzi.. Festiwal to nie tylko podziwianie kwiatów, to również uliczne występy i pokazy lokalnej sztuki.. poniżej próbka możliwości lokalnych palet kolorów..











Dolina Skagit, najbardziej znana część całego regionu, jest miejscem obfitującym w niezwykle żyzne gleby. kilka płynących tutaj rzek znajduje się już na poziomie morza, stąd częste wylewy i idealne warunki do rozwoju roślinności. dolina słynie w okolicy z upraw kwiatów, a kwiecień każdego roku zdominowany jest przez Festiwal Tulipanów, który w tym roku odbywa się już po raz 27. przejeżdżając wąskimi drogami obszaru co jakiś czas natrafiamy na rozkwitnięte pole kwiatowe. obok nich znajdują się miejsca jeszcze zielone, jednak można być pewnym, że kwiaty pojawią się tu w przeciągu następnych dwóch tygodni. i tak przez całą wiosnę: żonkile, tulipany i irysy, na zmianę, ku uciesze uszczęśliwionej wiosną gawiedzi.. Festiwal to nie tylko podziwianie kwiatów, to również uliczne występy i pokazy lokalnej sztuki.. poniżej próbka możliwości lokalnych palet kolorów..

kategoria: podróże link bezpośredni
Vancouver cz. III -- Gastown, historyczna dzielnica..
23.04.2010; 00:52
tragedia 10-go kwietnia zastopowała na trochę zarówno nasz kraj, jak i moją stronę. najpierw miałem nic o tym nie pisać, potem zmieniłem zdanie, ale ostatecznie zdecydowałem się pozostawić to wydarzenie bez komentarza -- jest wiele mądrzejszych od tomxx.net stron, na których powiedziano już wszystko. od siebie tylko trzy krótkie zdania: najbardziej boli śmierć osoby spotkanej osobiście. z wszystkich, którzy zginęli, dane mi było spotkać tylko jedną osobę, prezesa PKOl-u, Piotra Nurowskiego. rozmawiałem z nim niespełna półtorej miesiąca temu w Vancouver podczas Igrzysk. i nigdy nie zapomnę jego radości z sukcesu Justyny Kowalczyk.
jedziemy dalej, bo jak się można było tego spodziewać, świat nie zwolnił ani na chwilę. ostatnie wrażenia z Vancouver, a później kolejne wyjazdy..
jak wspomniałem wcześniej Vancouver jest miastem młodym. jego najstarszą, historyczną część stanowi dzielnica Gastown, znajdująca się na nieco z boku zatłoczonego Downtown. pierwsze budynki powstały tu w 1867 roku, a sama nazwa pochodzi od Jacka 'Gassy' Deightona -- marynarza, który otworzył tu pierwszy w mieście saloon. dla takich miejsc warto odwiedzać światowe miasta: wspaniale zadbana historyczna architektura, rozległe uliczne kafejki, małe butiki, restauracje i kluby. coś jak mix Amsterdamu z wąskimi alejkami angielskiego Brighton. niezły klimat i jedna z głównych atrakcji miasta..
najbardziej znaną atrakcją Gastown jest jednak .. zegar parowy. wybudowano go w 1977 roku na ulicznym wylocie pary, częściowo aby uniemożliwić bezdomnym spanie w tym miejscu. zegar kilkakrotnie się psuł i musiał być zasilany energią elektryczną, jednak jego dzisiejsza praca opiera się całkowicie na początkowym pomyśle pary. co piętnaście minut zegar wydaje specyficzny dźwięk za pomocą zainstalowanego w środku gwizdka parowego. więcej informacji o zegarze znajduje się na stronach wiki.




jedziemy dalej, bo jak się można było tego spodziewać, świat nie zwolnił ani na chwilę. ostatnie wrażenia z Vancouver, a później kolejne wyjazdy..
jak wspomniałem wcześniej Vancouver jest miastem młodym. jego najstarszą, historyczną część stanowi dzielnica Gastown, znajdująca się na nieco z boku zatłoczonego Downtown. pierwsze budynki powstały tu w 1867 roku, a sama nazwa pochodzi od Jacka 'Gassy' Deightona -- marynarza, który otworzył tu pierwszy w mieście saloon. dla takich miejsc warto odwiedzać światowe miasta: wspaniale zadbana historyczna architektura, rozległe uliczne kafejki, małe butiki, restauracje i kluby. coś jak mix Amsterdamu z wąskimi alejkami angielskiego Brighton. niezły klimat i jedna z głównych atrakcji miasta..
najbardziej znaną atrakcją Gastown jest jednak .. zegar parowy. wybudowano go w 1977 roku na ulicznym wylocie pary, częściowo aby uniemożliwić bezdomnym spanie w tym miejscu. zegar kilkakrotnie się psuł i musiał być zasilany energią elektryczną, jednak jego dzisiejsza praca opiera się całkowicie na początkowym pomyśle pary. co piętnaście minut zegar wydaje specyficzny dźwięk za pomocą zainstalowanego w środku gwizdka parowego. więcej informacji o zegarze znajduje się na stronach wiki.
kategoria: podróże link bezpośredni
Vancouver cz. II -- miasto, w którym każdy chciałby mieszkać..
06.04.2010; 22:52
Vancouver z uwagi na swe położenie nazywany jest Bramą na Daleki Wschód. z jednej strony rozległe wody oceanu spokojnego, z drugiej wysokie pasma Gór Nadbrzeżnych i Kaskadowych. o życiu metropolii w dużej mierze decyduje woda i największy w tej części świata port przeładunkowy.. nazwa miasta pochodzi od brytyjskiego kapitana George'a Vancouvera, który przemierzał te obszary w ostatnich latach XVIII wieku. Vancouver jest więc miastem młodym i może dlatego jego rozwój był tak dynamiczny. od wielu lat miasto znajduje się wysoko na liście 'najlepszych miejsc do mieszkania na ziemi', a jedynym minusem położenia jest zmienna i kapryśna pogoda.
Olimpiada z pewnością była pewnym bodźcem do poprawienia wizerunku metropolii, jednak władze miasta za dużo do poprawy nie miały. nasze pierwsze godziny w Vancouver to w dużej mierze zachwyt nad idealnym wręcz porządkiem i perfekcyjną starannością. te wszystkie równe krawężniki, niewielkie 'wyspy' zieleni i kwiatów, liczne parki z małymi jeziorkami, ścieżki rowerowe, parkingi, boiska sportowe i ogólna czystość. nad wszystkim góruje cudowna architektura wpasowana w położenie i koloryt okolicy. Jan Morris powiedział kiedyś, że jest to miasto, w którym każdy chciałby zamieszkać.. i rzeczywiście, po prawie roku mieszkania w Seattle różnicę na korzyść Vancouver dostrzega się po chwili.. może to dziwnie zabrzmi, ale wszyscy mieszkańcy mogą uznawać się za napływowych. oprócz potomków pierwszych brytyjskich osadników mieszka tu bardzo silna reprezentacja Irlandczyków i Niemców, ale są również Włosi, Ukraińcy, Chińczycy i ponad 20 tys Polaków..









Olimpiada z pewnością była pewnym bodźcem do poprawienia wizerunku metropolii, jednak władze miasta za dużo do poprawy nie miały. nasze pierwsze godziny w Vancouver to w dużej mierze zachwyt nad idealnym wręcz porządkiem i perfekcyjną starannością. te wszystkie równe krawężniki, niewielkie 'wyspy' zieleni i kwiatów, liczne parki z małymi jeziorkami, ścieżki rowerowe, parkingi, boiska sportowe i ogólna czystość. nad wszystkim góruje cudowna architektura wpasowana w położenie i koloryt okolicy. Jan Morris powiedział kiedyś, że jest to miasto, w którym każdy chciałby zamieszkać.. i rzeczywiście, po prawie roku mieszkania w Seattle różnicę na korzyść Vancouver dostrzega się po chwili.. może to dziwnie zabrzmi, ale wszyscy mieszkańcy mogą uznawać się za napływowych. oprócz potomków pierwszych brytyjskich osadników mieszka tu bardzo silna reprezentacja Irlandczyków i Niemców, ale są również Włosi, Ukraińcy, Chińczycy i ponad 20 tys Polaków..
kategoria: podróże link bezpośredni
Vancouver cz. I -- olimpijskie ostatki..
01.04.2010; 05:44
tydzień temu ponownie odwiedziliśmy Vancouver. Agata poznała miasto gdy ja dopingowałem Justynę w Whistler, więc na dobrą sprawę tylko dla mnie był to debiut. ze Seattle do granicy mamy 111 mil, czyli niecałe dwie godziny spokojnej jazdy. od granicy do centrum jest jeszcze ok 35 mil, więc cała podróż trwa ok 2.5h. na granicy stoi się ok 5 minut, za każdym razem słyszymy 5-7 dziwnych pytań: po co, dlaczego i do kiedy?
zanim na dobre rozkręcę się o Vancouver, bo zdecydowanie jest o czym opowiadać i co pokazywać, zarzucę kilkoma olimpijskimi ostatkami. Zimowe Igrzyska już poza nami, ale przecież nadal trwa paraolimpiada i nadal płonie olimpijski znicz. przy marinie, w samym centrum wielkiego miasta, wciąż kręci się cała masa ludzi obsługujących tą wielką imprezę, a gdzieniegdzie widać poruszających się na wózkach sportowców. do tego oczywiście wielkie tłumy turystów, ciężko znaleźć wolne miejsce w kafejce czy restauracji..
znicz olimpijski znajduje się nad samą wodą w okolicy Coal Harbour, a jego konstrukcję -- tradycyjny stos ogniskowy -- tworzą cztery potężne pale zbudowane z zielonego szkła. na ich przecięciu wyrasta piąty element, z którego wzbija się największy płomień. ogień tradycyjnie przywędrował z Grecji, po dotarciu do Ameryki Północnej przemierzył całą Kanadę, by wreszcie, z rąk legendarnego hokeisty Wayne'a Gretskiego, na stałe zapłonąć na zniczu. oprócz symbolu olimpiady jest w tym zniczu coś niesamowitego -- potężne odzwierciedlenie nadziei i sportowy duch rywalizacji, jak również legendarna już kanadyjska duma. tę dumę i honor bycia Kanadyjczykiem widać w Vancouver na każdym kroku.. konstrukcja ma zostać w tym miejscu na dłużej, jednak zapalana ma być tylko na specjalne okazje..





zanim na dobre rozkręcę się o Vancouver, bo zdecydowanie jest o czym opowiadać i co pokazywać, zarzucę kilkoma olimpijskimi ostatkami. Zimowe Igrzyska już poza nami, ale przecież nadal trwa paraolimpiada i nadal płonie olimpijski znicz. przy marinie, w samym centrum wielkiego miasta, wciąż kręci się cała masa ludzi obsługujących tą wielką imprezę, a gdzieniegdzie widać poruszających się na wózkach sportowców. do tego oczywiście wielkie tłumy turystów, ciężko znaleźć wolne miejsce w kafejce czy restauracji..
znicz olimpijski znajduje się nad samą wodą w okolicy Coal Harbour, a jego konstrukcję -- tradycyjny stos ogniskowy -- tworzą cztery potężne pale zbudowane z zielonego szkła. na ich przecięciu wyrasta piąty element, z którego wzbija się największy płomień. ogień tradycyjnie przywędrował z Grecji, po dotarciu do Ameryki Północnej przemierzył całą Kanadę, by wreszcie, z rąk legendarnego hokeisty Wayne'a Gretskiego, na stałe zapłonąć na zniczu. oprócz symbolu olimpiady jest w tym zniczu coś niesamowitego -- potężne odzwierciedlenie nadziei i sportowy duch rywalizacji, jak również legendarna już kanadyjska duma. tę dumę i honor bycia Kanadyjczykiem widać w Vancouver na każdym kroku.. konstrukcja ma zostać w tym miejscu na dłużej, jednak zapalana ma być tylko na specjalne okazje..


kategoria: podróże link bezpośredni
w Seattle już wiosna..
26.03.2010; 06:28
wiosna w pełni -- wszystkie zdjęcia pochodzą z terenu kampusu University of Washington.


ten katedro podobny budynek to uniwersytecka biblioteka (Suzzallo Library):





większość poniższych fotek pochodzi z Alei Wiśniowej, znanej z mnóstwa drzew rodem z Japonii:









ten katedro podobny budynek to uniwersytecka biblioteka (Suzzallo Library):
większość poniższych fotek pochodzi z Alei Wiśniowej, znanej z mnóstwa drzew rodem z Japonii:
kategoria: zapiski link bezpośredni
Przystanek Alaska trip.. cz. II -- kilka słów o Roslyn..
24.03.2010; 05:16
miasteczko Cicely -- filmowy Przystanek Alaska, czyli Roslyn/WA to osada górnicza. powstała w 1886 roku, a jej głównym zadaniem było wydobycie węgla dla dynamicznie rozwijającej się linii kolejowej korporacji Northern Pacific Railway. w końcówce XIX wieku głównym zadaniem przemysłu kolejowego było przebicie się przez góry Kaskadowe i osiągniecie zatoki Pudget Bay w okolicach Seattle..
dzisiejsze Roslyn zamieszkuje nieco ponad 1000 osób i gdyby nie serialowa sława, miasteczko prawdopodobnie zaginęłoby w pomroce dziejów. w oczy rzuca się nieregularna i krzywa drewniana zabudowa, przypominająca miasteczka znane z klasycznych westernów. centralnym punktem jest Pennsylvania Avenue wokół której rozłożone są serialowe zabudowania. mieszkańcy od ponad stu lat gromadzą się w knajpce zwanej 'The Brick', która jest najstarszą wciąż działającą tawerną w stanie Waszyngton. budynek pubu powstał z kilkudziesięciu tysięcy cegieł, a samo miejsce, zarządzane przez Hollinga, bardzo często przewijało się w serialu..
co oprócz pubu? oczywiście gabinet dr. Fleishmanna, malownicza rupieciarnia Ruth-Anne i radio KBHR z którego nadawał Chris o Poranku. to wszystko warto zobaczyć, warto jednak również spojrzeć na tą bardziej rzeczywistą część osady: muzeum górnictwa, szlak opuszczonych kopalń czy budynek lokalnego browaru. to miasteczko, choć ciche, wciąż oferuje wiele tajemnic. a czasem, raz w roku, naprawdę mamy szansę usłyszeć głos Chrisa, spotkać piękną Maggie, czy pomilczeć wspólnie z asystentką doktora, Marilyn. aktorzy odwiedzają Roslyn raz do roku, a meeting ów nosi nazwę Moosefest, o czym była mowa w filmie poniżej. przyjeżdża sporo fanów, pojawiają się aktorzy i prawdopodobnie i my się tam pojawimy 23 czerwca 2010 roku. mam nadzieję, że będzie również przerośnięty łoś..








cmentarz w Roslyn, jeden z 25 w okolicy, to jakby osobna historia, ściśle jednak wpisana w losy tej niewielkiej osady. służył tysiącom górników, a jego wyjątkowość polega na pogrupowaniu grobów wg kryteriów geograficznych i wyznaniowych. oddzielne sekcje poświęcone różnym narodowościom obejmują te najliczniejsze grupy imigrantów: Chorwatów, Serbów, Niemców czy Włochów, ale jest też sekcja polska. a w zasadzie polsko-litewska, gdyż nasi rodacy spoczywają ramię w ramię z drugą nacją Rzeczypospolitej Obojga Narodów. do dnia dzisiejszego zachowało się 27 polskich grobów, jednak mało kto pamięta o losach zmarłych tu ludzi. udało mi się natomiast porozmawiać z osobą zajmującą się tym cmentarzem, która potwierdziła, iż potomkowie przybyłych tu Polaków nadal mieszkają w okolicy Roslyn..



dzisiejsze Roslyn zamieszkuje nieco ponad 1000 osób i gdyby nie serialowa sława, miasteczko prawdopodobnie zaginęłoby w pomroce dziejów. w oczy rzuca się nieregularna i krzywa drewniana zabudowa, przypominająca miasteczka znane z klasycznych westernów. centralnym punktem jest Pennsylvania Avenue wokół której rozłożone są serialowe zabudowania. mieszkańcy od ponad stu lat gromadzą się w knajpce zwanej 'The Brick', która jest najstarszą wciąż działającą tawerną w stanie Waszyngton. budynek pubu powstał z kilkudziesięciu tysięcy cegieł, a samo miejsce, zarządzane przez Hollinga, bardzo często przewijało się w serialu..
co oprócz pubu? oczywiście gabinet dr. Fleishmanna, malownicza rupieciarnia Ruth-Anne i radio KBHR z którego nadawał Chris o Poranku. to wszystko warto zobaczyć, warto jednak również spojrzeć na tą bardziej rzeczywistą część osady: muzeum górnictwa, szlak opuszczonych kopalń czy budynek lokalnego browaru. to miasteczko, choć ciche, wciąż oferuje wiele tajemnic. a czasem, raz w roku, naprawdę mamy szansę usłyszeć głos Chrisa, spotkać piękną Maggie, czy pomilczeć wspólnie z asystentką doktora, Marilyn. aktorzy odwiedzają Roslyn raz do roku, a meeting ów nosi nazwę Moosefest, o czym była mowa w filmie poniżej. przyjeżdża sporo fanów, pojawiają się aktorzy i prawdopodobnie i my się tam pojawimy 23 czerwca 2010 roku. mam nadzieję, że będzie również przerośnięty łoś..
cmentarz w Roslyn, jeden z 25 w okolicy, to jakby osobna historia, ściśle jednak wpisana w losy tej niewielkiej osady. służył tysiącom górników, a jego wyjątkowość polega na pogrupowaniu grobów wg kryteriów geograficznych i wyznaniowych. oddzielne sekcje poświęcone różnym narodowościom obejmują te najliczniejsze grupy imigrantów: Chorwatów, Serbów, Niemców czy Włochów, ale jest też sekcja polska. a w zasadzie polsko-litewska, gdyż nasi rodacy spoczywają ramię w ramię z drugą nacją Rzeczypospolitej Obojga Narodów. do dnia dzisiejszego zachowało się 27 polskich grobów, jednak mało kto pamięta o losach zmarłych tu ludzi. udało mi się natomiast porozmawiać z osobą zajmującą się tym cmentarzem, która potwierdziła, iż potomkowie przybyłych tu Polaków nadal mieszkają w okolicy Roslyn..

kategoria: podróże link bezpośredni
Przystanek Alaska trip.. cz. I -- film
20.03.2010; 09:36
kolejnym punktem naszych wycieczek śladem znanych seriali było Roslyn w stanie Waszyngton gdzie kręcono popularny w wielu krajach Przystanek Alaska. serial po raz pierwszy emitowany był w latach 1990-1995 i opowiadał historię niewielkiego miasteczka Cicely położonego gdzieś na Alasce. powstało 110 odcinków, a entuzjastyczne przyjęcie przez widzów na całym świecie wynikało z niezwykle ciepłej atmosfery, barwnej kreacji postaci i dialogów oraz wyjątkowemu otoczeniu 'zimnej i nieprzyjaznej Alaski'..
zacznę nietypowo, bo od filmu. to niejako mój debiut, nie licząc akademii ku czci ojczyzny w podstawówce i występów przed całą szkołą w sali gimnastycznej ;) nawijałem z głowy, czyli fristajlowo, więc wybaczcie nazbyt częste powtórzenie niektórych 'fantastycznych' słów..
zacznę nietypowo, bo od filmu. to niejako mój debiut, nie licząc akademii ku czci ojczyzny w podstawówce i występów przed całą szkołą w sali gimnastycznej ;) nawijałem z głowy, czyli fristajlowo, więc wybaczcie nazbyt częste powtórzenie niektórych 'fantastycznych' słów..
kategoria: podróże link bezpośredni
Górnik walczy jak równy z równym z amatorami..
15.03.2010; 22:59
Górnik wygrał pierwszy od wieków mecz o stawkę -- przy zamkniętym w większej części przedwojennym stadionie udało się wymęczyć skromne 1-0 z kopaczami z Gorzowa Wlkp. i co z tego wynika?
nic. a w zasadzie nic pozytywnego. Górnik miał w tej lidze wymiatać. miał miażdżyć rywali, samą swoją nazwą powodować drżenie ich łydek. w rzeczywistości Górnik gra na tak żenującym poziomie, że nikt w tej śmiesznej lidze się naszych kopaczy nie obawia. nikt nie zamyka się na własnym polu karnym, a większość zespołów prowadzi z nami otwartą grę, będąc często drużynami lepszymi. problem tylko w tym, że nasze 'gwiazdy' zarabiają 10 razy więcej od przeciętnego wyrobnika ligowego, a sam budżet Górnika starczyłby innym drużynom na spokojną 5-letnią egzystencję..
Górnik gra tak straszną padakę, gra taką przykrą piłkę, jakiej jeszcze nie pamiętam, a kibicuję przecież od lat dwudziestu. wystarczy napisać, że w ostatnich dwóch meczach Górnik zagroził bramce gości (a młodzież Katowic i Gorzowa to przecież kompletni amatorzy) może łącznie z 3 razy. a może i nawet nie tyle. zero składnych akcji, zero sytuacji, problem z trzema (!!) dokładnymi podaniami. zero dryblingu, zero celnych dośrodkowań, żadnego zagrożenia po stałych fragmentach gry. Polonia Bytom, drużyna za darmo i na pniu sklecona z piłkarzy niepotrzebnych nigdzie indziej ogrywa Legię. Ruch Chorzów, który wcale nie ma lepszych od nas piłkarzy, walczy o mistrza Polski. równie słaba jak my rok temu Cracovia bez problemu zapewnia sobie byt w ekstraklasie. i tylko naszym grajkom sie nie chce, nie wychodzi lub nie potrafią. tego się wręcz nie da oglądać, a na moje nieszczęście Górnik puszczany jest w TV z uporem maniaka..
a najgorsze jest to, że mi ciągle tak bardzo zależy. mam tu kilku chłopaków kibicujących swoim drużynom, ale nikt nie wstaje o 5 rano, żeby obejrzeć mecz swojego zespołu. i jak, do cholery, mam potem tłumaczyć takiemu Brytyjczykowi, że fuksiarsko ograliśmy w lidze taki GieKaPe Gorzów, kiedy jego Manchester United w tygodniu leje Milan cztery do jaja i nikt się tym za bardzo nie podnieca? zapyta się pewnie kolega Brytyjczyk, czy GieKaPe Gorzów jest lepszy od Mediolanu i kiedy ostatnio grał w Lidze Mistrzów. ja nawet nie wspominam, że ostatnio LM w Polsce widzieliśmy przed piętnastoma laty. i tak by w to nie uwierzył..
nic. a w zasadzie nic pozytywnego. Górnik miał w tej lidze wymiatać. miał miażdżyć rywali, samą swoją nazwą powodować drżenie ich łydek. w rzeczywistości Górnik gra na tak żenującym poziomie, że nikt w tej śmiesznej lidze się naszych kopaczy nie obawia. nikt nie zamyka się na własnym polu karnym, a większość zespołów prowadzi z nami otwartą grę, będąc często drużynami lepszymi. problem tylko w tym, że nasze 'gwiazdy' zarabiają 10 razy więcej od przeciętnego wyrobnika ligowego, a sam budżet Górnika starczyłby innym drużynom na spokojną 5-letnią egzystencję..
Górnik gra tak straszną padakę, gra taką przykrą piłkę, jakiej jeszcze nie pamiętam, a kibicuję przecież od lat dwudziestu. wystarczy napisać, że w ostatnich dwóch meczach Górnik zagroził bramce gości (a młodzież Katowic i Gorzowa to przecież kompletni amatorzy) może łącznie z 3 razy. a może i nawet nie tyle. zero składnych akcji, zero sytuacji, problem z trzema (!!) dokładnymi podaniami. zero dryblingu, zero celnych dośrodkowań, żadnego zagrożenia po stałych fragmentach gry. Polonia Bytom, drużyna za darmo i na pniu sklecona z piłkarzy niepotrzebnych nigdzie indziej ogrywa Legię. Ruch Chorzów, który wcale nie ma lepszych od nas piłkarzy, walczy o mistrza Polski. równie słaba jak my rok temu Cracovia bez problemu zapewnia sobie byt w ekstraklasie. i tylko naszym grajkom sie nie chce, nie wychodzi lub nie potrafią. tego się wręcz nie da oglądać, a na moje nieszczęście Górnik puszczany jest w TV z uporem maniaka..
a najgorsze jest to, że mi ciągle tak bardzo zależy. mam tu kilku chłopaków kibicujących swoim drużynom, ale nikt nie wstaje o 5 rano, żeby obejrzeć mecz swojego zespołu. i jak, do cholery, mam potem tłumaczyć takiemu Brytyjczykowi, że fuksiarsko ograliśmy w lidze taki GieKaPe Gorzów, kiedy jego Manchester United w tygodniu leje Milan cztery do jaja i nikt się tym za bardzo nie podnieca? zapyta się pewnie kolega Brytyjczyk, czy GieKaPe Gorzów jest lepszy od Mediolanu i kiedy ostatnio grał w Lidze Mistrzów. ja nawet nie wspominam, że ostatnio LM w Polsce widzieliśmy przed piętnastoma laty. i tak by w to nie uwierzył..
kategoria: zapiski link bezpośredni
śnieżna kraina cz. III -- więcej fotek..
11.03.2010; 23:18
kategoria: podróże link bezpośredni
śnieżna kraina cz. II -- film z doliny Paradise..
10.03.2010; 19:21
wersja HD bezpośrednio na Vimeo, więc lepiej tam oglądać, muzyka: Mehdi -- Sequoia.
kategoria: pasje link bezpośredni
śnieżna kraina cz. I
06.03.2010; 08:53
pierwsza część śnieżnego reportażu. zdjęcia pochodzą spod wulkanu Mt Rainier będącego częścią Gór Kaskadowych, a dokładniej z doliny Paradise, którą odwiedziliśmy w lecie zeszłego roku i o której pisałem tutaj. piękne to miejsce, ale tak bajkowego śniegu nie spotkałem jeszcze chyba nigdy. pierwsze trzy panoramy przedstawiają widok spod wulkanu na południe, natomiast zdjęcie ostanie z doliny Paradise na północ, czyli na sam wulkan. miejsce to znajduje się na wysokości 1,645 m npm, a sam Mt Rainier osiąga wysokość 4,392 m. zdjęcia zrobiłem nowym Nikonem 70-200, a to najdłuższe poskładane jest z 11 ujęć. wkrótce kolejne fotki i (stabilny tym razem) film. muszę go poskładać, ale to zajmuje więcej czasu, niż się tego można spodziewać..
dla niskiej rozdzielczości podaję linki do panoram bez lightboksa: 1, 2, 3 i 4.




dla niskiej rozdzielczości podaję linki do panoram bez lightboksa: 1, 2, 3 i 4.




kategoria: podróże link bezpośredni
Vancouver 2010 cz. IV -- twarze..
04.03.2010; 06:56
kilka znanych osób, które dorwałem w strefie VIP. żeby było śmieszniej, to brak identyfikatora i autoryzacji zauważono u mnie dopiero kiedy opuszczałem to miejsce. widać aparat wystarcza. zresztą kilka z poniższych osób pytało z jakiej jestem gazety, a ktoś bez zastanowienia rzucił, że z Faktu.. dobrze, że nie z Pudelka..
Piotr Nurowski -- prezes PKOl:

Włodzimierz Szaranowicz -- dyrektor TVP Sport:

Piotr Sobczyński -- dziennikarz TVP, to nasze drugie spotkanie po MŚ2006 w Niemczech:

Łukasz Ligocki -- członek Misji Olimpijskiej, brat Michała i kuzyn Pauliny Ligockiej, naszych reprezentantów w snowboardzie:

Tomasz Zimoch -- jeden z najlepszych polskich sprawozdawców sportowych:

dwa Tomki:

i na koniec ja z bukietem zielonego czegoś, co dostała Justyna Kowalczyk na stadionie po zwycięstwie w swoim biegu. tego typu kwiaty otrzymywali wszyscy sportowcy od razu po zawodach, a medale przyznawane były tego dnia wieczorem w miasteczku olimpijskim. walczyłem twardo, bo chyba warto było mieć z tym bukietem zdjęcie pamiątkowe..

Piotr Nurowski -- prezes PKOl:
Włodzimierz Szaranowicz -- dyrektor TVP Sport:
Piotr Sobczyński -- dziennikarz TVP, to nasze drugie spotkanie po MŚ2006 w Niemczech:
Łukasz Ligocki -- członek Misji Olimpijskiej, brat Michała i kuzyn Pauliny Ligockiej, naszych reprezentantów w snowboardzie:
Tomasz Zimoch -- jeden z najlepszych polskich sprawozdawców sportowych:
dwa Tomki:
i na koniec ja z bukietem zielonego czegoś, co dostała Justyna Kowalczyk na stadionie po zwycięstwie w swoim biegu. tego typu kwiaty otrzymywali wszyscy sportowcy od razu po zawodach, a medale przyznawane były tego dnia wieczorem w miasteczku olimpijskim. walczyłem twardo, bo chyba warto było mieć z tym bukietem zdjęcie pamiątkowe..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Vancouver 2010 cz. III -- widziane z boku..
02.03.2010; 08:28
w czasie trwania olimpiady nie można było dojechać Whistler własnym samochodem. w zamian organizatorzy zapewnili dojazd autobusami z Vancouver -- bilet kosztował ok 50$, a sama podróż trwała ok 2.5h w jedną stronę. po przyjeździe na miejsce kilka niespodzianek: w kasach wciąż były bilety i to nie tylko na narciarstwo (również na finał hokeja!), a dookoła panowała wyjątkowo polska atmosfera. na zawodach stawiło się wielu naszych rodaków (głównie tych na stałe mieszkających w Kanadzie i Stanach), a polskie 'dzień dobry, jak się mash?' słyszane było ze wszystkich stron, głównie od osób pracujących przy obsłudze. szybko dostaję się na stadion, a tu kolejny szok: grupa ok 10 osób rozwija flagę z napisem 'GLIWICE'.. sam bieg trwał ok półtorej godziny, a ja w tym czasie przeszedłem całą trasę, na którą składały się po trzy okrążenia dwóch pętli. fajnie, że nie trzymano kibiców w okolicach stadionu, bo klimat wyścigu był o wiele lepszy poza miejscem rozkrzyczanego tłumu. spotykam wielu rodaków, jak również kibiców z Norwegii, Szwecji, Estonii, Japonii czy Alaski.. po biegu udaje mi się przedostać do strefy VIP-ów (hehe, który to już raz korzystam z wyuczonej przed laty metody wchodzenia 'na krzywy ryj') i rozmawiam z przedstawicielami polskich mediów. jest Szaranowicz, Piotr Sobczyński (mówię mu, że zrobiliśmy sobie zdjęcie przed meczem Niemcy-Polska na MŚ w roku 2006), Tomasz Zimoch. do tego władze polskiego narciarstwa i PKOl, ale o tym w kolejnej notce.. wyjazd zdecydowanie się udał: mamy historyczne złoto, mega emocje, gdyby tylko pogoda była trochę lepsza..
















kategoria: zapiski link bezpośredni
Vancouver 2010 cz. II -- finisz Justyny Kowalczyk..
01.03.2010; 06:52
sorry za drżące ręce i huśtawkę (kamery i nastrojów) -- to moja wspólna praca z najlepszym polskim redaktorem wszech czasów, Tomkiem Zimochem :) spotkałem go po zawodach, przekazałem pozdrowienia od kibica Górnika Zabrze, rozmawialiśmy kilka minut, a pan Tomasz poprosił mnie o wywiad. odpowiedziałem na 5 pytań 'prawdziwego polskiego kibica' do jego podręcznego dyktafonu, ale szczerze mówiąc nie pamiętam już ani pytań, ani tym bardziej moich odpowiedzi. może gdzieś to kiedyś w radiu poleci.. podczas zawodów głównie fotografowałem, ale na czas finiszu schowałem aparat i zacząłem nagrywanie. niesamowite emocje! wersja HD jak zwykle dostępna jest bezpośrednio na Vimeo..
kategoria: pasje link bezpośredni
Vancouver 2010 cz. I -- złota Justyna Kowalczyk!!
28.02.2010; 08:21
właśnie wróciłem z Whistler i na szybko wrzucam foty złotej Justyny. bardzo dużo emocji, zdarte gardło, kilka dziwnych spotkań i cała masa Polaków. wchodzę na stadion, a tam ekipa rozwiesza flagę GLIWICE. jutro napiszę więcej i wrzucę filmik z emocjonującego finiszu -- przejechałem dzisiaj 800km i padam na twarz..

















kategoria: pasje link bezpośredni
szósta trzydzieści..
23.02.2010; 06:38
w sobotę zwlokłem się z ciepłego łóżka już przed szóstą i wybrałem się na wschód słońca. różne myśli przychodziły mi do głowy w trakcie szukania spodni po ciemnym pokoju -- Seattle jeszcze śpi, żywej duszy na dworze, cicho wszędzie. jednak po dotarciu na miejsce osłupiałem: w rzędzie stało już tam szesnastu fotografów z szesnastoma rozłożonymi statywami. grzecznie stanąłem sobie na końcu linii i tym sposobem było nas już siedemnastu. wschód nastąpił ok 6.30 i bardzo ciepłym światłem przepełnił panoramę downtown. bardzo wyraźnie widoczny był oddalony o ok 100km wulkan Mt Rainier. poniżej panorama okolicy i kilka późniejszych (w zasadzie zdjęcie drugie pstryknięte było jako pierwsze, od razu po przyjeździe) fotek okolicy. ahh, w pięknym miejscu obecnie mieszkamy..












kategoria: zapiski link bezpośredni
Vancouver 2010
20.02.2010; 05:49
miał być Małysz w sobotę (dzisiaj) na dużej skoczni, a będzie Kowalczyk w sobotę (za tydzień) w biegu na 30km. dzisiaj udało mi się dostać bilet na Cross-Country Skiing i to po cenie w miarę normalnej -- nie musiałem płacić 700% ceny nominalnej! co jednak na mapie tej części świata wydaje się rzutem beretem (odległość Seattle - Vancouver - Whistler), w rzeczywistości przekłada się na ok 6 godzin jazdy. bieg Justyny rozpoczyna się ok 11 (czasu Pacyficznego), ale będziemy musieli wyjechać już przed 4 nad ranem. dojazd do granicy amerykańsko-kanadyjskiej to ok 2h, nie wiadomo ile przyjdzie nam czekać na granicy, bo bywają tam straszne kolejki. potem centrum Vancouver, parking i dojazd specjalnym (nie, nie chodzi o paraolimpiadę :) olimpijskim autobusem do Whistler, co również trwa ok 3 godzin.. no zobaczymy, jestem dobrej myśli. zresztą któż by nie był po dwóch medalach naszej zawodniczki. planuję wpaść na trasę i zrobić dobre zdjęcia, ale kto wie jak będzie -- pewnie znowu poszaleją z ograniczeniami. jeśli będę musiał siedzieć na krzesełku to nerwowo nie zdzierżę.. dobrze, ze mam szalik Polski..

kategoria: zapiski link bezpośredni
nie zapomnij skąd tutaj przybyłem..
11.02.2010; 01:18
moja emigracja od samego początku miała raczej wymiar czasowy. jestem zbyt sentymentalny i za bardzo przywiązany, aby na stałe
żyć poza Polską. i choć ta niezdefiniowana przestrzeń czasowa niebezpiecznie się rozciąga, i choć coraz dotkliwiej kłują w oczy
piękne miasta, życzliwsi ludzie i prostsze życie poza granicami Polski, decyzja o powrocie nie ma prawa się zmienić. termin
owszem, ale nie podstawowe założenia osobistej przyszłości. i oczywistym jest, że w równym stopniu chodzi o rzeczy
fundamentalne, jak rodzina czy przyjaciele, co o rzeczy błahe, jak rozbita kostka brukowa, zapamiętane od małego drzewo czy
zimny Lech na rynku po parasolami.. bo gdy opadnie gorączka podróży, gdy kombinację podniecenia, lęku i oczekiwań przysłonią
wydarzenia dnia codziennego, zaczyna się normalne życie. jak ono wygląda poza granicami kraju?
to oczywiście zależy, czy na dzień dobry emigrant próbuje stać się Brytyjczykiem/Niemcem/Norwegiem lub innym Irlandczykiem, czy
wprost przeciwnie -- głośno i dobitnie głosi skąd pochodzi i dokąd, w jakiejś tam przyszłości, zmierza. tych pierwszych
szanuję, choć zdecydowanie bliżej mi do opcji drugiej -- stąd też będzie o takich małych elementach polskości na obczyźnie..
kojąco działa na mnie polskie radio. nic nie przebije osobliwego klimatu Trójki wczesnych godzin rannych i takiego na ten przykład 'trójkowego budzika'. u mnie to dopiero wieczór, ale niezwykle miło posłuchać jak tam daleko, osiem i pół tysiąca kilometrów na Wschód, Polska budzi się do życia. koło piątej powoli kończą się ciche utwory nocne, ich miejsce przejmują pierwsze poranne niusy, rzeczowe rozmowy i wszystkie te detale serwowane przez słuchaczy, z odgarnianiem śniegu włącznie. do tego nasza rodzima muzyka, jako nieśmiertelna część nowego dnia..
nie wyobrażam sobie również dnia bez polskiej literatury. mimo 3 lat posługiwania się na co dzień językiem angielskim, w ogóle nie podchodzi mi czytanie książek w tym języku. ani w żadnym innym (mój zardzewiały niemiecki był kiedyś całkiem wporzo).. pisałem ostatnio na blogu o różnych czytnikach e-booków -- z takimi maszynkami i tysiącem pozycji w elektronicznych archiwach żadna obczyzna nie jest straszna.. ostatnio wracam do klasyki, bo to już najwyższa pora zabrać się za nigdy nie czytaną Trylogię..
od 3 lat nie posiadam telewizora, co oczywiście nie przeszkadza mi być na bieżąco z wszelkimi polskimi produkcjami filmowymi. polskie seriale są coraz lepsze (vide Czas Honoru czy Tajemnica twierdzy szyfrów) a internet coraz szybszy. ostatnio trochę stanął projekt polskiej telewizji publicznej oficjalnie streamowanej przez iTVP czy PLiPTV.PL dla widzów zza granicy, ale oglądanie polskich kanałów przez protokoły typu Sop: nie nastręcza żadnych problemów. nie mówiąc już o fakcie, że nigdy wcześniej nie oglądałem tak wielu meczów ligi polskiej.. i to lajf..
ale to wszystko to tylko dodatki. najważniejsze są kontakty z Polonią, o które nawet w tak odległym od naszego kraju miejscu nie jest trudno. w Seattle mieszka kilka tysięcy Polaków, począwszy od tych 70-80 letnich pamiętających drugą falę emigracji (pierwsza grupa Polaków przybyła w te okolice jeszcze w drugiej połowie XIX wieku) po tych najmłodszych. największą grupę stanowią ludzie, którzy wyemigrowali tu w latach '80-tych uciekając przed złym systemem -- dzisiaj mają po 40-50 lat i stanowią serce ruchu polonijnego w tej okolicy. istnieje polska parafia, dom polski (organizujący koncerty naszych rodzimych umuzykalnionych inaczej gwiazd), polskie spotkania, obiady, kluby książkowe, drużyna piłkarska i inne takie.. nie wspominam o Anglii i Brighton bo tam język polski słyszany był wszędzie..
do napisania tego krótkiego tekstu skłoniła mnie hala Prudential Center w Newark podczas ostatniej walki Tomka Adamka. 12 tysięcy miejsc i 11 i pół tysiąca fanatycznych polskich kibiców. biało-czerwone New Jersey tego dnia nie było niczym szczególnym. i ten szał gdy naszej nowej wschodzącej gwieździe boksu zawodowego puszczono jego hymn -- utwór 'Pamiętaj' kieleckiego rapera Funky Polaka na stałe mieszkającego w Chicago. w takich warunkach zawsze dopada mnie dreszcz polskości..
kojąco działa na mnie polskie radio. nic nie przebije osobliwego klimatu Trójki wczesnych godzin rannych i takiego na ten przykład 'trójkowego budzika'. u mnie to dopiero wieczór, ale niezwykle miło posłuchać jak tam daleko, osiem i pół tysiąca kilometrów na Wschód, Polska budzi się do życia. koło piątej powoli kończą się ciche utwory nocne, ich miejsce przejmują pierwsze poranne niusy, rzeczowe rozmowy i wszystkie te detale serwowane przez słuchaczy, z odgarnianiem śniegu włącznie. do tego nasza rodzima muzyka, jako nieśmiertelna część nowego dnia..
nie wyobrażam sobie również dnia bez polskiej literatury. mimo 3 lat posługiwania się na co dzień językiem angielskim, w ogóle nie podchodzi mi czytanie książek w tym języku. ani w żadnym innym (mój zardzewiały niemiecki był kiedyś całkiem wporzo).. pisałem ostatnio na blogu o różnych czytnikach e-booków -- z takimi maszynkami i tysiącem pozycji w elektronicznych archiwach żadna obczyzna nie jest straszna.. ostatnio wracam do klasyki, bo to już najwyższa pora zabrać się za nigdy nie czytaną Trylogię..
od 3 lat nie posiadam telewizora, co oczywiście nie przeszkadza mi być na bieżąco z wszelkimi polskimi produkcjami filmowymi. polskie seriale są coraz lepsze (vide Czas Honoru czy Tajemnica twierdzy szyfrów) a internet coraz szybszy. ostatnio trochę stanął projekt polskiej telewizji publicznej oficjalnie streamowanej przez iTVP czy PLiPTV.PL dla widzów zza granicy, ale oglądanie polskich kanałów przez protokoły typu Sop: nie nastręcza żadnych problemów. nie mówiąc już o fakcie, że nigdy wcześniej nie oglądałem tak wielu meczów ligi polskiej.. i to lajf..
ale to wszystko to tylko dodatki. najważniejsze są kontakty z Polonią, o które nawet w tak odległym od naszego kraju miejscu nie jest trudno. w Seattle mieszka kilka tysięcy Polaków, począwszy od tych 70-80 letnich pamiętających drugą falę emigracji (pierwsza grupa Polaków przybyła w te okolice jeszcze w drugiej połowie XIX wieku) po tych najmłodszych. największą grupę stanowią ludzie, którzy wyemigrowali tu w latach '80-tych uciekając przed złym systemem -- dzisiaj mają po 40-50 lat i stanowią serce ruchu polonijnego w tej okolicy. istnieje polska parafia, dom polski (organizujący koncerty naszych rodzimych umuzykalnionych inaczej gwiazd), polskie spotkania, obiady, kluby książkowe, drużyna piłkarska i inne takie.. nie wspominam o Anglii i Brighton bo tam język polski słyszany był wszędzie..
do napisania tego krótkiego tekstu skłoniła mnie hala Prudential Center w Newark podczas ostatniej walki Tomka Adamka. 12 tysięcy miejsc i 11 i pół tysiąca fanatycznych polskich kibiców. biało-czerwone New Jersey tego dnia nie było niczym szczególnym. i ten szał gdy naszej nowej wschodzącej gwieździe boksu zawodowego puszczono jego hymn -- utwór 'Pamiętaj' kieleckiego rapera Funky Polaka na stałe mieszkającego w Chicago. w takich warunkach zawsze dopada mnie dreszcz polskości..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
na grobie Bruce'a i Brandona Lee..
08.02.2010; 09:33
Bruce Lee oraz jego syn Brandon pochowani są na cmentarzu Lake View w Seattle.. oboje, ojciec i syn, zmarli bardzo młodo. u Bruce'a wykryto obrzęk mózgu po tym jak zemdlał na planie filmu Wejście Smoka. Brandon został postrzelony na planie filmu Kruk podczas kręcenie sceny z gangiem -- przez przypadek w magazynku znajdował się ostry nabój. Bruce Lee studiował w Seattle i właśnie tutaj założył swoją pierwszą szkołę walk -- dlatego też tutaj spoczywa jego ciało.
na grobie Bruce'a widnieje inskrypcja:
a to dłuższy tekst na grobie Brandona:






na grobie Bruce'a widnieje inskrypcja:
Your inspiration continues to guide us toward our personal liberation
(twoje natchnienie prowadzi nas ku naszemu osobistemu wyzwoleniu)
(twoje natchnienie prowadzi nas ku naszemu osobistemu wyzwoleniu)
"Because we don't know when we will die, we get to think of life as an inexhaustible well. And yet everything happens only a certain number of times, and a very small number really. How many more times will you remember a certain afternoon of your childhood, an afternoon that is so deeply a part of your being that you can't even conceive of your life without it? Perhaps four, or five times more? Perhaps not even that. How many more times will you watch the full moon rise? Perhaps twenty. And yet it all seems limitless..."
(ponieważ nie znamy daty naszej śmierci, postrzegamy życie jako niewyczerpaną studnię. a przecież wszystko zdarza się określoną, w rzeczywistości bardzo niewielką, ilość razy. ile jeszcze razy przypomnisz sobie pewne popołudnie ze swojego dzieciństwa, popołudnie, które w tak dużym stopniu jest częścią ciebie, że nie potrafisz nawet wyobrazić sobie swojego życia bez niego? być może cztery, może jeszcze pięć razy? a może i nawet nie tyle. ile jeszcze razy będzie ci dane obserwować pełnię księżyca podczas wschodu? może ze dwadzieścia razy. to wszystko wydaje nam się teraz takie nieograniczone...)
(ponieważ nie znamy daty naszej śmierci, postrzegamy życie jako niewyczerpaną studnię. a przecież wszystko zdarza się określoną, w rzeczywistości bardzo niewielką, ilość razy. ile jeszcze razy przypomnisz sobie pewne popołudnie ze swojego dzieciństwa, popołudnie, które w tak dużym stopniu jest częścią ciebie, że nie potrafisz nawet wyobrazić sobie swojego życia bez niego? być może cztery, może jeszcze pięć razy? a może i nawet nie tyle. ile jeszcze razy będzie ci dane obserwować pełnię księżyca podczas wschodu? może ze dwadzieścia razy. to wszystko wydaje nam się teraz takie nieograniczone...)
kategoria: zapiski link bezpośredni
w poszukiwaniu Twin Peaks..
05.02.2010; 01:47
pamiętacie Miasteczko Twin Peaks z początku lat '90-tych? oglądaliśmy to wszyscy zachwycając się surrealistycznie mrocznym klimatem, świetną muzyką i wyjątkową zagadkowością jaką otoczona była śmierć Laury Palmer. serialowe krajobrazy, czyli wysokie szczyty, od których nazwę wzięło filmowe miasteczko oraz spowite gęstą mgłą lasy, budziły poczucie odosobnienia. idealne miejsce na pogmatwaną historię kryminalną z elementami thrillera, a nawet horroru serwowaną przez samego mistrza, Davida Lyncha. świetna kreacja charakterów i niezapomniana gra aktorów, zwłaszcza Kyle'a MacLachlana, który wcielił się w rolę ekscentrycznego agenta FBI, Dale'a Coopera. a wszystko to w niewielkiej miejscowości położonej gdzieś w północnych Stanach. wjeżdżając do miasteczka agent Cooper mówi: 'entering the town of Twin Peaks -- five miles south of the Canadian border, 12 miles west of the state line'. w rzeczywistości prawie wszystkie sceny zewnętrzne (wnętrza filmowano w Kalifornii) kręcono w Snoqualmie w stanie Waszyngton. kilka dni temu odwiedziliśmy z Agatą to miejsce. klimat serialu powrócił, tyle że tym razem na żywo..
przygoda zaczyna się od zamglonej górskiej drogi i tabliczki wjazdowej do miasta: 'welcome to Twin Peaks Population 51201'. miejsce to znajduje się na Reining Road -- bocznej drodze prowadzącej ze Snoqualmie do North Bend. tutaj znajduje się dokładna lokalizacja na mapie Googli. miejsce to nie zmieniło się w ogóle, choć dzisiaj oczywiście nie ma tam już tej swojskiej tabliczki. jest za to płynąca obok rzeka, której obszar stał się lokalnym rezerwatem przyrody.. poniżej zdjęcie przy ścianie nieopodal.


pojawiający się również w czołówce wodospad to najbardziej znana turystyczna atrakcja regionu -- Snoqualmie Falls. ten 82-metrowy wodospad na rzecze o tej samej nazwie odwiedza rocznie ponad 1.5 mln turystów. obszar ten przed ponad 100 laty stał się miejscem jednej z największych lokalnych elektrowni wodnych i do dzisiaj zasila w energię elektryczną sporą część regionu. krótka trasa turystyczna prowadzi na sam dół doliny, z której można podziwiać wodospad z zerowego poziomu..

nad samą krawędzią wodospadu góruje serialowy Great Northern Hotel. w roku 1991 budynek ten przechodził głęboką renowację i ze starej (zbudowanej w 1919 roku) Snoqualmie Falls Lodge przerodził się w ekskluzywny hotel Salish. wielu fanów serialu zatrzymuje się tu na noc -- hotel znajduje się bardzo blisko pozostałych twinpeaksowych lokacji, choć dzisiaj nie ma tam już żadnych znaków świadczących o powiązaniu hotelu z filmem.


kilka kilometrów dalej, w miasteczku North Bend, znajduje się knajpo-kawiarnia, w której pracowała kelnerka Shelly Johnson. serialowa 'Double R' w rzeczywistości nowsi nazwę Twede's Cafe i do dzisiaj szczyci się swoimi legendarnymi wypiekami o czym na każdym kroku przypominał agent Cooper: 'cherry pie and damn fine cap of coffee'.. byliśmy głodni więc wstąpiliśmy na obiad do środka. wnętrze wygląda bardzo podobnie, zmienił się tylko odcień foteli: z czerwonych na niebieskie. sam kształt stołów pozostał niezmieniony. knajpa serwuje tradycyjne amerykańskie jedzenie wśród których królują hamburgery, frytki i miliony kalorii..


przemieszczając się drogami między Snoqualmie i North Bend kilkakrotnie przejeżdżamy koło stalowego mostu, który dosyć często pojawia się w serialu. most wygląda na zaniedbany, ale częściowo nadal istnieje (Reining Bridge) i mimo że nie jest już wykorzystywany przez kolej ma się całkiem dobrze służąc rowerzystom i innym biegaczom. jadąc dalej natrafiamy na muzeum amerykańskiej kolei, a tuż za nim wielki pień (giant log), również pojawiający się w czołówce serialu. pień lub raczej kłoda pochodzi z 400-letniego drzewa i została ścięta w 1987 roku. lasy wokół Snoqualmie od zawsze były szeroko znane z wyrębów wysokiej klasy drewna..

z ważniejszych lokacji nie odwiedziliśmy tartaku (Packard Sawmill), którego kominy wielokrotnie przewijały się na horyzoncie ponad drzewami, szkoły czy biura szeryfa. budynki te stoją do dzisiaj i nadal pełnią swoje rzeczywiste funkcje. reszta, czyli stacja benzynowa Big Ed, lokalna dyskoteka i mniejsze znaczeniowo miejsca są dzisiaj zabite dechami.. wielką pomocą w znajdowaniu wszystkich tych miejsc z Twin Peaks posłużyła nam strona Charlesa -- intwinpeaks.com, również mieszkańca Seattle.

to pierwszy z naszych serialowych wypadów. wkrótce zamierzamy odbyć kolejne szperając w lokalizacjach wcale nie mniej znanych seriali i filmów.
przygoda zaczyna się od zamglonej górskiej drogi i tabliczki wjazdowej do miasta: 'welcome to Twin Peaks Population 51201'. miejsce to znajduje się na Reining Road -- bocznej drodze prowadzącej ze Snoqualmie do North Bend. tutaj znajduje się dokładna lokalizacja na mapie Googli. miejsce to nie zmieniło się w ogóle, choć dzisiaj oczywiście nie ma tam już tej swojskiej tabliczki. jest za to płynąca obok rzeka, której obszar stał się lokalnym rezerwatem przyrody.. poniżej zdjęcie przy ścianie nieopodal.

pojawiający się również w czołówce wodospad to najbardziej znana turystyczna atrakcja regionu -- Snoqualmie Falls. ten 82-metrowy wodospad na rzecze o tej samej nazwie odwiedza rocznie ponad 1.5 mln turystów. obszar ten przed ponad 100 laty stał się miejscem jednej z największych lokalnych elektrowni wodnych i do dzisiaj zasila w energię elektryczną sporą część regionu. krótka trasa turystyczna prowadzi na sam dół doliny, z której można podziwiać wodospad z zerowego poziomu..
nad samą krawędzią wodospadu góruje serialowy Great Northern Hotel. w roku 1991 budynek ten przechodził głęboką renowację i ze starej (zbudowanej w 1919 roku) Snoqualmie Falls Lodge przerodził się w ekskluzywny hotel Salish. wielu fanów serialu zatrzymuje się tu na noc -- hotel znajduje się bardzo blisko pozostałych twinpeaksowych lokacji, choć dzisiaj nie ma tam już żadnych znaków świadczących o powiązaniu hotelu z filmem.

kilka kilometrów dalej, w miasteczku North Bend, znajduje się knajpo-kawiarnia, w której pracowała kelnerka Shelly Johnson. serialowa 'Double R' w rzeczywistości nowsi nazwę Twede's Cafe i do dzisiaj szczyci się swoimi legendarnymi wypiekami o czym na każdym kroku przypominał agent Cooper: 'cherry pie and damn fine cap of coffee'.. byliśmy głodni więc wstąpiliśmy na obiad do środka. wnętrze wygląda bardzo podobnie, zmienił się tylko odcień foteli: z czerwonych na niebieskie. sam kształt stołów pozostał niezmieniony. knajpa serwuje tradycyjne amerykańskie jedzenie wśród których królują hamburgery, frytki i miliony kalorii..

przemieszczając się drogami między Snoqualmie i North Bend kilkakrotnie przejeżdżamy koło stalowego mostu, który dosyć często pojawia się w serialu. most wygląda na zaniedbany, ale częściowo nadal istnieje (Reining Bridge) i mimo że nie jest już wykorzystywany przez kolej ma się całkiem dobrze służąc rowerzystom i innym biegaczom. jadąc dalej natrafiamy na muzeum amerykańskiej kolei, a tuż za nim wielki pień (giant log), również pojawiający się w czołówce serialu. pień lub raczej kłoda pochodzi z 400-letniego drzewa i została ścięta w 1987 roku. lasy wokół Snoqualmie od zawsze były szeroko znane z wyrębów wysokiej klasy drewna..
z ważniejszych lokacji nie odwiedziliśmy tartaku (Packard Sawmill), którego kominy wielokrotnie przewijały się na horyzoncie ponad drzewami, szkoły czy biura szeryfa. budynki te stoją do dzisiaj i nadal pełnią swoje rzeczywiste funkcje. reszta, czyli stacja benzynowa Big Ed, lokalna dyskoteka i mniejsze znaczeniowo miejsca są dzisiaj zabite dechami.. wielką pomocą w znajdowaniu wszystkich tych miejsc z Twin Peaks posłużyła nam strona Charlesa -- intwinpeaks.com, również mieszkańca Seattle.
to pierwszy z naszych serialowych wypadów. wkrótce zamierzamy odbyć kolejne szperając w lokalizacjach wcale nie mniej znanych seriali i filmów.
kategoria: podróże link bezpośredni
najnowsza mega-zabawka :)))
03.02.2010; 01:33
to już ostatnia z moich styczniowych nowości: piękna i smukła pani Mazda3. szacunek szarej pani należy się z uwagi na jej elegancję, ale również z uwagi na fakt, że jest ona moim pierwszym własnym samochodem ever. i w ogóle pierwszym samochodem nowej rodziny Ankudowicz! ja osobiście życzę jej samych prostych i szerokich dróg (a w tej części świata jest ich całkiem sporo), pięknych widoków (jest tu ich jeszcze więcej) i taniej benzyny, a jak będzie grzeczna to i może zabiorę ją na wycieczkę statkiem do Europy. a co, niech zobaczy jak się żyje po drugiej świata stronie..
i tak naprawdę dopiero teraz Pacific Northwest stoi przed nami otworem. witaj przygodo!

i tak naprawdę dopiero teraz Pacific Northwest stoi przed nami otworem. witaj przygodo!

kategoria: zapiski link bezpośredni
jeszcze nowsza zabawka :))
01.02.2010; 05:23
NCsoft postarał się o miłą niespodziankę christmasowo-noworoczną. firma kupiła wszystkim pracownikom we wszystkich oddziałach w Ameryce i w Europie najnowszy czytnik Amazona -- Kindle2. z e-papieru korzystam już od jakiegoś czasu (pisałem o tym tutaj), ochoczo więc zabrałem się za porównywanie Kindla do mojego starszego Sony Readera PRS-500..
to co od razu rzuca się w oczy w nowym produkcie to wyraźnie bielsza biel kartki, wyższy kontrast druku i zdecydowanie wyższa prędkość odświeżania. wszystkie te parametry są naturalnym efektem postępu prac nad technologią e-papieru i podobne wyniki zaobserwujemy również w urządzeniach innych firm. o ile w przypadku odświeżania trudno o ogromny zachwyt, gdyż cecha ta nie jest jakimś super znaczącym elementem czytników -- ot, należy tylko wcisnąć przycisk przewijania sekundę przed skończeniem czytania danej strony, do czego szybko można się przyzwyczaić, o tyle kontrast i odpowiednia barwa tła może się już zdecydowanie bardziej podobać. tekst czyta się zdecydowanie łatwiej, a oczy męczą się jeszcze mniej, choć sam kontrast był podobno jeszcze lepszy w .. pierwszej wersji czytnika Amazona. oba czytniki dysponują takim samym wyświetlaczem (6 cali) i bardzo podobną rozdzielczością (ok 160ppi) jednak jakość wyświetlanej przez Kindla grafiki również jest zdecydowanie lepsza. mój Sony dysponuje zaledwie czterema odcieniami szarości, podczas gdy Kindle2 ma ich już 16. mało kto podnieca się grafiką na czytnikach, jednak jakość widać bardzo wyraźnie również w wygładzaniu druku, co znaczenie ma już większe..
Sony Reader ma problemy z wyświetlaniem polskich znaków diakrytycznych. jednym rozwiązaniem jest zflashowanie systemu Readera i dodanie polskich czcionek, drugim: odpowiednie przygotowanie pliku książki. czytnik Amazona radzi sobie z pełnym zakresem znaków w Unicodzie -- wystarczy zapisać plik w czystym UTF-8 i już można cieszyć się pełnym zestawem polskich znaków. Kindle2 obsługuje kilka rodzajów plików: amazonowski AZW, TPZ, MOBI, PDF (są problemy z odczytaniem tekstu, bo nie da się pdfa skalować) i oczywiście HTML i TXT. z tymi ostatnimi dwoma formatami Kindle radzi sobie najlepiej..
no dobra, ale gdzie tu jakiś przełom? przełom, w porównaniu do Sony Readera, jest i to dość spory -- Amazon wyposażył Kindla2 w obsługę technologii przesyłu danych 3G, która działa na całym świecie. jesteśmy więc cały czas online, dosłownie kilka kliknięć od codziennych wydań prasy i książek elektronicznych. za pomocą Kindla można również przeglądać sieć, choć przeglądarka radzi sobie wyłącznie z bardzo prostymi stronami w czystym htmlu i prostym css-ie. jest to na razie usługa eksperymentalna, podobnie jak technologia czytania tekstu (ofkors języka angielskiego) i odtwarzania plików muzycznych. warto podkreślić, że dostęp 3G jest w czytniku Amazona darmowy -- producent liczy na wpływy z kupowanych przez sieć produktów. jedna książka z księgarni Amazonu to ok 10-12 dolców, czyli połowa wartości tradycyjnej książki papierowej. na polskim rynku na razie posucha, więc pozostają mi ogromne zastępu polskich e-booków.. Amazon oferuje również konwersję popularnych formatów (np. DOC) poprzez wysłanie maila z załącznikiem na swój własny adres w domenie kindle.com -- za jednego dolara otrzymamy bezpośrednio na nasz czytnik gotowy i przystosowany do niego plik naszej książki..
co mi się nie podoba? ciężko zlikwidować ogromne marginesy po obu stronach ekranu. nikomu niepotrzebne wcięcia zabierają miejsce kilkunastu wyrazom, przez co częściej trzeba przewijać strony. nie ma opcji powiększania plików PDF, co powoduje, że większość z nich jest po prostu nieczytelna. czytnik bezproblemowo radzi sobie z kodowaniem UTF-8 w samym tekście, ale tytuły książek wyświetla już z krzakami. co ciekawe, ta sama książka zapisana w kodowaniu Unicode również nie jest wyświetlana poprawnie (plik txt w Unicodzie waży zwykle dwa razy więcej niż w UTF-8). nie ma możliwości szybkiego przewijania stron (powiedzmy po kilkadziesiąt), ale z drugiej strony bardzo dobrze działa funkcja przeszukiwania tekstu, której zupełnie brakuje w Sonym. jakoś nie przekonują mnie opcje zmiany wielkości czcionki -- jest ich aż 6, ale skrajne są właściwie nie do użytku, a reszta jest do siebie bardzo zbliżona. i te marginesy zjadające sporą część miejsca..
ale generalnie bardzo na plus: Kindle wygląda bardzo estetycznie, a tylna jego ścianka jest metalowa. skończą się moje bitwy z żoną o prawo do czytnika przed zaśnięciem. teraz mamy już dwa..
trzecia (na sześć) wielkość tekstu:

druga (na sześć) wielkość tekstu, dla mnie chyba optymalna:

menu zmiany orientacji, wielkości czcionki i ilości słów na wiersz. możemy tu również włączyć odczyt tekstu:

pozioma orientacja strony:

przeglądarka internetowa:

przykład radzenia sobie z wyświetleniem grafiki (wygaszacz ekranu):

Kindle2 made by Aion & NCsoft:

Amazon Kindle2 i Sony Reader PRS-500:

to co od razu rzuca się w oczy w nowym produkcie to wyraźnie bielsza biel kartki, wyższy kontrast druku i zdecydowanie wyższa prędkość odświeżania. wszystkie te parametry są naturalnym efektem postępu prac nad technologią e-papieru i podobne wyniki zaobserwujemy również w urządzeniach innych firm. o ile w przypadku odświeżania trudno o ogromny zachwyt, gdyż cecha ta nie jest jakimś super znaczącym elementem czytników -- ot, należy tylko wcisnąć przycisk przewijania sekundę przed skończeniem czytania danej strony, do czego szybko można się przyzwyczaić, o tyle kontrast i odpowiednia barwa tła może się już zdecydowanie bardziej podobać. tekst czyta się zdecydowanie łatwiej, a oczy męczą się jeszcze mniej, choć sam kontrast był podobno jeszcze lepszy w .. pierwszej wersji czytnika Amazona. oba czytniki dysponują takim samym wyświetlaczem (6 cali) i bardzo podobną rozdzielczością (ok 160ppi) jednak jakość wyświetlanej przez Kindla grafiki również jest zdecydowanie lepsza. mój Sony dysponuje zaledwie czterema odcieniami szarości, podczas gdy Kindle2 ma ich już 16. mało kto podnieca się grafiką na czytnikach, jednak jakość widać bardzo wyraźnie również w wygładzaniu druku, co znaczenie ma już większe..
Sony Reader ma problemy z wyświetlaniem polskich znaków diakrytycznych. jednym rozwiązaniem jest zflashowanie systemu Readera i dodanie polskich czcionek, drugim: odpowiednie przygotowanie pliku książki. czytnik Amazona radzi sobie z pełnym zakresem znaków w Unicodzie -- wystarczy zapisać plik w czystym UTF-8 i już można cieszyć się pełnym zestawem polskich znaków. Kindle2 obsługuje kilka rodzajów plików: amazonowski AZW, TPZ, MOBI, PDF (są problemy z odczytaniem tekstu, bo nie da się pdfa skalować) i oczywiście HTML i TXT. z tymi ostatnimi dwoma formatami Kindle radzi sobie najlepiej..
no dobra, ale gdzie tu jakiś przełom? przełom, w porównaniu do Sony Readera, jest i to dość spory -- Amazon wyposażył Kindla2 w obsługę technologii przesyłu danych 3G, która działa na całym świecie. jesteśmy więc cały czas online, dosłownie kilka kliknięć od codziennych wydań prasy i książek elektronicznych. za pomocą Kindla można również przeglądać sieć, choć przeglądarka radzi sobie wyłącznie z bardzo prostymi stronami w czystym htmlu i prostym css-ie. jest to na razie usługa eksperymentalna, podobnie jak technologia czytania tekstu (ofkors języka angielskiego) i odtwarzania plików muzycznych. warto podkreślić, że dostęp 3G jest w czytniku Amazona darmowy -- producent liczy na wpływy z kupowanych przez sieć produktów. jedna książka z księgarni Amazonu to ok 10-12 dolców, czyli połowa wartości tradycyjnej książki papierowej. na polskim rynku na razie posucha, więc pozostają mi ogromne zastępu polskich e-booków.. Amazon oferuje również konwersję popularnych formatów (np. DOC) poprzez wysłanie maila z załącznikiem na swój własny adres w domenie kindle.com -- za jednego dolara otrzymamy bezpośrednio na nasz czytnik gotowy i przystosowany do niego plik naszej książki..
co mi się nie podoba? ciężko zlikwidować ogromne marginesy po obu stronach ekranu. nikomu niepotrzebne wcięcia zabierają miejsce kilkunastu wyrazom, przez co częściej trzeba przewijać strony. nie ma opcji powiększania plików PDF, co powoduje, że większość z nich jest po prostu nieczytelna. czytnik bezproblemowo radzi sobie z kodowaniem UTF-8 w samym tekście, ale tytuły książek wyświetla już z krzakami. co ciekawe, ta sama książka zapisana w kodowaniu Unicode również nie jest wyświetlana poprawnie (plik txt w Unicodzie waży zwykle dwa razy więcej niż w UTF-8). nie ma możliwości szybkiego przewijania stron (powiedzmy po kilkadziesiąt), ale z drugiej strony bardzo dobrze działa funkcja przeszukiwania tekstu, której zupełnie brakuje w Sonym. jakoś nie przekonują mnie opcje zmiany wielkości czcionki -- jest ich aż 6, ale skrajne są właściwie nie do użytku, a reszta jest do siebie bardzo zbliżona. i te marginesy zjadające sporą część miejsca..
ale generalnie bardzo na plus: Kindle wygląda bardzo estetycznie, a tylna jego ścianka jest metalowa. skończą się moje bitwy z żoną o prawo do czytnika przed zaśnięciem. teraz mamy już dwa..
trzecia (na sześć) wielkość tekstu:
druga (na sześć) wielkość tekstu, dla mnie chyba optymalna:
menu zmiany orientacji, wielkości czcionki i ilości słów na wiersz. możemy tu również włączyć odczyt tekstu:
pozioma orientacja strony:
przeglądarka internetowa:
przykład radzenia sobie z wyświetleniem grafiki (wygaszacz ekranu):
Kindle2 made by Aion & NCsoft:
Amazon Kindle2 i Sony Reader PRS-500:
kategoria: zapiski link bezpośredni
zostałem wujkiem!
27.01.2010; 20:51
Bartek urodził się dzisiaj -- Magdzie i Olkowi gratulujemy syna ;)
kategoria: zapiski link bezpośredni
nowa zabawka ;)
27.01.2010; 08:41
Nikon 70-200mm f/2.8G ED VR II AF-S :) tydzień temu sprzedałem Nikona 18-200 vr i zapodałem sobie to cudo. pierwsze wrażenia fantastyczne, choć nie miałem jeszcze okazji do dokładniejszego przetestowania tej rakiety. z jednej strony nie do pobicia ostrość, bokeh i super stabilizacja. z drugiej wielkość i waga, jak to mawia Crio, przenośna siłownia. do tego mój wysłużony D80, wkrótce wypuszczę się z tym gdzieś poza moje cztery ściany..






pierwsze foty testowe w warunkach domowych, wszystkie (oprócz samochodu) z ręki z lampą zewnętrzną, po klinięciu wersja w 1600px:
70mm f/2.8 ISO100:

200mm f/4.0 ISO400:

110mm f/2.8 ISO100:

200mm f/2.8 1/50s ISO100:

200mm f/2.8 ISO100:

200mm f/2.8 ISO100:

pierwsze foty testowe w warunkach domowych, wszystkie (oprócz samochodu) z ręki z lampą zewnętrzną, po klinięciu wersja w 1600px:
70mm f/2.8 ISO100:
200mm f/4.0 ISO400:
110mm f/2.8 ISO100:
200mm f/2.8 1/50s ISO100:
200mm f/2.8 ISO100:
200mm f/2.8 ISO100:
kategoria: pasje link bezpośredni
jak mogło być, czyli jak Polacy pokonali Hitlera i Stalina..
22.01.2010; 21:27
kategoria: zapiski link bezpośredni
rok 2009 w czerni i bieli..
18.01.2010; 08:07
przeglądając fotograficzną zawartość dysku twardego z 2009 roku naszło mnie, aby pokazać różnorodność odwiedzonych przeze mnie miejsc. właściwie nie różnorodność miejsc, bo na to nie starczyłoby czasu i zapału, a poza tym służy do tego fotoblog.. zwróciłem uwagę na różnorodność architektury, głównie tej historycznej. rok 2009 miotał mnie między 10 zupełnie różnymi od siebie państwami na dwóch kontynentach. wszędzie pełno charakterystycznych dla danej kultury budynków -- niektóre sprzed lat dziesięciu, inne sprzed tysiąca. zdjęcia tym razem w czerni i bieli wraz z podpisami ułatwiającymi zlokalizowanie danego miejsca:
Polska, Gliwice, Kościół Garnizonowy Św. Barbary z 1859 roku:

Wielka Brytania, Brighton, Royal Pavilion z przełomu XVIII-XIX wieku:

Litwa, Wilno, Baszta Giedymina z 1409 roku:

Litwa, Troki, zamek z przełomu XIV-XV wieku:

Białoruś, powiat Witebski, wiejska cerkiew:

Białoruś, powiat Witebski, kamienna wieża dzwonnicza przy drewnianej cerkwi:

Wielka Brytania, region Cotswolds, Bourton-on-the-water. klasyczna zabudowa z żółtego piaskowca:

Wielka Brytania, Stratford upon Avon, dom Szekspira:

Wielka Brytania, Isle of Wight, wieża zwana Pepper Pot (lub St Catherine's Oratory) z 1328 roku będąca najstarszą latarnią morską w Wielkiej Brytanii:

Irlandia, Dublin:

Stany Zjednoczone, stan Waszyngton, Seattle. Space Needle z 1962 roku na tle nowoczesnej zabudowy miasta:

Stany Zjednoczone, stan Waszyngton, latarnia morska z 1881 roku zwana West_Point_Lighthouse nad zatoką Pudget Sound:

Meksyk, Jukatan, El Castillo (świątynia Kukulkana) w Chichén Itzá:

Meksyk, Jukatan, Playa del Carmen, kościół katolicki:

Belize, wyspa Caye Caulker, drewniany 'hotel' nad morzem Karaibskim:

Gwatemala, region Peten, Tikal:

Kanada, Montreal, częste współistnienie kamiennych kościołów i modernistycznej zabudowy:

Polska, Gliwice, Kościół Garnizonowy Św. Barbary z 1859 roku:

Wielka Brytania, Brighton, Royal Pavilion z przełomu XVIII-XIX wieku:

Litwa, Wilno, Baszta Giedymina z 1409 roku:

Litwa, Troki, zamek z przełomu XIV-XV wieku:

Białoruś, powiat Witebski, wiejska cerkiew:

Białoruś, powiat Witebski, kamienna wieża dzwonnicza przy drewnianej cerkwi:

Wielka Brytania, region Cotswolds, Bourton-on-the-water. klasyczna zabudowa z żółtego piaskowca:

Wielka Brytania, Stratford upon Avon, dom Szekspira:

Wielka Brytania, Isle of Wight, wieża zwana Pepper Pot (lub St Catherine's Oratory) z 1328 roku będąca najstarszą latarnią morską w Wielkiej Brytanii:

Irlandia, Dublin:

Stany Zjednoczone, stan Waszyngton, Seattle. Space Needle z 1962 roku na tle nowoczesnej zabudowy miasta:

Stany Zjednoczone, stan Waszyngton, latarnia morska z 1881 roku zwana West_Point_Lighthouse nad zatoką Pudget Sound:

Meksyk, Jukatan, El Castillo (świątynia Kukulkana) w Chichén Itzá:

Meksyk, Jukatan, Playa del Carmen, kościół katolicki:

Belize, wyspa Caye Caulker, drewniany 'hotel' nad morzem Karaibskim:

Gwatemala, region Peten, Tikal:

Kanada, Montreal, częste współistnienie kamiennych kościołów i modernistycznej zabudowy:

kategoria: podróże link bezpośredni
firmowe zabawy..
14.01.2010; 21:24
miło mi ogłosić, że powstały wczoraj w godzinach wieczornych, w przypływie nagłej i nieopisanej mocy twórczej, band wewnątrz-NCsoft-owy wraz ze swoim pierwszym albumem I’ve Got My Aion You zajmuje już wysoką pozycję na liście sprzedaży Amazona. takie hity jak: Lineage II is Actually a Prequel, Love Needs No Localization, czy You Exteel My Heart mają szansę dłużej zagościć na ogólnoświatowych listach topten. w skład Wait NC wchodzą (od lewej): Sebastian (reprezentujący zimną i zaśnieżoną Szwecję), ja sam (wnosząc spory wkład wschodnioeuropejskiej kultury), Lani (wymachująca fanom swoją flagą z klonowym liściem), Martin (który nawet w muzyce potrafi dostrzec niemiecki Bratuwurst) oraz Stefan (QA master, Meksykaneiro, choć nie potrafiący tego udowodnić).


PS. o banany nie pytać. nie wiem czemu one jedne tam som..


PS. o banany nie pytać. nie wiem czemu one jedne tam som..
kategoria: humor link bezpośredni
Seattle aquarium..
11.01.2010; 20:50
kategoria: zapiski link bezpośredni
Kaskady zasypane..
08.01.2010; 20:09
kategoria: zapiski link bezpośredni
świąteczne Seattle..
30.12.2009; 02:37
kategoria: zapiski link bezpośredni
moja opowieść wigilijna..
23.12.2009; 22:56

ponad pół roku temu przesłałem swoją aplikację do siedziby głównej korporacji Google w Europie. ciepła posada Localisation Project Managera w Dublinie w 100 procentach pokrywała się z tym, co w tamtym czasie robiłem w NCsofcie. przygoda z tą najszybciej i najprężniej rozwijającą się światową firmą rozpoczęła się w już w połowie kwietnia, ale trzymałem ją w ścisłej tajemnicy. sytuacja była skomplikowana -- moja aktualna firma przechodziła głęboką restrukturyzację, ja chwilowo (i czysto teoretycznie) pozostawałem bez pracy, więc Google było pewną szansą, choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że dostają się tam tylko najlepsi. wysłałem aplikację i .. na jakiś czas o niej zapomniałem.
po jakichś trzech tygodniach otrzymałem maila zapraszającego na pierwszą rozmowę telefoniczną. moją rekruterką okazała się miła irlandka o imieniu Sarah i miała mnie ona prowadzić przez cały proces rekrutacyjny. po przyjaznym powitaniu dość szybko, i bez zbędnej kurtuazji, przeszliśmy na tematy zawodowe. zadaniem pracowników działu HR jest w pierwszym okresie sprawdzenie, jak ja to nazywam, ogólnej kumatości, kandydata. przez ok 30 min prześlizgnęliśmy się po moim CV, poopowiadałem co nieco o życiu, planach i wrażeniach, i już podczas tej rozmowy dostałem zaproszenie na drugi etap..
po około tygodniu odbyła się druga rozmowa telefoniczna, tym razem z osobą pracującą w dziale Lokalizacji w siedzibie głównej Googli w Europie. Judith miała około 30-stki i już na samym początku potwierdziła to, o czym kiedyś czytałem: pracownicy Googli dzielą swój czas w firmie na pracę w ramach swoich obowiązków, pracę własną (Google pozwala na poświęcanie godzin w firmie na własne projekty, które mogą w przyszłości pozytywnie wpłynąć na rozwój korporacji) oraz na rekrutację nowych pracowników. rozmowa z Judith miała już inny, bardziej profesjonalny charakter: oboje pracujemy w podobnym środowisku, korzystamy z tych samych aplikacji, posługujemy się zbieżną metodologią. znaleźliśmy wspólny język i 45 minut rozmowy upłynęło bardzo szybko.
zasadą rozmów rekrutacyjnych w Google jest poznanie procesów myślowych kandydata. pytania są konkretne, bezpośrednie i praktyczne. sposoby różnią się w zależności od danego stanowiska (inżynieryjne, zarządcze, operacyjne), najczęściej jednak stawia się delikwentowi problem do rozwiązania. Googli nie interesuje gotowa odpowiedź, a raczej tok myślenia i słowne dotarcie do celu wg zasady: nie interesuje nas co już wiesz, ale co jeszcze możesz osiągnąć. większość sytuacji, na omówienie których mamy przecież kilkadziesiąt sekund, czasem minut, wymaga kreatywnego podejścia. stawia się kandydata przed hipotetyczną, acz prawdopodobną w życiu działu, sytuacją i oczekuje się burzy mózgowej mającej rozwiązać konflikt. Judith nie zapytała się mnie czy wiem co to jest format TTX w Tradosie, ale jak poradziłbym sobie z problemem nie akceptowania tego formatu przez jedną ze współpracujących z nami firm. nie interesowała jej historia produktów Google, ale zapytała o sposób podejścia do tłumaczenia interfejsu Google Maps. interesowała ją zgodność środowisk aplikacji, w których oboje pracujemy, ale gdy świadomy tego co robię omówiłem różnice między naszymi firmami, odpowiedziała, że to nawet lepiej, bo trzeba iść do przodu i poznawać nowe metody. rozmowa była prowadzona w bardzo przyjaznej atmosferze -- czyli tym czym szczyci się Google na całym świecie -- a po pewnym czasie odniosłem wrażenie, że rozmawiam z koleżanką przy kawie, a nie z osobą, która ma zdecydować o mojej przyszłości. pozytywnie zaskoczył mnie brak pytań z gatunku Interview 2.0 (jak obliczyłbym wagę ziemi, ile piłeczek pingpongowych zmieści się w autobusie, itp) -- kreatywne myślenie wyegzekwowano tu w nieco inny, bardziej naturalny, sposób..
po ok tygodniu zadzwoniła moja rekruterka Sarah i z uśmiechem oznajmiła, że miło jej zaprosić mnie do Dublina na trzeci etap rozmów. tym razem miały to być rozmowy bezpośrednie przeprowadzane przez, być może, moich przyszłych współpracowników. Google opłaciło przelot, 2 dni w hotelu, obiady i wszelkie wydatki, jakie mogłem ponieść podczas tego wyjazdu. rozmowy miałem w poniedziałek, ale poprosiłem Sarę o lot niedzielny -- w spokoju zwiedziliśmy z Agatą miasto, co dało mi czas na mentalne przygotowanie się do jutrzejszego wysiłku. na European Google HQ w Dublinie składają się dwa ogromne budynki, klasyczne połączenia szkła i stali, już coś koło 2000 pracowników. przy wejściu powitało mnie znane ze strony głównej kilku-kolorowe logo firmy oraz klasyczne googlowskie lampy. pełna komputeryzacja, cyfrowa rejestracja, wydruk plakietki pozwalającej mi na czasowy wstęp do budynków firmy. w końcu przyszła Sarah i zaprowadziła mnie na odpowiednie piętro. pierwsze co rzuciło się w oczy to domowa atmosfera środowisk pracy: ludzie pracują w ciszy, ale dookoła masa zabawek i udziwnień, tak aby każdy czuł się jak u siebie. na każdym piętrze znajduje się kilka aneksów kuchennych, gdzie do dyspozycji pracowników udostępnia się jedzenie, picie i wszelkie możliwe wspomagacze. wszystko oczywiście za darmo. chwilę pogadałem sobie z nią w kuchni, wypiłem kawę i rozgościłem się w pokoju rozmów. trzeci etap był bardzo rozbudowany: przewidywał sesję z trzema pracownikami firmy, a rozmowy miały następować jedna po drugiej i trwać kilka godzin. dodam jeszcze, że do wszystkich tych rozmów podszedłem bardzo na luzie, widząc w tym raczej szansę niż zagrożenie..
pierwszą osobą przeprowadzającą ze mną wywiad była Judith, z którą wcześniej rozmawiałem telefonicznie. pytania ponownie oparte były o zasadę jak zaplanował byś zrobienie tego czy co zmieniłbyś w zarządzaniu projektem, aby łatwiej dojść do celu. generalnie pracowaliśmy na faktach, mało w tej rozmowie było gdybania. Judith opisywała tok pracy w dziale googlowskim, a w pewnym momencie nadmieniła, że właściwie nie ma znaczenia na czym się znam, bo prędzej czy później Google postawi przede mną taki problem, do którego rozwiązania będę zmuszony nauczyć się czegoś nowego. rozmawialiśmy także o kulturze pracy i o wielonarodowości, z którą zetknąłem się również w swojej firmie. kilkadziesiąt krajów, wiele języków, co z łatwością można rozpoznać nawet, a może przede wszystkim, po różnych akcentach języka angielskiego.
drugim rozmówcą był szef działu lokalizacji, mężczyzna w wieku ok 45 lat. ten już na dzień dobry wystrzelił z sednem Googlowskiej rekrutacji, czyli innowacyjnością, zadając mi pytanie: co innowacyjnego wniosłeś do ostatniego prowadzonego przez ciebie projektu?. dla mnie to woda na młyn, bo oprócz nudnawych tekstów pasjonuję się językami programowania. a że mogę pochwalić się wieloma zaprojektowanymi dla swojego działu aplikacjami, rozmowa poszła bardzo sprawnie. nawijałem o aplikacjach parsujących lokalizacyjne pliki xml, omawiałem swoją wiedzę z dziedziny platformy .NET i języka C# w którym piszę aplikacje windowsowe, mówiłem o konieczności i wygodzie wykorzystywania języka VBA dla tekstów i danych zapisywanych w formatach microsoftowego office'a. a gdy wyczerpały się te tematy uderzył jeszcze odważniej pytając o moje pomysły na usprawnienie i przyspieszenie prac w całym pionie lokalizacji. tu również mogłem się pochwalić pomysłami, które wprowadziłem w NCsofcie, a które przykładowo skracały tworzenie baz Translation Memories z kilkudziesięciu minut do kilkunastu sekund za pomocą prostej, acz efektywnej aplikacji autorskiej.. koleś prześwietlił nawet moją przeszłość, sprawdzał i pytał o poprzednie moje zajęcia, czyli prowadzenie sieci osiedlowej SportNet czy pracę w wydawnictwie Helion..
trzecią rozmówczynią była Irlandka również w podobnym do mnie wieku. tu znowu nawijałem sporo o programowaniu, widać było, że dziewczyna zna się na rzeczy, często pytając mnie o najdrobniejsze nawet szczegóły. tą rozmowę uważam za najcięższą, głównie z racji jej charakteru. w ogóle się nie uśmiechała, nie potakiwała głową, nie ukazywała emocji. zadawała pytania, wnikliwie słuchała odpowiedzi, a z jej kamiennej twarzy nie można było poznać, co sądzi o mnie i o moim świecie. przyznam, że ta rozmowa wlokła się najdłużej, a napięcie dało o sobie znać, więc byłem już trochę zmęczony. wałkowaliśmy również podstawowe produkty Googli, czyli AdSense i AdWords, o których dużo nie wiedziałem i wśród których nie czułem się najpewniej. w sumie rozmowy w Dublinie trwały ok trzech godzin, a do Londynu leciałem z mieszanymi uczuciami. byłem zadowolony z wielu odpowiedzi, w kilku natomiast już po czasie znalazłem lepsze rozwiązania..
na kolejny kontakt Sary czekałem ponad 10 dni. odpowiedź była pozytywna i dostałem zaproszenie na czwarty etap rozmów, który miał być przeprowadzony z Product Menedżerem z jednej ze światowych placówek Googli. myślę, że był to moment przełomowy: wcześniej była to raczej zabawa, ale teraz zrozumiałem, że oto otwiera się przede mną duża szansa. nie kandydowałem na stanowisko dla Polaka. musiałem być lepszy od ludzi z całego świata, mimo że miałem prowadzić projekty lokalizacyjne w wielu zupełnie obcych dla mnie języków. osoba, która zadzwoniła do mnie kilka dni później nazywała się Etaoin. na co dzień pracuje w oddziale londyńskim, jednak dzwoniła do mnie 'gdzieś z trasy', bo pracownicy korporacji często się przemieszczają. ta rozmowa miała nieco inny charakter: Etaoin nie miała pojęcia o lokalizacji, znała się natomiast na zarządzaniu produktem. nasza rozmowa (trochę krótsza niż poprzednie) sprowadzała się do wzajemnej współpracy: w jaki sposób ja pomogę jej przetłumaczyć produkt na 18 języków w Europie i na Bliskim Wschodzie. było tu, przyznaję, trochę gdybania. nawijałem od czego bym zaczął, co chciałbym się od niej dowiedzieć przed rozpoczęciem, jaka jest metodologia samego projektu, ramy czasowe, budżet. padło kilka pytań laickich w stylu: czym jest internacjonalizacja czy jakbym mógł jej wytłumaczyć, co to jest aplikacja sieciowa. było w tym trochę lania wody, ale uważam, że było to również fajne przetarcie przed ew. przyszłą współpracą. po wszystkim wyczułem, że moja rozmówczyni była zadowolona..
sytuacja z rekruterką znowu się powtórzyła i po tygodniu dostałem zaproszenie na ostatnią rozmowę, która miała być przeprowadzona z szefem wszystkich szefów z siedziby głównej Googli z Mountain View w Kalifornii. i tutaj mnie kolo zaskoczył: nie pytał o sposoby pracy, nie pytał o realizację projektów, a zaczął nawijać o wewnętrznym świecie Googli. nawijał długo, do tego z jakimś dziwnym hinduskim akcentem, po czym poprosił mnie o zadawanie pytań. nie wiem, czy to jakaś nowa psychologia rekrutacji, ale po pierwszym pytaniu z mojej strony poprosił o drugie, potem kolejne i jeszcze jedno. po pewnym czasie mój zasób znaków zapytania się wyczerpał, na co on rzucił: to jak nie masz pytań do naszej pracy to chociaż zapytaj się mnie coś o moim życiu prywatnym.. z perspektywy czasu porównałbym naszą rozmowę do wywiadu z jakimś szalonym naukowcem, którego co prawda można podziwiać za wiedzę, ale który żyje w jakimś swoim szczególnym zamkniętym świecie.. nie czułem się źle po tej rozmowie, ale nie odczuwałem również zadowolenia.. odpowiedź z Googli nadeszła po 10 dniach, niestety negatywna. Sarah z przykrością powiedziała mi, że dotarłem bardzo daleko, bo był to już ostatni etap, ale firma zdecydowała się na zatrudnienie innego kandydata. powiedziała również, że nie ma dla mnie żadnego negatywnego feadbacku -- na końcu procesu wybrano po prostu kogoś innego i tyle. byłem trochę zawiedziony, bo szansa była duża, ale rozwój wypadków potoczył się dla mnie dosyć szczególnie, bo proces Googli trwał przez prawie 3 miesiące i dosłownie za 4 dni po ostatecznej decyzji wylatywaliśmy już do Seattle. wcześniej podpisałem z moją firmą roczny kontrakt, więc wyjazd do Stanów i tak musiał już mieć miejsce. miałem zresztą w NCsofcie premierę Aiona za kilka miesięcy i cały dział na głowie, choć powiedziałem sobie: próbuję z Googlami do końca, a jeśli się uda, to będę martwił się później w myśl zasady Google się nie odmawia.. po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi nie za bardzo się jednak zmartwiłem. co wyniosłem z tych rozmów? masę doświadczenia. sporo wrażeń i ten inny sposób oceny kandydata. nakierowanie na konkretne fakty, innowacyjne rozwiązania, ciągły rozwój. żadna z firm nigdy mi tego nie zaoferowała. poznałem strukturę firmy od środka, widziałem jak tam jest i jak się tam pracuje. poznałem ludzi, dokładnie takich jak ja, i zdałem sobie sprawę, że Polak też potrafi. że nie możemy ustępować Niemcom i Francuzom, że trzeba szukać szans. cóż, może kiedyś w przyszłości będzie mi dane spróbować ponownie..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Gwatemala cz. V -- dżungla..
22.12.2009; 08:32
o dżungli pisałem już podczas relacji z Meksyku. bujna, wilgotna i lepka zieleń towarzyszyła nam niemal przez cały wypad centralno-amerykański. trochę mniej było jej w Belize, ale w Gwatemali ponownie uderzyła w nas całą swoją mocą, urokiem i tajemniczością. zdaję sobie sprawę, że nasze kontakty z tym niebezpiecznym światem były tylko przelotne i nijak nie da się tego porównywać do wypraw opisywanych w książkach podróżniczych. jednak dane nam było przedzierać się przez nią przez wiele godzin, spotkać zwierzęta i wdychać słodkawy zapach rozkładających się roślin. poniżej kilka ujęć z Gwatemali..










kategoria: podróże link bezpośredni
Gwatemala cz. IV -- Santa Elena..
15.12.2009; 01:48
żeby nie odnieść wrażenia, że Gwatemala to ósmy cud świata, poniżej kilka fotek z miasta Santa Elena, które przy uroczym Flores prezentuje się jak wietrzna noc listopadowa. brzydsza siostra naszej małej wysepki okazała się bowiem miejscem brudnym, śmierdzącym i chaotycznym. miejscowi przestrzegają przed wysoką przestępczością, ja jednak nie byłbym sobą, gdybym nie przekonał się na własne oczy, czy ktoś nie chce przede mną czegoś ukryć. i rzeczywiście, nie ma tam nic godnego uwagi, a odwiedzenia Santa Eleny ma w samym sobie tylko jedną, za to sporą zaletę: ukazuje kontrast i piękno panujące dookoła..







kategoria: podróże link bezpośredni
Gwatemala cz. III -- Tikal, historyczna stolica Majów..
08.12.2009; 21:15
wstajemy przed 4 nad ranem. jest jeszcze ciemno, a nad jeziorem Petén Itzá panuje kompletna cisza. za
chwilę spod hotelu odbierze nas kierowca z niewielkiego lokalnego biura podróży i skierujemy się na
północny-wschód. jedziemy do Tikalu -- kolebki i dawnej stolicy rozległego państwa Majów. chcemy być tam
jeszcze przed wschodem słońca, aby poczuć magię budzącej się do życia dżungli..
dzisiejsza nazwa tego historycznego miejsca wywodzi się z języka Indian Maja zamieszkujących Jukatan: ti ak'al oznaczało miejsce z dostępem do wody lub wg innej teorii miejsce głosów. pierwsze budynki powstały tu już ok 600 lat przed Chrystusem, a w czasie największego rozkwitu w latach 600-900 naszej ery mieszkało tu nawet 90 tys. Indian. w tym czasie miasto było ważnym centrum naukowym, politycznym i religijnym. na powierzchni ok. 20 km kw. stało tu kiedyś 3000 budynków -- zarówno zwykłych krytych słomą chat mieszkalnych, jak i wysokich 70-metrowych piramid sakralnych wystających ponad wierzchołki wilgotnej dżungli. Tikal zbudowano aby zadziwiał. i nawet dzisiaj, po 2200 latach, budowle nadal to czynią..
naszym przewodnikiem jest Jose, dwudziestoletni uśmiechnięty Gwatemalczyk, dość dobrze władający angielskim. przez pierwszy kilometr przemierzamy dżunglę, a Jose opowiada o bujnej roślinności i licznych głosach rozpoczynających dzień zwierząt. jest parno i pochmurno -- nie zobaczymy dziś wschodu słońca, ale może to i lepiej, gdyż pod błękitnym niebem można się w dżungli ugotować. jesteśmy tu pierwszą grupą i jako pierwsi wdrapujemy się na jedną ze świątyń. większość budowli pokryta jest tu roślinnością: nieustannie trwa walka archeologów z siłami natury. odsłonięte, a pozostawione na jakiś czas budynki ponownie zarastają bujną tropikalną roślinnością i może dlatego miejsce to jest tak unikatowe. siedzimy na czubie piramidy i podziwiamy poranną, skąpaną w mgle i chmurach dżunglę. kilkaset metrów dalej przez czubki drzew przebijają się pozostałe z sześciu wysokich pirami schodkowych. dookoła drą się ptaki i małpy..
Tikal stanowił kiedyś kompletne miasto. wznosiły się tu świątynie, budynki mieszkalne, kaplice, ołtarze, platformy i boiska do rytualnej gry w piłkę. centralnym miejscem stolicy był Gran Plaza -- Wielki Plac na którym władca i znaczący mieszkańcy odbywali długie narady. to najlepiej odrestaurowane miejsce Tikalu. chodzimy tu na własną rękę labiryntem kamiennych uliczek, schodów i placyków. to tutaj znajduje się Świątynia Wielkiego Jaguara -- najbardziej znana, wręcz pocztówkowa budowla Tikalu. zdobi ją płaskorzeźba przedstawiająca mężczyznę, który odziany w skórę jaguara dzierży w dłoni atrybut władzy kapłańskiej. zresztą większość współczesnych nazw świątyń pochodzi od płaskorzeźb ozdabiających budynki. oprócz tego znajdujemy tu znane z poprzednich miast Majów stele -- płaskie, kamienne płyty z inskrypcjami, często po dziś dzień nierozszyfrowanymi.
w gęstwinie ruin, drzew, krzewów, lian i głośnych zwierząt spędzamy ponad 6 godzin. zastanawiam się nad powodem opuszczenia miasta przez Indian. podobnie jak w Chichen i Cobie, Tikal został nagle porzucony. działo się to ok 900 roku, czyli w czasie głębokiego i ciemnego średniowiecza w Europie. niektóre teorie mówią o buncie społecznym, inne o wyjałowieniu ziemi. brzmi to dziwnie, ale miasto pozostało opuszczone i niezamieszkane przez prawie 1000 lat! w tym czasie dżungla pochłonęła wszystko i miejsce to popadło w zapomnienie. oczywiście lokalne ludy zamieszkujące okolicę wiedziały o umarłym mieście, jednak współczesność odkryła to miejsce dopiero w 1848 roku. dawną potęgę i świetność Tikalu możemy dzisiaj oglądać wyłącznie dzięki archeologom -- mimo że pracują od wielu lat to do dnia dzisiejszego udało im się odrestaurować zaledwie kilka procent starożytnego Tikalu..








dzisiejsza nazwa tego historycznego miejsca wywodzi się z języka Indian Maja zamieszkujących Jukatan: ti ak'al oznaczało miejsce z dostępem do wody lub wg innej teorii miejsce głosów. pierwsze budynki powstały tu już ok 600 lat przed Chrystusem, a w czasie największego rozkwitu w latach 600-900 naszej ery mieszkało tu nawet 90 tys. Indian. w tym czasie miasto było ważnym centrum naukowym, politycznym i religijnym. na powierzchni ok. 20 km kw. stało tu kiedyś 3000 budynków -- zarówno zwykłych krytych słomą chat mieszkalnych, jak i wysokich 70-metrowych piramid sakralnych wystających ponad wierzchołki wilgotnej dżungli. Tikal zbudowano aby zadziwiał. i nawet dzisiaj, po 2200 latach, budowle nadal to czynią..
naszym przewodnikiem jest Jose, dwudziestoletni uśmiechnięty Gwatemalczyk, dość dobrze władający angielskim. przez pierwszy kilometr przemierzamy dżunglę, a Jose opowiada o bujnej roślinności i licznych głosach rozpoczynających dzień zwierząt. jest parno i pochmurno -- nie zobaczymy dziś wschodu słońca, ale może to i lepiej, gdyż pod błękitnym niebem można się w dżungli ugotować. jesteśmy tu pierwszą grupą i jako pierwsi wdrapujemy się na jedną ze świątyń. większość budowli pokryta jest tu roślinnością: nieustannie trwa walka archeologów z siłami natury. odsłonięte, a pozostawione na jakiś czas budynki ponownie zarastają bujną tropikalną roślinnością i może dlatego miejsce to jest tak unikatowe. siedzimy na czubie piramidy i podziwiamy poranną, skąpaną w mgle i chmurach dżunglę. kilkaset metrów dalej przez czubki drzew przebijają się pozostałe z sześciu wysokich pirami schodkowych. dookoła drą się ptaki i małpy..
Tikal stanowił kiedyś kompletne miasto. wznosiły się tu świątynie, budynki mieszkalne, kaplice, ołtarze, platformy i boiska do rytualnej gry w piłkę. centralnym miejscem stolicy był Gran Plaza -- Wielki Plac na którym władca i znaczący mieszkańcy odbywali długie narady. to najlepiej odrestaurowane miejsce Tikalu. chodzimy tu na własną rękę labiryntem kamiennych uliczek, schodów i placyków. to tutaj znajduje się Świątynia Wielkiego Jaguara -- najbardziej znana, wręcz pocztówkowa budowla Tikalu. zdobi ją płaskorzeźba przedstawiająca mężczyznę, który odziany w skórę jaguara dzierży w dłoni atrybut władzy kapłańskiej. zresztą większość współczesnych nazw świątyń pochodzi od płaskorzeźb ozdabiających budynki. oprócz tego znajdujemy tu znane z poprzednich miast Majów stele -- płaskie, kamienne płyty z inskrypcjami, często po dziś dzień nierozszyfrowanymi.
w gęstwinie ruin, drzew, krzewów, lian i głośnych zwierząt spędzamy ponad 6 godzin. zastanawiam się nad powodem opuszczenia miasta przez Indian. podobnie jak w Chichen i Cobie, Tikal został nagle porzucony. działo się to ok 900 roku, czyli w czasie głębokiego i ciemnego średniowiecza w Europie. niektóre teorie mówią o buncie społecznym, inne o wyjałowieniu ziemi. brzmi to dziwnie, ale miasto pozostało opuszczone i niezamieszkane przez prawie 1000 lat! w tym czasie dżungla pochłonęła wszystko i miejsce to popadło w zapomnienie. oczywiście lokalne ludy zamieszkujące okolicę wiedziały o umarłym mieście, jednak współczesność odkryła to miejsce dopiero w 1848 roku. dawną potęgę i świetność Tikalu możemy dzisiaj oglądać wyłącznie dzięki archeologom -- mimo że pracują od wielu lat to do dnia dzisiejszego udało im się odrestaurować zaledwie kilka procent starożytnego Tikalu..





kategoria: podróże link bezpośredni
Gwatemala cz. II -- Flores
04.12.2009; 02:13
kiedy w 1541 roku hiszpański konkwistador Hernán Cortés stanął nad brzegami jeziora Petén Itzá ujrzał sporą jak na owe czasy osadę. miasteczko było stolicą państwa indian Itza i nosiło nazwę noh peten, co w wolnym tłumaczeniu z języka majów oznaczało miasto-wyspę. Cortés zmierzał na południe, w kierunku dzisiejszego Hondurasu, osady więc nie zaatakowano i dzięki temu pozostała ona na długie lata ostatnim ośrodkiem wolnych indian Maja..
znajduję się w samym sercu regionu El Petén w północnej Gwatemali: na zgliszczach prekolumbijskiej stolicy Indian wyrosło miasteczko Flores. współcześnie również jest to stolica regionu, na co dzień mieszka tu ok 22 tys. osób. teoretycznie, gdyż przez region przewija się zmasowany ruch turystyczny, więc liczba przebywających tu w skali całego roku osób jest znacznie wyższa. turystyka wyrosła oczywiście na licznych w regionie Petén (jak i całej Ameryce Środkowej) ruinach osad prekolumbijskich: Uaxactun, El Mirador, Yaxha i oczywiście najbardziej znany Tikal. umiejscowione w samym środku skarbów Majów Flores jest więc idealną bazą wypadową na jedno- lub wielodniowe wycieczki..
bajkowo położone miasteczko wygląda więc jakby stworzone było wyłącznie pod potrzeby turystów. wielokolorowa architektura, wąskie brukowane uliczki i umiejscowiona w najwyższym punkcie wyspy katedra. do tego cała masa niewielkich hoteli, restauracji, knajpek i sklepów z pamiątkami prowadzonych przez pojedyncze rodziny. wyspa połączona jest ze stałym lądem wąską groblą na której zbudowano drogę -- jednak z wielu jej miejsc kursują niewielkie łódki, którymi za kilka quetzali można dostać się do innych pobliskich osad. we Flroes spędziliśmy łącznie 3 dni: miasto emanuje bezpieczeństwem, a jego mieszkańcy -- spokojem. jest znacznie taniej niż w Meksyku i w Belize, a jakość usług, zarówno hotelowych jak i kulinarnych, równie wysoka. na stałym lądzie znajduje się nawet lotnisko, które utrzymuje częste połączenia z innymi miastami Ameryki Środkowej. chcieliśmy nawet lecieć stąd do Cancun w Meksyku, ale ceny były zabójczo wysokie..
jeszcze o ludziach, tym razem przyjezdnych, jako że we Flores spotyka się całą masę międzynarodowych wynalazków. na lokalnych wycieczkach poznajemy Hiszpanów, Szwedów, Norwegów i Francuzów, a właściciel niewielkiego biura podróży przyznaje, że przez Flores często przewijają się Polacy. jadamy w restauracjach należących do Niemców: pierwsza do grupy archeologicznej prowadzącej gdzieś w dżungli wykopaliska, druga do młodego małżeństwa, które tak pokochało to miejsce, że przeniosło się tu z Europy serwując lokalne potrawy. w hostelach tradycyjnie istna wieża Babel -- młodzi ludzie mieszkają w wieloosobowych pokojach, w dzień uczą się hiszpańskiego (Gwatemala znana jest z tanich i bardzo dobrych szkół tego języka), wieczorami w ruch idzie szkło, gitara i śpiew. wszyscy przyjaźni, wszyscy wyluzowani..







znajduję się w samym sercu regionu El Petén w północnej Gwatemali: na zgliszczach prekolumbijskiej stolicy Indian wyrosło miasteczko Flores. współcześnie również jest to stolica regionu, na co dzień mieszka tu ok 22 tys. osób. teoretycznie, gdyż przez region przewija się zmasowany ruch turystyczny, więc liczba przebywających tu w skali całego roku osób jest znacznie wyższa. turystyka wyrosła oczywiście na licznych w regionie Petén (jak i całej Ameryce Środkowej) ruinach osad prekolumbijskich: Uaxactun, El Mirador, Yaxha i oczywiście najbardziej znany Tikal. umiejscowione w samym środku skarbów Majów Flores jest więc idealną bazą wypadową na jedno- lub wielodniowe wycieczki..
bajkowo położone miasteczko wygląda więc jakby stworzone było wyłącznie pod potrzeby turystów. wielokolorowa architektura, wąskie brukowane uliczki i umiejscowiona w najwyższym punkcie wyspy katedra. do tego cała masa niewielkich hoteli, restauracji, knajpek i sklepów z pamiątkami prowadzonych przez pojedyncze rodziny. wyspa połączona jest ze stałym lądem wąską groblą na której zbudowano drogę -- jednak z wielu jej miejsc kursują niewielkie łódki, którymi za kilka quetzali można dostać się do innych pobliskich osad. we Flroes spędziliśmy łącznie 3 dni: miasto emanuje bezpieczeństwem, a jego mieszkańcy -- spokojem. jest znacznie taniej niż w Meksyku i w Belize, a jakość usług, zarówno hotelowych jak i kulinarnych, równie wysoka. na stałym lądzie znajduje się nawet lotnisko, które utrzymuje częste połączenia z innymi miastami Ameryki Środkowej. chcieliśmy nawet lecieć stąd do Cancun w Meksyku, ale ceny były zabójczo wysokie..
jeszcze o ludziach, tym razem przyjezdnych, jako że we Flores spotyka się całą masę międzynarodowych wynalazków. na lokalnych wycieczkach poznajemy Hiszpanów, Szwedów, Norwegów i Francuzów, a właściciel niewielkiego biura podróży przyznaje, że przez Flores często przewijają się Polacy. jadamy w restauracjach należących do Niemców: pierwsza do grupy archeologicznej prowadzącej gdzieś w dżungli wykopaliska, druga do młodego małżeństwa, które tak pokochało to miejsce, że przeniosło się tu z Europy serwując lokalne potrawy. w hostelach tradycyjnie istna wieża Babel -- młodzi ludzie mieszkają w wieloosobowych pokojach, w dzień uczą się hiszpańskiego (Gwatemala znana jest z tanich i bardzo dobrych szkół tego języka), wieczorami w ruch idzie szkło, gitara i śpiew. wszyscy przyjaźni, wszyscy wyluzowani..
kategoria: podróże link bezpośredni
Polaku! ucz się języka niemieckiego!
03.12.2009; 20:28
uwielbiam Cyfrową Bibliotekę Narodową za jej historyczne skarby i szerzenie dziedzictwa kulturowego Polski. oraz za perełki, na które bardzo łatwo jest się tu natknąć. dzisiaj na przykład trafiłem na cztero-stronicową broszurę zatytułowaną: 'ucz się po niemiecku! najszybciej opanujesz język niemiecki, jeśli nauczysz się następujących wyrazów i zwrotów, niezbędnych dla każdego Polaka'. na pierwszy rzut oka wyglądało mi to na niemiecką książkę dla okupowanych Polaków, jednak po kilku frazach zrozumiałem, że broszura to nic innego jak podręczny słownik polskiego partyzanta. dzieło zostało wydane w roku 1944 w Warszawie przez Komendę Główną AK:



ja wiem, że to nie jest śmieszne, a jeśli ma coś wspólnego z humorem, to raczej czarnym. w każdym razie nie mogłem się powstrzymać. moich Niemców w firmie też nie oszczędziłem..
ja wiem, że to nie jest śmieszne, a jeśli ma coś wspólnego z humorem, to raczej czarnym. w każdym razie nie mogłem się powstrzymać. moich Niemców w firmie też nie oszczędziłem..
kategoria: humor link bezpośredni
wykupili wszystkie polskie nazwiska..
03.12.2009; 01:47
pewna firma zarejestrowała domeny (.pl) większości nie zajętych jeszcze polskich nazwisk. jak to możliwe? od strony technicznej za pomocą odpowiedniego oprogramowania. od strony finansowej? zakładam, że istnieje jakieś 30 tysięcy różnych nazwisk w Polsce, również tych z naszymi znakami diakrytycznymi. najtańsze ceny oferowane przez NASK klientom hurtowym to 9.90 zł, więc koszt 30k domen mógł wynieść ok 297 tysięcy PLN. nie jest to jakaś mega-wysoka kwota, ale jednak tego typu biznes wydaje się mało prawdopodobny. co jednak jeśli inwestor skorzystał z ofert jednej z popularnych polskich firm handlujących domenami i zakupił domenę w promocji za pierwszy rok za 1 zł? wówczas mógł łącznie wydać ok 30k PLN i wystarczy, że sprzeda 10 z nich, a każda kolejna transakcja pójdzie na plus. tak, wystarczy 10, gdyż domeny wystawiane są z nową super ceną wynoszącą 3000zł. oto co otrzymałem wklepując do paska adresu przeglądarki domenę: ankudowicz.pl:
po kliknięciu odnośnika kup teraz przechodzimy na stronę z ofertą:
można kupić teraz lub negocjować stawkę. sprawa może rozwinąć się w swoistą prawną operę mydlaną, gdyż mamy tu do czynienia z możliwym łamaniem lub naruszeniem dóbr osobistych. zresztą była kiedyś taka głośna sprawa handlu domenami, do których dany podmiot nie miał praw. ale co zrobić w przypadku, kiedy jeden ankudowicz odzyska domenę, a drugi oskarży pierwszego, że jemu bardziej należy się ten adres? a co jeśli adres ankudowicz.pl będzie przekierowywał ruch na serwis pornograficzny lub prawnie zakazany?
idąc dalej tropem domeny trafiamy na podmiot ją rejestrujący:
będę sprawę śledził, choć osobiście nie jestem swoją domeną zainteresowany. jakiś czas temu wykupiłem już domenę ankudowicz.com, a z tego co widzę, ludzie raczej starają się rejestrować adresy wskazujące na nich osobiście. tak właśnie zrobiła Katarzyna Ankudowicz rejestrując domenę: kasiaankudowicz.pl..
Pod adresem tej domeny nie ma jeszcze strony WWW. Zapraszamy wkrótce.
Adres domeny jest utrzymywany na serwerach: www.nazwa.pl
Ta domena jest na sprzedaż
na Giełdzie Domen:
kup teraz!
Adres domeny jest utrzymywany na serwerach: www.nazwa.pl
Ta domena jest na sprzedaż
na Giełdzie Domen:
kup teraz!
Szczegóły oferty
Nazwa domeny: ankudowicz.pl
Cena: 3 000 zł
Data wygaśnięcia oferty: 2009-12-03 21:14:18
Data wygaśnięcia domeny: 2010-08-10
Kategoria: Imiona i nazwiska
Status prawny sprzedającego: firma
Domena zakupiona w promocji: ---
Nazwa domeny: ankudowicz.pl
Cena: 3 000 zł
Data wygaśnięcia oferty: 2009-12-03 21:14:18
Data wygaśnięcia domeny: 2010-08-10
Kategoria: Imiona i nazwiska
Status prawny sprzedającego: firma
Domena zakupiona w promocji: ---
idąc dalej tropem domeny trafiamy na podmiot ją rejestrujący:
DOMAIN: ankudowicz.pl
registrant's handle: nta440760 (CORPORATE)
nameservers: ns3.netart.pl. [85.128.130.10]
ns2.netart.pl. [85.128.129.10]
ns1.netart.pl. [85.128.128.10]
created: 2009.08.10 15:13:22
last modified: 2009.09.16 18:57:53
no option
REGISTRAR:
NetArt Spolka Akcyjna S.K.A.
Rondo Mogilskie 1 31-516 Krakow
Polska/Poland
+48.801 33 22 33
+48.12 297 88 10
+48.12 297 88 08
registrant's handle: nta440760 (CORPORATE)
nameservers: ns3.netart.pl. [85.128.130.10]
ns2.netart.pl. [85.128.129.10]
ns1.netart.pl. [85.128.128.10]
created: 2009.08.10 15:13:22
last modified: 2009.09.16 18:57:53
no option
REGISTRAR:
NetArt Spolka Akcyjna S.K.A.
Rondo Mogilskie 1 31-516 Krakow
Polska/Poland
+48.801 33 22 33
+48.12 297 88 10
+48.12 297 88 08
kategoria: zapiski link bezpośredni
podróż z Belize do Gwatemali..
25.11.2009; 22:24
po 4 dniach opuszczamy Caye Caulker i wracamy na stały ląd. w Belize City za 25 USD na głowę kupujemy
bilety na bezpośredni autobus do gwatemalskiego Flores. odległość to tylko 235 km, ale cała wyprawa trwa
ponad 6 godzin. jedziemy znanymi z wcześniejszego przejazdu liniami San Juan & Linea Dorada. autobus to
trochę za dużo powiedziane -- jedziemy większą odmianą mini-busa, a w środku oprócz nas i kierowcy jedzie
tylko para Brytyjczyków i dwie dziewczyny z Brazylii..
zachód Belize mile mnie zaskakuje. jedziemy całkiem dobrą drogą, po obu stronach malownicze krajobrazy, gdzieś daleko na horyzoncie piętrzą się góry. i ludzie żyją tu jakby lepiej -- spora część domków wygląda na zadbaną, w ogrodzonych ogródkach zaparkowane stoją amerykańskie samochody. mijamy głównie wioski, ale po 80km przejeżdżamy obok University of Belize -- to znak, że jesteśmy w stolicy kraju Belmopan. szczerze mówiąc był to jedyny tego typu dowód -- żyje tu zaledwie 16 tys ludzi i obok parlamentu, większych skrzyżowań i ładniejszych niż zwykle chodników dominuje tu przestrzeń i wszechobecne palmy. obawiam się, że nigdy już nie ujrzę tego typu stolicy jakiegokolwiek państwa.
jedyna większa miejscowość przez którą przejeżdżamy do San Ignacio. miasto położone jest nad brzegami rzeki Macal i uważane jest za świetną bazę wypadową do licznych w okolicy zabytków epoki prekolumbijskiej. do najbardziej znanych ruin w okolicy należą Caracol i Xunantunich. samo miasto przypomina, że skorzystam ze słów klasyka, ogarnięty pożarem burdel. chaos na drodze, gdzie samochody mieszają się z motorami, rowerami i bydłem. krzyczący ludzie przekrzykujący przekrzykującego ryk samochodów policjanta. dzielni sprzedawcy lokalnych wyrobów spożywczych pchają się wszędzie ze swoimi kramami na kółkach. mniej więcej tyle samo ludzi co w Belmpoan, ale jaki gwar. nic tu po nas -- po krótkim postoju jedziemy dalej..
po chwili dojeżdżamy do granicy Belize - Gwatemala. wysiadamy z busa z całym swoim dobytkiem i na nogach udajemy się do przejścia. opuszczenie kraju to formalność -- należy jedynie zapłacić podatek, tzw. Passenger Service Fee (PSF) w kwocie 30$ BZE (15 USD). do tego dochodzi opłata PACT (7.5$ BZE), która naliczana jest każdemu, kto przebywa w kraju powyżej 48h. spora kasa i niezły biznes biorąc pod uwagę, że podróżujący z Jukatanu z Meksyku na południe turyści nie mają innej drogi.. wjazd do Gwatemali z kolei kosztuje nas 3 USD, pada trochę pytań o świńską grypę i obcowanie ze zwierzętami. pytania po hiszpańsku, więc długo sobie nie rozmawiamy. Bienvenidos a Guatemala!
i tutaj zaczyna się prawdziwa jazda. droga zamienia się w szutrową, bus jedzie średnio 25km na godzinę, dziura na dziurze. dodatkowym smaczkiem jest biały pył, który po pewnym czasie osadza się wszędzie -- cała kraina w odległości 20 metrów od drogi jest zresztą biała. mijamy jakieś wioski, wszystko to wygląda bardzo biednie. znajdujemy się w prowincji Peten, który obejmuje 1/3 powierzchni całej Gwatemali. część wschodnia to mieszanina traw i pagórków, na północy króluje dżungla. mijamy dość jednostajny krajobraz, co jakiś czas pobocza wypełniają się zwierzętami i dzieciakami bez butów. po niekończących się godzinach dojeżdżamy w końcu do Santa Elena w pobliżu naszego Flores. tutaj kierowca oddaje nas we władanie trójki podejrzanych typów z własnymi mini-busem. jest dosyć nietypowo -- nasłuchałem się opowieści o porwaniach w Kolumbii i to pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy. okazuje się jednak, że kolesie mają własną firmę turystyczną i rozwożą nas po hotelach we Flores. dodatkowo sprzedają nam wycieczkę do Tikalu na kolejny dzień i ogólnie są bardzo pomocni. tzn jeden z nich, który mówi po angielsku. przez kolejne dni pobytu spotykamy ich jeszcze wielokrotnie..




zachód Belize mile mnie zaskakuje. jedziemy całkiem dobrą drogą, po obu stronach malownicze krajobrazy, gdzieś daleko na horyzoncie piętrzą się góry. i ludzie żyją tu jakby lepiej -- spora część domków wygląda na zadbaną, w ogrodzonych ogródkach zaparkowane stoją amerykańskie samochody. mijamy głównie wioski, ale po 80km przejeżdżamy obok University of Belize -- to znak, że jesteśmy w stolicy kraju Belmopan. szczerze mówiąc był to jedyny tego typu dowód -- żyje tu zaledwie 16 tys ludzi i obok parlamentu, większych skrzyżowań i ładniejszych niż zwykle chodników dominuje tu przestrzeń i wszechobecne palmy. obawiam się, że nigdy już nie ujrzę tego typu stolicy jakiegokolwiek państwa.
jedyna większa miejscowość przez którą przejeżdżamy do San Ignacio. miasto położone jest nad brzegami rzeki Macal i uważane jest za świetną bazę wypadową do licznych w okolicy zabytków epoki prekolumbijskiej. do najbardziej znanych ruin w okolicy należą Caracol i Xunantunich. samo miasto przypomina, że skorzystam ze słów klasyka, ogarnięty pożarem burdel. chaos na drodze, gdzie samochody mieszają się z motorami, rowerami i bydłem. krzyczący ludzie przekrzykujący przekrzykującego ryk samochodów policjanta. dzielni sprzedawcy lokalnych wyrobów spożywczych pchają się wszędzie ze swoimi kramami na kółkach. mniej więcej tyle samo ludzi co w Belmpoan, ale jaki gwar. nic tu po nas -- po krótkim postoju jedziemy dalej..
po chwili dojeżdżamy do granicy Belize - Gwatemala. wysiadamy z busa z całym swoim dobytkiem i na nogach udajemy się do przejścia. opuszczenie kraju to formalność -- należy jedynie zapłacić podatek, tzw. Passenger Service Fee (PSF) w kwocie 30$ BZE (15 USD). do tego dochodzi opłata PACT (7.5$ BZE), która naliczana jest każdemu, kto przebywa w kraju powyżej 48h. spora kasa i niezły biznes biorąc pod uwagę, że podróżujący z Jukatanu z Meksyku na południe turyści nie mają innej drogi.. wjazd do Gwatemali z kolei kosztuje nas 3 USD, pada trochę pytań o świńską grypę i obcowanie ze zwierzętami. pytania po hiszpańsku, więc długo sobie nie rozmawiamy. Bienvenidos a Guatemala!
i tutaj zaczyna się prawdziwa jazda. droga zamienia się w szutrową, bus jedzie średnio 25km na godzinę, dziura na dziurze. dodatkowym smaczkiem jest biały pył, który po pewnym czasie osadza się wszędzie -- cała kraina w odległości 20 metrów od drogi jest zresztą biała. mijamy jakieś wioski, wszystko to wygląda bardzo biednie. znajdujemy się w prowincji Peten, który obejmuje 1/3 powierzchni całej Gwatemali. część wschodnia to mieszanina traw i pagórków, na północy króluje dżungla. mijamy dość jednostajny krajobraz, co jakiś czas pobocza wypełniają się zwierzętami i dzieciakami bez butów. po niekończących się godzinach dojeżdżamy w końcu do Santa Elena w pobliżu naszego Flores. tutaj kierowca oddaje nas we władanie trójki podejrzanych typów z własnymi mini-busem. jest dosyć nietypowo -- nasłuchałem się opowieści o porwaniach w Kolumbii i to pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy. okazuje się jednak, że kolesie mają własną firmę turystyczną i rozwożą nas po hotelach we Flores. dodatkowo sprzedają nam wycieczkę do Tikalu na kolejny dzień i ogólnie są bardzo pomocni. tzn jeden z nich, który mówi po angielsku. przez kolejne dni pobytu spotykamy ich jeszcze wielokrotnie..
kategoria: podróże link bezpośredni
zmarł twórca Giany Sisters..
20.11.2009; 23:35
dzisiaj dowiedziałem się, że 8 listopada, podczas mojego pobytu w Meksyku, zmarł Armin Gessert. Armin był niemieckim programistą, pracował w Rainbow Arts i Blue Byte, a w 1994 założył własną firmę Spellbound Entertainment znaną m.in. z głośnej serii Desperados. jednak główną produkcją gwarantującą mu sławę wśród komputerowych graczy była oczywiście Great Giana Sisters -- fantastyczna gra wypuszczona na Commodore 64, Amigę, Amstrada i Atari ST, na której, dokładnie rzecz ujmując się, się wychowałem. o Arminie usłyszałem po raz pierwszy w 1992 roku gdy Szymon, mój kuzyn z Niemiec, wcisnął jednocześnie na klawiaturze mojego Komodorka magiczne słowo-cheat 'armin', które przenosiło do kolejnej planszy. to było super, to była rewelacja na miarę tamtych czasów.. a samą grę otrzymałem pod choinkę od mojego Chrzestnego -- kupił mi dyskietkę pełną gier nagrywaną w popularnych w tamtych czasach budach pirackich. nikt nie wiedział, co jest w środku -- jednak samo odkrywanie kolejnych gier, w tym Giany, miało w sobie coś magicznego. właśnie Giana w wersji na Nintendo DS była ostatnią grą nad którą pracował Armin.
już jakiś czas temu postanowiłem, że odkupię całą moją 8-bitową komputerową kolekcję dokładnie w wersjach i modelach, w jakich ją miałem w przeszłości. sprzętu nie było co prawda dużo: miałem Commodore 64 (wersja II, nie tzw. mydelniczka) ze stacją dyskietek 1541 II (również nowsza wersja. dyskietki oczywiście 5.25 cala) oraz Amigę 600. pozbycie się kiedyś tych sprzętów uważam, obok wyboru kierunku studiów, za mój największy błąd ery dorastania. na szczęście ebay i allegro pełne są jeszcze tych sprzętów, więc kompletacja zestawu nie będzie taka trudna. na razie kupiłem najnowsze dziecko spadkobierców marki Commodore -- konsolę telewizyjną C64 Direct-to-TV. fajna sprawa, bo w środku w zminimalizowanej formie mamy kompletnie działający C64, szkoda tylko, że produkt wydano z tak słabymi grami..
a na końcu i tak pozostaje nam nostalgia za dawno minionymi czasami, kiedy gry komputerowe miały duszę i wpływały na umysł gracza, a nie były tylko zlepkiem cudownej grafiki i zerem grywalności..
już jakiś czas temu postanowiłem, że odkupię całą moją 8-bitową komputerową kolekcję dokładnie w wersjach i modelach, w jakich ją miałem w przeszłości. sprzętu nie było co prawda dużo: miałem Commodore 64 (wersja II, nie tzw. mydelniczka) ze stacją dyskietek 1541 II (również nowsza wersja. dyskietki oczywiście 5.25 cala) oraz Amigę 600. pozbycie się kiedyś tych sprzętów uważam, obok wyboru kierunku studiów, za mój największy błąd ery dorastania. na szczęście ebay i allegro pełne są jeszcze tych sprzętów, więc kompletacja zestawu nie będzie taka trudna. na razie kupiłem najnowsze dziecko spadkobierców marki Commodore -- konsolę telewizyjną C64 Direct-to-TV. fajna sprawa, bo w środku w zminimalizowanej formie mamy kompletnie działający C64, szkoda tylko, że produkt wydano z tak słabymi grami..
a na końcu i tak pozostaje nam nostalgia za dawno minionymi czasami, kiedy gry komputerowe miały duszę i wpływały na umysł gracza, a nie były tylko zlepkiem cudownej grafiki i zerem grywalności..
kategoria: pasje link bezpośredni
Belize cz. 3 -- Caye Caulker
19.11.2009; 01:18
Caye Caulker to niewielka koralowa wysepka położona na Morzu Karaibskim. mimo malowniczej lokalizacji, niewielkich rozmiarów, palm i całej tej karaibskiej
otoczki nie nazwałbym jej rajską. rzecz prawdopodobnie w subiektywnym odczuciu, ale również w
szczegółach i odpowiednim stosunku występowania wymaganych do szczęścia elementów. plaż właściwie tu
nie ma, a woda przy brzegach jest strasznie zamulona. palmy są wszędzie, ale również wszędzie
występują lasy namorzynowe,
które skutecznie blokują dojście do wody. właściwie nie ma tu asfaltu, wszystkie drogi są
piaszczyste, ale dookoła wala się cały ten plastikowy odpad naszej cywilizacji..
Na wyspę docieramy turystyczną motorówką (water taxi) z nadbrzeża Belize City (15 USD w dwie strony). podróż trwa ok 40 minut, po drodze podpływamy do Caye Chapel -- prywatnej wysepki w całości zamienionej w luksusowe pole golfowe. Caye Caulker, a właściwie jedyną na wyspię osadę nazwaną wioską (Caye Caulker Village) zamieszkuje obecnie ok 1200 osób. krajobraz bajkowo wypełniony jest kolorowymi drewnianymi domkami, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że większość z nich czasy świetności ma już za sobą. jak wcześniej wspomniałem, drogi są tylko pisakowe, a najlepszym środkiem transportu są rowery oraz niewielkie samochodziki golfowe w stylu naszych dawnych meleksów. na wyspie są 3 większe sklepy z artykułami wszelakimi (wszystkie w rękach Chińczyków), kilkanascie sklepików z pamiątkami, kilka knajpo-restauracyjek z dobrym lokalnym żarciem (głównie owoce morza z codziennych połowów) i garstka firm organizujących nurkowanie, wyprawy wędkarskie i morskie wycieczki. są również miejscowi artyści sprzedający swoje dzieła na głównej uliczce wioski..
życie na wyspie toczy się leniwie. króluje słońce, muzyka reggae, piwo i dredy. no wyobraźcie sobie: klimat tropikalny, całoroczne upały (nawet w porze deszczowej), do pracy się nie chodzi, bo praca zależy tylko od naszych chęci, czy wypłyniemy z turystkami naszą łódką połowić ryby, czy też zostawimy sobie to na jutro. ceny są wysokie, więc i zarobek duży. w zasięgu naszego harpuna przepływają miliony ryb, z głodu nie da się umrzeć. marihuana jest łatwo dostępna, a lekko- narkotykową koniunkturę rozkręcają zachodni turyści, którzy przecież przyjeżdżają się odprężyć. są hamaki i, co najważniejsze, jest dużo uśmiechu i życzliwość. pierwszego dnia poznałem kilku miejscowych, którzy z uwagi na niewielki ruch zapamiętali mnie na kolejne dni. w mordę dostać ciężko, bo każdy tutaj z daleka wita cię swoistym aloha my friend. właścicielem naszego hoteliku była Amerykanka, która przeprowadziła się tu z Teksasu -- zresztą takich jak ona osób jest tutaj zdecydowanie więcej. jestem pewien, że dla ludzi od lat tu żyjących nie ma na świecie lepszego miejsca do życia..
do tego mamy tu cały ten backpakerski świat. hoteli jest kilka, hosteli 2 razy tyle. niektóre w głębi lądu, reszta położona jest nad samym brzegiem, czasem metr od wody. hostele mają własne drewniane pomosty, gdzie można przeleżeć w hamaku cały dzień. wszystko jest otwarte, ludzie łączą się w grupy, piją drinki i wymieniają się opowieściami ze swojej podróży. jest sporo Amerykanów, są Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy. podczas naszego pobytu na Caye Caulker trafiliśmy na brytyjską jednostkę czołgową -- chłopaki przez wiele tygodni jeździli czołgami po poligonie w głębi Belize, a po manewrach pozwolono im zabawić się na wyspie. oprócz turystów kwitnie tu codzienne życie, czego najlepszym dowodem jest szkoła i masa dzieciaków w różnym wieku sumiennie poubierana w ciemnobrązowe mundurki..
jedynym miejscem do kąpania się jest tzw. split czyli miejsce, w którym wyspę przecina wartki prąd Morza Karaibskiego. rozdarcie lądu jest efektem huraganu Hattie, który nawiedził wyspę w 1961 roku. jako że wyspa w najwyższym punkcie ma zaledwie 2.4 m npm, dość często dochodzi tu do powodzi i kompletnej dewastacji kruchej architektury.. kąpanie się w tym miejscu jest ciekawym doświadczeniem, gdyż prąd przepływającej wody jest tak silny, że porywa każdego, kto tylko oderwie się od betonowego brzegu..












Na wyspę docieramy turystyczną motorówką (water taxi) z nadbrzeża Belize City (15 USD w dwie strony). podróż trwa ok 40 minut, po drodze podpływamy do Caye Chapel -- prywatnej wysepki w całości zamienionej w luksusowe pole golfowe. Caye Caulker, a właściwie jedyną na wyspię osadę nazwaną wioską (Caye Caulker Village) zamieszkuje obecnie ok 1200 osób. krajobraz bajkowo wypełniony jest kolorowymi drewnianymi domkami, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że większość z nich czasy świetności ma już za sobą. jak wcześniej wspomniałem, drogi są tylko pisakowe, a najlepszym środkiem transportu są rowery oraz niewielkie samochodziki golfowe w stylu naszych dawnych meleksów. na wyspie są 3 większe sklepy z artykułami wszelakimi (wszystkie w rękach Chińczyków), kilkanascie sklepików z pamiątkami, kilka knajpo-restauracyjek z dobrym lokalnym żarciem (głównie owoce morza z codziennych połowów) i garstka firm organizujących nurkowanie, wyprawy wędkarskie i morskie wycieczki. są również miejscowi artyści sprzedający swoje dzieła na głównej uliczce wioski..
życie na wyspie toczy się leniwie. króluje słońce, muzyka reggae, piwo i dredy. no wyobraźcie sobie: klimat tropikalny, całoroczne upały (nawet w porze deszczowej), do pracy się nie chodzi, bo praca zależy tylko od naszych chęci, czy wypłyniemy z turystkami naszą łódką połowić ryby, czy też zostawimy sobie to na jutro. ceny są wysokie, więc i zarobek duży. w zasięgu naszego harpuna przepływają miliony ryb, z głodu nie da się umrzeć. marihuana jest łatwo dostępna, a lekko- narkotykową koniunkturę rozkręcają zachodni turyści, którzy przecież przyjeżdżają się odprężyć. są hamaki i, co najważniejsze, jest dużo uśmiechu i życzliwość. pierwszego dnia poznałem kilku miejscowych, którzy z uwagi na niewielki ruch zapamiętali mnie na kolejne dni. w mordę dostać ciężko, bo każdy tutaj z daleka wita cię swoistym aloha my friend. właścicielem naszego hoteliku była Amerykanka, która przeprowadziła się tu z Teksasu -- zresztą takich jak ona osób jest tutaj zdecydowanie więcej. jestem pewien, że dla ludzi od lat tu żyjących nie ma na świecie lepszego miejsca do życia..
do tego mamy tu cały ten backpakerski świat. hoteli jest kilka, hosteli 2 razy tyle. niektóre w głębi lądu, reszta położona jest nad samym brzegiem, czasem metr od wody. hostele mają własne drewniane pomosty, gdzie można przeleżeć w hamaku cały dzień. wszystko jest otwarte, ludzie łączą się w grupy, piją drinki i wymieniają się opowieściami ze swojej podróży. jest sporo Amerykanów, są Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy. podczas naszego pobytu na Caye Caulker trafiliśmy na brytyjską jednostkę czołgową -- chłopaki przez wiele tygodni jeździli czołgami po poligonie w głębi Belize, a po manewrach pozwolono im zabawić się na wyspie. oprócz turystów kwitnie tu codzienne życie, czego najlepszym dowodem jest szkoła i masa dzieciaków w różnym wieku sumiennie poubierana w ciemnobrązowe mundurki..
jedynym miejscem do kąpania się jest tzw. split czyli miejsce, w którym wyspę przecina wartki prąd Morza Karaibskiego. rozdarcie lądu jest efektem huraganu Hattie, który nawiedził wyspę w 1961 roku. jako że wyspa w najwyższym punkcie ma zaledwie 2.4 m npm, dość często dochodzi tu do powodzi i kompletnej dewastacji kruchej architektury.. kąpanie się w tym miejscu jest ciekawym doświadczeniem, gdyż prąd przepływającej wody jest tak silny, że porywa każdego, kto tylko oderwie się od betonowego brzegu..
kategoria: podróże link bezpośredni
Belize cz. 2 -- kraj i jego historyczna stolica..
17.11.2009; 01:18
powierzchnia Belize może jeszcze budzić jako taki szacunek, jednak liczba ludności (poniżej 300 tys,
czyli tyle co średniej wielkości polskie miasto) brzmi raczej zabawnie. do 1973 państwo nosiło nazwę
Honduras Brytyjski i było jedyną brytyjską kolonią w tej części świata. dzięki temu, iż nigdy nie
dotarli tu Hiszpanie, Belize jest jedynym krajem w Ameryce Centralnej, w którym językiem urzędowym
jest angielski. szczerze mówiąc, średnio nam to pomogło: ludność kraju w ogromnej mierze stanowią
bowiem Metysi (osoby o krwi europejsko-indiańskiej, czyli tutaj potomek brytyjskiego drwala i córki
wodza wioski majów), Murzyni (potomkowie przywiezionych tu z Afryki niewolników), Kreole (potomkowie Euroentuzjastów, którym spodobały się murzyńskie niewiasty) i wszelkiej
procentowości Mulaci -- to powoduje, że język uzyskał unikalny zamieszany dialekt, swoisty rapowy slang, który nie ma nic wspólnego z odmianą brytyjską czy amerykańską.. na ulicy da się dogadać, ale spora w tym zasługa języka gestów i mowy ciała.
Belize City jest największym miastem kraju i jego historyczną stolicą (rzeczywistą stolicą jest położony w głębi lądu Belmopan). położenie miasta nad samym Morzem Karaibskim gwarantuje wzmożony ruch turystyczny i jako taki przemysł, z drugiej jednak strony naraża na liczne w tej części świata huragany i tajfuny. miasto zostało kilka razy zmiecione z powierzchni ziemi i być może dlatego jego architektura nie jest zbyt wyszukana -- dominują niewielkie, często osadzone na drewnianych palach domki. z przekąsem można powiedzieć, że buduje się je tu z papieru -- swoiste minimalizowanie ryzyka wystąpienia kolejnej zagłady. przewodniki strasznie koloryzują rzeczywistość opisując to miejsce jako kolonialną perłę, prawdziwą tradycyjną Anglię, piękno i luz. na własne oczy przekonaliśmy się, że komuś strasznie się coś pomieszało..
Belize City jest bowiem miejscem brzydkim, brudnym, mrocznym i śmierdzącym. nocą strach wychodzić na ulice, gdyż przestępczość jest niezwykle wysoka, co najczęściej przejawia się w napadach rabunkowych, a nawet morderstwach. ulice zawalone są tonami śmieci, wszędzie leżą bezdomni (zresztą w Katowicach i Seattle też leżą i pewnie jest ich znacznie więcej), a budynki zadziwiają samym faktem, że stoją w jako tako wertykalnej pozycji. wg samych miejscowych po 20-stej nie warto wychodzić na ulice -- wszędzie pełno ciemnych typów, a zresztą i tak nie ma tu niczego ciekawego do obejrzenia, a wszystko inne jest pozamykane. dobrze, że taksówką zabraliśmy się z poznaną w autobusie parą Amerykanów do zamówionego przez nich hostelu -- w przeciwnym razie mogłoby być nieciekawie. ceny jak z kosmosu: ok 30-40% wyższe niż w sąsiednim Meksyku, a lokalna waluta (dolar belize) oparta jest na stałym przeliczniku względem dolara amerykańskiego w stosunku 2:1. tak więc kanapka to 6 USD, czyli 12 BZ$, a noc w pokoju hucznie nazywanym przez właścicielkę hostelem to koszt 33 USD czyli 66 BZ$. w takim kraju to rozbój w biały dzień..
długo się nie zastanawiając następnego ranka łapiemy jeden z pierwszych promów na wyspę Caye Caulker -- tam z kolei humory nam się poprawiły o czym w następnej notce. samo Belize City odwiedzamy raz jeszcze po powrocie z wyspy i udaje nam się odnaleźć przystań w ładnym kształcie (budowaną pod Amerykanów) i bardzo malowniczy lokalny targ. na targu doznajemy kilku fajnych odkryć, rozmawiamy z paroma miejscowymi, którzy budzą naszą sympatię. w tej części miasta spotykamy sporo lokalnych artystów, handlarzy i sprzedawców mleczka kokosowego pitego wprost z kokosa. jednak generalnie odradzam wizytę w tym mieście, chyba że przejazdem, bo 3 godziny pokręcenia się po ścisłym centrum w zupełności wystarcza..
















Belize City jest największym miastem kraju i jego historyczną stolicą (rzeczywistą stolicą jest położony w głębi lądu Belmopan). położenie miasta nad samym Morzem Karaibskim gwarantuje wzmożony ruch turystyczny i jako taki przemysł, z drugiej jednak strony naraża na liczne w tej części świata huragany i tajfuny. miasto zostało kilka razy zmiecione z powierzchni ziemi i być może dlatego jego architektura nie jest zbyt wyszukana -- dominują niewielkie, często osadzone na drewnianych palach domki. z przekąsem można powiedzieć, że buduje się je tu z papieru -- swoiste minimalizowanie ryzyka wystąpienia kolejnej zagłady. przewodniki strasznie koloryzują rzeczywistość opisując to miejsce jako kolonialną perłę, prawdziwą tradycyjną Anglię, piękno i luz. na własne oczy przekonaliśmy się, że komuś strasznie się coś pomieszało..
Belize City jest bowiem miejscem brzydkim, brudnym, mrocznym i śmierdzącym. nocą strach wychodzić na ulice, gdyż przestępczość jest niezwykle wysoka, co najczęściej przejawia się w napadach rabunkowych, a nawet morderstwach. ulice zawalone są tonami śmieci, wszędzie leżą bezdomni (zresztą w Katowicach i Seattle też leżą i pewnie jest ich znacznie więcej), a budynki zadziwiają samym faktem, że stoją w jako tako wertykalnej pozycji. wg samych miejscowych po 20-stej nie warto wychodzić na ulice -- wszędzie pełno ciemnych typów, a zresztą i tak nie ma tu niczego ciekawego do obejrzenia, a wszystko inne jest pozamykane. dobrze, że taksówką zabraliśmy się z poznaną w autobusie parą Amerykanów do zamówionego przez nich hostelu -- w przeciwnym razie mogłoby być nieciekawie. ceny jak z kosmosu: ok 30-40% wyższe niż w sąsiednim Meksyku, a lokalna waluta (dolar belize) oparta jest na stałym przeliczniku względem dolara amerykańskiego w stosunku 2:1. tak więc kanapka to 6 USD, czyli 12 BZ$, a noc w pokoju hucznie nazywanym przez właścicielkę hostelem to koszt 33 USD czyli 66 BZ$. w takim kraju to rozbój w biały dzień..
długo się nie zastanawiając następnego ranka łapiemy jeden z pierwszych promów na wyspę Caye Caulker -- tam z kolei humory nam się poprawiły o czym w następnej notce. samo Belize City odwiedzamy raz jeszcze po powrocie z wyspy i udaje nam się odnaleźć przystań w ładnym kształcie (budowaną pod Amerykanów) i bardzo malowniczy lokalny targ. na targu doznajemy kilku fajnych odkryć, rozmawiamy z paroma miejscowymi, którzy budzą naszą sympatię. w tej części miasta spotykamy sporo lokalnych artystów, handlarzy i sprzedawców mleczka kokosowego pitego wprost z kokosa. jednak generalnie odradzam wizytę w tym mieście, chyba że przejazdem, bo 3 godziny pokręcenia się po ścisłym centrum w zupełności wystarcza..



kategoria: podróże link bezpośredni
Montreal, czyli Kanada po raz pierwszy..
14.11.2009; 04:51
zaledwie 4 dni po powrocie z Karaibów firma wysłała mnie do Montrealu. moje 'dzień dobry Kanado' nastąpiło więc w prowincji Quebec, a nie jak można się tego było spodziewać w Kolumbii Brytyjskiej, od której dzieli mnie na co dzień zaledwie 150 km..
zaczęło się niemrawo -- pobudka przed 5 rano i senny dojazd na lotnisko Seattle-Tacoma. podczas check-inu wszyscy wiedzieli o zniesieniu przez rząd Kanady wiz dla Polaków oprócz maszyny, która zdecydowała się mnie nie przepuścić żądając dodatkowych dokumentów. sprawę załagodził telefon do urzędnika, który potwierdził, to o czym od początku było wiadomo. trzęsący lot do Newark pod Nowym Jorkiem trwał ok 5 godzin, a na miejscu okazało się, że połączenie docelowe do Montrealu jest opóźnione, przy czym opóźnienie rosło wprost proporcjonalnie do ilości wypitych przeze mnie kaw. zaczęło się od 40 minut, po czym tablice wskazały kolejno 1.5h, 2.5h, 4h na 4.5h opóźnienia kończąc. trochę kiepskawo, bo na czwartkowy wieczór miałem już spotkanie z przedstawicielami jednej z firm. wreszcie wystartowaliśmy i po 50 minutach byłem na miejscu. w Hiltonie, tuż przed północą, przywitano mnie dwiema wiadomościami: złą i dobrą. zła była taka, że zarezerwowany przeze mnie pokój nie jest dostępny, a hotel ma pełne obłożenie. dobra natomiast jest taka, że zarezerwowali dla mnie pokój w Mariocie (100m dalej) i że mam go zupełnie za free dorzucając do tego śniadanie i standard VIP-owski. dla mnie super. do tego przeprosili mnie z 15 razy i zaprosili ponownie jutro z samego rana..
Montreal jest piękny. nie widziałem jeszcze zbyt wiele, bo z samego rana miałem spotkania w oddalonym o 80km miasteczku Sainte-Adèle (gdzie zabrano mnie do fantastycznej lokalnej restauracji), ale przed chwilą wybrałem się na wieczorny spacer do historycznej dzielnicy. wszystko wspaniale odnowione i klimatycznie podświetlone. brukowane uliczki, mnóstwo kafejek i ten cudowny spokój wszędzie dookoła.. jest piątek, ale ruch niewielki, mało młodzieży, pewnie bawi się w innej części miasta. wszędzie na ziemi złote liście klonowe -- symbol Kanady. jest zimno, zmarzłem strasznie, szczególnie że kilka dni temu miałem 30 stopni więcej..
Quebec jest historyczną prowincją, w której od zawsze panowali Francuzi. począwszy od pierwszych europejskich osadników, język francuski był zawsze językiem urzędowym. dzisiaj miałem tego przykład -- wielu Kanadyjczyków słabo mówi po angielsku, albo nie mówią w tym języku wcale. znaki drogowe, informacje na ulicach, reklamy -- wszystko po francuskiemu. standard życia bardzo wysoki, podobnie jak w po drugiej stronie kontynentu w Stanach: świetne drogi, wypasione samochody, ludzie zadowoleni z życia. podobno mieszka tu sporo imigrantów, dużo Arabów. jutro zobaczę więcej, mam zamiar poszwendać się mniejszymi uliczkami, ma być fajna pogoda..










zaczęło się niemrawo -- pobudka przed 5 rano i senny dojazd na lotnisko Seattle-Tacoma. podczas check-inu wszyscy wiedzieli o zniesieniu przez rząd Kanady wiz dla Polaków oprócz maszyny, która zdecydowała się mnie nie przepuścić żądając dodatkowych dokumentów. sprawę załagodził telefon do urzędnika, który potwierdził, to o czym od początku było wiadomo. trzęsący lot do Newark pod Nowym Jorkiem trwał ok 5 godzin, a na miejscu okazało się, że połączenie docelowe do Montrealu jest opóźnione, przy czym opóźnienie rosło wprost proporcjonalnie do ilości wypitych przeze mnie kaw. zaczęło się od 40 minut, po czym tablice wskazały kolejno 1.5h, 2.5h, 4h na 4.5h opóźnienia kończąc. trochę kiepskawo, bo na czwartkowy wieczór miałem już spotkanie z przedstawicielami jednej z firm. wreszcie wystartowaliśmy i po 50 minutach byłem na miejscu. w Hiltonie, tuż przed północą, przywitano mnie dwiema wiadomościami: złą i dobrą. zła była taka, że zarezerwowany przeze mnie pokój nie jest dostępny, a hotel ma pełne obłożenie. dobra natomiast jest taka, że zarezerwowali dla mnie pokój w Mariocie (100m dalej) i że mam go zupełnie za free dorzucając do tego śniadanie i standard VIP-owski. dla mnie super. do tego przeprosili mnie z 15 razy i zaprosili ponownie jutro z samego rana..
Montreal jest piękny. nie widziałem jeszcze zbyt wiele, bo z samego rana miałem spotkania w oddalonym o 80km miasteczku Sainte-Adèle (gdzie zabrano mnie do fantastycznej lokalnej restauracji), ale przed chwilą wybrałem się na wieczorny spacer do historycznej dzielnicy. wszystko wspaniale odnowione i klimatycznie podświetlone. brukowane uliczki, mnóstwo kafejek i ten cudowny spokój wszędzie dookoła.. jest piątek, ale ruch niewielki, mało młodzieży, pewnie bawi się w innej części miasta. wszędzie na ziemi złote liście klonowe -- symbol Kanady. jest zimno, zmarzłem strasznie, szczególnie że kilka dni temu miałem 30 stopni więcej..
Quebec jest historyczną prowincją, w której od zawsze panowali Francuzi. począwszy od pierwszych europejskich osadników, język francuski był zawsze językiem urzędowym. dzisiaj miałem tego przykład -- wielu Kanadyjczyków słabo mówi po angielsku, albo nie mówią w tym języku wcale. znaki drogowe, informacje na ulicach, reklamy -- wszystko po francuskiemu. standard życia bardzo wysoki, podobnie jak w po drugiej stronie kontynentu w Stanach: świetne drogi, wypasione samochody, ludzie zadowoleni z życia. podobno mieszka tu sporo imigrantów, dużo Arabów. jutro zobaczę więcej, mam zamiar poszwendać się mniejszymi uliczkami, ma być fajna pogoda..


kategoria: podróże link bezpośredni
wyboista droga z Meksyku do Belize..
10.11.2009; 00:28
trochę posiedzieliśmy pod palmami, ale czas ruszyć w drogę na południe. w Tulum łapiemy autobus do meksykańskiego miasta Chetumal
położonego przy samej granicy z Belize. podobnie jak z Cancun, tu również jedziemy jedynym słusznym w Meksyku środkiem transportu
-- klimatyzowanymi autobusami linii ADO, koszt: 164 peso/osoba. taksówki grupowe (colectivos) nie jeżdżą tak daleko.
podróż trwa niecałe 4 godziny, a dookoła tylko dżungla -- problemem podróżowania w Ameryce Centralnej, o czym wkrótce mieliśmy się dobitnie przekonać,
jest maniakalne wręcz wykorzystanie drogowych zwalniaczy, tzw leżących policjantów. gorące głowy latynoskich kierowców są
więc studzone nieraz co 50 metrów, a zwalniacze nie przybierają tak delikatnej formy jak u nas w dzielnicach sypialnych -- są 5
razy wyższe i 20 razy dłuższe. zdarza się, że tego typu ograniczenie jest jednocześnie przejściem dla pieszych (musi więc być
odpowiednio szerokie). tego typu huśtawka -- przyspieszenie, hamowanie, w górę i w dół na początku może być wesołe, ale
nieprzystosowane zawieszenia samochodów/vanów/busów kiepsko sobie z tym radzą, a człowiek wysiada po kilkudziesięciu kilometrach.
spowalniacze czasami znajdują się w totalnie abstrakcyjnych miejscach -- pośrodku niczego, nakazując zwalniać i porozglądać
trochę po dżungli lub wysokich na półtora metra trawach..
w autobusach puszcza się filmy, niestety zawsze z dubbingiem hiszpańskim. warto również zabrać ze sobą cieplejszą bluzę, bo po pewnym czasie, mimo że na zewnątrz 35 stopni, w środku tworzy się lodówka. autobus staje co jakiś czas, a na przystankach miejscowe meksykanki sprzedają home made żarcie. w Chetumal mamy szczęście -- autobus do Belize City ma odjechać za 10 minut. szybko więc kupujemy bilety (ok 10USD za osobę płacone w peso, lub w dolarach amerykańskich lub belizeńskich, wszystko jedno) i za chwilę wskakujemy do nowego pojazdu linii Premier Lines, którego cel podróży ręcznie wypisany jest farbą na drewnianej tabliczce za szybą autobusu. następuje tu zmiana na jaką liczyłem: przenosimy się do wczesnych lat siedemdziesiątych. autobus jedzie, ale średnio mu to wychodzi. w środku wszystkie odmiany człowieka: od białych po hebanowoczarnych, od starych po dzieciaki. większość jedzie obładowana tobołami -- dopiero na granicy dowiedzieliśmy się, że różnice w cenach są tak duże, że Belizeńczycy jeżdżą sobie na zakupy do sąsiedniego państwa, coś w stylu naszych wycieczek na Słowację w latach dziewięćdziesiątych..
na granicy duża kolejka -- każą nam wyjść z autobusu z wszystkim co mamy i na nogach dojść na punkt graniczny. trzepią równo wszystkich miejscowych, a nas traktują lekko z przymrużeniem oka. informują o cle wyjazdowym i zabierają mi melona -- wwóz świeżych owoców do królewskiego Belize jest niedopuszczalny, zły byłem strasznie. cała operacja graniczna trwa dobrą godzinę, a gdy wszyscy ponownie pakują się do pojazdu możemy ruszać dalej. bus wlecze się niemiłosiernie. w międzyczasie zachodzi słońce (o tej porze roku na Karaibach ciemno jest już ok 17-stej) i oprócz wstrząsów niewiele wynosimy z podróży. co jakiś czas mijamy niewielkie wioski i w oczy rzuca się jedno: drzwi większości domków z tektury są pootwierane, tak że widać wszystko co dzieje się wewnątrz. ktoś ogląda telewizor, ktoś inny się przytula, ale większość i tak siedzi na dworze. światła spotyka się rzadko, a jeśli już to są one punktowe, tak że jedziemy od jednej do drugiej oświetlonej wysepki. w miasteczku Orange Walk wysiada spora grupa miejscowych -- planowałem nawet zatrzymać się tu na wypadek, gdyby nie udało nam się złapać niczego jadącego do Belize City, ale po tym co zobaczyłem byłem wdzięczny, że mieliśmy bezpośredni transport. nie ma tu niczego ciekawego (oprócz cukrowni i wytwórni alkoholi), a krajobraz tak jak poprzednio składa się z drewniano-papierowych, wściekle kolorowych domków na palach i czarnych podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy. w naszym busie oprócz nas i pary młodych Amerykanów jadą sami miejscowi.. w końcu, po kolejnych 4 godzinach dojeżdżamy do Belize City..
w autobusach puszcza się filmy, niestety zawsze z dubbingiem hiszpańskim. warto również zabrać ze sobą cieplejszą bluzę, bo po pewnym czasie, mimo że na zewnątrz 35 stopni, w środku tworzy się lodówka. autobus staje co jakiś czas, a na przystankach miejscowe meksykanki sprzedają home made żarcie. w Chetumal mamy szczęście -- autobus do Belize City ma odjechać za 10 minut. szybko więc kupujemy bilety (ok 10USD za osobę płacone w peso, lub w dolarach amerykańskich lub belizeńskich, wszystko jedno) i za chwilę wskakujemy do nowego pojazdu linii Premier Lines, którego cel podróży ręcznie wypisany jest farbą na drewnianej tabliczce za szybą autobusu. następuje tu zmiana na jaką liczyłem: przenosimy się do wczesnych lat siedemdziesiątych. autobus jedzie, ale średnio mu to wychodzi. w środku wszystkie odmiany człowieka: od białych po hebanowoczarnych, od starych po dzieciaki. większość jedzie obładowana tobołami -- dopiero na granicy dowiedzieliśmy się, że różnice w cenach są tak duże, że Belizeńczycy jeżdżą sobie na zakupy do sąsiedniego państwa, coś w stylu naszych wycieczek na Słowację w latach dziewięćdziesiątych..
na granicy duża kolejka -- każą nam wyjść z autobusu z wszystkim co mamy i na nogach dojść na punkt graniczny. trzepią równo wszystkich miejscowych, a nas traktują lekko z przymrużeniem oka. informują o cle wyjazdowym i zabierają mi melona -- wwóz świeżych owoców do królewskiego Belize jest niedopuszczalny, zły byłem strasznie. cała operacja graniczna trwa dobrą godzinę, a gdy wszyscy ponownie pakują się do pojazdu możemy ruszać dalej. bus wlecze się niemiłosiernie. w międzyczasie zachodzi słońce (o tej porze roku na Karaibach ciemno jest już ok 17-stej) i oprócz wstrząsów niewiele wynosimy z podróży. co jakiś czas mijamy niewielkie wioski i w oczy rzuca się jedno: drzwi większości domków z tektury są pootwierane, tak że widać wszystko co dzieje się wewnątrz. ktoś ogląda telewizor, ktoś inny się przytula, ale większość i tak siedzi na dworze. światła spotyka się rzadko, a jeśli już to są one punktowe, tak że jedziemy od jednej do drugiej oświetlonej wysepki. w miasteczku Orange Walk wysiada spora grupa miejscowych -- planowałem nawet zatrzymać się tu na wypadek, gdyby nie udało nam się złapać niczego jadącego do Belize City, ale po tym co zobaczyłem byłem wdzięczny, że mieliśmy bezpośredni transport. nie ma tu niczego ciekawego (oprócz cukrowni i wytwórni alkoholi), a krajobraz tak jak poprzednio składa się z drewniano-papierowych, wściekle kolorowych domków na palach i czarnych podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy. w naszym busie oprócz nas i pary młodych Amerykanów jadą sami miejscowi.. w końcu, po kolejnych 4 godzinach dojeżdżamy do Belize City..
kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. IX -- Tulum
09.11.2009; 22:38
Tulum to nie tylko palmy i hamaki. oprócz niewielkiego położonego ok 4km od plaży miasteczka są tu również bardzo znane ruiny prekolumbijskiej osady Majów. postanowiliśmy, że mamy już trochę dość tych wszystkich kup kamieni (a przecież jeszcze wybieramy się do Gwatemali zobaczyć Tikal) i że ruiny Tulum będą ostatnimi z meksykańskich miast Majów, które zobaczymy, szczególnie że nasza samotnia jest oddalona od nich o zaledwie dwa kilometry i drogę można pokonać idąc wzdłuż piaszczystej plaży. ruiny Tulum (co w języku Maja oznacza płot lub mur) to jedyne położone tak blisko wybrzeża miasto, które swego czasu pełniło rolę ważnego portu przyjmującego towary płynące ze wszystkich stron dzisiejszej Ameryki
Środkowej. gród na 12-metrowej skale pojawił się po raz pierwszy w dzienniku pokładowym hiszpańskiego konkwistadora Juana Diaza w 1518 roku, jednak Europejczycy nie zdecydowali się tu zakotwiczyć. pierwszy kontakt przybyszów ograniczył się więc do minięcia miasta, które zgodnie z biegiem historii Majów zostało w pewnym momencie XVI wieku opuszczone. dzisiejsze ruiny utrzymane są w bardzo dobrym stanie i są jedną z głównych atrakcji turystycznych Jukatanu..
wyjątkowe dbanie o szczegóły to nie tylko świetnie utrzymane ruiny miasta Majów. to ścieżki, opisy i trawa przycięta równo niczym na polu golfowym. wszędzie dookoła kręcą się ogromne iguany, spokojnie i wytrwale szukając cienia przed lejącym się z nieba żarem. szczególne wrażenie robią masywne mury oddzielające miasto od morza i niewielka wolna przestrzeń, która prawdopodobnie służyła do cumowania statków przy plaży. super atrakcją jest tu również drewniane zejście z wysokiego klifu na piaszczystą plażę i możliwość wskoczenia do lazurowej wody. z czegoś podobnego korzystaliśmy w Chorwacji zwiedzając Dubrownik -- w pewnym miejscu miejskich murów znajdowało się przejście na skały skąd można było skoczyć do morza. zajebista sprawa..








wyjątkowe dbanie o szczegóły to nie tylko świetnie utrzymane ruiny miasta Majów. to ścieżki, opisy i trawa przycięta równo niczym na polu golfowym. wszędzie dookoła kręcą się ogromne iguany, spokojnie i wytrwale szukając cienia przed lejącym się z nieba żarem. szczególne wrażenie robią masywne mury oddzielające miasto od morza i niewielka wolna przestrzeń, która prawdopodobnie służyła do cumowania statków przy plaży. super atrakcją jest tu również drewniane zejście z wysokiego klifu na piaszczystą plażę i możliwość wskoczenia do lazurowej wody. z czegoś podobnego korzystaliśmy w Chorwacji zwiedzając Dubrownik -- w pewnym miejscu miejskich murów znajdowało się przejście na skały skąd można było skoczyć do morza. zajebista sprawa..
kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. VIII -- samotnia na Karaibach..
04.11.2009; 01:36
z mini-vana wysiadamy przed miasteczkiem Tulum, skąd po kilkunastu sekundach zawija nas taksówka. naszym celem były drewniane
chatki położone na samej plaży, jakich sporo w tej okolicy. było już późne popołudnie i nie bardzo mogliśmy się zdecydować na
jakikolwiek kierunek. w końcu zaufaliśmy kierowcy, który za 45 peso zawozi nas do jednego z ośrodków o raczej miernym standardzie.
odmawiamy, ale na miejscu poznajemy dwójkę Niemców, którzy podwożą nas w inne miejsce. tam z kolei nie było już wolnych domków (z
hiszp. cabañas), ale naszą samotnię znajdujemy 500 metrów dalej..
było już ciemno, więc dopiero rano przekonaliśmy się, gdzie jesteśmy. miejsce nazywa się diamantek i składa się z drewnianych domków o minimalistycznym, choć niezwykle ciekawym, wyposażeniu. właśnie ta pustka w połączeniu z dziką plażą stanowi o wyjątkowości tego miejsca. nocleg kosztuje nas ok 60 USD za dobę. właścicielka dba o rdzennie meksykański klimat, stąd dookoła aż roi się od kolorowo podświetlanych posągów przeróżnych bogów, rzeźb i symboli. dookoła palmy, hamaki i ten niesamowity kolor morza karaibskiego. przez dłuższą chwilę mocuję się z kokosem (coś jak Tom Hanks z Cast Away) -- nie przypuszczałem, że tak ciężko dotrzeć do białej zbitej warstwy owocu i wypełniającego ją mleka. zostaniemy tu przez kilka dni, bo oprócz wyjątkowości, jest to również idealna baza wypadowa do położonych o 3 km stąd ruin prekolumbijskiej osady Majów w Tulum.
na miejscu poznajemy kilka osób z Meksyku, parkę Francuzów, grupę Hiszpanów, ale przede wszystkim naszych rodaków z Krakowa. Ania i Mateusz pokonują Amerykę Centralną w odwrotnym niż my kierunku. naszym kolejnym krokiem będzie Belize, a oni, po przejechaniu środkowego Meksyku i północnej Gwatemali właśnie stamtąd wracają i zamierzają zwiedzić Jukatan. wreszcie możemy pogadać z kimś po polsku.. i to 10k km od domu ;)















było już ciemno, więc dopiero rano przekonaliśmy się, gdzie jesteśmy. miejsce nazywa się diamantek i składa się z drewnianych domków o minimalistycznym, choć niezwykle ciekawym, wyposażeniu. właśnie ta pustka w połączeniu z dziką plażą stanowi o wyjątkowości tego miejsca. nocleg kosztuje nas ok 60 USD za dobę. właścicielka dba o rdzennie meksykański klimat, stąd dookoła aż roi się od kolorowo podświetlanych posągów przeróżnych bogów, rzeźb i symboli. dookoła palmy, hamaki i ten niesamowity kolor morza karaibskiego. przez dłuższą chwilę mocuję się z kokosem (coś jak Tom Hanks z Cast Away) -- nie przypuszczałem, że tak ciężko dotrzeć do białej zbitej warstwy owocu i wypełniającego ją mleka. zostaniemy tu przez kilka dni, bo oprócz wyjątkowości, jest to również idealna baza wypadowa do położonych o 3 km stąd ruin prekolumbijskiej osady Majów w Tulum.
na miejscu poznajemy kilka osób z Meksyku, parkę Francuzów, grupę Hiszpanów, ale przede wszystkim naszych rodaków z Krakowa. Ania i Mateusz pokonują Amerykę Centralną w odwrotnym niż my kierunku. naszym kolejnym krokiem będzie Belize, a oni, po przejechaniu środkowego Meksyku i północnej Gwatemali właśnie stamtąd wracają i zamierzają zwiedzić Jukatan. wreszcie możemy pogadać z kimś po polsku.. i to 10k km od domu ;)
kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. VII -- Coba
03.11.2009; 04:18
drugim prekolumbijskim miastem, które odwiedzamy na Jukatanie jest Coba. archeolodzy uważają, że było to największe z miast Majów, a w szczycie rozwoju mogło je zamieszkiwać nawet 60 tys ludzi. zasadniczą różnicą w stosunku do innych (najczęściej wrogich) królestw Maja była obecność wody, gdyż Coba położona jest między dwoma dużymi jeziorami. mieszkańcy miasta żyli z handlu, głównie dlatego, iż Coba połączona była z innymi miastami epoki prekolumbijskiej bardzo dobrymi, utwardzanymi drogami. cywilizacja trwała stosunkowo długo, bo aż do XIV wieku -- ostatnie świątynie budowano jeszcze w okresie przybycia hiszpańskiej konkwisty. Coba nie miała zbyt licznej armii, natomiast straszyć miały same piramidy -- potężne, wysokie i, jak na swoją epokę, nowoczesne. w przeciwieństwie do Chichen Itza ruin nie zwiedza się pieszo, gdyż odległości są zbyt duże. wynajmuj się więc rowery albo trzykołowe riksze, którymi można szybko przemieszczać się między zabytkami. plusem jest mniejsza liczba turystów, co pozwala na wsłuchanie się w głos otaczającej Cobę dżungli oraz dzisiejszy stan piramid. są one rzeczywiste, tzn pozostawione w takim stanie, w jakim odkryto je przed stu laty. Chichen Itza odbudowano zwożąc ze wszystkich stron kamienie, Coba jest w tym przypadku trochę bardziej naturalna.. szkoda, że nie można się wspinać na żadną z wyższych budowli -- z góry rozciąga się fajny widok na dżunglę.. tylko trochę drzewa zasłaniają..








kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. VI -- cenotes
01.11.2009; 01:14
cenote to szeroko występujące na Jukatanie jaskinie wypełnione wodą gruntową. przed tysiącem lat służyły Majom za centra kultu, a jeszcze do niedawna znajdywano na ich dnach ludzkie kości, srebro i inne dary składane bogom. termin cenote również pochodzi z języka maja i oznacza studnię. cenotes połączone są ze sobą tworząc rozległy i skomplikowany system podziemnych rzek, a co większe bądź ładniejsze jaskinie udostępnione są do nurkowania. odwiedziliśmy dwa takie miejsca, a jako że dzień wcześniej nurkowaliśmy (snorklikng -- nurkowanie w masce z rurką) na otwartym morzu przy wyspie Cozumel, mieliśmy porównanie. nurkowanie w morzu jest ciekawe, ale nieregularne zarysy jaskiń, kolorowe dno i, przede wszystkim, cudownie załamujące się światło, zrobiły na mnie większe wrażenie. my nurkowaliśmy z rurką, ale ci z butlami zagłębiali się w rozległe kanały na znacznie dłuższy czas..








kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. V -- kultura Majów..
30.10.2009; 21:10
jedziemy przez Jukatan drogą z Tulum na wschód w kierunku Coby. podróżujemy mini-vanem w 6 osób: oprócz nas i parki Hiszpanów
jedzie kierowca i przewodnik Rafael. przewodnik fantastyczny -- prawdziwy pasjonat, lokalny Mexicanos z zacięciem
antropologicznym. mówi dość dobrze po angielsku, a swoje opowieści powtarza dwukrotnie, po naszemu i po ichniemu, bo
Andaluzyjczycy no habla ingles. mamy szczęście, na wycieczkę zgłosiły się tylko 4 osoby, a zwykle jedzie 13. panuje miła,
swojska atmosfera..
z samochodu niewiele widać. szeroką asfaltową drogą, któa znajduje się tu jakby nie na miejscu, dojeżdżamy do granicy stanów Quintana Roo i Yucatan -- po obu stronach rozciąga się gęsta dżungla, tylko gdzieniegdzie mijamy niewielkie, raczej zaniedbane osady. nie wiem jak żyją tu ludzie -- jest tak gorąco, że nie chce się wysiadać z klimatyzowanego samochodu. przed niewielkimi, zwykle zrujnowanymi domkami stoją czasem fajne samochody, ale głównie przeważa totalny chaos. po pewnym czasie nasz kierowca skręca w prawo i odtąd poruszamy się drogą żwirową. dżungla wręcz wchodzi na drogę, przez wiele kilometrów nie widać żywej duszy. kierujemy się do wioski Majów, której mieszkańcy jakby wbrew cywilizacji (z paroma wyjątkami) nadal żyją w XVII wieku.
w pewnym momencie XV wieku kultura Majów zanikła. z niewiadomych przyczyn opuszczono wznoszone przez wieki miasta i nigdy już do nich nie powrócono. Rafael mówi, że do zmian w kulturze doprowadziła wojna klas. prawdziwa rewolucja, podczas której zamordowano lub wypędzono 3-5% społeczeństwa rządzącej klasy. matematycy, architekci, budowniczy, astronomowie przestali istnieć. do zmian przyczyniła się również gleba, która uprawiana przez setki lat po prostu nie nadawała się do rodzenia.. rozwój stanął w miejscu, ale Majowie nie zniknęli -- dzisiaj na terenach Hondurasu, Gwatemali, Belize, Salwadoru i Meksyku językiem Maja posługuje się ok 5 mln ludzi. pielęgnują obyczaje i starają wieść życie w zgodzie z własnymi korzeniami. Majowie z reguły wyznają katolicyzm. tzn głównie, gdyż obok codziennych modlitw do jedynego Boga zdarza im się szepnąć kilka słów do bogów pogańskich. o coś wyproszą boga słońca, w czasie plonów porozmawiają z Chaaciem -- bogiem deszczu. ot tak, na wszelki wypadek..
wioska, którą odwiedzamy składa się z kilku chat. przewodnik prowadzi nas do zagrody jednej z rodzin. mieszka tu małżeństwo, 14 dzieci, małpa Natasza i cała masa przeróżnych zwierząt. mieszkają w dwóch chatach, chodzą na boso, śpią w hamakach, gotują na ognisku na dużej metalowej blasze, po hiszpańsku mówią tylko najstarsi. te kilka położonych w dżungli Jukatanu chat żyje ze sobą jakby w symbiozie. jedna wielka rodzina, wspólna mini-szkoła w jednym z domów. dziewczynki chodzą w plemiennych sukniach a chłopcy najczęściej w samych spodenkach. dookoła walają się śmieci i puszki po coli, ale jedynym poważnym elementem, który zdradza, że mamy XXI wiek, jest panel baterii słonecznych, który zapewnia mieszkańcom prąd na ok 3 godz. dziennie.
kręcimy się po okolicy i robimy sobie zdjęcia z miejscowymi. dzieciaki wystawiają ręce po peso, a matka smaży na ognisku prawdzie kukurydziane tortille. nasza rozmowa toczy się wyłącznie za pomocą gestów. jest dobrze, kompletnie inny świat.











z samochodu niewiele widać. szeroką asfaltową drogą, któa znajduje się tu jakby nie na miejscu, dojeżdżamy do granicy stanów Quintana Roo i Yucatan -- po obu stronach rozciąga się gęsta dżungla, tylko gdzieniegdzie mijamy niewielkie, raczej zaniedbane osady. nie wiem jak żyją tu ludzie -- jest tak gorąco, że nie chce się wysiadać z klimatyzowanego samochodu. przed niewielkimi, zwykle zrujnowanymi domkami stoją czasem fajne samochody, ale głównie przeważa totalny chaos. po pewnym czasie nasz kierowca skręca w prawo i odtąd poruszamy się drogą żwirową. dżungla wręcz wchodzi na drogę, przez wiele kilometrów nie widać żywej duszy. kierujemy się do wioski Majów, której mieszkańcy jakby wbrew cywilizacji (z paroma wyjątkami) nadal żyją w XVII wieku.
w pewnym momencie XV wieku kultura Majów zanikła. z niewiadomych przyczyn opuszczono wznoszone przez wieki miasta i nigdy już do nich nie powrócono. Rafael mówi, że do zmian w kulturze doprowadziła wojna klas. prawdziwa rewolucja, podczas której zamordowano lub wypędzono 3-5% społeczeństwa rządzącej klasy. matematycy, architekci, budowniczy, astronomowie przestali istnieć. do zmian przyczyniła się również gleba, która uprawiana przez setki lat po prostu nie nadawała się do rodzenia.. rozwój stanął w miejscu, ale Majowie nie zniknęli -- dzisiaj na terenach Hondurasu, Gwatemali, Belize, Salwadoru i Meksyku językiem Maja posługuje się ok 5 mln ludzi. pielęgnują obyczaje i starają wieść życie w zgodzie z własnymi korzeniami. Majowie z reguły wyznają katolicyzm. tzn głównie, gdyż obok codziennych modlitw do jedynego Boga zdarza im się szepnąć kilka słów do bogów pogańskich. o coś wyproszą boga słońca, w czasie plonów porozmawiają z Chaaciem -- bogiem deszczu. ot tak, na wszelki wypadek..
wioska, którą odwiedzamy składa się z kilku chat. przewodnik prowadzi nas do zagrody jednej z rodzin. mieszka tu małżeństwo, 14 dzieci, małpa Natasza i cała masa przeróżnych zwierząt. mieszkają w dwóch chatach, chodzą na boso, śpią w hamakach, gotują na ognisku na dużej metalowej blasze, po hiszpańsku mówią tylko najstarsi. te kilka położonych w dżungli Jukatanu chat żyje ze sobą jakby w symbiozie. jedna wielka rodzina, wspólna mini-szkoła w jednym z domów. dziewczynki chodzą w plemiennych sukniach a chłopcy najczęściej w samych spodenkach. dookoła walają się śmieci i puszki po coli, ale jedynym poważnym elementem, który zdradza, że mamy XXI wiek, jest panel baterii słonecznych, który zapewnia mieszkańcom prąd na ok 3 godz. dziennie.
kręcimy się po okolicy i robimy sobie zdjęcia z miejscowymi. dzieciaki wystawiają ręce po peso, a matka smaży na ognisku prawdzie kukurydziane tortille. nasza rozmowa toczy się wyłącznie za pomocą gestów. jest dobrze, kompletnie inny świat.

kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. IV -- Valladolid
29.10.2009; 06:13
wkraczamy do stanu Jukatan i zahaczamy o nieduże kolonialne miasto Valladolid. zostało ono założone przez hiszpańskiego konkwistadora Francisco de Montejo w 1543 roku, a atmosferę dawnych dni odczuwa się jeszcze dzisiaj. nad miastem, w centralnym jego punkcie, góruje katedra San Gervasio, do której budowy wykorzystywano kamienie z budynków podbitych Majów. mimo że katedra prezentuje się dużo bardziej okazale z zewnątrz niż z wewnątrz to warto ja zobaczyć. Valladolid znane jest z miejscowego targu i licznych wyrobów lokalnych rzemieślników (m.in. srebro). miasto wydaje się zaniedbane, a w regionie ważniejszą role odgrywają Mérida i Campeche. mi jednak podobają się takie miejsca, a największą radochę daje mi możliwość spróbowania lokalnego, sprzedawanego bezpośrednio z ulicznych wózków, jedzenia..








kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. III -- Chichén Itzá
29.10.2009; 04:37
dosyć leżenia na plaży -- zaczynamy aktywne zwiedzanie. na pierwszy rzut poleciały najbardziej znane ruiny cywilizacji prekolumbijskiej -- Chichén Itzá, co w języku Majów, twórców tego miasta, oznacza Źródła Ludu Itzá. miejsce to obok stolicy i karaibskich plaż stanowi dzisiaj centralny ośrodek meksykańskiej turystyki, nie dziwią więc tłumy zwiedzających i .. tłumy naganiaczy pamiątkowych. pierwsze budynki powstały ok 700 roku, a te najbardziej znane, czyli El Castillo (świątynia Kukulkana), Templo de los Guerreros (świątynia wojowników) oraz boisko do gry w piłkę (pelota) datuje się na XI-XII wiek. trafiliśmy dosyć dobrego przewodnika, który wyjaśnił, ze Majowie byli bardzo kumaci jeśli chodzi o wiedzę i rozwój (architektura, sztuka, astronomia) natomiast średnio byli skorzy to bitki, przez co podbiło ich plemię (kultura?) Toltekow. podobno to wraz z nimi przyszedł zwyczaj składania ludzi w ofierze bogom, przez co piramidy Majów na długi czas skąpały się we krwi nieszczęśników. szacunek należy się chłopakom za perfekcyjne rozeznanie w astronomii, co możemy dzisiaj podziwiać w zbudowanym przez nich obserwatorium (okna ułożone w odpowiedni dla ruchu planet sposób) oraz przez położenie samej piramidy Kukulkana, gdzie w dniach przesilenia wiosennego i zimowego, cienie idealnie padają na ściany świątyni tworząc efekt pełzającego węża. mi osobiście spodobało się boisko do gry w piłkę (jakże mogłoby być inaczej..) -- ma to to 150 metrów, z 4 stron ograniczone jest wysokimi ścianami, a na środku dłuższych boków umieszczone są kamienne obręcze (widoczne na fotkach poniżej). grano po 7 chłopa, a celem było przerzucenie piłki przez obręcz, co mogło być wykonane tylko przez jednego zawodnika poszczególnej drużyny -- kapitana. i teraz uwaga: nie można było piłki dotykać rekami ani nogami. grano innymi częściami ciała, czyli barkami, piersią, udami, a osiągniecie celu (obręcz wisi dobre 5-6 metrów ponad nasypem wzdłuż boiska) przy bardzo niskim wzroście Majów było rzeczą bardzo trudną. ba, wręcz niemożliwą, bo piłka nie mogła dotknąć obręczy. doprowadzało to do tego, iż jeden mecz mógł trwać nawet 10 miesięcy (z przerwami na noc), a zawodników zmieniano kilkudziesięciu krotnie. nagrodą dla zwycięskiej drezyny była za to .. śmierć. tak, obcinano głowę kapitanowi zwycięzców, gdyż Majowie głęboko wierzyli w życie pozagrobowe i wygrana miała być przepustką śmiertelnika do krainy wiecznej szczęśliwości. niesamowite.
na miejsce można dojechać wynajętym samochodem (40 USD/dzień), ale my zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowana (50 USD/osoba). chodziło głównie o przewodnika, bo średnio wiedzielibyśmy o co biega, ale i o wygodę samą w sobie -- prowadzenie samochodu w Meksyku nie należy do najprzyjemniejszych. wstęp do Chichen Itza to 10 USD. dowiedzieliśmy się, że teren miasta należy do prywatnej osoby (kupił ją jakiś krewny 9 pokoleń do tyłu) i to ona wydzierżawia miejsca setkom sprzedawców pamiątek. to duży minus -- naganiaczy jest tak wielu, są tak głośni, napastliwi, agresywni (jeśli chodzi o marketing handlowy, bo nikt nie chciał nam tam zrobić krzywdy), ze ciężko jest niekiedy o chwile spokoju i refleksji. drugim minusem jest również odgrodzenie sznurkiem wszystkich miejsc, przez co niemożliwe jest wspięcie się na jakikolwiek budynek. wspinanie się na świątynie uniemożliwiono 3 lata temu, po tym jak 70-letnia kobieta spadła z 80 schodka i zmarła. ciekawym faktem jest również to, że do tej pory odkryto zaledwie 7% powierzchni miasta -- cala reszta to wciąż dżungla. główną przyczyną były względy ekonomiczne, jak również brak kamienia -- hiszpanie kilka setek lat wstecz rozkradli co się dało na swoje kościoły. szkoda, bo to co widzimy dzisiaj to wierna, ale jednak, rekonstrukcja..













na miejsce można dojechać wynajętym samochodem (40 USD/dzień), ale my zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowana (50 USD/osoba). chodziło głównie o przewodnika, bo średnio wiedzielibyśmy o co biega, ale i o wygodę samą w sobie -- prowadzenie samochodu w Meksyku nie należy do najprzyjemniejszych. wstęp do Chichen Itza to 10 USD. dowiedzieliśmy się, że teren miasta należy do prywatnej osoby (kupił ją jakiś krewny 9 pokoleń do tyłu) i to ona wydzierżawia miejsca setkom sprzedawców pamiątek. to duży minus -- naganiaczy jest tak wielu, są tak głośni, napastliwi, agresywni (jeśli chodzi o marketing handlowy, bo nikt nie chciał nam tam zrobić krzywdy), ze ciężko jest niekiedy o chwile spokoju i refleksji. drugim minusem jest również odgrodzenie sznurkiem wszystkich miejsc, przez co niemożliwe jest wspięcie się na jakikolwiek budynek. wspinanie się na świątynie uniemożliwiono 3 lata temu, po tym jak 70-letnia kobieta spadła z 80 schodka i zmarła. ciekawym faktem jest również to, że do tej pory odkryto zaledwie 7% powierzchni miasta -- cala reszta to wciąż dżungla. główną przyczyną były względy ekonomiczne, jak również brak kamienia -- hiszpanie kilka setek lat wstecz rozkradli co się dało na swoje kościoły. szkoda, bo to co widzimy dzisiaj to wierna, ale jednak, rekonstrukcja..

kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. II -- ta druga strona..
28.10.2009; 05:06
nadal siedzimy w Playa, jak świeci słońce to jest ciężko. 40 stopni, wysoka wilgotność, ciężko egzystować. jak pojawiają się chmury to też niedobrze, bo przyjechaliśmy tu na wakacje. a właściwie codziennie pada deszcz -- taki szybki, tropikalny, chmury pędzą z prędkością cen w morskich kurortach i tak jak szybko pada, tak szybko przechodzi. generalnie jest dobrze, może poza faktem, że nie możemy pobrać kasy z bankomatów. próbujemy z 3 kart i udało się tylko raz. taki jakiś losowy przypadek, a nam nie jest już wesoło. możemy za to płacić kartą za usługi, hotele, drinki, jedzenie, no ale i tak jedziemy już na dolarowej rezerwie..
zapuściłem się swoim stylem poza przygotowaną dla Amerykanów otoczkę i wszedłem w tą normalniejszą stronę Meksyku. w Portugalii rozpierdol strasznie mnie raził, ale tutaj właśnie na to liczyłem, więc mam wielką radochę widząc to na własne oczy. bo rzeczywiście miejsca poza ruchem turystycznym, czyli szeroko pojęta ulica, są strasznie zapuszczone. jest dosyć brudno, zaniedbane budynki, farba schodząca ze ścian po niedoszłych i upadających biznesach. ale jest w tym piękno -- szczególnie patrząc na przesiadujących na zacienionych krawężnikach i rozmyślających całymi dniami Metysów.. szkoda, że nie mówię po hiszpańsku, bo chętnie dowiedziałbym się czegoś o nich i pogadał wokół czego kłębią się ich powolne myśli. wyglądają na bardzo w porządku, chętnie dają się fotografować, zmęczeni słońcem wciąż się uśmiechają. poza tym wszyscy wyglądają tak samo i tak sobie trwają w bezruchu. myślę sobie, że na tym polega ich sekret -- nie tracą na daremno sił. może również dlatego Meksyk wygląda jak wygląda..


















zapuściłem się swoim stylem poza przygotowaną dla Amerykanów otoczkę i wszedłem w tą normalniejszą stronę Meksyku. w Portugalii rozpierdol strasznie mnie raził, ale tutaj właśnie na to liczyłem, więc mam wielką radochę widząc to na własne oczy. bo rzeczywiście miejsca poza ruchem turystycznym, czyli szeroko pojęta ulica, są strasznie zapuszczone. jest dosyć brudno, zaniedbane budynki, farba schodząca ze ścian po niedoszłych i upadających biznesach. ale jest w tym piękno -- szczególnie patrząc na przesiadujących na zacienionych krawężnikach i rozmyślających całymi dniami Metysów.. szkoda, że nie mówię po hiszpańsku, bo chętnie dowiedziałbym się czegoś o nich i pogadał wokół czego kłębią się ich powolne myśli. wyglądają na bardzo w porządku, chętnie dają się fotografować, zmęczeni słońcem wciąż się uśmiechają. poza tym wszyscy wyglądają tak samo i tak sobie trwają w bezruchu. myślę sobie, że na tym polega ich sekret -- nie tracą na daremno sił. może również dlatego Meksyk wygląda jak wygląda..
kategoria: podróże link bezpośredni
Meksyk cz. I -- live z Playa del Carmen..
25.10.2009; 22:04
mimo ze z plecakiem to taszczę ze sobą laptopa -- firma wyposażyła mnie nie pozwalając zostać offline. no ale po raz pierwszy będę mógł na bieżąco wrzucać gorące myśli i pierwsze z brzegu fotki..
lot bez przygód -- kołowaliśmy nad Houston a w oczy rzucały się tysiące identycznych, pedantycznie zaprojektowanych domków jednorodzinnych. niesamowity widok przedmieść dużego miasta. w Cancun przywitała nas fala gorąca (30 stopni) i odprawa celna. wypełnia się deklaracje wjazdu do Meksyku, a potem następuje losowanko poprzez naciśniecie dużego czerwonego guzika. Agata wylosowała kontrole, wiec z grubsza przeorano nam plecak. akcja jest dosyć szeroka, bo miejscowi boja się wwożenia groźnych chorób (nie powinni pilnować w drugą stronę jakiś czas temu?) nie można miedzy innymi wwozić towarów spożywczych i owoców. a my takowe mieliśmy i oczywiście nie zadeklarowaliśmy. historia zatoczyła kolo -- jabłko, które stało na straży mojego wjazdu do Stanów w '04 także i tym razem mogło nieźle namieszać. no ale Meksyk okazał się szczęśliwy i celnik owego niezgłoszonego jabłka nie znalazł. w Stanach zrobiono z tego dużą awanturę..
przy wyjściu z lotniska stałą armia 50 mężczyzn z informacji turystycznej. śmieszne, bo prawie zupełnie nikt nie rozmawiał z turystami, a wszyscy gaworzyli miedzy sobą. pierwsza rozmowa i pierwszy oblany test: my z hiszpańskiego, on z angielskiego, choć jemu i tak lepiej szlo. dowiadujemy się w końcu, ze do Playa del Carmen jeżdżą autobusy narodowej linii ADO. wcześniej w bankomacie wybieramy 200 peso (koleją wpadka -- chciałem pobrał 200 dolców, ale peso ma bardzo podobny symbol do $ i dostałem odpowiednik 18 dolarów w walucie miejscowej. czyli nic) i kupujemy bilety dla nas dwojga za .. 200 peso. jeden więcej i trzeba byłoby kombinować. w autobusie jedziemy z poznana wcześniej para starszych Amerykanów ze .. Seattle. są tu już 6 raz ale raczej mało oglądają -- takie tam hamerykanskie leżenie na plaży. do Playa droga się ciągnie, autobus (wysoki standard z klima) co chwile zwalnia, dojeżdżamy w niespełna 1.5h. jest już ciemno, ale miasto żyje. główną reprezentacyjna ulica tętni ludźmi -- jest gwarnie, głośno i kolorowo. meksykańskich naganiaczy są tysiące! hola amigo, food, happi auers!! sprzedadzą wszystko, pewnie nawet własne siostry, a głównym tematem zaczepki jest pytanie: w czym płacimy, w dolarach czy w peso i w jakim hotelu mieszkamy. jakby to miało coś do rzeczy. a może właśnie ma i po tym ocenia się ranking bladych gringo?
w sklepach cala masa dupereli, ale jest tez kilka fajnych rzeczy. podobają mi się drewniane cedrowe maski azteckie i figurki bogów majów. ciekawie wygląda procedura handlu -- gdy już uda im się wciągnąć do środka zaczyna się targowanie na cokolwiek się spojrzy. właściwie to nie targowanie. oni sami schodzą z ceny po każdych kilkudziesięciu sekundach zawahania. thou are from polonia? polonia best prizzes. come hier.. lepsze ceny dla polonia, bo tamte ceny dla amerikanejros. wszyscy maja kalkulatory i przy nas skomplikowaną procedurą zbijają na szybko 20% ceny pierwotnej..
dzisiaj zaliczyliśmy już plaże. fajnie się udało bo pod palmami, gdzie się rozłożyliśmy, przesiadywali głównie miejscowi. kapelusz, browar Sol, koszula i maniana na maksa. nawet za bardzo ze sobą nie rozmawiali przez pol dnia -- trochę się rozkręcili jak odwiedził ich inny ziomal z gitara i trochę pograł.. ahhh, od razu polubiłem Mexico! pierwsze ujęcia z Jukatanu:














lot bez przygód -- kołowaliśmy nad Houston a w oczy rzucały się tysiące identycznych, pedantycznie zaprojektowanych domków jednorodzinnych. niesamowity widok przedmieść dużego miasta. w Cancun przywitała nas fala gorąca (30 stopni) i odprawa celna. wypełnia się deklaracje wjazdu do Meksyku, a potem następuje losowanko poprzez naciśniecie dużego czerwonego guzika. Agata wylosowała kontrole, wiec z grubsza przeorano nam plecak. akcja jest dosyć szeroka, bo miejscowi boja się wwożenia groźnych chorób (nie powinni pilnować w drugą stronę jakiś czas temu?) nie można miedzy innymi wwozić towarów spożywczych i owoców. a my takowe mieliśmy i oczywiście nie zadeklarowaliśmy. historia zatoczyła kolo -- jabłko, które stało na straży mojego wjazdu do Stanów w '04 także i tym razem mogło nieźle namieszać. no ale Meksyk okazał się szczęśliwy i celnik owego niezgłoszonego jabłka nie znalazł. w Stanach zrobiono z tego dużą awanturę..
przy wyjściu z lotniska stałą armia 50 mężczyzn z informacji turystycznej. śmieszne, bo prawie zupełnie nikt nie rozmawiał z turystami, a wszyscy gaworzyli miedzy sobą. pierwsza rozmowa i pierwszy oblany test: my z hiszpańskiego, on z angielskiego, choć jemu i tak lepiej szlo. dowiadujemy się w końcu, ze do Playa del Carmen jeżdżą autobusy narodowej linii ADO. wcześniej w bankomacie wybieramy 200 peso (koleją wpadka -- chciałem pobrał 200 dolców, ale peso ma bardzo podobny symbol do $ i dostałem odpowiednik 18 dolarów w walucie miejscowej. czyli nic) i kupujemy bilety dla nas dwojga za .. 200 peso. jeden więcej i trzeba byłoby kombinować. w autobusie jedziemy z poznana wcześniej para starszych Amerykanów ze .. Seattle. są tu już 6 raz ale raczej mało oglądają -- takie tam hamerykanskie leżenie na plaży. do Playa droga się ciągnie, autobus (wysoki standard z klima) co chwile zwalnia, dojeżdżamy w niespełna 1.5h. jest już ciemno, ale miasto żyje. główną reprezentacyjna ulica tętni ludźmi -- jest gwarnie, głośno i kolorowo. meksykańskich naganiaczy są tysiące! hola amigo, food, happi auers!! sprzedadzą wszystko, pewnie nawet własne siostry, a głównym tematem zaczepki jest pytanie: w czym płacimy, w dolarach czy w peso i w jakim hotelu mieszkamy. jakby to miało coś do rzeczy. a może właśnie ma i po tym ocenia się ranking bladych gringo?
w sklepach cala masa dupereli, ale jest tez kilka fajnych rzeczy. podobają mi się drewniane cedrowe maski azteckie i figurki bogów majów. ciekawie wygląda procedura handlu -- gdy już uda im się wciągnąć do środka zaczyna się targowanie na cokolwiek się spojrzy. właściwie to nie targowanie. oni sami schodzą z ceny po każdych kilkudziesięciu sekundach zawahania. thou are from polonia? polonia best prizzes. come hier.. lepsze ceny dla polonia, bo tamte ceny dla amerikanejros. wszyscy maja kalkulatory i przy nas skomplikowaną procedurą zbijają na szybko 20% ceny pierwotnej..
dzisiaj zaliczyliśmy już plaże. fajnie się udało bo pod palmami, gdzie się rozłożyliśmy, przesiadywali głównie miejscowi. kapelusz, browar Sol, koszula i maniana na maksa. nawet za bardzo ze sobą nie rozmawiali przez pol dnia -- trochę się rozkręcili jak odwiedził ich inny ziomal z gitara i trochę pograł.. ahhh, od razu polubiłem Mexico! pierwsze ujęcia z Jukatanu:
kategoria: podróże link bezpośredni
tomxx on tour: na południe!
24.10.2009; 08:29
i wreszcie nadszedł ten cudowny dzień pakowania -- wczesna jesienią, jak co roku, przychodzi czas plecaka i ruszenia w drogę! tym razem Ameryka Centralna. ruszamy jutro przed świtem, w zasadzie za 4 godziny: lot ze Seattle do Houston w Teksasie, przesiadka na lot do Cancun na Półwyspie Jukatan. na Meksyk przeznaczamy ok 10 dni, później lokalnymi środkami uderzamy dalej na południe i wkraczamy do Belize. tam jakieś nurkowanie i kilka małych wysepek. później wjazd do Gwatemali głównie w kierunku Tikalu, ale pewnie uda mi się obstrykać kilka małych wiosek. taki jest plan, znając rzeczywistość i tak wyniknie z tego coś niespodziewanego. anyway, jak znajdę jakiegoś hotspota to będę pisał..
kategoria: zapiski link bezpośredni
White River camping..
17.10.2009; 02:43
postanowiliśmy, że nasz kolejny wypad do Parku Mt Rainier będzie nieco dłuższy. wraz ze znajomym Koreańczykiem i jego dziewczyną Japonką wybraliśmy się więc pod namioty. kupiliśmy sobie cały sprzęt: namiot, nowe śpiwory, maty do spania i ruszyliśmy w drogę.
kempingi w Stanach przypominają te, które widziałem kilka lat temu w Skandynawii. są bardzo dobrze zorganizowane i znajdują się
pod stałą opieką parkowych Rangersów. wszystko czyste, poukładane i oznaczone -- każde miejsce ma swój numer i jeśli kemping może
zmieścić 40 namiotów to znaczy, że właśnie tyle i ani jednego więcej. opłaty są surowo przestrzegane, choć panuje tu totalna
samoobsługa -- z odpowiedniej tablicy bierze się niewielką kopertę, wypełnia druczek, podaje numer rejestracyjny samochodu, numer
spotu na którym rozbijamy namiot i wraz z opłatą wrzuca się do metalowej skrytki. jeśli przy wjeździe znajduje się tabliczka
informująca, że nie można zbierać drewna z lasu na ognisko, to oznacza, że na prawdę nie można tego robić i wszyscy grzecznie
kupują drewno za 5$ w odpowiednim punkcie obozowiska. są toalety, tablice informacyjne, zabezpieczone miejsca ogniskowe, tzw
campfires i odpowiednio przygotowane punkty spotkań, gdzie wieczorami przy gitarze strażnicy opowiadają miejscowe
historie.. dopełnieniem takiej infrastruktury jest mentalność Amerykanów. oni rzeczywiście przestrzegają i respektują panujące tu
przepisy -- po raz pierwszy zauważyłem to na drogach, gdzie na prawdę przestrzega się ograniczeń prędkości, pewnie z uwagi na
wysokie kary, ale nawet na polu kempingowym czy parkingu każdy zachowuje się tak jak powinien. 'zostaw miejsce takim jakim go
zastajesz' -- pełna kulturka. na miejscu poznaliśmy kilka osób, wszyscy super-mega pomocni i życzliwi. gdy dowiedzieli się, że przyszliśmy pochodzić po górach wyciągnęli mapę i tłumaczyli najlepsze trasy, gdy powiedzieliśmy, że wieczorem rozpalimy ognisko, dali nam swoje drewno, a gdy powiedzieliśmy, że zawiało nas tu z dalekiej i zimnej Polski -- chcieli dowiedzieć się więcej o kraju.. dawno już nie byłem pod namiotem i może dlatego tak strasznie mi się tam podobało. cała ta otoczka gór, zapach lasu, szumiąca rzeka, kolacja i śniadanie przygotowywane na ognisku, super klimat. nazwa kempingu pochodzi od nazwy rzeki tworzonej przez jeden z lodowców wulkanu -- teraz w lecie jest to raczej średni, choć wartki potok, na wiosnę natomiast przeradza się w szeroką i niebezpieczną rzekę, zresztą widać to na moich fotkach. więcej ujęć z Parku znajduje się w październikowym fotoblogu. jest to ostatni na razie fotoblog ze Stanów, najbliższe miesiące poświęcone będą wyprawie do Ameryki Środkowej..







kategoria: pasje link bezpośredni
Kanada pachnąca żywicą, Arkady Fiedler
13.10.2009; 08:09
ten objaw -- czy raczej odprysk -- materialnego dobrobytu byłby imponujący, gdyby szedł tutaj w parze z ludzkim szczęściem i zadowoleniem. lecz czy szedł? miewałem wątpliwości i nigdy nie mogłem uwolnić się od myśli, że życie w tej bogatej Ameryce Północnej rozwijało się nie tak, jak należało.
mieszkańcy Ameryki Północnej gorączkowo gdzieś pędzili, za czymś gonili, niecierpliwie do czegoś dyszeli, popędzali się wzajemnie, smagani najdziwniejszymi ambicjami -- i w tym nerwowym pośpiechu właściwie nie wiedzieli, po co i dokąd się tak śpieszyli. ich niepokój miał w sobie coś chorobliwego..
mieszkańcy Ameryki Północnej gorączkowo gdzieś pędzili, za czymś gonili, niecierpliwie do czegoś dyszeli, popędzali się wzajemnie, smagani najdziwniejszymi ambicjami -- i w tym nerwowym pośpiechu właściwie nie wiedzieli, po co i dokąd się tak śpieszyli. ich niepokój miał w sobie coś chorobliwego..
kategoria: cudze link bezpośredni
Seattle -- kilka pocztówek..
12.10.2009; 21:21
wreszcie zabrałem się za starsze zdjęcia ze Seattle zbierając do kupy kilka wypadów w dalsze lub bliższe rejony miasta. zapraszam do wrześniowego fotobloga, a tutaj na zachętę wrzucam tylko kilka pocztówek.. na początek panoramka (pełna szerokość: 4035 px otwiera się w nowym oknie) z promu kursującego z downtown do dzielnicy West Seattle, a potem kilka ujęć z punktu widokowego w dzielnicy Queen Anne:









kategoria: podróże link bezpośredni
w wiosce indiańskiej..
06.10.2009; 18:50
mieszkając w Seattle po raz drugi w życiu zetknąłem się z Indianami, lub jak nakazuje amerykańska poprawność, rodowitymi mieszkańcami Ameryki (native americans). oczywiście nie są to już półnadzy szamani ze skórą wilka na głowie, którzy tańczą wokół ogniska i odprawiają czary. te czasy już dawno za nami.. po raz pierwszy, przemierzając Arizonę w 2004 roku przypadkiem wjechałem do wioski Indian Nawaho. tamci Indianie mieszkają w ogromnym rezerwacie, a spragnionym wrażeń turystom oferują ręcznie wykonane pamiątki. drugie spotkanie wciąż trwa -- w Seattle pomieszkuje cała masa ludzi o widocznych wpływach indiańskich i choć są oni zupełnie ucywilizowani (jak to fatalnie brzmi z perspektywy białego człowieka..) to każdego dnia rzucają się w oczy. stan Waszyngton był niegdyś domem niezliczonych szczepów indiańskich, głównie zamieszkujących okolice wybrzeża Pacyfiku, a ich potomkowie, najczęściej wymieszani z innymi rasami, wciąż zamieszkują ziemie swoich przodków. tradycja Indian znika wraz z rozwojem cywilizacji, mimo to gdzieniegdzie można jeszcze spotkać korzennych, czystokrwistych mieszkańców Ameryki. przyznających się do indiańskich korzeni ludzi jest nawet coraz więcej: w roku ok. 1980 żyło w Stanach Zjednoczonych około 2 mln Indian. dzisiaj określa się ich ilość na ok. 4.2 mln w USA i około 1 mln w Kanadzie. gdzieś wyczytałem, że dostają ziemię i inne bonusy od państwa, czyli potwierdzenie korzeni rodzinnych staje się dla nich opłacalne..
odwiedziliśmy ostatnio wioskę Tillicum, która jest jednym z miejsc upamiętniających kulturę Indian. właściwie nie jest to wioska, ale pewien rodzaj przestronnego muzeum, którego pracownicy (potomkowie lokalnych Indian, oczywiście posługujących się amerykańską odmianą języka angielskiego) przybliżają odwiedzającym historię i kulturę swoich przodków. wioska (a raczej kompleks budynków) znajduje się na wyspie Blake położonej ok 8 mil od Seattle, która od wieków zamieszkiwana była przez dwa pokrewne szczepy indiańskie: Suquamish oraz Duwamish. przyjmuje się, że od nich wywodzi się legendarny wódz Seattle którego imieniem nazwano istniejące tu dzisiaj miasto. i choć bardzo ostro zalatuje tu komercją to jednak warto przyjrzeć się życiu i kulturze tych ludzi. można zobaczyć ich lokalne wyroby w postaci mniejszych lub większych totemów, można ujrzeć w jaki sposób przez tysiące lat przygotowywano łososia, a całość podsumowuje 25 minutowy spektakl ukazujący życie i plemienne tańce. zresztą mówił o tym Cejrowski -- dzisiaj już bardzo ciężko dotrzeć do wiosek pozbawionych jakiegokolwiek wpływu cywilizacji, szczególnie w Ameryce Północnej. dzisiejsi Indianie mają do wyboru rezerwat lub miejską adaptację. oczywiście przywiązanie kulturowe trwa i mimo że szczepy dysponują już własnymi stronami internetowymi, wciąż bardzo mocno pielęgnują własne tradycje..










odwiedziliśmy ostatnio wioskę Tillicum, która jest jednym z miejsc upamiętniających kulturę Indian. właściwie nie jest to wioska, ale pewien rodzaj przestronnego muzeum, którego pracownicy (potomkowie lokalnych Indian, oczywiście posługujących się amerykańską odmianą języka angielskiego) przybliżają odwiedzającym historię i kulturę swoich przodków. wioska (a raczej kompleks budynków) znajduje się na wyspie Blake położonej ok 8 mil od Seattle, która od wieków zamieszkiwana była przez dwa pokrewne szczepy indiańskie: Suquamish oraz Duwamish. przyjmuje się, że od nich wywodzi się legendarny wódz Seattle którego imieniem nazwano istniejące tu dzisiaj miasto. i choć bardzo ostro zalatuje tu komercją to jednak warto przyjrzeć się życiu i kulturze tych ludzi. można zobaczyć ich lokalne wyroby w postaci mniejszych lub większych totemów, można ujrzeć w jaki sposób przez tysiące lat przygotowywano łososia, a całość podsumowuje 25 minutowy spektakl ukazujący życie i plemienne tańce. zresztą mówił o tym Cejrowski -- dzisiaj już bardzo ciężko dotrzeć do wiosek pozbawionych jakiegokolwiek wpływu cywilizacji, szczególnie w Ameryce Północnej. dzisiejsi Indianie mają do wyboru rezerwat lub miejską adaptację. oczywiście przywiązanie kulturowe trwa i mimo że szczepy dysponują już własnymi stronami internetowymi, wciąż bardzo mocno pielęgnują własne tradycje..
kategoria: podróże link bezpośredni
z cyklu: znalezione w sieci: Weszlo.com
05.10.2009; 22:06
poranna kawa już od dwóch miesięcy smakuje jakoś lepiej, a to dlatego, że do kilku stron od których zaczynam dzień dorzuciłem Weszlo.com. chłopaki są genialni, a ich ironia rozbraja mnie kompletnie. warto dodać, że wypowiada się tu spore grono (byłych) piłkarzy i innych ludzi świata piłki i tylko jeden Wojciech 'skończyłem 7 klas podstawówki' Kowalczyk nic nie kuma, ale tym półmózgiem i pseudo-redaktorem (to apropos Cafe Futbol na Polsacie) przejmować się nie warto. a to dwie próbki ich stylu:
Dziwny piłkarz jest z Antoniego Łukasiewicza. Posturę ma jak trzeba, czyli przypomina sportowca. Nie jest garbaty, nie ma wystaje mu łopatka, prosto biega, nie kuleje, nie ma nadwagi. Do tego dość silny fizycznie, z dobrym wyskokiem. Jak kopie piłkę - to zazwyczaj tak konkretnie, w jakimś mniej więcej zamierzonym kierunku i z siłą. Głupi też nie jest, raczej zalicza się do tych inteligentniejszych zawodników naszej ligi.
Ma tylko jeden problem - wszystko co robi, robi nie w tę stronę. Jak strzela - to na własną bramkę. Jedyne gole, jakie strzelił w całej karierze, były samobójcze (bodajże już pięć). No i kiedy notuje asystę, to też samobójczą. Jak w meczu z Polonią Warszawa. Albo jak dzisiaj, kiedy wyłożył piłkę Pawłowi Brożkowi na 1:0 dla Wisły.
Serio - nie wiemy, co z tym gościem zrobić. Kazać mu się przez 30 sekund kręcić w kółko, a dopiero potem - jak straci orientację w terenie - puścić do gry? Zawsze będzie jakaś szansa, że zaatakuje właściwą bramkę.
albo:
Natomiast Przyrowski to prawdziwy DRAMAT. Jemu się nie chce rzucać do piłek. Ilekroć piłka wpada do jego siatki, on sobie stoi. I rozkłada ręce. Jakim cudem ten leń jest powoływany do reprezentacji Polski - nie wiemy. Równie dobrze dostępu do bramki Polonii broniłby zwykły strach na wróble. Gol na 1:0 dla Wisły był podsumowaniem całej kariery Przyrowskiego.
albo:
W mediach poruszenie. Na Legii znaleziono niewypał. Hmm... Toż to przecież normalka. Tam niewypały zwozi się się ze wszystkich stron świata. Mieliśmy przecież:
- Arruabarrenę (aktualnie w trzeciej lidze hiszpańskiej)
- Descargę
- Tito
- Balbino
- Ekwueme
- Kumbeva
I tak dalej... Czytamy, że znaleziono niewypał i się zastanawiamy - co ten Trzeciak znowu narozrabiał? Ściągnął poganiacza bydła z argentyńskich stepów? Ale nie - wielkie halo o jakąś zakopaną bombkę z II Wojny Światowej. Toż to pierwszy niewypał ery Trzeciaka, który faktycznie miał szansę wypalić. Nie odbierajcie Mirkowi tego!
Dziwny piłkarz jest z Antoniego Łukasiewicza. Posturę ma jak trzeba, czyli przypomina sportowca. Nie jest garbaty, nie ma wystaje mu łopatka, prosto biega, nie kuleje, nie ma nadwagi. Do tego dość silny fizycznie, z dobrym wyskokiem. Jak kopie piłkę - to zazwyczaj tak konkretnie, w jakimś mniej więcej zamierzonym kierunku i z siłą. Głupi też nie jest, raczej zalicza się do tych inteligentniejszych zawodników naszej ligi.
Ma tylko jeden problem - wszystko co robi, robi nie w tę stronę. Jak strzela - to na własną bramkę. Jedyne gole, jakie strzelił w całej karierze, były samobójcze (bodajże już pięć). No i kiedy notuje asystę, to też samobójczą. Jak w meczu z Polonią Warszawa. Albo jak dzisiaj, kiedy wyłożył piłkę Pawłowi Brożkowi na 1:0 dla Wisły.
Serio - nie wiemy, co z tym gościem zrobić. Kazać mu się przez 30 sekund kręcić w kółko, a dopiero potem - jak straci orientację w terenie - puścić do gry? Zawsze będzie jakaś szansa, że zaatakuje właściwą bramkę.
albo:
Natomiast Przyrowski to prawdziwy DRAMAT. Jemu się nie chce rzucać do piłek. Ilekroć piłka wpada do jego siatki, on sobie stoi. I rozkłada ręce. Jakim cudem ten leń jest powoływany do reprezentacji Polski - nie wiemy. Równie dobrze dostępu do bramki Polonii broniłby zwykły strach na wróble. Gol na 1:0 dla Wisły był podsumowaniem całej kariery Przyrowskiego.
albo:
W mediach poruszenie. Na Legii znaleziono niewypał. Hmm... Toż to przecież normalka. Tam niewypały zwozi się się ze wszystkich stron świata. Mieliśmy przecież:
- Arruabarrenę (aktualnie w trzeciej lidze hiszpańskiej)
- Descargę
- Tito
- Balbino
- Ekwueme
- Kumbeva
I tak dalej... Czytamy, że znaleziono niewypał i się zastanawiamy - co ten Trzeciak znowu narozrabiał? Ściągnął poganiacza bydła z argentyńskich stepów? Ale nie - wielkie halo o jakąś zakopaną bombkę z II Wojny Światowej. Toż to pierwszy niewypał ery Trzeciaka, który faktycznie miał szansę wypalić. Nie odbierajcie Mirkowi tego!
kategoria: cudze link bezpośredni
relikty przeszłości
04.10.2009; 23:44
poruszając się na południowy-wschód stanową siódemką, w pobliżu niewielkiej osady Elbe natknęliśmy się na malowniczą pozostałość dawnego przedsięwzięcia, którego istnienie miało kiedyś całkiem spory sens. była to jedna ze stacji utworzonej ok roku 1890 trakcji kolejowej parowej, której jednym z zadań był transport bali drzewnych z okolicznych gór i lasów, a która docelowo łączyła się z innymi miastami zachodnich Stanów. dzisiaj w miejscu tym istnieje zabytkowa widokowa trasa kolei, a dawne wagony adaptowano na niewielki hostel. dookoła panuje fajny klimat, a w promieniu 300 metrów można natknąć się na nikomu już niepotrzebne składowisko rupieci. ot, takie kolorowe miejsce podkreślające upływ czasu..







kategoria: podróże link bezpośredni
Sony Reader
02.10.2009; 22:31
kupiłem sobie E-book Readera. małe urządzonko firmy Sony oparte jest na technologii papieru elektronicznego, którego działanie, w uproszczeniu, polega na elektrycznym sterowaniu dodatnimi (białymi) i ujemnymi (czarnymi) cząstkami, przez co możliwe jest dynamiczne symulowanie druku na szkle czy plastiku. w skrócie: czytamy elektroniczną książkę, jednak nie bolą przy tym oczy, bo nie spoglądamy na mniej lub bardziej migoczący ekran LCD, a na kawałek plastikowej szybki. do tego karta flashowa w środku (i miejsca na włożenie kolejnej), wyświetlania prostych obrazów i odtwarzanie muzyki. tysiące fruwających dookoła polskich e-booków idealnie rekompensuje więc chwilowy brak polskiej literatury papierowej. już dawno żaden z gadżetów nie sprawił mi takiej przyjemności..
ale przyjemność przyszła później, najpierw była droga przez mękę. Sony Reader standardowo nie obsługuje polskich znaków diakrytycznych. chcą obsługiwać polskie litery w Unicodzie konieczna była zmiana oprogramowania. nasi bracia ze Wschodu napisali kilka małych skryptów przystosowanych do flashowania systemu, więc sprawa wydawała się prosta. jednak prosta się nie okazała, gdyż mój OS posiadał najnowszą z możliwych wersji i niemożliwe było cofnięcie się do wersji obsługiwanych przez rosyjskie aplikacje. sprawie poświęcone jest mnóstwo stron na forach e-bookowych portali, np. www.mobileread.com, czy polskie http://forum.eksiazki.org. jako że czasem należę do zdeterminowanych, postąpiłem odważnie, choć nieroztropnie i Readerka po dwóch dniach trafił szlag. zawiesił się tak kompletnie i żaden z dostępnych tricków (ani telefonicznie technicy z Sony), nie był w stanie go obudzić. walka trwała 3 dni, przy czym Readerek kilkakrotnie był bliski pofrunięcia z okna naszego nowego apartamentu na 100 Taylor Ave.. w końcu na forum zaczął pomagać mi ów rosyjski programista, który hobbistycznie zajmuje się reverse enineeringiem podobnych urządzonek i wspólnymi siłami, poprzez kabel USB i napisane kilka lat temu skrypty Pythonowskie, maszynka się obudziła. właściwie to ona nie spała, tylko czuwała. w międzyczasie znalazłem alternatywną metodę tworzenia polskich znaków, która, co ważne, nie wymaga flashowania urządzenia i po wczorajszym przetestowaniu wszystko działa pięknie. na szybko przeczytałem już 400 stron i zabieram się za kolejne. koniec posuchy i anglosaskich rządów. niech żyją polskie gęsi!!!
kto podeśle tytuł do przeczytania?

ale przyjemność przyszła później, najpierw była droga przez mękę. Sony Reader standardowo nie obsługuje polskich znaków diakrytycznych. chcą obsługiwać polskie litery w Unicodzie konieczna była zmiana oprogramowania. nasi bracia ze Wschodu napisali kilka małych skryptów przystosowanych do flashowania systemu, więc sprawa wydawała się prosta. jednak prosta się nie okazała, gdyż mój OS posiadał najnowszą z możliwych wersji i niemożliwe było cofnięcie się do wersji obsługiwanych przez rosyjskie aplikacje. sprawie poświęcone jest mnóstwo stron na forach e-bookowych portali, np. www.mobileread.com, czy polskie http://forum.eksiazki.org. jako że czasem należę do zdeterminowanych, postąpiłem odważnie, choć nieroztropnie i Readerka po dwóch dniach trafił szlag. zawiesił się tak kompletnie i żaden z dostępnych tricków (ani telefonicznie technicy z Sony), nie był w stanie go obudzić. walka trwała 3 dni, przy czym Readerek kilkakrotnie był bliski pofrunięcia z okna naszego nowego apartamentu na 100 Taylor Ave.. w końcu na forum zaczął pomagać mi ów rosyjski programista, który hobbistycznie zajmuje się reverse enineeringiem podobnych urządzonek i wspólnymi siłami, poprzez kabel USB i napisane kilka lat temu skrypty Pythonowskie, maszynka się obudziła. właściwie to ona nie spała, tylko czuwała. w międzyczasie znalazłem alternatywną metodę tworzenia polskich znaków, która, co ważne, nie wymaga flashowania urządzenia i po wczorajszym przetestowaniu wszystko działa pięknie. na szybko przeczytałem już 400 stron i zabieram się za kolejne. koniec posuchy i anglosaskich rządów. niech żyją polskie gęsi!!!
kto podeśle tytuł do przeczytania?

kategoria: pasje link bezpośredni
Dol Blathanna
21.09.2009; 21:23
Teren za wzgórzami opadał łagodnie w kierunku równych, płaskich pól pociętych mozaiką różnokolorowych upraw. Pośrodku, okrągłe i regularne jak listek koniczyny, szkliły się plosa trzech jezior okolonych ciemnymi pasami olchowych zarośli. Horyzont wytyczała zamglona, sina linia gór wznoszących się nad czarną, bezkształtną połacią boru. [..]
- Ale w jednym utrafiliście, panie. Rodzi się tu wszystko na potęgę i rośnie, aż miło. Dlatego i mówią: Dolina Kwiatów. Dlatego się tu nasi dziadowie posiedlili, elfów stąd wprzód wyżenąwszy.
- Dolina Kwiatów, czyli Dol Blathanna - Jaskier trącił łokciem wyciągniętego na słomie wiedźmina..
Andrzej Sapkowski -- 'Kraniec Świata'





reszta zdjęć na sierpniowym fotoblogu..
- Ale w jednym utrafiliście, panie. Rodzi się tu wszystko na potęgę i rośnie, aż miło. Dlatego i mówią: Dolina Kwiatów. Dlatego się tu nasi dziadowie posiedlili, elfów stąd wprzód wyżenąwszy.
- Dolina Kwiatów, czyli Dol Blathanna - Jaskier trącił łokciem wyciągniętego na słomie wiedźmina..
Andrzej Sapkowski -- 'Kraniec Świata'
reszta zdjęć na sierpniowym fotoblogu..
kategoria: podróże link bezpośredni
jeszcze o pracy..
20.09.2009; 08:14
już kilka luźniejszych dni minęło i od razu serce przestaje bolec, a i humory coraz lepsze.. zaczynamy się śmiać z naszych gorących głów, kłótni, chybionych pomysłów, błędów i nocnych posiedzeń w firmie. teraz to wydaje się nawet zabawne, ale wierzcie mi, że wszystko, nawet 15 kolejnych darmowych pizz może się w końcu znudzić. ostatnie parę dni totalnie sobie olałem, a czasem zdarza mi się odwiedzić firmę około godz 14-stej.. a inni walczą dalej: obecnie nasza ekipa w Austin w Teksasie na szybko kończy projekty witryn www. o tyle na szybko, ze pozbierali ludzi z oddziałów na całym świecie i kazali im pracować po nocach. z mojego działu polecieli Marco i Martin (zwalniając ich sam narobiłem sobie problemów z kolejnymi tłumaczeniami), a po powrocie (2 doby praca na okrągło) rzucili mi zdawkowe: 'nam to ten wypad wydal się już dziwny gdy zobaczyliśmy 20 Koreańczyków z Seulu, którzy do firmy przyszli ze śpiworami i poduszkami..' żarty żartami, ale mamy już prawie pół miliona abonentów -- aż sam się boje co z tego będzie.. 500 tys x 15 dolców daje wpływ do firmy rzędu 6 mln dolarów miesięcznie, a takie liczby budzą szacunek.. w międzyczasie węgierski GameStar zrobił ze mną wywiad, który (obcięty) okazał się w ich najnowszym wydaniu, zrzuty z pdfa poniżej. może ktoś mi to przetłumaczy, czy prawdę piszą? poniżej również kilka ujęć z naszej sesji nagrań dźwięku..








kategoria: zapiski link bezpośredni
Aion goes live..
18.09.2009; 00:32
ughm, powoli wracam do świata żywych.. gdzie byłem jak mnie nie było? cały czas w Seattle, tyle że nie we własnym domu, a w
biurze. od rana do wieczora, po 12-14 godzin dziennie. i tak przez 6 tygodni, dzień w dzień wraz z weekendami, kompletnie
wyniszczająco i aż do zajebania. nawet w Helionie mnie tak nie przemaglowali..
lokalizacja Aiona była niesamowitym wyzwaniem. projekt obejmował wypuszczenie gry na Zachodzie w trzech językach: angielskim, niemieckim i francuskim. fabuła gry to ok 2 milionów słów, a na projekt, oprócz przetłumaczenia terminologii (lokacje, bohaterowie niezależni, umiejętności, przedmioty, UI, misje, zadania itp) i dostosowania wszystkich tekstów do realiów naszych rynków, składały się prace i nagranie tysięcy linijek mówionych ścieżek dźwiękowych (czyli voice over -- strasznie i groźnie brzmią próby jakiegokolwiek przełożenia prostych terminów technicznych na j. polski), tłumaczenia instrukcji, opisów, map, oficjalnych stron www produktu i dziesiątek innych mniejszych elementów. wszystko to w niewyobrażalnie krótkim czasie i, co najgorsze, w ciągle zmieniającym się środowisku. pierwszym problemem był sam język oryginału. mało firm na świecie oferuje tłumaczenia z j. koreańskiego, a jeśli już, to język docelowy jest bardzo słabej jakości. tak więc pierwszym krokiem było stworzenie podstawowej wersji angielskiej (nazywaliśmy ją EN1), a dopiero na jej bazie siedzący za moimi plecami zespół amerykańskich pisarzy tworzył odpowiednią fabułę. gotowa wersja angielska była bazą do tłumaczenia na niemiecki i francuski. problemem lokalizacji gier MMO jest nie tylko ich objętość -- tego typu gry żyją własnym życiem, wciąż są rozwijane, niektóre elementy są dodawane, inne są zmieniane, lub zupełnie usuwane z produktu. zdarzało się, że pliki wysłane wczoraj do tłumaczenia następnego dnia nie były już aktualne. powstają nowe wersje, często z błędami i nieścisłościami w porównaniu do elementów poprzednich, a tysiące lokacji, nazw przedmiotów czy bohaterów po pewnym czasie nie daje nad sobą zapanować..
pracowałem wcześniej nad dwoma podobnymi produktami, jednak wcześniej byłem tylko trybikiem w wielkiej maszynie prac. tym razem to ja stanąłem na czele ekipy, zająłem się pełną organizacją, doborem ludzi, kształtowaniem budżetu, terminarzem i własną głową odpowiadałem za całość projektu. moja wrodzona ambicja nie pozwalała mi na chwilę spoczynku, bo zasadnicza różnica polega na tym, że moją rolą było takie zmotywowanie zespołu, aby cel został wykonany. i choć niejednokrotnie marzyłem o rzuceniu tego wszystkiego wpizdu i choć nigdy jeszcze nie pracowałem w dużym takim stresie, poddanie się nie wchodziło w grę. zdarzały się powroty do domu o 3 czy 4 nad ranem, by kilka godzin później pojawić się ponownie w biurze..
kilka dni temu oddaliśmy komplet plików, który 20 września ujrzy światło dzienne. Aion, choć W Europie i Stanach nie miał jeszcze nawet swojej oficjalnej premiery, sprzedał się już w liczbie 400 tysięcy egzemplarzy. nasza gra jest produktem opartym na miesięcznej subskrypcji, a głównym celem jest zagrożenie i choć częściowe zbliżenie się do wyników World of Warcraft Blizzarda. utrzymanie się na poziomie pół miliona abonentów na Zachodzie będzie już sporym sukcesem, choć generalnie grę mamy przecudną. produkt jest oparty na znanym z serii Far Cry silniku CryEngine, który również wciąż się rozwija i wspiera coraz to silniejsze karty graficzne. już dzisiaj gra się bajkowo, choć wszyscy zdajemy sobie sprawę, że zakończenie głównych prac to dopiero początek rozwoju gry. wciąż mamy nad czym pracować, projektanci w dalszym ciągu rozwijają świat Aiona, a dookoła czają się nieznalezione dotąd błędy.. lada dzień spłynie na nas pierwszy poważny feedback sfer fanowskich, ale najważniejsze, że najtrudniejszy okres pracy w moim życiu mam już za sobą..
lokalizacja Aiona była niesamowitym wyzwaniem. projekt obejmował wypuszczenie gry na Zachodzie w trzech językach: angielskim, niemieckim i francuskim. fabuła gry to ok 2 milionów słów, a na projekt, oprócz przetłumaczenia terminologii (lokacje, bohaterowie niezależni, umiejętności, przedmioty, UI, misje, zadania itp) i dostosowania wszystkich tekstów do realiów naszych rynków, składały się prace i nagranie tysięcy linijek mówionych ścieżek dźwiękowych (czyli voice over -- strasznie i groźnie brzmią próby jakiegokolwiek przełożenia prostych terminów technicznych na j. polski), tłumaczenia instrukcji, opisów, map, oficjalnych stron www produktu i dziesiątek innych mniejszych elementów. wszystko to w niewyobrażalnie krótkim czasie i, co najgorsze, w ciągle zmieniającym się środowisku. pierwszym problemem był sam język oryginału. mało firm na świecie oferuje tłumaczenia z j. koreańskiego, a jeśli już, to język docelowy jest bardzo słabej jakości. tak więc pierwszym krokiem było stworzenie podstawowej wersji angielskiej (nazywaliśmy ją EN1), a dopiero na jej bazie siedzący za moimi plecami zespół amerykańskich pisarzy tworzył odpowiednią fabułę. gotowa wersja angielska była bazą do tłumaczenia na niemiecki i francuski. problemem lokalizacji gier MMO jest nie tylko ich objętość -- tego typu gry żyją własnym życiem, wciąż są rozwijane, niektóre elementy są dodawane, inne są zmieniane, lub zupełnie usuwane z produktu. zdarzało się, że pliki wysłane wczoraj do tłumaczenia następnego dnia nie były już aktualne. powstają nowe wersje, często z błędami i nieścisłościami w porównaniu do elementów poprzednich, a tysiące lokacji, nazw przedmiotów czy bohaterów po pewnym czasie nie daje nad sobą zapanować..
pracowałem wcześniej nad dwoma podobnymi produktami, jednak wcześniej byłem tylko trybikiem w wielkiej maszynie prac. tym razem to ja stanąłem na czele ekipy, zająłem się pełną organizacją, doborem ludzi, kształtowaniem budżetu, terminarzem i własną głową odpowiadałem za całość projektu. moja wrodzona ambicja nie pozwalała mi na chwilę spoczynku, bo zasadnicza różnica polega na tym, że moją rolą było takie zmotywowanie zespołu, aby cel został wykonany. i choć niejednokrotnie marzyłem o rzuceniu tego wszystkiego wpizdu i choć nigdy jeszcze nie pracowałem w dużym takim stresie, poddanie się nie wchodziło w grę. zdarzały się powroty do domu o 3 czy 4 nad ranem, by kilka godzin później pojawić się ponownie w biurze..
kilka dni temu oddaliśmy komplet plików, który 20 września ujrzy światło dzienne. Aion, choć W Europie i Stanach nie miał jeszcze nawet swojej oficjalnej premiery, sprzedał się już w liczbie 400 tysięcy egzemplarzy. nasza gra jest produktem opartym na miesięcznej subskrypcji, a głównym celem jest zagrożenie i choć częściowe zbliżenie się do wyników World of Warcraft Blizzarda. utrzymanie się na poziomie pół miliona abonentów na Zachodzie będzie już sporym sukcesem, choć generalnie grę mamy przecudną. produkt jest oparty na znanym z serii Far Cry silniku CryEngine, który również wciąż się rozwija i wspiera coraz to silniejsze karty graficzne. już dzisiaj gra się bajkowo, choć wszyscy zdajemy sobie sprawę, że zakończenie głównych prac to dopiero początek rozwoju gry. wciąż mamy nad czym pracować, projektanci w dalszym ciągu rozwijają świat Aiona, a dookoła czają się nieznalezione dotąd błędy.. lada dzień spłynie na nas pierwszy poważny feedback sfer fanowskich, ale najważniejsze, że najtrudniejszy okres pracy w moim życiu mam już za sobą..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Mt Rainier
22.08.2009; 01:52
raj na ziemi wcale nie znajduje się na żadnej z piaszczystych wysp Pacyfiku. i wcale nie ma tam lazurowej wody, palm i piaszczystej plaży. kokosy owszem są, ale tylko kandyzowane. raj, dosłownie rzecz ujmując, znajduje się w Ameryce Płn, w stanie Waszyngton, u stóp wulkanu Mt Rainier. dolina Paradise rozciąga się na wysokości 1600m południowym stoku widocznego aż ze Seattle masywu górskiego..
wulkan Mt Rainier, mimo że ostatni raz wybuchł przed ponad 100 laty, uważany jest za aktywny. powstał przed prawie milionem lat, a jego najwyższe partie przez cały rok pokrywa 26 dużych lodowców. góra jest często odwiedzana przez turystów, a w jej obrębie, już w 1899 roku, powstał w park narodowy. nasze pierwsze spotkanie z Rainierem to bodaj najpiękniejsza część parku -- dolina Paradise. do samego jej centrum prowadzi droga stanowa numer 706 wijąca się malowniczo wzdłuż koryta rzeki Nisqually. w zimie droga pozostaje jedną z nielicznych otwartych dla ruchu. Paradise słynie z wielu szlaków turystycznych i zielonych, wręcz alpejskich, łąk. prawdziwą atrakcją są tu tzw wildflower meadow, czyli łąki kwiatowe, szczególnie kolorowe w pierwszej połowie sierpnia. podczas pierwszego wypadu do parku zrobiliśmy dwie trasy: Nisqually Vista Trail i Skyline Trail / Panorama Point. pierwszy jest stosunkowo krótki i łatwy, Skyline natomiast ciągnie się przez ponad 8 kilometrów z najwyższym punktem na wysokości 2164 metrów. fajne widoki i duża różnorodność: od łąk, przez kamienie magmowe po lodowce. na trasie dużo przyjaznych ludzi, pozdrowionka, hej ho, skąd, dokąd i w ogóle bardzo ciepłe przyjęcie, szczególnie, gdy pada pytanie o pochodzenie i ten dziwny akcent wcale nie z okolic. kozice górskie, masa wiewiórek (pozdrawiam) i ptactwa wszelakiego. przejścia przez rzeki powstałe wskutek letniego topienia się lodu, brak mostów, kamienie, parzące letnie słońce i te kwiaty dookoła..
jutro wybieramy się znowu, tym razem już z namiotem. dziki wypad i polowanie na łososie, zapasy z niedźwiedziem i szum zimnej jak szlag rzeki.. fotki wkrótce na fotoblogu.






wulkan Mt Rainier, mimo że ostatni raz wybuchł przed ponad 100 laty, uważany jest za aktywny. powstał przed prawie milionem lat, a jego najwyższe partie przez cały rok pokrywa 26 dużych lodowców. góra jest często odwiedzana przez turystów, a w jej obrębie, już w 1899 roku, powstał w park narodowy. nasze pierwsze spotkanie z Rainierem to bodaj najpiękniejsza część parku -- dolina Paradise. do samego jej centrum prowadzi droga stanowa numer 706 wijąca się malowniczo wzdłuż koryta rzeki Nisqually. w zimie droga pozostaje jedną z nielicznych otwartych dla ruchu. Paradise słynie z wielu szlaków turystycznych i zielonych, wręcz alpejskich, łąk. prawdziwą atrakcją są tu tzw wildflower meadow, czyli łąki kwiatowe, szczególnie kolorowe w pierwszej połowie sierpnia. podczas pierwszego wypadu do parku zrobiliśmy dwie trasy: Nisqually Vista Trail i Skyline Trail / Panorama Point. pierwszy jest stosunkowo krótki i łatwy, Skyline natomiast ciągnie się przez ponad 8 kilometrów z najwyższym punktem na wysokości 2164 metrów. fajne widoki i duża różnorodność: od łąk, przez kamienie magmowe po lodowce. na trasie dużo przyjaznych ludzi, pozdrowionka, hej ho, skąd, dokąd i w ogóle bardzo ciepłe przyjęcie, szczególnie, gdy pada pytanie o pochodzenie i ten dziwny akcent wcale nie z okolic. kozice górskie, masa wiewiórek (pozdrawiam) i ptactwa wszelakiego. przejścia przez rzeki powstałe wskutek letniego topienia się lodu, brak mostów, kamienie, parzące letnie słońce i te kwiaty dookoła..
jutro wybieramy się znowu, tym razem już z namiotem. dziki wypad i polowanie na łososie, zapasy z niedźwiedziem i szum zimnej jak szlag rzeki.. fotki wkrótce na fotoblogu.




kategoria: pasje link bezpośredni
Hempfest
16.08.2009; 09:15
Seattle Hempfest to największa na świecie impreza nawołująca do legalizacji marihuany (wiki). częściowo dzięki tej inicjatywie (odbywa się nieprzerwanie od 1991 roku) rząd stanu Waszyngton zalegalizował w 1998 roku medyczne wykorzystanie tego narkotyku, a w 2003 znacznie obniżył kary za osobiste jego zażywanie. poniżej trochę ludzi z koncertów:
















kategoria: zapiski link bezpośredni
o miejscowych..
12.08.2009; 02:42
jestem bardzo mile zaskoczony Amerykańcami. miałem średnie doświadczenia z 2004 roku, choć zdawałem sobie
sprawę, że wpływ na to miało ściśle wakacyjne miejsce. po pierwszym miesiącu przysłowiową głupotę
miejscowych można włożyć między bajki. jak wszędzie, spotyka się tu całe masy zdrowo trzepniętych ludzi,
ale generalne odczucia są pozytywne. z każdym napotkanym miejscowym można rzeczowo i otwarcie porozmawiać,
opowieści z umiejscawianiem naszego kraju w Ameryce Płd również się tu nie zdarzają.. ludzie, z którym
każdego dnia się tu spotykam, cechują się kreatywnością, szybkim działaniem i błyskotliwością. wiedza wielu
z nich szeroko wychodzi poza to, czym zajmują się w firmie. pisarz naszych tekstów jest zapalonym muzykiem,
producent półzawodowo zajmuje się grafiką i renderowaniem filmów, a tester potrafi programować. jednak
szczególnie ujmuje mnie fakt, że każdy każdego traktuje tutaj na równi. nowe, czasowo przyjęte
osoby czynnie uczestniczą w spotkaniach, ludzie słuchają się nawzajem i zadają pytania nie robiąc przy tym
głupich min. zero wyższości, otwarcie na świat. każdy mówi innym angielskim, a miejscowi z uporem lepszej sprawy nie łamią się łamaniem ich
rodzinnego języka. z jednej strony luz, z drugiej dążenie każdego z osobna do pomyślnego załatwienia
sprawy. tak jest u nas, choć na ulicy spotkać można podobnych ludzi. nie wiem, czy wpływ na to ma fakt, że
w Seattle mieści się główna siedziba wiele światowych korporacji, od Microsoftu po Amazon.com, od
Starbucksa po Nordstrom, od Boeinga po RealNetworks. na chodnikach ścisłego centrum przewija się cała masa
garniturowców i wypachnionych panienek, a między nimi, dodając z poczucia obowiązku, przesuwa się cała
reszta, w tym szaleni bezdomni i otumanieni nie-wiadomo-czym nastolatkowie. do tej pory trzykrotnie
spotkałem tu Polaków: raz na lotnisku, 2 razy na chodniku Polaków odbywających staż, albo wymianę, w
Microsofcie. ale wracając do sprawy: napotkani przez ten miesiąc Amerykanie są bardzo w porządku. na górskich szlakach Mt Rainier spotkaliśmy kilkanaście osób, każdy zainteresowany naszym światem, każdy gotowy do niesienia pomocy. przyciąga ich jakaś magia bycia z innej części świata. mnie osobiście strasznie to kręci i czuję się tu dobrze.
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
pierwszy krok do wyższej ligi..
03.08.2009; 21:38
dziwnie się czuję oglądając pierwszy mecz Górnika w pierwszej lidze. i to nie z powodu ligi, ale czasu. poniedziałek, 10 rano, mecz na żywo z Roosevelta park.. oczywiście w pracy, na monitorze, ze słuchawkami na głowie.. tak oddanego fana jeszcze w Seattle nie widzieli. ważne, że chłopaki wygrali i uczynili pierwszy krok na drodze do powrotu do ekstraklasy. na stadionie nic się nie zmieniło -- znowu komplet, co jak na obecne warunki budzi jeszcze większy podziw. u mnie ofkors podobnie: czas meczu jest świętem i zawsze śledzę aktualny stan: w tv, radiu czy na necie. 'tyle lat za nami, a my ciągle wariatami' -- pojawiło się kiedyś na naszej sektorówce. i tak to mniej więcej wygląda. myślę sobie nawet, że już nigdy się nie zmieni, bo to już 18 rok mojego kibicowania. i nie ma na to wpływu aktualna forma naszych grajków, liga w której grają, strefa czasowa czy drugi koniec świata. bo przecież Górnik to mój klub..
kategoria: pasje link bezpośredni
widoki z okien mojej firmy..
02.08.2009; 22:44
kategoria: zapiski link bezpośredni
nocny grajek
02.08.2009; 07:06
na ulicach Seattle na każdym kroku spotyka się żebrzących ludzi. są wśród nich podróżnicy z plecakami, dzieciaki, wszelkiej maści wykolejeńcy i oczywiście bezdomni. bezdomnych jest najwięcej. za bardzo się nie narzucają, ale są wszędzie. ostatniej nocy spotkaliśmy jednak bezdomnego innego niż wszyscy pozostali. facet przedstawił się jak Glen Freeman, pseudo 'POPS', powiedział, że nie ma gdzie mieszkać, a na końcu dodał, ze ma 12 piosenek na You Tubie i za pół dolara zrobi nam tu małe show. na światłach na skrzyżowaniu. do tego strasznie był wygadany i w ogóle przyjaźnie mu z oczu patrzyło. no wiec zgodziłem się: wyciągnął bęben (zrobiony z 3-galonowego pojemnika na wodę) i przez 3 minuty śpiewał na środku chodnika. coś mniej więcej jak tutaj:kategoria: zapiski link bezpośredni
wieczorny widok z balkonu..
26.07.2009; 08:19
wieczorna panoramka i Space Needle z naszego balkonu. na razie mieszkamy w firmowym mieszkanku na 20. pietrze Metropolitan Tower, we wrześniu zaczniemy szukać czegoś własnego.. większa wersja po kliknięciu:


kategoria: zapiski link bezpośredni
Seattle -- pierwsze wrażenia
26.07.2009; 07:47
głównie potężne downtown, kilka wizytówek Seattle, trochę klimatów amerykańskich i paru moich ziomali o rożnych narodowościach. jestem tu już dwa tygodnie -- powoli przywykam do codziennego życia, wiec wrzucam, póki mogę.. wkrótce więcej fotek, bo pogodę mamy tutaj niesamowita -- codzienne upały i błękitne niebo.. amazing.
kategoria: zapiski link bezpośredni
Brighton -- end of the road..
18.07.2009; 02:22
tak się żegnaliśmy z przyjaciółmi.. jeśli mieszkasz w Brighton, a kartki nie dostałeś/aś to są dwa wyjścia. pierwszym jest, że nie mam Twojego adresu, drugim..


kategoria: zapiski link bezpośredni
Seattle po raz pierwszy..
17.07.2009; 03:59
kończy się trzeci dzień naszego pobytu w Seattle. wrażenia jak na razie bardzo pozytywne. miasto jest ogromne, ale na pierwszy rzut oka wydaje się przyjazne. w ścisłym centrum, jak to w US (i Katowicach), kręci się duża liczba bezdomnych, ale generalnie miasto jest czyste. przez te kilka dni mamy tu upały i błękitne niebo. dookoła cała masa Meksykanów i Azjatów, właściwie to oni utrzymują przy życiu większość restauracji i fast-foodów. downtown składa się z klasycznej siatki prostopadłych ulic, ciężko gdziekolwiek dojść: z jednej strony spore odległości, z drugiej mało przyjazny pieszym system świateł i kończących się nagle skrzyżowań. chwila nieuwagi i idzie się bokiem 5-pasmowej trasy. no i te NIESAMOWITE widoki z 20-tego piętra biurowca Century Square w której ulokowany jest NCsoft.. szczególnie, że zajmujemy wszystkie pomieszczenia, więc widać wszystko w promieniu 360 stopni. z jednej strony mamy więc Zatokę Elliotta, z drugiej Space Needle, z trzeciej centrum centrów, czyli skrzyżowanie 5th Avenue z Pine Street, a czwartej panorama aż po rozległy port. zresztą wezmę jutro aparat i wrzucę kilka fotek..
mało jeszcze widziałem, siedzę tu w biurze po 10 godzin i brak czasu na cokolwiek. do tego wciąż jet lag, budzę się codziennie w środku nocy, organizm wciąż żyje czasem europejskim. na początku to było śmieszne, ale dzisiaj o 3 nad ranem śmiać mi się nie chciało. a poza tym wszystko zgadza się z wrażeniami z mojej pierwszej wyprawy do Stanów w 2004 roku. przestrzenie, specyfika, drogi, budynki. wkrótce więcej newsów.
mało jeszcze widziałem, siedzę tu w biurze po 10 godzin i brak czasu na cokolwiek. do tego wciąż jet lag, budzę się codziennie w środku nocy, organizm wciąż żyje czasem europejskim. na początku to było śmieszne, ale dzisiaj o 3 nad ranem śmiać mi się nie chciało. a poza tym wszystko zgadza się z wrażeniami z mojej pierwszej wyprawy do Stanów w 2004 roku. przestrzenie, specyfika, drogi, budynki. wkrótce więcej newsów.
kategoria: zapiski link bezpośredni
leaving the UK..
13.07.2009; 11:50
dzisiaj kończy się moja brytyjska przygoda. w Brighton, na południu Anglii, dane mi było mieszkać 2 lata, 7 miesięcy i 14 dni. 957 dni wrażeń. przenoszę się z żoną za ocean, do Seattle, a plusem tego przedsięwzięcia jest fakt, że lecimy Boeingiem.. minusów jest jakby więcej, bo przez ostatnie miesiące bardzo zżyliśmy się z tym miejscem i przede wszystkim z ludźmi. żal nam opuszczać Brighton, bo rzeczywiście jest w tym mieście coś niesamowitego.. no ale czas na kolejny krok.. może niedługo się zbiorę i bardziej poważnie opiszę Anglię i jej mieszkańców.. podsumowanie made by Agata:
3 years in the UK from Tomasz Ankudowicz on Vimeo.
tą notkę skleciłem na szybko z brajtonowskiej plaży. jest tu zupełnie pusto i świeci słońce. tomxx-in-the-UK off.kategoria: zapiski link bezpośredni
Bourton-on-the-Water..
11.07.2009; 21:34
są takie miejsca na ziemi do których chcemy wracać. dla niektórych to ciągnące się kilometrami plaże w
Międzyzdrojach, dla innych świątynie Angkor Wat.. jedni ciągną do ludzi, inni szukają spokoju w środku lasu.
zależy co kogo kręci. ja upodobałem sobie małe miasteczka. żadne Wiednie, Nowe Jorki czy Mediolany.
niewielkie, klimatyczne i dobrze utrzymane miejsca. wszędzie tam gdzie można usiąść, poczuć i spowolnić w
dłuższej czy krótszej wycieczce. strasznie spodobało mi się włoskie Arco. godzinami mógłbym siedzieć na murach
portugalskiego Marvao, podobnie zresztą jak na niewielkim ryneczku angielskiego Alfriston. ostatnio znów
odkryłem takie miejsce -- to Bourton-on-the-Water, wioska w hrabstwie Gloucestershire w Wielkiej
Brytanii.
miasteczko nazywane jest 'Wenecją regionu Cotswolds', głównie z uwagi na szereg niewielkich kamiennych mostków przerzuconych przez przepływającą przez Bourton rzekę Windrush. rzeka jest super czysta i mega płytka. co ciekawe, co roku w lecie odbywa się w niej mecz średniowiecznej piłki nożnej, a bramkami są owe mostki. do tego mamy sieć klasycznych brukowanych uliczek, mnóstwo zieleni, klasyczną angielską zabudowę i pozostałości biegnącego nieopodal starego traktu rzymskiego. żyć nie umierać. trochę dużo turystów, no ale nie można mieć wszystkiego.. a Cotswolds nazywane jest 'sercem Anglii'. jest jednym z nielicznych okręgów z własną hermetyczną architekturą. lokalne prawo nakazuje wznoszenie budowli wyłącznie z wydobywanego w regionie żółtego piaskowca.
miasteczko nazywane jest 'Wenecją regionu Cotswolds', głównie z uwagi na szereg niewielkich kamiennych mostków przerzuconych przez przepływającą przez Bourton rzekę Windrush. rzeka jest super czysta i mega płytka. co ciekawe, co roku w lecie odbywa się w niej mecz średniowiecznej piłki nożnej, a bramkami są owe mostki. do tego mamy sieć klasycznych brukowanych uliczek, mnóstwo zieleni, klasyczną angielską zabudowę i pozostałości biegnącego nieopodal starego traktu rzymskiego. żyć nie umierać. trochę dużo turystów, no ale nie można mieć wszystkiego.. a Cotswolds nazywane jest 'sercem Anglii'. jest jednym z nielicznych okręgów z własną hermetyczną architekturą. lokalne prawo nakazuje wznoszenie budowli wyłącznie z wydobywanego w regionie żółtego piaskowca.
kategoria: podróże link bezpośredni
Isle of Wight
09.07.2009; 14:05
kształcie przypominającym romb miał być tą prawdziwą Anglią. historia sięgającą milionów (w przypadku dinozaurów) i tysięcy (w przypadku ludzi) lat, wspaniałe krajobrazy, aura tajemniczości płynąca z porozrzucanych po zielonych łąkach megalitycznych głazów. do tego fantastyczne zdjęcia Jamiego Russela i setki kilometrów ścieżek rowerowych -- kupiłem mapę i starannie zacząłem planować swój wypad, który miał być rowerową objazdówką. ale.. jak to czasem bywa, niekiedy ciężko o realizację planów. wyspę odwiedziłem dopiero 2 lata później. i to nie z rowerem, a z grupą sześciu podobnych mi zapaleńców..pełna galeria z wyprawy znajduje się na majowym fotoblogu oraz na picasie.
kategoria: podróże link bezpośredni
kilka fotek z Hamburga
27.06.2009; 22:39


kategoria: podróże link bezpośredni
Hamburg. w pracy..
26.06.2009; 16:44
od 3 dni siedzę w Hamburgu. nagrywamy ścieżki dźwiękowe do niemieckiej wersji Aiona. idzie powoli, bo najczęściej trzeba podkładać głosy pod usta występujących na animacjach postaci, ale zabawa jest niesamowita. aktorzy z pierwszej półki (większość podkłada głosy do niemieckich dubbingów amerykańskich produkcji filmowych albo pod dubbingowane gry komputerowe), fajnie się patrzy jak się prężą i 15 razy powtarzają podstawowe kwestie. profesjonalizm i wyrafinowanie. ich głosy za każdym razem są prawie identyczne! zresztą lokalna ekipa inżynierów dźwięku wzięła sobie za punkt honoru prawidłowe ugoszczenie mnie w Wolnym Mieście Hamburg -- tak więc znam już parę najlepszych restauracji i solidną knajpę.. gorzej z samym miastem, no ale nie na wszystko jest tu czas..
kategoria: zapiski link bezpośredni
po latach..
21.06.2009; 21:31
bo widzisz tomasz, ja po wojnie musiałem wybrać nową ojczyznę.. w 1946 azyl proponowały mi rządy Australii, Kanady, Stanów i Wielkiej Brytanii. wybrałem Anglię, jakoś tak czułem się bezpiecznie, odgrodzony od kontynentu wodą..
niespełna 80-letni mężczyzna w grubych oprawkach okularów popatrzył przez chwilę na soczyście zielony, równo wystrzyżony trawnik przed domem na przedmieściach niewielkiego angielskiego miasteczka.
urodziłem się w Polsce, niedaleko Lwowa. gdy przyszli Rosjanie zaczęło się moje piekło. miałem 13 lat gdy zabrali mnie od rodziny i wywieźli na Wschód. wojna była zła, zdarzało mi się spać w glinianych dołach i żywić się korzeniami. uciekłem. przez Azję i Bliski Wschód dotarłem do Europy, zaciągnąłem się do polskiej armii, walczyłem z Niemcami.. dzisiaj jestem Brytyjczykiem -- mam brytyjski paszport i tu znalazłem sobie żonę, trzy raz do roku wypoczywam na Majorce. kiedyś często latałem do Ameryki, mam tam kuzyna i jego rodzinę, dzisiaj jestem już na to za słaby. o Polsce myślałem zawsze, a jednak do '89 roku mogłem tylko pomarzyć, aby ponownie odwiedzić rodzinne strony.
na myśl o ojczyźnie po raz pierwszy od początku opowieści delikatnie się uśmiechnął.
miejsce mojego urodzenia po raz pierwszy odwiedziłem dopiero w latach dziewięćdziesiątych. odnalazłem moją wioskę, poszedłem w kierunku szkoły. dzisiaj stoi tam już inny budynek, a jednak czułem się wyjątkowo. spojrzałem do studni, z której kiedyś piliśmy wodę i wtedy usłyszałem kobiecy głos: Stefan, Stefan!!, podniosłem wzrok i spytałem starszą panią skąd zna moje imię. - bo wyglądasz identycznie jak twój brat, odpowiedziała. - przecież ja nie mam brata, to pomyłka. - ależ masz. masz również siostrę. okazało się tomasz, że po moim wyjeździe rodzice mieli jeszcze dwójkę dzieci, doczekałem się rodzeństwa. moja rozmówczyni, mniej więcej mojego wieku, pamiętała mnie z dzieciństwa. brata już nie ma, umarł jakiś czas temu. a siostra jeszcze żyje?, spytałem z nadzieją, żyje, żyje, mieszka we Lwowie. proszę, oto jej adres, odpowiedziała z uśmiechem na ustach..
pojechałem do Lwowa, odnalazłem kamienicę, wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem do drzwi. otworzyła mi kobieta, na mój widok w jednej sekundzie po policzkach pociekły jej strumienie łez.. to dziwne, ale rodzoną siostrę poznałem będąc już starym człowiekiem..
niespełna 80-letni mężczyzna w grubych oprawkach okularów popatrzył przez chwilę na soczyście zielony, równo wystrzyżony trawnik przed domem na przedmieściach niewielkiego angielskiego miasteczka.
urodziłem się w Polsce, niedaleko Lwowa. gdy przyszli Rosjanie zaczęło się moje piekło. miałem 13 lat gdy zabrali mnie od rodziny i wywieźli na Wschód. wojna była zła, zdarzało mi się spać w glinianych dołach i żywić się korzeniami. uciekłem. przez Azję i Bliski Wschód dotarłem do Europy, zaciągnąłem się do polskiej armii, walczyłem z Niemcami.. dzisiaj jestem Brytyjczykiem -- mam brytyjski paszport i tu znalazłem sobie żonę, trzy raz do roku wypoczywam na Majorce. kiedyś często latałem do Ameryki, mam tam kuzyna i jego rodzinę, dzisiaj jestem już na to za słaby. o Polsce myślałem zawsze, a jednak do '89 roku mogłem tylko pomarzyć, aby ponownie odwiedzić rodzinne strony.
na myśl o ojczyźnie po raz pierwszy od początku opowieści delikatnie się uśmiechnął.
miejsce mojego urodzenia po raz pierwszy odwiedziłem dopiero w latach dziewięćdziesiątych. odnalazłem moją wioskę, poszedłem w kierunku szkoły. dzisiaj stoi tam już inny budynek, a jednak czułem się wyjątkowo. spojrzałem do studni, z której kiedyś piliśmy wodę i wtedy usłyszałem kobiecy głos: Stefan, Stefan!!, podniosłem wzrok i spytałem starszą panią skąd zna moje imię. - bo wyglądasz identycznie jak twój brat, odpowiedziała. - przecież ja nie mam brata, to pomyłka. - ależ masz. masz również siostrę. okazało się tomasz, że po moim wyjeździe rodzice mieli jeszcze dwójkę dzieci, doczekałem się rodzeństwa. moja rozmówczyni, mniej więcej mojego wieku, pamiętała mnie z dzieciństwa. brata już nie ma, umarł jakiś czas temu. a siostra jeszcze żyje?, spytałem z nadzieją, żyje, żyje, mieszka we Lwowie. proszę, oto jej adres, odpowiedziała z uśmiechem na ustach..
pojechałem do Lwowa, odnalazłem kamienicę, wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem do drzwi. otworzyła mi kobieta, na mój widok w jednej sekundzie po policzkach pociekły jej strumienie łez.. to dziwne, ale rodzoną siostrę poznałem będąc już starym człowiekiem..
kategoria: zapiski link bezpośredni
foty z Eastbourne 2009
19.06.2009; 16:24
moje zdjęcia z Eastbourne pojawiły się w serwisie tenis-ziemny.pl. link do galerii tutaj.
kategoria: zapiski link bezpośredni
moja Anglia żółto-czerwona..
17.06.2009; 23:48
najpierw był rzepak, czyli gatunek rośliny dwuletniej lub byliny, należący do rodziny kapustowatych, a później maki, czyli oleiste rośliny jednoroczne (Papaveraceae Juss) zawierające biały sok mleczny i trujące alkaloidy. rzepak dojechałem w pobliżu Long Man of Wilmington (mapa), a maki w pobliżu Devil's Dyke (mapa).. uwierzcie mi, że te żółte i czerwone bluzki to dobór zupełnie przypadkowy.. więcej fotek wkrótce na fotoblogu, a pełna galeria jak zwykle na picasie..










kategoria: pasje link bezpośredni
Eastbourne Aegon International 2009
15.06.2009; 14:06
tegoroczny turniej w Eastbourne właśnie się rozpoczął. rozgrywany na trawie turniej jest ostatnim sprawdzianem przed Wimbledonem, w zeszłym roku wygrała go nasza Aga Radwańska. nie udało mi się wtedy dostać biletu, więc tym razem pojawiłem się tam już w pierwszym dniu turnieju. plus był taki, że większość gwiazd odbywała treningi na bocznych kortach, do których miałem dostęp. tak więc udało mi się porozmawiać z Agnieszką Radwańską i Caroline Wozniacki oraz zrobić fotkę z Aną Ivanović. dziwnie przypatrywała mi się zwyciężczyni ostatniego French Open Swietłana Kuzniecowa, naocznie przekonałem się o sile uderzenia Amélie Mauresmo, a mecz Urszuli Radwańskiej oglądałem siedząc zaledwie metr od jej ojca-trenera i matki kibicki. Ula pewnie wygrała, choć strasznie nerwowa to dziewczyna: kilka razy głośno wyraziła swoją dezaprobatę, a ojciec z przekąsem dodawał, że 'tak, tak Ula, nawet sam Bóg ci dzisiaj przeszkadza..' kilka fotek poniżej, pełna galeria znajduje się tutaj na Picasie..
Agnieszka Radwańska:

z Agnieszką Radwańską:

Ana Ivanović:

z Aną Ivanović:

Urszula Radwańska:

Swietłana Kuzniecowa:

Caroline Wozniacki:

Amélie Mauresmo:

nogi Karoliny Sprem:

Agnieszka Radwańska:
z Agnieszką Radwańską:
Ana Ivanović:
z Aną Ivanović:
Urszula Radwańska:
Swietłana Kuzniecowa:
Caroline Wozniacki:
Amélie Mauresmo:
nogi Karoliny Sprem:
kategoria: zapiski link bezpośredni
Dublin, Irlandia
14.06.2009; 02:06
podobnie zresztą jak sami Irlandczycy. fotki sobie nie można
a dopiero po powrocie, na spokojnie doczytując szczegóły wychodzi, że Dublin jest aż kipi od zabytków z epoki średniowiecznej i georgiańskiej. że stąd pochodzi U2 i James Joyce, że będąc w Dublinie nie sposób nie zwiedzić Muzeum Guinessa, Katedry Św. Patryka i Dublinii. ale to już temat na kolejny i zdecydowanie dłuższy pobyt w Irlandii.
kategoria: podróże link bezpośredni
spadek
01.06.2009; 11:12
mija już prawie 40 godzin, a ja wciąż nie mogę zrozumieć, jak tak straszna rzecz mogła wydarzyć się w tak pięknym dniu.. nie mogę nawet napisać, jak się czułem, bo wciąż w pełni to do mnie nie dociera. jakieś takie dziwne zawieszenie, spokój, a przy tym niewyobrażalny smutek. cały rok walki, starań, nadziei stał się nagle nieistotny. nieistotne stały się również te rzadkie chwile radości, których od czasu do czasu byliśmy z Maćkiem świadkami. te nerwy, którymi w minionym sezonie można by obdzielić wiele lat życia zwykłego śmiertelnika, nie mają już dzisiaj żadnego znaczenia. przegraliśmy i tyle. dzisiaj, już na spokojnie, mogę powiedzieć, że taki jest sport i dlatego tym wszystkim tak bardzo się pasjonuję. przegraliśmy, wracamy za rok, normalna sprawa. i tylko ta banda nawiedzonych piętnastolatków po ostatnim gwizdku sprawiła, że po raz pierwszy poczułem się zażenowany postawą kibiców Górnika..
kilkanaście minut po końcowym gwizdku, gdy zdruzgotany bez czucia leżałem na dywanie, usłyszałem tylko dochodzący gdzieś z oddali, kamiennie surowy głos Maćka: 'i chuj, trzeba będzie na rok wywieźć dekoder do Polski..'
kilkanaście minut po końcowym gwizdku, gdy zdruzgotany bez czucia leżałem na dywanie, usłyszałem tylko dochodzący gdzieś z oddali, kamiennie surowy głos Maćka: 'i chuj, trzeba będzie na rok wywieźć dekoder do Polski..'
kategoria: zapiski link bezpośredni
Białoruś cz.3 -- w poszukiwaniu korzeni rodzinnych..
15.05.2009; 16:32
i rzecz ostatnia. mieszkańcy Malkowicz doskonalne zdają sobie sprawę, że ich wioska umiera. wraz z ostatnim mieszkańcem miejsce to zarośnie trawą i najnormalniej w świecie zniknie z powierzchni ziemi. myślę, że nasz przyjazd, w 2009 roku, był jedną z ostatnich szans na ujrzenie wioski w jako takim stanie..
kategoria: podróże link bezpośredni
wpadka
12.05.2009; 00:14
posypało się w najgorszym możliwym momencie.. padł dysk, 500GB Seagate Barracuda 7200.11, i to właśnie wtedy, kiedy miałem na nim ok 70GB niezarchiwizowanych danych. danych, czyli w przeogromnej większości moich z agatą zdjęć. nie to, że jestem na tyle przezorną osobą, żebym dokonywał przemyślanych i stałych bekapów.. przerzucam na inny dysk, archiwizuję na płytkach zwykle w przypływie pesymistycznych wizji, a że od pewnego czasu mnie takowe nie nachodzą, dane poszły w pizdu.. choć przypadek jest nietypowy i warty wyjaśnienia..
otóż wyłączyłem peceta w czwartkowy wczesny wieczór o godzinie 23:48. włączyłem ponownie nie później niż o 13.14 dnia następnego, kiedym to ściągnął do domu celem spożycia lanczu, jak to nazywają w tych stronach. godziny nie mają tu większego znaczenia, podaję je wyłącznie dla większej dramaturgii. po włączeniu dysk nie został wykryty w BIOS-ie, system oczywiście się nie wczytał. kabelki i inne takie ulgi nie przyniosły, a sytuacja zaogniła się, gdy dysk nie zgłosił się również na kolejnych dwóch kompach. padł i po nim, od razu te czarne myśli, strata wielka, nieodżałowana. już z agatą składaliśmy te setki fontów na odzyskiwanie danych, aż tu clever crio zapodał linka do firmowej odzyskiwalni danych Seagate. kolejne googlanie pozwoliło mi odnaleźć identyczny przypadek na jakimś forum, a później znaleźć artykuł z knowledge base producenta, w którym ów winowajca wyjaśnia, że wina leży po jego stronie. model mojego dysku, jak i numer seryjny znajduje się na liście dysków potencjalnie zagrożonych wadliwym oprogramowaniem i kto może ten niech czym prędzej robi abgrejt firmweru. ja już nie mogłem, na szczęście telefonicznie poinformowano mnie, że to przypadek dość częsty i dane na dysku nie są zagrożone. wtedy zacząłem z kolei przyliczać, na co wydamy te kilka set zaoszczędzonych banknotów z królową Elką.. no więc dysk poszedł kurierem, na koszt producenta, do centrum odzyskiwania danych w Amsterdamie, a ja ufnie oczekuję jego rychłego i szczęśliwego powrotu..
a od trzech dni jestem (średnio)szczęśliwym użytkownikiem bootowalnego z płytki CD linuksa i .. przypominam sobie ambitne życie maniaka wiersza poleceń.. apt-get install, configure i inne takie..
otóż wyłączyłem peceta w czwartkowy wczesny wieczór o godzinie 23:48. włączyłem ponownie nie później niż o 13.14 dnia następnego, kiedym to ściągnął do domu celem spożycia lanczu, jak to nazywają w tych stronach. godziny nie mają tu większego znaczenia, podaję je wyłącznie dla większej dramaturgii. po włączeniu dysk nie został wykryty w BIOS-ie, system oczywiście się nie wczytał. kabelki i inne takie ulgi nie przyniosły, a sytuacja zaogniła się, gdy dysk nie zgłosił się również na kolejnych dwóch kompach. padł i po nim, od razu te czarne myśli, strata wielka, nieodżałowana. już z agatą składaliśmy te setki fontów na odzyskiwanie danych, aż tu clever crio zapodał linka do firmowej odzyskiwalni danych Seagate. kolejne googlanie pozwoliło mi odnaleźć identyczny przypadek na jakimś forum, a później znaleźć artykuł z knowledge base producenta, w którym ów winowajca wyjaśnia, że wina leży po jego stronie. model mojego dysku, jak i numer seryjny znajduje się na liście dysków potencjalnie zagrożonych wadliwym oprogramowaniem i kto może ten niech czym prędzej robi abgrejt firmweru. ja już nie mogłem, na szczęście telefonicznie poinformowano mnie, że to przypadek dość częsty i dane na dysku nie są zagrożone. wtedy zacząłem z kolei przyliczać, na co wydamy te kilka set zaoszczędzonych banknotów z królową Elką.. no więc dysk poszedł kurierem, na koszt producenta, do centrum odzyskiwania danych w Amsterdamie, a ja ufnie oczekuję jego rychłego i szczęśliwego powrotu..
a od trzech dni jestem (średnio)szczęśliwym użytkownikiem bootowalnego z płytki CD linuksa i .. przypominam sobie ambitne życie maniaka wiersza poleceń.. apt-get install, configure i inne takie..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Where the hell is Matt?
30.04.2009; 12:53
no dobra, jeszcze jedna rzecz. padłem, jak to zobaczyłem po raz pierwszy. koleś ma na imię Matt, mieszka w Seattle (!) i zdarza mu się podróżować po świecie. więcej informacji na stronie jego projektu: http://www.wherethehellismatt.com/
kategoria: cudze link bezpośredni
Smile Today..
29.04.2009; 23:12
coś optymistycznego ;)
kategoria: cudze link bezpośredni
Białoruś -- miasta i wioski..
27.04.2009; 13:07
później odwiedzamy jeszcze Woropajewo (biał. Варапаева) i inne mniejsze miejscowości (w tym Paryż, osadę nazwaną tak przez Napoleona podczas jego marszu na Moskwę, nawet stoi tu miniaturka wieży Eiffela), jednak po pewnym czasie wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość. żadnych zmian w krajobrazie czy zabudowie. wszędzie ten sam rodzaj biednego, ale szczęśliwego człowieka. i tylko Bogdan, mój daleki kuzyn z uśmiechem mówi, że do szczęśliwości to mu w tym kraju daleko: 'lepiej być niezadowolonym człowiekiem, niż zadowoloną świnią' podsumowuje. Bogdan był w Afganistanie w 1988 roku podczas pierwszej wojny z Talibami, dostał nawet pęk medali, a dzisiaj opowiada sprośne kawały o białoruskiej władzy..
zapraszam do białoruskiego fotobloga.
kategoria: podróże link bezpośredni
Premiership
24.04.2009; 13:40
po raz pierwszy, a i pewnie na długi czas ostatni, zawitałem na meczu angielskiej Premier League. dzień wcześniej naoglądałem się wspaniałych popisów Arshavina i niesamowitego meczu pomiędzy Liverpoolem a Arsenalem. kolejny pojedynek londyńsko-liverpoolski oglądałem już na żywo na Stamford Bridge, gdzie Chelsea mierzyła się z Evertonem. żeby było śmieszniej, to druga moja wizyta na meczu Chelsea (wcześniej Champions League vs Valencia) i drugi bezbramkowy remis. mecz dosyć średni jak na najlepszą ligę świata, choć kilka zagrań można było określić słowami 'magiczne'. podobał mi się Michael Ballack, choć Maciek mówi, że jemu podoba się tylko Adaś Danch, który zresztą za kilka godzin będzie się dla nas bił o punkty z Wisłą w Krakowie. doping? właściwie brak -- załamka, pół Anglii mogłoby się uczyć dopingu od naszej Torcidy albo przynajmniej od fanów poznańskiego Lecha. no ale był szal, więc ładnie zaakcentowaliśmy naszą obecność..


kategoria: pasje link bezpośredni
Białoruś -- pierwsze wrażenia..
21.04.2009; 17:41
kategoria: podróże link bezpośredni
Litwa -- Troki i dawna stolica państwa..
16.04.2009; 16:13
Troki, a właściwie Nowe Troki, to niewielkie malowniczo położone miasteczko znajdujące się ok 30 km na zachód od Wilna. osada otoczona jest ze wszystkich stron jeziorami, które podczas mojej kwietniowej wizyty w większości były jeszcze skute lodem.. miejsce to zasłynęło w średniowieczu, gdy wielki książę litewski Giedymin przeniósł tutaj stolicę swojego kraju. dzisiaj Troki są tętniącym życiem ośrodkiem turystycznym, a walory naturalne uzupełniane są starą historyczną zabudową. największą atrakcją Troków jest jednak zbudowany w XIV-XV w zamek, zwany dziś 'małym Malborkiem'. zamek pełnił w średniowieczu ważną rolę militarną, a podczas swoich najlepszych lat wielokrotnie odpierał liczne ataki Krzyżaków. gościł tu Władek Jagiełło z kochankami oraz wszyscy kolejni władcy Polski i Litwy. po Bitwie pod Grunwaldem zamek powoli popadał w ruinę, jednak w ostatnich kilkudziesięciu latach odrestaurowano całą konstrukcję nadając jej historyczny wygląd..
kategoria: podróże link bezpośredni
Litwa -- z krótką wizytą w Wilnie..
15.04.2009; 14:30
na Litwie spędziliśmy dwa niepełne dni. powiedziałbym, zachodnioeuropejski przystanek przed dalszą drogą na Wschód. więc 800 km jazdy do Wilna, a potem hotel, pływanko, wieczorny wypad na Starówkę i testing lokalnego piwa w jednej z niewielu otwartych knajp. o 20.00 miasto wydawało się wymarłe -- była wiosenna ciepła niedziela, a w samym centrum nikogo. ktoś tu się przewinął, jakaś para siedziała na krawężniku popijając wino, ale nic ciekawego. byłem negatywnie zaskoczony. po godzinie rozpoczęła się jazda -- tego wieczoru miejscowy klub koszykarski Lietuvos Rytas Wilno zdobył Puchar Europy pokonując w finale rosyjski Chimki Moskwa z Maciejem Lampe w składzie. w trakcie meczu wszyscy śledzili wynik, a później miasto ogarnęła euforia, tysiące młodych ludzi wypełniło centrum, a zabawa trwała do późna. samochody, klaksony, śpiewy, czyli szał znany z fetowania mistrzostw przez kibiców drużyn piłkarskich..
następnego dnia zebraliśmy się wcześnie rano i przy pięknej pogodzie zwiedziliśmy Stare Miasto, które znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO. wrażenie bardzo pozytywne, zabytkami i ich czystością Wilno może konkurować z Krakowem i Pragą, zachowując oczywiście proporcje wielkości. Wilno zamieszkuje niespełna pół miliona osób, choć samą tylko liczbą barokowych kościołów miasto może starać się o rekord Guinnessa. jest również zamek, znana w świecie Ostra Brama, wspaniała z zewnątrz Katedra, kościół Piotra i Pawła, ratusz i bogato zdobiona cerkiew. warto pamiętać, że mieszka tu wciąż ponad 100 tys Polaków (19% ogólnej populacji stolicy) i że mieszkał tu nasz Adaś Mickiewicz -- jego dom i muzeum są otwarte do zwiedzania. przechodząc uliczkami starego miasta co chwilę natyka się na jakaś ambasadę, czy wciśniętą w niewielki zaułek kawiarnię. oto pokaz slajdów, kliknięcie przenosi do większej wersji zdjęcia do picasy:
warto również wybrać się na Wieżę Giedymina. wieża jest resztą Zamku Górnego z początków XV wieku, a sam Giedymin był wielkim wodzem litewskim i jednocześnie dziadkiem naszego króla Jagiełły. z góry miasto wygląda bardzo okazale -- z jednej strony widać całą starówkę, z drugiej, oddzieloną rzeką Wilią, nowoczesną dzielnicę biznesową..
następnego dnia zebraliśmy się wcześnie rano i przy pięknej pogodzie zwiedziliśmy Stare Miasto, które znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO. wrażenie bardzo pozytywne, zabytkami i ich czystością Wilno może konkurować z Krakowem i Pragą, zachowując oczywiście proporcje wielkości. Wilno zamieszkuje niespełna pół miliona osób, choć samą tylko liczbą barokowych kościołów miasto może starać się o rekord Guinnessa. jest również zamek, znana w świecie Ostra Brama, wspaniała z zewnątrz Katedra, kościół Piotra i Pawła, ratusz i bogato zdobiona cerkiew. warto pamiętać, że mieszka tu wciąż ponad 100 tys Polaków (19% ogólnej populacji stolicy) i że mieszkał tu nasz Adaś Mickiewicz -- jego dom i muzeum są otwarte do zwiedzania. przechodząc uliczkami starego miasta co chwilę natyka się na jakaś ambasadę, czy wciśniętą w niewielki zaułek kawiarnię. oto pokaz slajdów, kliknięcie przenosi do większej wersji zdjęcia do picasy:
warto również wybrać się na Wieżę Giedymina. wieża jest resztą Zamku Górnego z początków XV wieku, a sam Giedymin był wielkim wodzem litewskim i jednocześnie dziadkiem naszego króla Jagiełły. z góry miasto wygląda bardzo okazale -- z jednej strony widać całą starówkę, z drugiej, oddzieloną rzeką Wilią, nowoczesną dzielnicę biznesową..
kategoria: podróże link bezpośredni
na Wschód: Litwa i Białoruś
03.04.2009; 15:32
dalszy ciąg gonitwy, pakowania i organizowania Wielkiej Przeprowadzki. w międzyczasie w londyńskiej ambasadzie udało mi się dostać pozwolenie na wjazd na teren Republiki Białorusi -- ich wiza i procedura przyznawania jest strasznie zamotana, a do tego kosztowna. śmiesznie, bo mam prawo przebywać u nich łącznie przez 5 dni -- więc dłuższe pokręcenie się po polach, choroba, czy awaria samochodu nie wchodzi w grę..

celem wyjazdu jest odnalezienia miejsca urodzenia i wychowania się mojego taty. chcemy odszukać chatę w której dorastał (przed II wojną światową były to tereny Polski), szkołę do której chodził, jak również cmentarz, na którym pochowano mojego dziadka. chcemy zagłębić się w sprawy genealogii naszego nazwiska (niedawno wyszło, że mamy pochodzenia szlacheckie, herb Sulima) i odszukać ew. członków naszej gałęzi. odszukaliśmy kilka osób, które nas przyjmą, przenocują i opowiedzą to i owo. wszystko zostanie opisane, ułożone, a może uda się stworzyć jakieś drzewo genealogiczne..
oprócz Białorusi planujemy krótki przystanek w Wilnie i przynajmniej teoretyczne 'zaliczenie' Litwy na mapie krajów odwiedzonych. w ogóle tam też już Europa pełną gębą, a hotel średniej klasy kosztuje dokładnie tyle samo co w Paryżu. a i tak wszystko jest pełne, choć pogoda jeszcze zimowa. planem nadrzędnym jest odwiedzenie granicy białorusko-ukraińskiej i przyjrzenie się strefie wokół Czarnobyla. do samej elektrowni wjechać nie można, ale można wjechać do miasta Prypeć -- opuszczonego przed laty Miasta Widma, które pozostaje niezamieszkane od 1986 roku i stanowi prawie że skansen epoki radzieckiej. wkrótce szersza relacja i foty na fotoblogu. mam nadzieję, że wreszcie go zaktualizuję.

celem wyjazdu jest odnalezienia miejsca urodzenia i wychowania się mojego taty. chcemy odszukać chatę w której dorastał (przed II wojną światową były to tereny Polski), szkołę do której chodził, jak również cmentarz, na którym pochowano mojego dziadka. chcemy zagłębić się w sprawy genealogii naszego nazwiska (niedawno wyszło, że mamy pochodzenia szlacheckie, herb Sulima) i odszukać ew. członków naszej gałęzi. odszukaliśmy kilka osób, które nas przyjmą, przenocują i opowiedzą to i owo. wszystko zostanie opisane, ułożone, a może uda się stworzyć jakieś drzewo genealogiczne..
oprócz Białorusi planujemy krótki przystanek w Wilnie i przynajmniej teoretyczne 'zaliczenie' Litwy na mapie krajów odwiedzonych. w ogóle tam też już Europa pełną gębą, a hotel średniej klasy kosztuje dokładnie tyle samo co w Paryżu. a i tak wszystko jest pełne, choć pogoda jeszcze zimowa. planem nadrzędnym jest odwiedzenie granicy białorusko-ukraińskiej i przyjrzenie się strefie wokół Czarnobyla. do samej elektrowni wjechać nie można, ale można wjechać do miasta Prypeć -- opuszczonego przed laty Miasta Widma, które pozostaje niezamieszkane od 1986 roku i stanowi prawie że skansen epoki radzieckiej. wkrótce szersza relacja i foty na fotoblogu. mam nadzieję, że wreszcie go zaktualizuję.
kategoria: zapiski link bezpośredni
państwo Ankudowicz..
17.03.2009; 16:47
punktualnie o 13.37 w sobotę, 14 marca 2009, dołączyłem do szerokiego w świecie grona mężczyzn zaobrączkowanych :] GAME OVER man, jak mówi do mnie Luke ze sprezentowanej przed tygodniem koszulki.. sama ceremonia wypadła bardzo sprawnie, dostaliśmy jakiegoś dziwnego ataku uśmiechu, po wszystkim bolały mnie policzki. była rodzina, świadkowie i przyjaciele, a Pani z orłem na piersi miała głos uroczysty jak biskup w Boże Ciało.. podczas powtarzania za panią z orłem noga zaczęła mi drżeć (dawno zapomniane, a doprowadzone do perfekcji podczas studiów moje własne uzewnętrznienie strachu i podniecenia), ale obyło się bez wpadek rodem ze Śmiechu Warte. był nawet 3-miesięczny Daniel Aleksander, który osobiście życzył nam powodzenia i to na czas raczej dłuższy niż krótszy. a potem było dużo jedzenia i jeszcze więcej picia. towarzystwo chwaliło dzień ten szczęśliwy, wódka lała się szerokim źródłem, pojawiły się już nawet pierwsze prośby i zapewnienia, że potomstwo powinno pojawić się szybko. a przecież to tylko wstęp, prawdziwy bal odbędzie się w czerwcu 2010. wszystko ładnie pięknie, ale dzień później na meczu Górnika dawno niewidziani koledzy-kibice na podstawie własnych doświadczeń umiejscawiali moją sytuację gdzieś pomiędzy 'utrudnieniem' a 'problemem nie do rozwiązania'.. zobaczymy, na razie mam 3 dni doświadczenia, podczas których moja żona gdzieś mi zniknęła..
kilka zdjęć, pełna galeria znajduje się tutaj:





kilka zdjęć, pełna galeria znajduje się tutaj:
kategoria: zapiski link bezpośredni
welcome to Seattle Mr. Tomxx..
06.03.2009; 14:16
dzień dobry z Brighton, a jest to jeden z ostatnich dni podczas których nadaję z UK. życie potrafi zadziwiać i zdarza się, że z dnia na dzień zmiany zalewają
spokojnego dotąd człowieka z siłą tsunami. zmiany totalne, gruntowne, zmiany decydujące o przyszłości. Ba, zmiany kształtujące przyszłość. no ale po kolei,
posłuchajcie..
zaczęło się we wtorek, jakoś przed miesiącem. spokojny zimowy angielski dzień rozdarła nowina, że NCsoft Europe zwalnia 50% załogi. trąbiły o tym tabloidy przeróżne, jedni mówili o restrukturyzacji, drudzy o decyzjach strategicznych, a miejscowa prasa nazwała to wydarzenie szokiem w branży gier komputerowych. no bo miało być tak pięknie, walka z Warcraftem, drżyj świecie, atakujemy z siłą azjatyckich produktów, a tu nagle klapa, poczułem się niepotrzebny. w domu śpiewałem Agacie w stylu starego dobrego Muńka Staszczyka... kochanie wczoraj zwolnili mnie z pracy, wiedz o tym że nie dali mi szansy... kazali odejść, wyrzucili za drzwi.. nie to żebym się specjalnie tym wszystkim przejmował. znam swoją wartość i prędzej czy później znalazłbym pozycję równie fajną jak tutaj. do tego wysoka odprawa, szybkie oferty z Nintendo i Segi. ale jednak niesmak pozostał -- przez te dwa lata zżyłem się z miastem, otoczeniem i przede wszystkim moimi tutaj ludźmi. zdobyłem wielu wartościowych przyjaciół, dziesiątki rożnych nacji, inne punkty widzenia.. pracowałem z ludźmi na wysokim poziomie i za te pełne dwa lata wspólnej egzystencji byłem im wdzięczny. no ale nagle pracy dla nas zabrakło. pomysłów mieliśmy kilka, a najważniejszymi było założenie własnej działalności i jechanie dalej, tyle, że pod własnym szyldem. ja oczywiście celowałem w Google, ale dział lokalizacji w Irlandii niestety jest pełny, a wtedy kiedy chłopaki szukali kogoś na moje miejsce, ja byłem bezpieczny w tym południowym zakątku super wielkiej Brytanii. no więc spotkania, rozmowy, wstępne decyzje. i być może wszystko poszłoby tą drogą (dostaliśmy konkretną ofertę pracy od jednej z największych kompanii lokalizacyjnych na świecie), gdyby nie upomniał się o mnie szef Production Studio naszej firmy. znamy się ze wspólnej pracy tutaj w Europie, a on kompletuje skład w naszej głównej siedzibie za oceanem i zrobi wszystko, aby mnie ściągnąć. pewnie gdybym był bardziej ułożonym i mniej skłonnym do upatrywania we wszystkim przygody to dałbym sobie spokój. ale nie jestem, wciąż nosi mnie po świecie, więc zaczęliśmy rozmowy..
NCsoft West z siedzibą główną w Seattle przejmuje więc wszystkie działy odpowiedzialne za produkcję gier na Zachodzie. komórka lokalizacyjna tworzona jest od nowa, dotąd całość zlokalizowana była w Brighton/UK. Wielki Mistrz zaproponował mi stanowiska Localisation Managera, czyli piętro wyżej od moich aktualnych obowiązków Loc Project Managera. miłe to i fajne, ale to jednak inny świat.. zaczęliśmy rozmawiać i niespodziewanie szybko doszliśmy do porozumienia odnośnie tego co trzeba zrobić i jak trzeba zrobić. a że 'JAK' wiem tylko ja, więc chcieli mnie bardzo bardzo. w grę oczywiście wchodzi bloody good offer, bo życie 9000 km od domu, z dala od rodziny i polskich przyjaciół, musi być czegoś warte. negocjacje trwały tydzień i ... zakończyły się sukcesem. od kwietnia przenoszę się do Stanów, a dokładnie do Seattle downtown w stanie Waszyngton. dalej już nie można..
no ale, że nie jestem na tym świecie sam, to trzeba było coś ustalić z drugą moją połową. rozmawialiśmy dużo, zaciekle wyrzucając z siebie wszystkie za i przeciw, w końcu podjęliśmy decyzję, że spróbujemy. spróbujemy wspólnie, więc aby Agata mogła dostać hamerykańską wizę, co pozwoliłoby jej pracować za Wielką Wodą, musi być moją żoną. z tym nie było większego problemu, bo przecież i tak mamy wesele już zaplanowane na czerwiec 2010. szybka decyzja, kilka telefonów i bookowanie lotu do Polski. lecimy w środę, w czwartek robota papierkowa, w sobotę ślub cywilny. nie wiedziałem, że tak można, prawie jak Las Vegas. z tym, że trochę mniej światełek i alkoholu we krwi. no więc pojmuję za żonę wybrankę moją, Agatę Jagielską. wychodzi, że będzie kolejna AA w rodzinie, po siostrze mojej, która cieszy się i gratuluje.. po ślubie wracamy, kilkanaście dni w UK, sprawy wizowe i szybkie pakowanko: trochę gratów pojedzie do Polski, większość wyląduje na śmietniku, część zabieramy do US. firma płaci za pełne przeniesienie, więc mogę zabrać co tylko mi się podoba. pytanie tylko po co, skoro tam więcej i taniej.. potem jeszcze tydzień w Polsce na Wielkanoc, niestety wychodzi na to, że odpadnie planowana na kwiecień wyprawa na Białoruś -- w poszukiwaniu korzeni rodzinnych familii Ankudowicz. szkoda, bo byłoby fajnie..
od utraty pracy, bo nowe wyzwanie i żonę. chyba dobry deal, co? dwa w jednym. przeciągnie się nasz powrót do Polski, ale wszyscy wiedzą, że nasz kraj ojczysty wcale mnie nie mierzi, choć dookoła aż roi się od ludzi mających gdzieś chwalebną tradycję powstań niepodległościowych. przenoszę się do innej kultury, gdzie wszyscy czule się witają, pozdrawiają, a maile hurtowo rozpoczynają od how are you, choć wszyscy wiedzą, że gówno ich to obchodzi how I really am. zobaczymy. ja tam się cieszę..
zaczęło się we wtorek, jakoś przed miesiącem. spokojny zimowy angielski dzień rozdarła nowina, że NCsoft Europe zwalnia 50% załogi. trąbiły o tym tabloidy przeróżne, jedni mówili o restrukturyzacji, drudzy o decyzjach strategicznych, a miejscowa prasa nazwała to wydarzenie szokiem w branży gier komputerowych. no bo miało być tak pięknie, walka z Warcraftem, drżyj świecie, atakujemy z siłą azjatyckich produktów, a tu nagle klapa, poczułem się niepotrzebny. w domu śpiewałem Agacie w stylu starego dobrego Muńka Staszczyka... kochanie wczoraj zwolnili mnie z pracy, wiedz o tym że nie dali mi szansy... kazali odejść, wyrzucili za drzwi.. nie to żebym się specjalnie tym wszystkim przejmował. znam swoją wartość i prędzej czy później znalazłbym pozycję równie fajną jak tutaj. do tego wysoka odprawa, szybkie oferty z Nintendo i Segi. ale jednak niesmak pozostał -- przez te dwa lata zżyłem się z miastem, otoczeniem i przede wszystkim moimi tutaj ludźmi. zdobyłem wielu wartościowych przyjaciół, dziesiątki rożnych nacji, inne punkty widzenia.. pracowałem z ludźmi na wysokim poziomie i za te pełne dwa lata wspólnej egzystencji byłem im wdzięczny. no ale nagle pracy dla nas zabrakło. pomysłów mieliśmy kilka, a najważniejszymi było założenie własnej działalności i jechanie dalej, tyle, że pod własnym szyldem. ja oczywiście celowałem w Google, ale dział lokalizacji w Irlandii niestety jest pełny, a wtedy kiedy chłopaki szukali kogoś na moje miejsce, ja byłem bezpieczny w tym południowym zakątku super wielkiej Brytanii. no więc spotkania, rozmowy, wstępne decyzje. i być może wszystko poszłoby tą drogą (dostaliśmy konkretną ofertę pracy od jednej z największych kompanii lokalizacyjnych na świecie), gdyby nie upomniał się o mnie szef Production Studio naszej firmy. znamy się ze wspólnej pracy tutaj w Europie, a on kompletuje skład w naszej głównej siedzibie za oceanem i zrobi wszystko, aby mnie ściągnąć. pewnie gdybym był bardziej ułożonym i mniej skłonnym do upatrywania we wszystkim przygody to dałbym sobie spokój. ale nie jestem, wciąż nosi mnie po świecie, więc zaczęliśmy rozmowy..
NCsoft West z siedzibą główną w Seattle przejmuje więc wszystkie działy odpowiedzialne za produkcję gier na Zachodzie. komórka lokalizacyjna tworzona jest od nowa, dotąd całość zlokalizowana była w Brighton/UK. Wielki Mistrz zaproponował mi stanowiska Localisation Managera, czyli piętro wyżej od moich aktualnych obowiązków Loc Project Managera. miłe to i fajne, ale to jednak inny świat.. zaczęliśmy rozmawiać i niespodziewanie szybko doszliśmy do porozumienia odnośnie tego co trzeba zrobić i jak trzeba zrobić. a że 'JAK' wiem tylko ja, więc chcieli mnie bardzo bardzo. w grę oczywiście wchodzi bloody good offer, bo życie 9000 km od domu, z dala od rodziny i polskich przyjaciół, musi być czegoś warte. negocjacje trwały tydzień i ... zakończyły się sukcesem. od kwietnia przenoszę się do Stanów, a dokładnie do Seattle downtown w stanie Waszyngton. dalej już nie można..
no ale, że nie jestem na tym świecie sam, to trzeba było coś ustalić z drugą moją połową. rozmawialiśmy dużo, zaciekle wyrzucając z siebie wszystkie za i przeciw, w końcu podjęliśmy decyzję, że spróbujemy. spróbujemy wspólnie, więc aby Agata mogła dostać hamerykańską wizę, co pozwoliłoby jej pracować za Wielką Wodą, musi być moją żoną. z tym nie było większego problemu, bo przecież i tak mamy wesele już zaplanowane na czerwiec 2010. szybka decyzja, kilka telefonów i bookowanie lotu do Polski. lecimy w środę, w czwartek robota papierkowa, w sobotę ślub cywilny. nie wiedziałem, że tak można, prawie jak Las Vegas. z tym, że trochę mniej światełek i alkoholu we krwi. no więc pojmuję za żonę wybrankę moją, Agatę Jagielską. wychodzi, że będzie kolejna AA w rodzinie, po siostrze mojej, która cieszy się i gratuluje.. po ślubie wracamy, kilkanaście dni w UK, sprawy wizowe i szybkie pakowanko: trochę gratów pojedzie do Polski, większość wyląduje na śmietniku, część zabieramy do US. firma płaci za pełne przeniesienie, więc mogę zabrać co tylko mi się podoba. pytanie tylko po co, skoro tam więcej i taniej.. potem jeszcze tydzień w Polsce na Wielkanoc, niestety wychodzi na to, że odpadnie planowana na kwiecień wyprawa na Białoruś -- w poszukiwaniu korzeni rodzinnych familii Ankudowicz. szkoda, bo byłoby fajnie..
od utraty pracy, bo nowe wyzwanie i żonę. chyba dobry deal, co? dwa w jednym. przeciągnie się nasz powrót do Polski, ale wszyscy wiedzą, że nasz kraj ojczysty wcale mnie nie mierzi, choć dookoła aż roi się od ludzi mających gdzieś chwalebną tradycję powstań niepodległościowych. przenoszę się do innej kultury, gdzie wszyscy czule się witają, pozdrawiają, a maile hurtowo rozpoczynają od how are you, choć wszyscy wiedzą, że gówno ich to obchodzi how I really am. zobaczymy. ja tam się cieszę..
kategoria: zapiski link bezpośredni
zabytkowa stacja kolei wąskotorowej w Rudach
03.02.2009; 16:48
ostatnio prawie każda wizyta w Polsce pakuje mnie w jakieś dziwnie nostalgiczne klimaty. chodzę, szukam, dziwuję się. kręcę się po brudnych podwórkach, oglądam syfiaste miejsca, po których przecież stosunkowo niedawno sam biegałem w tenisówkach i przykrótkich spodniach.. patrzę, wręcz odkrywam wszystko na nowo. ostatnio nawet wziąłem rodzinkę w tour po wiejskiej części Górnego Śląska -- dotarliśmy w końcu do Rud Raciborskich i zabytkowej stacji kolei wąskotorowej i .. moje serce zamarło. wszystko przez wspomnienia z dzieciństwa. w dawnych dobrych czasach kolej wąskotorowa kursowała regularnie między kopalnią, a pobliską elektrociepłownią. było głośno, czarno od sadzy, a wszyscy dookoła wdychali dym z kominów, przy czym ciepło zasilało mieszkania na drugim końcu miasta. ale to był nasz czas i niezmienny rytuał z przejazdu pociągu koło naszych 'baz'. bazy mieściły się najczęściej na drzewach, a maszyniści znali nas z twarzy. po latach, gdy z rozkradzionej przez złomiarzy lini kolejowej pozostało jedynie wspomnienie, dane mi było z bliska przyjrzeć się tym cudom.. hobbyści i fanatycy po dziś dzień dbają o zabytkową stację w Rudach. kiedyś była to końcowa stacja, do której kursowała osobowa kolej wąskotorowa z Gliwic Śródmieścia. połączenie przetrwało kilka lat, raz nawet udało mi się nią przejechać. na stacji zbiera się te wszystkie cuda z minionych lat, prowadzi się rozruchy i naprawy sprzętu. wygląda to rewelacyjnie, choć gołym okiem widać dramatyczny upływ czasu. Górnośląskie Koleje Wąskotorowe mają długą i bogatą historię, o której po dziś dzień przypominają członkowie stowarzyszenia Gliwiczanie. organizuje się nawet rajdy szlakami kolei! wspaniała inicjatywa, bo przecież tego typu kolej to skarb regionu -- w Niemczech czy Francji restauruje się taką trakcję i czyni się z niej atrakcję turystyczną. u nas niestety nie ma kasy..
kategoria: pasje link bezpośredni
fotki z Barcelony
28.01.2009; 16:10
zaktualizowałem dział podróży. Barcelona przez długi czas była dość skąpo udokumentowana, oto więc 3 nowe galerie z wyprawy: (slajdy w większej rozdzielczości dostępne są tutaj)
architektura Barcelony. stare miasto (barro alto), La Rambla, nabrzeże, kościoły. z aparatem przez miasto w dzień i w nocy (60 zdjęć):
dzieła Antonio Gaudiego, katalońskiego architekta i inżyniera, foty głównie Agaty (30 zdjęć):
różne inne detale nie mieszczące się w innych kategoriach. bez jakiegokolwiek ładu i składu (30 zdjęć):
architektura Barcelony. stare miasto (barro alto), La Rambla, nabrzeże, kościoły. z aparatem przez miasto w dzień i w nocy (60 zdjęć):
dzieła Antonio Gaudiego, katalońskiego architekta i inżyniera, foty głównie Agaty (30 zdjęć):
różne inne detale nie mieszczące się w innych kategoriach. bez jakiegokolwiek ładu i składu (30 zdjęć):
kategoria: podróże link bezpośredni
z kart historii o kobietach..
20.01.2009; 16.58
powtarzam po filozofach, głowach kościoła, świętych. nie bić, koleżanki..
'zarodek płci męskiej staje się człowiekiem po 40 dniach, zarodek żeński po 80. dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów'. Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego
'kobiety są przeznaczone głównie do zaspokajania żądzy mężczyzn'. Św Jan Chryzostom (349-407) biskup Konstantynopola
'kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. to naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie' Św. Augustyn (354-430) filozof i teolog chrześcijański
'wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych' Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego
'kobieta powinna zasłaniać oblicze, bowiem nie zostało ono stworzone na obraz Boga'. Św. Ambroży (ok 340-397) Ojciec i doktor Kościoła
'kiedy widzisz kobietę, pamiętaj: to diabeł! Ona jest swoistym piekłem' Kapokrates, założyciel klasztory
'kobiety są błędem natury... z tym ich nadmiarem wilgoci, temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu... są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny...' Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego
'kobiecie przystoi jedynie szata żałobna. skoro tylko przekroczy próg wieku dojrzałego, winna zasłonić swe gorszące oblicze, by nie utracić szczęśliwości wiecznej' Tertulian (ok 160 - po 220), Ojciec Kościoła
'w miejscu, w którym zatrzyma się ksiądz, nie powinna przebywać żadna kobieta' ustalenia synodu paryskiego (846)
'kobiecie nie wolno mieszkać w pobliżu kościoła' ustalenia synodu w Coyaca (1050)
'księża, którzy udzielą noclegu kobietom i doznają przy tym podniety, muszą zostać ukarani. kobiety natychmiast mają zostać sprzedane przez biskupa jako niewolnice.' ustalenia synodu w Toledo
'u kobiety sama świadomość jej istnienia powinna wywoływać wstyd' Clemens Alexandrinus (215)
'kobietom nie wolno we własnym imieniu pisać ani otrzymywać listów' Ustalenia synodu w Ewirze (IV ne)
'cała płeć żeńska jest słaba i lekkomyślna. uświęcona zostaje jedynie przez macierzyństwo' Św Jan Chryzostom (349-407)
'zarodek płci męskiej staje się człowiekiem po 40 dniach, zarodek żeński po 80. dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów'. Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego
'kobiety są przeznaczone głównie do zaspokajania żądzy mężczyzn'. Św Jan Chryzostom (349-407) biskup Konstantynopola
'kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. to naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie' Św. Augustyn (354-430) filozof i teolog chrześcijański
'wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych' Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego
'kobieta powinna zasłaniać oblicze, bowiem nie zostało ono stworzone na obraz Boga'. Św. Ambroży (ok 340-397) Ojciec i doktor Kościoła
'kiedy widzisz kobietę, pamiętaj: to diabeł! Ona jest swoistym piekłem' Kapokrates, założyciel klasztory
'kobiety są błędem natury... z tym ich nadmiarem wilgoci, temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu... są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny...' Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego
'kobiecie przystoi jedynie szata żałobna. skoro tylko przekroczy próg wieku dojrzałego, winna zasłonić swe gorszące oblicze, by nie utracić szczęśliwości wiecznej' Tertulian (ok 160 - po 220), Ojciec Kościoła
'w miejscu, w którym zatrzyma się ksiądz, nie powinna przebywać żadna kobieta' ustalenia synodu paryskiego (846)
'kobiecie nie wolno mieszkać w pobliżu kościoła' ustalenia synodu w Coyaca (1050)
'księża, którzy udzielą noclegu kobietom i doznają przy tym podniety, muszą zostać ukarani. kobiety natychmiast mają zostać sprzedane przez biskupa jako niewolnice.' ustalenia synodu w Toledo
'u kobiety sama świadomość jej istnienia powinna wywoływać wstyd' Clemens Alexandrinus (215)
'kobietom nie wolno we własnym imieniu pisać ani otrzymywać listów' Ustalenia synodu w Ewirze (IV ne)
'cała płeć żeńska jest słaba i lekkomyślna. uświęcona zostaje jedynie przez macierzyństwo' Św Jan Chryzostom (349-407)
kategoria: humor link bezpośredni
Plener Dużej Rzeźby, Pszczew 2008
16.01.2009; 17.03
siedziałem tam z nimi prawie dwa dni i najciekawszą teorię usłyszałem na samym końcu: rzeźbienie polega na usunięciu zbędnego materiału. krótko i na temat..
pokaz slajdów i galeria:
kategoria: pasje link bezpośredni
nasze przedszkole..
15.01.2009; 17.53
kategoria: zapiski link bezpośredni
postanowienie noworoczne
14.01.2009; 18.04
kategoria: pasje link bezpośredni
miejsca na mapie UNESCO
09.01.2009; 13.25
wpadła mi ostatnio w ręcę witryna obrazująca miejsca znajdujące się na Liście
Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. niby nic nowego, bo
list w sieci jest sporo. ta jednak przedstawia
miejsca w formie graficznej za pomocą silnika Google Maps. podobnie jak w moim dziale podróży, mamy obiekty i łatwe dojście do
odpowiadających im zdjęć oraz daty dodania na listę. każdy zabytek linkowany jest z oficjalnym opisem na liście whc.unesco.org. małe a cieszy.
postanowiłem więc stworzyć listę odwiedzonych przeze mnie miejsc UNESCO. wyszły mi z tego pomysłu 42 pozycje, oto lista:
·Historic Centre of Evora, Portugal (link)
·Monastery of the Hieronymites and Tower of Belém in Lisbon, Portugal (link)
·Monastery of Batalha, Portugal (link)
·Historic Centre of Oporto, Portugal (link)
·Cultural Landscape of Sintra, Portugal (link)
·Alto Douro Wine Region, Portugal (link)
·Works of Antoni Gaudí, Barcelona, Spain (link)
·Palau de la Música Catalana and Hospital de Sant Pau, Barcelona, Spain (link)
·Paris, Banks of the Seine, France (link)
·Stonehenge, Avebury and Associated Sites, England, UK (link)
·Tower of London, England, UK (link)
·Maritime Greenwich, London, England, UK (link)
·Westminster Palace, Westminster Abbey, London, England, UK (link)
·Old and New Towns of Edinburgh, Scotland, UK (link)
·Defence Line of Amsterdam, Netherlands (link)
·Mill Network at Kinderdijk-Elshout, Netherlands (link)
·Historic Centre of Brugge, Belgium (link)
·Historic Centre of Prague, Czech Rep. (link)
·Town of Bamberg, Germany (link)
·Historic Centre of the City of Salzburg, Austria (link)
·Historic Centre of Vienna, Austria (link)
·Budapest, Banks of the Danube and Buda Castle Quarter, Budapest, Hungary (link)
·Church of Santa Maria delle Grazie with "The Last Supper" by Leonardo da Vinci, Milano, Italy (link)
·Venice and its Lagoon, Italy (link)
·Plitvice Lakes National Park, Croatia (link)
·Old City of Dubrovnik, Croatia (link)
·Old Bridge Area of the Old City of Mostar, Bosnia and Herzegovina (link)
·Meteora, Greece (link)
·Naval Port of Karlskrona, Sweden (link)
·Bryggen, Norway (link)
·West Norwegian Fjords ? Geirangerfjord and N?r?yfjord, Norway (link)
·L'viv -- the Ensemble of the Historic Centre, Ukraine (link)
·Kiev: Saint-Sophia Cathedral and Related Monastic Buildings, Kiev-Pechersk Lavra, Ukraine (link)
·Statue of Liberty, New York, USA (link)
·Independence Hall, Philadelphia, USA (link)
·Grand Canyon National Park, USA (link)
·Yosemite National Park, USA (link)
·Castle of the Teutonic Order in Malbork, Poland (link)
·Historic Centre of Warsaw, Poland (link)
·Wieliczka Salt Mine, Poland (link)
·Cracow's Historic Centre, Poland (link)
·Centennial Hall in Wroclaw, Poland (link)
·Historic Centre of Evora, Portugal (link)
·Monastery of the Hieronymites and Tower of Belém in Lisbon, Portugal (link)
·Monastery of Batalha, Portugal (link)
·Historic Centre of Oporto, Portugal (link)
·Cultural Landscape of Sintra, Portugal (link)
·Alto Douro Wine Region, Portugal (link)
·Works of Antoni Gaudí, Barcelona, Spain (link)
·Palau de la Música Catalana and Hospital de Sant Pau, Barcelona, Spain (link)
·Paris, Banks of the Seine, France (link)
·Stonehenge, Avebury and Associated Sites, England, UK (link)
·Tower of London, England, UK (link)
·Maritime Greenwich, London, England, UK (link)
·Westminster Palace, Westminster Abbey, London, England, UK (link)
·Old and New Towns of Edinburgh, Scotland, UK (link)
·Defence Line of Amsterdam, Netherlands (link)
·Mill Network at Kinderdijk-Elshout, Netherlands (link)
·Historic Centre of Brugge, Belgium (link)
·Historic Centre of Prague, Czech Rep. (link)
·Town of Bamberg, Germany (link)
·Historic Centre of the City of Salzburg, Austria (link)
·Historic Centre of Vienna, Austria (link)
·Budapest, Banks of the Danube and Buda Castle Quarter, Budapest, Hungary (link)
·Church of Santa Maria delle Grazie with "The Last Supper" by Leonardo da Vinci, Milano, Italy (link)
·Venice and its Lagoon, Italy (link)
·Plitvice Lakes National Park, Croatia (link)
·Old City of Dubrovnik, Croatia (link)
·Old Bridge Area of the Old City of Mostar, Bosnia and Herzegovina (link)
·Meteora, Greece (link)
·Naval Port of Karlskrona, Sweden (link)
·Bryggen, Norway (link)
·West Norwegian Fjords ? Geirangerfjord and N?r?yfjord, Norway (link)
·L'viv -- the Ensemble of the Historic Centre, Ukraine (link)
·Kiev: Saint-Sophia Cathedral and Related Monastic Buildings, Kiev-Pechersk Lavra, Ukraine (link)
·Statue of Liberty, New York, USA (link)
·Independence Hall, Philadelphia, USA (link)
·Grand Canyon National Park, USA (link)
·Yosemite National Park, USA (link)
·Castle of the Teutonic Order in Malbork, Poland (link)
·Historic Centre of Warsaw, Poland (link)
·Wieliczka Salt Mine, Poland (link)
·Cracow's Historic Centre, Poland (link)
·Centennial Hall in Wroclaw, Poland (link)
kategoria: podróże link bezpośredni
fotoksiążka
07.01.2009; 10.08
będąc w Polsce odwiedziliśmy Magdę i Mariusza -- parę, której wesele pstrykałem jakiś czas temu. Agata zajęła się
zrobieniem książki; teraz mogliśmy to dzieło zobaczyć. twarda oprawa, 34 strony, wysokiej jakości papier kredowy.
wykonanie: Empik -- żadnego pikselowania i ogólnie bardzo wysoka jakość druku. książka krąży po znajomych i robi
furorę, wszyscy chcą kopię..


kategoria: pasje link bezpośredni
autostradą nad Pacyfikiem
07.01.2009; 10.04
artykuł dla portalu Bermudy.pl: link.
Zwiedzając zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych nie sposób pominąć jednej z najpiękniejszych tras widokowych świata. Ciągnąca się wzdłuż Pacyfiku Autostrada Numer 1 to niespotykane połączenie krętej drogi, śmiało przerzucanych nad urwiskami mostów, nieskazitelnej przyrody i orzeźwiającego wiatru. Dla samych Amerykanów jest to miejsce kultowe.
Podróżowanie po Stanach Zjednoczonych kojarzy się zwykle z widokiem prostej, rozpalonej słońcem i ciągnącej się aż po horyzont autostrady. Wypożyczony samochód, tysiące kilometrów bezdroży i wszechogarniająca nas wolność. Sami Amerykanie opisują tego rodzaju drogi słowem classic i najczęściej mają na myśli dwie kultowe trasy swojego kraju: resztki legendarnej Route 66 (lub inne przecinające pustynie szosy Arizony, Nevady czy Utah) oraz Autostradę Numer 1.
W przeciwieństwie do jednolitych (co wcale nie znaczy nudnych) pustynnych tras łączących Las Vegas z kanionami i parkami krajobrazowymi , położona nad Oceanem Spokojnym droga to przede wszystkim cudowne krajobrazy.
California State Route 1, czyli Kalifornijska Autostrada Stanowa nr 1 łączy Los Angeles z oddalonym o 600 km na północ San Francisco. Odcinek ten można pokonać równolegle biegnącą autostradą międzystanową nr 5 (Interstate 5),
a trasa nie powinna trwać dłużej niż 6 godzin. Jeśli jednak nie goni nas czas to warto poświęcić kilkanaście godzin i skorzystać z zaproszenia jednej z tablic z napisem scenic route. Linia brzegowa należy tu do jednych z najpiękniejszych na świecie, a wytyczona wzdłuż oceanu trasa ciągnie się przez ponad 200 km.
Oficjalna nazwa autostrady zależy od lokalnych władz zarządzających konkretnym odcinkiem, tak więc możemy spotkać się z Pacific Coast Highway (PCH), California Highway 1, Pacific Highway, Seacoast Drive czy Ocean Boulevard. Droga w kilku miejscach pokrywa się z większą US101, którą warto przejechać pierwszą, mniej interesującą część trasy.
Wyjeżdżamy z Los Angeles i kierujemy się na północ, choć przewodniki radzą, aby trasę pokonywać w kierunku przeciwnym. Początek naszej drogi to prawdziwy poczet ?świętych" miasteczek, gdyż nasza autostrada pokrywa się ze starym szlakiem misji hiszpańskich, zwanym El Camino Real. Mijamy niewielkie wioski oraz tętniące życiem kurorty turystyczne: Santa Monica, San Buenaventura, Santa Barbara, Santa Maria czy San Luis Obispo. Najważniejszy odcinek
autostrady nr 1 rozpoczyna się zaraz za Obispo, w miejscowości Morro Bay, i ciągnie się aż do Santa Cruz. To tutaj możemy podziwiać prawdziwe piękno zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.
Wraz z każdym mijanym zakrętem naszym oczom ukazują się fantastyczne widoki, a w najgorszej sytuacji pozostaje kierowca, który z uwagi na strome urwiska i częsty brak barierek oddzielających trasę od klifów nie może sobie pozwolić na podziwianie krajobrazów. Zaletą drogi jest różnorodność scenerii: widoki zmieniają się wraz z pokonywanymi kilometrami, od pustyni do pięknych zielonych wzgórz, od karłowatych wysuszonych krzewów, po kwiaty, palmy i ogromne sekwoje.
Zapierające dech w piersiach krajobrazy to nie jedyne atrakcje autostrady. Liczne parkingi umożliwiają odpoczynek, a niektóre z nich wyposażono w miejsca biwakowe. Można tu rozbić namiot i przenocować, przy czym należy samemu zarejestrować się w odpowiednim zeszycie oraz uiścić opłatę do specjalnie przygotowanej skrzynki. Jesienią woda jest tu zimna, tak więc z kąpieli korzysta wyłącznie wszechobecne tutaj ptactwo. Wiele parkingów (w większości opanowanych przez kalifornijskie wiewiórki) oferuje dostęp do szerokich, piaszczystych plaż.
Do tych najbardziej znanych należą Salmon Creek oraz okolice Half Moon Bay. Po drodze mijamy zamek Hearsta, luksusową willę amerykańskiego magnata prasowego Williama
Randolpha Hearsta. Warto również zwrócić uwagę na znajdujące się na trasie miasteczka: słynące z historycznej hiszpańskiej architektury Carmel, założone przez duńskich emigrantów Solvang, w którym kręcono nagrodzony Oskarem film Sideways, czy największe z nich Monterey, rozsławione w świecie w książce 'Tortilla Flat' noblisty Johna Steinbecka. Zachodnie wybrzeże Oceanu Spokojnego umożliwia obserwację wielorybów, jednak nam, w październiku, nie udało się dostrzec żadnego z tych ssaków. Docieramy w końcu do Big Sur i najbardziej charakterystycznego odcinka z mostem Bixby Bridge z 1932 roku. To kolejna z atrakcji, która sprawia, że rocznie odwiedza to miejsce ponad 6 milionów turystów.
Szybkie przejechanie trasy zajmuje zwykle jeden pełny dzień, choć oczywiście można tu spędzić nawet tydzień. Najczęściej dopisuje pogoda, lecz nawet w słoneczne dni niespodziewanie pojawia się tu mgła. Największym problemem może okazać się samochód pełen fotografów i prośby o zatrzymanie się co 200 metrów. Kolejna zatoczka, kolejny widoczek, który koniecznie trzeba sfotografować. I jeszcze jedno: warto zatankować do pełna, gdyż na trasie znajduje się tylko jedna niewielka stacja benzynowa.
Zwiedzając zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych nie sposób pominąć jednej z najpiękniejszych tras widokowych świata. Ciągnąca się wzdłuż Pacyfiku Autostrada Numer 1 to niespotykane połączenie krętej drogi, śmiało przerzucanych nad urwiskami mostów, nieskazitelnej przyrody i orzeźwiającego wiatru. Dla samych Amerykanów jest to miejsce kultowe.
Podróżowanie po Stanach Zjednoczonych kojarzy się zwykle z widokiem prostej, rozpalonej słońcem i ciągnącej się aż po horyzont autostrady. Wypożyczony samochód, tysiące kilometrów bezdroży i wszechogarniająca nas wolność. Sami Amerykanie opisują tego rodzaju drogi słowem classic i najczęściej mają na myśli dwie kultowe trasy swojego kraju: resztki legendarnej Route 66 (lub inne przecinające pustynie szosy Arizony, Nevady czy Utah) oraz Autostradę Numer 1.
W przeciwieństwie do jednolitych (co wcale nie znaczy nudnych) pustynnych tras łączących Las Vegas z kanionami i parkami krajobrazowymi , położona nad Oceanem Spokojnym droga to przede wszystkim cudowne krajobrazy.
California State Route 1, czyli Kalifornijska Autostrada Stanowa nr 1 łączy Los Angeles z oddalonym o 600 km na północ San Francisco. Odcinek ten można pokonać równolegle biegnącą autostradą międzystanową nr 5 (Interstate 5),
a trasa nie powinna trwać dłużej niż 6 godzin. Jeśli jednak nie goni nas czas to warto poświęcić kilkanaście godzin i skorzystać z zaproszenia jednej z tablic z napisem scenic route. Linia brzegowa należy tu do jednych z najpiękniejszych na świecie, a wytyczona wzdłuż oceanu trasa ciągnie się przez ponad 200 km.
Oficjalna nazwa autostrady zależy od lokalnych władz zarządzających konkretnym odcinkiem, tak więc możemy spotkać się z Pacific Coast Highway (PCH), California Highway 1, Pacific Highway, Seacoast Drive czy Ocean Boulevard. Droga w kilku miejscach pokrywa się z większą US101, którą warto przejechać pierwszą, mniej interesującą część trasy.
Wyjeżdżamy z Los Angeles i kierujemy się na północ, choć przewodniki radzą, aby trasę pokonywać w kierunku przeciwnym. Początek naszej drogi to prawdziwy poczet ?świętych" miasteczek, gdyż nasza autostrada pokrywa się ze starym szlakiem misji hiszpańskich, zwanym El Camino Real. Mijamy niewielkie wioski oraz tętniące życiem kurorty turystyczne: Santa Monica, San Buenaventura, Santa Barbara, Santa Maria czy San Luis Obispo. Najważniejszy odcinek
autostrady nr 1 rozpoczyna się zaraz za Obispo, w miejscowości Morro Bay, i ciągnie się aż do Santa Cruz. To tutaj możemy podziwiać prawdziwe piękno zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.
Wraz z każdym mijanym zakrętem naszym oczom ukazują się fantastyczne widoki, a w najgorszej sytuacji pozostaje kierowca, który z uwagi na strome urwiska i częsty brak barierek oddzielających trasę od klifów nie może sobie pozwolić na podziwianie krajobrazów. Zaletą drogi jest różnorodność scenerii: widoki zmieniają się wraz z pokonywanymi kilometrami, od pustyni do pięknych zielonych wzgórz, od karłowatych wysuszonych krzewów, po kwiaty, palmy i ogromne sekwoje.
Zapierające dech w piersiach krajobrazy to nie jedyne atrakcje autostrady. Liczne parkingi umożliwiają odpoczynek, a niektóre z nich wyposażono w miejsca biwakowe. Można tu rozbić namiot i przenocować, przy czym należy samemu zarejestrować się w odpowiednim zeszycie oraz uiścić opłatę do specjalnie przygotowanej skrzynki. Jesienią woda jest tu zimna, tak więc z kąpieli korzysta wyłącznie wszechobecne tutaj ptactwo. Wiele parkingów (w większości opanowanych przez kalifornijskie wiewiórki) oferuje dostęp do szerokich, piaszczystych plaż.
Do tych najbardziej znanych należą Salmon Creek oraz okolice Half Moon Bay. Po drodze mijamy zamek Hearsta, luksusową willę amerykańskiego magnata prasowego Williama
Randolpha Hearsta. Warto również zwrócić uwagę na znajdujące się na trasie miasteczka: słynące z historycznej hiszpańskiej architektury Carmel, założone przez duńskich emigrantów Solvang, w którym kręcono nagrodzony Oskarem film Sideways, czy największe z nich Monterey, rozsławione w świecie w książce 'Tortilla Flat' noblisty Johna Steinbecka. Zachodnie wybrzeże Oceanu Spokojnego umożliwia obserwację wielorybów, jednak nam, w październiku, nie udało się dostrzec żadnego z tych ssaków. Docieramy w końcu do Big Sur i najbardziej charakterystycznego odcinka z mostem Bixby Bridge z 1932 roku. To kolejna z atrakcji, która sprawia, że rocznie odwiedza to miejsce ponad 6 milionów turystów.
Szybkie przejechanie trasy zajmuje zwykle jeden pełny dzień, choć oczywiście można tu spędzić nawet tydzień. Najczęściej dopisuje pogoda, lecz nawet w słoneczne dni niespodziewanie pojawia się tu mgła. Największym problemem może okazać się samochód pełen fotografów i prośby o zatrzymanie się co 200 metrów. Kolejna zatoczka, kolejny widoczek, który koniecznie trzeba sfotografować. I jeszcze jedno: warto zatankować do pełna, gdyż na trasie znajduje się tylko jedna niewielka stacja benzynowa.kategoria: podróże link bezpośredni
rok w 40 sekund
06.01.2009; 10.09
na powitanie nowego roku 40-sekundowa kompilacja z ostatnich 365 dni autorstwa Norwega Eirika Solheima:
kategoria: cudze link bezpośredni
coraz bliżej święta, coraz bliżej święta..
23.12.2008; 18.04
grudzień strzelił jak z bicza i szybciej niż to było planowane zostałem wujkiem! Daniel, syn mojej sys i Lucka, ma się dobrze,
śpi i nie ryczy jak niektórzy z naszej familii. na dzień dobry młodzi rodzice zapodali sobie lustrzankę i każdy dzień zaczyna się wyjątkową sesją zdjęciową.
zawsze w ten sposób myślałem o swoim potomku -- możliwość przedstawienia świata dziecka z perspektywy upływających dni... Daniela ujrzę już za kilka
dni, muszę mu powiedzieć, żeby się nie wygłupiał i jak każdy szanujący się Gliwiczanin zaczął kibicować zabrzańskiemu Górnikowi. no ale pewnie nie będzie
jeszcze wiedział, o czym ja rozmawiam.. w każdym razie, Danielu Aleksandrze, z tego tu miejsca, witam Cię serdecznie, ufnie i wesoło na tym ziemskim
padole. i niech się wiedzie! a ponadto dookoła masa pracy -- Koreańcy dają nam nieźle popalić, AION w swoim premierowym tygodniu na rynkach
azjatyckich pobił wszelkie rekordy i jest już hitem namber łan! szykuje się jakaś delegacja za ocean, ale nie wiadomo jeszcze czy Wschód, czy raczej Zachód
(siedziba główna NC West to Seattle, tam wysoko, gdzie zimno i widać granicę kanadyjską..). do tego dopadają mnie wciąż goniące terminy artykułów dla
Bermud i projektów stron dla wszystkich dookoła. dopiero co skończyliśmy stronę grupy WS Finance (Olek, właściciel,
nieźle sobie radzi. nawet już więźniowie dla niego pracują -- jak to wszystko jest zorganizowane, autokary jakieś popodstawiali..), a już pojawił się Pietruch,
jeden z bardziej aktywnych kibiców Arki Gdynia, z planem własnej witryny poświęconej kolekcji szali klubowych.. w końcu witrynka powstała (główny
nacisk na bazę danych) i jest dostępna na stronie pietruch-szale.tk. żółta czcionka na niebieskim tle
to typowy must-be fanatyka piłkarskiego, dla którego barwy własnej drużyny są wszystkim. Pietruch jest także fanem zabrzańskiego Górnika i londyńskiego
Millwall, na którego meczu ostatnio razem byliśmy. jak można się było spodziewać, zlało nas strasznie, choć przed meczem mieliśmy całkiem fajną imprezkę
w angielskim pubie, rodem z Football Factory..
święta. kolejna sentymentalna podróż do domu i tekst 'travel home for Chrismtas' w statusie gg. to już w sumie trzeci raz wracam z UK i z marszu zasiadam z rodziną przy wigilijnym stole. myślę sobie, że takie chwile już na zawsze będą istotą życia. czymś, co pamiętamy z okresu dzieciństwa i co nierozerwalnie kojarzy nam się z ciepłem własnego domu.. rodzina w święta i przyjaciele po świętach. znowu nie widziałem ich już kilka miesięcy i znowu poleją się metry piwa w jednym z pubów na gliwickim rynku. a może i jakieś wino na ławce w parku, jak przed laty na przywitanie wiosny? choć nie, zimno chyba.. ponownie wzniesiemy kufle, ponownie posypią się opowieści o dawno minionych, osiedlowo-szkolno-wypadowych czasach. zjawi się Łuki, którego wydarzenia pognały aż do Norwegii, a który nawet na krańcu świata będzie mi bratem. stawi się Misiek robiący karierę w austriackiej firmie logistycznej, również pierwszoplanowa postać w moim dwudziestoośmioletnim już życiu. z Rokitnicy wiatr przygna Dara, aktywnie poszukującego swojego miejsca na ziemi.. swego czasu turlaliśmy się pod stołami knajpowymi, sączyliśmy najlepiej na świecie smakujące piwo akademikowe, a na jedym z dawnych zimowych wypadów (Szczyrk?) przez kilka godzin chodził po nim kot, a biedny Daru nie miał sił się bronić.. pojawi się Maras, doktorant nauk różnych, zdecydowanie najynteligentnijeszy z nas wszystkich -- coraz bliższy tytuł doktora i miłość do ostrej jazdy metalowej nie przekszadza mu w snuciu kolorowych planów o wspaniałym życiu emigracyjnym.. trzeba odwiedzić Józka Bluesa, który nigdzie się nie wybiera, niczego nie poszukuje, nigdy nie ma pieniędzy, ale którego lubią wszyscy, bo mówi dużo i bez sensu. u niego od zawsze to samo: stare utwory bluesowe, poezja Stachury, papierosowy dym, alkohol i playstation do późnych godzin rannych. przez jego dom przewinęło się chyba z pół Gliwic: głównie nasi starzy załoganci, ale były też kobiety, dzieci, dorośli i paru artystów kombinatorów. poszukamy Grzesia, starego punk-rockowca z kapeli ROZŁAM (ew Rozłam-Ones), któremu najlepsze teksty utworów zawsze przychodziły na myśl późną nocą, przy spowolnieniu, nostalgii i w chwilach zadumy. z wizytą wpadnie Pisiu, którego kariera sędziowska nabiera rozpędu w miarę rozwoju korupcji w polskiej piłce. jest już wysoko, gwiżdże, drukuje i wciąż wisi mi gotówkę za wspólny, nieudany interes.. z Holandii zjadą Ziele, Bobek i inni, którzy od lat jarają trawę i bawią się swoim życiem w różnokolorowych narkotykowych zwidach.. nie wiem co u Maga, który po wyjeździe do Dublinu zupełnie urwał się z naszej okołodzielnicowej więzi. Adaś z kolei poznał wreszcie swoją miłość i mam wrażenie, że może być nieuchwytny.. w porywach szczęścia spotkam się z Tomkiem, który nigdy nie mógł zrozumieć fenomenu zbiorowej wyobraźni, wspólnych wyskoków, które nakazywały współbiesiadującym w miarę jednakowe zachowania..
ponownie przejdę się szarymi dzielnicowymi uliczkami. osiedle z roku na rok jakby się uspokajało, statkowało. wszyscy z podobnych mi roczników albo porozjeżdżali się po świecie, albo najhuczniejsze wyskoki mają już danwo za sobą i rozkręcają się dosyć rzadko. do głosu dochodzi młodzież w wieku lat szesnastu -- kolejne pokolenie gówniarzy z kapturami na głowach, z pustką w sercu i tęsknotą za aktywnością chuligańską. ale to kompletne świry i już od pewnego czasu chowają w swych dresowych spodniach ostre jak brzytwa noże. na murach pojawia się coraz więcej haseł PIAST GKS i JEBAĆ KSG, ale to łatwe do przewidzenia następstwo awansu Gliwiczan do ekstraklasy. spróbuję sobie przypomnieć nasze i tylko nasze zaułki i wszystkie te czasy, w których bawiliśmy się w policjantów i złodziei. koniecznie odwiedzę klasyczny sklep na Modrzejewskiej -- to wciąż największa szansa trafienia jakiejś znajomej twarzy, jakiegoś ziomala, który nie uciekł, nie umiał, nie potrafił, albo mu się nie chciało. tych, którzy uciekli, a przyjechali, jak ja, z daleka łatwo rozpoznać. pełznąc po ciemnych zakamarkach mojej dzielnicy nie trzeba być bystrym obserwatorem, aby określić, co się zmieniło. zmieniło się dużo, dzielnica wypiękniała, ale na dobrą sprawę to wciąż takie samo zadupie, jak za naszych czasów. jedna linia autobusowa nadal kursuje tu 3 razy na godzinę, aby dojść do przystanku tramwajowego trzeba przejść przez teren kompletnie ześwirowanych, przepitych załogantów, z których tylko nieliczni dociągają do pięćdziesiątki.. policja tutaj nie bywa, straż miejską widać tylko podczas poranków.. ale to piękne, że przy okazji świąt można tutaj powrócić..
Merry Christmas 2008!
święta. kolejna sentymentalna podróż do domu i tekst 'travel home for Chrismtas' w statusie gg. to już w sumie trzeci raz wracam z UK i z marszu zasiadam z rodziną przy wigilijnym stole. myślę sobie, że takie chwile już na zawsze będą istotą życia. czymś, co pamiętamy z okresu dzieciństwa i co nierozerwalnie kojarzy nam się z ciepłem własnego domu.. rodzina w święta i przyjaciele po świętach. znowu nie widziałem ich już kilka miesięcy i znowu poleją się metry piwa w jednym z pubów na gliwickim rynku. a może i jakieś wino na ławce w parku, jak przed laty na przywitanie wiosny? choć nie, zimno chyba.. ponownie wzniesiemy kufle, ponownie posypią się opowieści o dawno minionych, osiedlowo-szkolno-wypadowych czasach. zjawi się Łuki, którego wydarzenia pognały aż do Norwegii, a który nawet na krańcu świata będzie mi bratem. stawi się Misiek robiący karierę w austriackiej firmie logistycznej, również pierwszoplanowa postać w moim dwudziestoośmioletnim już życiu. z Rokitnicy wiatr przygna Dara, aktywnie poszukującego swojego miejsca na ziemi.. swego czasu turlaliśmy się pod stołami knajpowymi, sączyliśmy najlepiej na świecie smakujące piwo akademikowe, a na jedym z dawnych zimowych wypadów (Szczyrk?) przez kilka godzin chodził po nim kot, a biedny Daru nie miał sił się bronić.. pojawi się Maras, doktorant nauk różnych, zdecydowanie najynteligentnijeszy z nas wszystkich -- coraz bliższy tytuł doktora i miłość do ostrej jazdy metalowej nie przekszadza mu w snuciu kolorowych planów o wspaniałym życiu emigracyjnym.. trzeba odwiedzić Józka Bluesa, który nigdzie się nie wybiera, niczego nie poszukuje, nigdy nie ma pieniędzy, ale którego lubią wszyscy, bo mówi dużo i bez sensu. u niego od zawsze to samo: stare utwory bluesowe, poezja Stachury, papierosowy dym, alkohol i playstation do późnych godzin rannych. przez jego dom przewinęło się chyba z pół Gliwic: głównie nasi starzy załoganci, ale były też kobiety, dzieci, dorośli i paru artystów kombinatorów. poszukamy Grzesia, starego punk-rockowca z kapeli ROZŁAM (ew Rozłam-Ones), któremu najlepsze teksty utworów zawsze przychodziły na myśl późną nocą, przy spowolnieniu, nostalgii i w chwilach zadumy. z wizytą wpadnie Pisiu, którego kariera sędziowska nabiera rozpędu w miarę rozwoju korupcji w polskiej piłce. jest już wysoko, gwiżdże, drukuje i wciąż wisi mi gotówkę za wspólny, nieudany interes.. z Holandii zjadą Ziele, Bobek i inni, którzy od lat jarają trawę i bawią się swoim życiem w różnokolorowych narkotykowych zwidach.. nie wiem co u Maga, który po wyjeździe do Dublinu zupełnie urwał się z naszej okołodzielnicowej więzi. Adaś z kolei poznał wreszcie swoją miłość i mam wrażenie, że może być nieuchwytny.. w porywach szczęścia spotkam się z Tomkiem, który nigdy nie mógł zrozumieć fenomenu zbiorowej wyobraźni, wspólnych wyskoków, które nakazywały współbiesiadującym w miarę jednakowe zachowania..
ponownie przejdę się szarymi dzielnicowymi uliczkami. osiedle z roku na rok jakby się uspokajało, statkowało. wszyscy z podobnych mi roczników albo porozjeżdżali się po świecie, albo najhuczniejsze wyskoki mają już danwo za sobą i rozkręcają się dosyć rzadko. do głosu dochodzi młodzież w wieku lat szesnastu -- kolejne pokolenie gówniarzy z kapturami na głowach, z pustką w sercu i tęsknotą za aktywnością chuligańską. ale to kompletne świry i już od pewnego czasu chowają w swych dresowych spodniach ostre jak brzytwa noże. na murach pojawia się coraz więcej haseł PIAST GKS i JEBAĆ KSG, ale to łatwe do przewidzenia następstwo awansu Gliwiczan do ekstraklasy. spróbuję sobie przypomnieć nasze i tylko nasze zaułki i wszystkie te czasy, w których bawiliśmy się w policjantów i złodziei. koniecznie odwiedzę klasyczny sklep na Modrzejewskiej -- to wciąż największa szansa trafienia jakiejś znajomej twarzy, jakiegoś ziomala, który nie uciekł, nie umiał, nie potrafił, albo mu się nie chciało. tych, którzy uciekli, a przyjechali, jak ja, z daleka łatwo rozpoznać. pełznąc po ciemnych zakamarkach mojej dzielnicy nie trzeba być bystrym obserwatorem, aby określić, co się zmieniło. zmieniło się dużo, dzielnica wypiękniała, ale na dobrą sprawę to wciąż takie samo zadupie, jak za naszych czasów. jedna linia autobusowa nadal kursuje tu 3 razy na godzinę, aby dojść do przystanku tramwajowego trzeba przejść przez teren kompletnie ześwirowanych, przepitych załogantów, z których tylko nieliczni dociągają do pięćdziesiątki.. policja tutaj nie bywa, straż miejską widać tylko podczas poranków.. ale to piękne, że przy okazji świąt można tutaj powrócić..
Merry Christmas 2008!
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
tekst cudzy: Andrzej Stasiuk -- Fado
12.12.2008; 13.09
nie chcę bynajmniej powiedzieć, że my tu, na Wschodzie, jesteśmy trochę jak Cyganie -- choć to ciekawa i pociągająca metafora.
bynajmniej jednak trudno nam Europę, jako całość uznać za swoją własność, za swoją ojczyznę, za swoje dziedzictwo. jesteśmy w niej obcy, przychodzimy z zewnątrz, z krain, o których sama Europa ma mgliste pojęcie, traktując je raczej jako zagrożenie niż część siebie samej.
z nami też jest niewiele lepiej. przyglądając się wam, widzimy swoją przyszłość. w ten sposób nasze życie staje się nudne, pozbawione tajemnicy i ekscytacji. nie mogliśmy wam towarzyszyć w waszym rozkwicie i wzroście, lecz za to będziemy małpować wasz schyłek. jeśli jest coś fascynującego w tym, co ma nastąpić, to nasze własne błędy, które popełnimy. niewykluczone, że naszą kontynentalną misją jest deformacja waszych osiągnięć, ich rozkład, groteskowa przemiana i parodia, która przedłuży im życie.
#####
być może tak będzie wyglądała przyszłość: nasze ojczyzny, nasze kraje znikną jako duchowe, kulturowe punkty odniesienia. zniknie Polska, znikną Włochy, zniknie Francja. dlaczego nie? coraz więcej rzeczy znika i coraz więcej pojawia się nowych. zostanie Fiat, Coca-Cola, Microsoft, Nike i Johny Walker. potem i Fiat, i Ford znikną, zniknie nawet Nokia i nastaną ich przyszłe, doskonalsze wcielenia, do których będziemy się modlić, prosząc o pocieszenie i nadzieję.
bardzo możliwe, że właśnie w ten sposób Zachód nareszcie połączy się ze Wschodem. bezdomność duchowych emigrantów stanie się na koniec wspólnym domem..
bynajmniej jednak trudno nam Europę, jako całość uznać za swoją własność, za swoją ojczyznę, za swoje dziedzictwo. jesteśmy w niej obcy, przychodzimy z zewnątrz, z krain, o których sama Europa ma mgliste pojęcie, traktując je raczej jako zagrożenie niż część siebie samej.
z nami też jest niewiele lepiej. przyglądając się wam, widzimy swoją przyszłość. w ten sposób nasze życie staje się nudne, pozbawione tajemnicy i ekscytacji. nie mogliśmy wam towarzyszyć w waszym rozkwicie i wzroście, lecz za to będziemy małpować wasz schyłek. jeśli jest coś fascynującego w tym, co ma nastąpić, to nasze własne błędy, które popełnimy. niewykluczone, że naszą kontynentalną misją jest deformacja waszych osiągnięć, ich rozkład, groteskowa przemiana i parodia, która przedłuży im życie.
#####
być może tak będzie wyglądała przyszłość: nasze ojczyzny, nasze kraje znikną jako duchowe, kulturowe punkty odniesienia. zniknie Polska, znikną Włochy, zniknie Francja. dlaczego nie? coraz więcej rzeczy znika i coraz więcej pojawia się nowych. zostanie Fiat, Coca-Cola, Microsoft, Nike i Johny Walker. potem i Fiat, i Ford znikną, zniknie nawet Nokia i nastaną ich przyszłe, doskonalsze wcielenia, do których będziemy się modlić, prosząc o pocieszenie i nadzieję.
bardzo możliwe, że właśnie w ten sposób Zachód nareszcie połączy się ze Wschodem. bezdomność duchowych emigrantów stanie się na koniec wspólnym domem..
kategoria: cudze link bezpośredni
W królestwie Porto..
04.12.2008; 18.37
artykuł dla portalu Bermudy.pl: link
Położone na zachodnim krańcu Europy, ponad 3000 km od Warszawy, Porto nie jest zbyt często odwiedzanym przez Polaków miastem. Jednak może warto dać szansę miejscu urodzenia sławnego Henryka Żeglarza, królestwu rozsławionego w świecie wina oraz tętniącej życiem dzielnicy Ribeira?
Okrzyknięte stolicą północy Porto jest drugim co do wielkości miastem Portugalii Najstarsze wzmianki o znajdującej się w tym miejscu osadzie, od której później wzięła się nazwa całego kraju - Portus Cale - pochodzą z V wieku. Porto zbudowano na północnym, górzystym brzegu rzeki Douro, przy samym jej ujściu do Oceanu Atlantyckiego. Miasto zamieszkuje dzisiaj ok. 240 tys. osób (choć znaczna część ludności osiedliła się w mniejszych miejscowościach okręgu Wielkie Porto), co z pewnością przypadnie do gustu zmęczonemu ogromnymi metropoliami turyście. Chociaż Porto jest miastem dość rozległym, to najważniejsze atrakcje znajdują się na stosunkowo niewielkim obszarze, pomiędzy nadrzeczną Ribeirą, a centralną aleją Avenida dos Aliados. Właśnie ta cześć Porto definiuje całe miasto: siatka średniowiecznych brukowanych uliczek, kolorowe kamienice i pranie powiewające nad głowami przechodniów. Stara część miasta nie zmienia się od lat...
Zwiedzanie rozpoczynam od Avenida dos Aliados, która uważana jest za ścisłe centrum Porto. Aleja ta składa się z dwóch jednokierunkowych ulic przedzielonych szerokim deptakiem, pasmem drzew i fontanną. Po obu jej stronach dominuje ciekawa neoklasyczna architektura. Na północnym końcu alei znajduje się miejski ratusz - Câmara Municipal - z 70-metrową wieżą dzwonniczą, a na południowym, w pobliżu Praça da Liberdade, stacja kolejowa Sao Bento. Warto choć na chwilę wejść do środka tego budynku i przyjrzeć się 20 tysiącom płytek azulejo , które układają się w sceny z historii Portugalii. Dzieło autorstwa Jorge Colaço powstało w latach 1905-1916, a
sam autor uznawany za jednego z najważniejszych malarzy azulejo tamtych czasów. Avenida dos Aliados jest również dobrym miejscem na nocleg: liczne hotele i dobrze utrzymane hostele oferują dwuosobowy pokój już od 40-50 euro za noc ze śniadaniem. Nie od dzisiaj wiadomo, że portugalskie miasta do najczystszych nie należą. Porto jednak nie ma się czego wstydzić i moim zdaniem panuje tu o wiele większy porządek niż np. w Lizbonie czy Coimbrze. Średniowieczna zabudowa Porto od 1996 roku znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Co ciekawe, chroniony obszar nie jest ograniczony wyłącznie do starej, znajdującej się w obrębie XIV-wiecznych murów miejskich, dzielnicy, lecz rozciąga się aż do położonych po drugiej stronie rzeki zabudowań Vila Nova de Gaia. Tutaj magazynuje się i sprzedaje wino Porto. Spacerując wąskimi brukowanymi uliczkami starego miasta (Barredo) odbywamy również wycieczkę w czasie: żółte i czerwone kamieniczki zachowały swój średniowieczny charakter, a znajdująca się na wzgórzu Penaventosa katedra (Sé) dumnie spogląda na miasto i rzekę Douro. Katedra, jako świątynia obronna, powstała w XII wieku. Z jej tarasu rozciąga się piękny widok na całe miasto. Z innych kościołów warto zobaczyć Torre dos Clérigos oraz złocony Igreja de Sao Francisco.
Porto to oczywiście nie tylko historia. Znajdują się tu również: dzielnica biznesowa, giełda papierów wartościowych, wspaniale zaprojektowana linia metra, największy w Portugalii uniwersytet i wiele nowoczesnych muzeów. Na końcu jednej z najdłuższych prostych ulic Europy - Avenida da Boavista - znajduje się Casa da Musica, czyli Dom Muzyki. Zaprojektowany przez Holendra Rema Koolhaasa budynek o nieregularnych kształtach jest główną salą koncertową Porto, a od 2005 roku, kiedy skończyła się jego budowa, uznawany jest również za architektoniczną wizytówkę miasta. Ośmiokilometrowa trasa kończy się pomnikiem
spoglądającego w kierunku Brazylii króla Joao VI oraz szerokimi plażami nad Atlantykiem. Jak mawia mój portugalski przyjaciel, duszą Porto jest nabrzeże Douro i znajdująca się tam Ribeira. Miejsce to było kiedyś handlowym centrum miasta. To tutaj, przy Cais da Ribeira, odprawiano statki, podpisywano umowy, dokonywano rozliczeń. Dzisiaj port już tu nie istnieje, a dzielnica wraz z centralnym placem Praça Da Ribeira jest miejscem spotkań towarzyskich. Na niewielkiej przestrzeni aż roi się od małych restauracyjek, pubów i ogródków, które do późnych godzin nocnych serwują dania i wszystkie możliwe napoje. Zjawiliśmy się tutaj w środku nocy i ze znalezieniem miejsca w restauracji pod gołym niebem był spory problem. Zabawa w Portugalii rozpoczyna się po godzinie 23, a Porto nie jest w tej mierze wyjątkiem. Jest gwarno, głośno i wesoło. Podobnie zresztą za dnia: zarówno miejscowi, jak i turyści tłumnie wypełniają skwer i liczne wąskie uliczki schodzące w kierunku rzeki.
Warto wykupić wycieczkę oferowaną przez lokalne biura turystyczne i przepłynąć się niewielkim statkiem w górę i w dół rzeki Douro. Miasto z tej perspektywy sprawia zupełnie inne wrażenie!
Porto szczyci się również potężnymi i rozpoznawalnymi w świecie mostami. Zbudowano ich tu sześć, a do najważniejszych zalicza się dwukondygnacyjny Ponte de Dom Lu~s z 1886 roku. Jego projektantem był uczeń Gustave'a Eiffela -Teófilo Seyrig. Na szczególną uwagę zasługuje również Ponte da Arrábida, który opiera się na jednym żelbetonowym przęśle o długości 615 i szerokości 27 metrów. Most powstał w 1963 roku. Jak na tamte czasy, było to niezwykle ambitne i niebezpieczne rozwiązanie. Po drugiej stronie Douro rozciąga się Vila Nova de Gaia. Właściwie jest to już odrębne miasto, które w świecie zasłynęło z butelkowania i przechowywania wina Porto. Do dzisiaj znajdują się tu magazyny wszystkich liczących się producentów tego gatunku wina. Większość firm oferuje zwiedzanie swoich siedzib i piwnic składowych. Oglądanie zwykle połączone jest z degustacją różnych gatunków i roczników win. Przy nabrzeżu stoją barcos rabelos, czyli specjalne łodzie o płaskim dnie, które przez lata wykorzystywano do transportu beczek z winem z regionu Alto Douro (Górne Douro). Obecnie łodzie są wyłącznie turystyczną atrakcją, a przy produkcji wina wykorzystuje się tylko nowoczesne, lądowe środki transportu. Na zakończenie wizyty w Porto, warto udać się jeszcze na wycieczkę w górę Złotej Rzeki. Niekończące się plantacje winogron i czerwone dachy mijanych kamiennych wiosek sprawiają, że jest to jeden z najpiękniejszych regionów Portugalii. To już jednak temat na zupełnie inną opowieść...
Położone na zachodnim krańcu Europy, ponad 3000 km od Warszawy, Porto nie jest zbyt często odwiedzanym przez Polaków miastem. Jednak może warto dać szansę miejscu urodzenia sławnego Henryka Żeglarza, królestwu rozsławionego w świecie wina oraz tętniącej życiem dzielnicy Ribeira?
Okrzyknięte stolicą północy Porto jest drugim co do wielkości miastem Portugalii Najstarsze wzmianki o znajdującej się w tym miejscu osadzie, od której później wzięła się nazwa całego kraju - Portus Cale - pochodzą z V wieku. Porto zbudowano na północnym, górzystym brzegu rzeki Douro, przy samym jej ujściu do Oceanu Atlantyckiego. Miasto zamieszkuje dzisiaj ok. 240 tys. osób (choć znaczna część ludności osiedliła się w mniejszych miejscowościach okręgu Wielkie Porto), co z pewnością przypadnie do gustu zmęczonemu ogromnymi metropoliami turyście. Chociaż Porto jest miastem dość rozległym, to najważniejsze atrakcje znajdują się na stosunkowo niewielkim obszarze, pomiędzy nadrzeczną Ribeirą, a centralną aleją Avenida dos Aliados. Właśnie ta cześć Porto definiuje całe miasto: siatka średniowiecznych brukowanych uliczek, kolorowe kamienice i pranie powiewające nad głowami przechodniów. Stara część miasta nie zmienia się od lat...
Zwiedzanie rozpoczynam od Avenida dos Aliados, która uważana jest za ścisłe centrum Porto. Aleja ta składa się z dwóch jednokierunkowych ulic przedzielonych szerokim deptakiem, pasmem drzew i fontanną. Po obu jej stronach dominuje ciekawa neoklasyczna architektura. Na północnym końcu alei znajduje się miejski ratusz - Câmara Municipal - z 70-metrową wieżą dzwonniczą, a na południowym, w pobliżu Praça da Liberdade, stacja kolejowa Sao Bento. Warto choć na chwilę wejść do środka tego budynku i przyjrzeć się 20 tysiącom płytek azulejo , które układają się w sceny z historii Portugalii. Dzieło autorstwa Jorge Colaço powstało w latach 1905-1916, a
sam autor uznawany za jednego z najważniejszych malarzy azulejo tamtych czasów. Avenida dos Aliados jest również dobrym miejscem na nocleg: liczne hotele i dobrze utrzymane hostele oferują dwuosobowy pokój już od 40-50 euro za noc ze śniadaniem. Nie od dzisiaj wiadomo, że portugalskie miasta do najczystszych nie należą. Porto jednak nie ma się czego wstydzić i moim zdaniem panuje tu o wiele większy porządek niż np. w Lizbonie czy Coimbrze. Średniowieczna zabudowa Porto od 1996 roku znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Co ciekawe, chroniony obszar nie jest ograniczony wyłącznie do starej, znajdującej się w obrębie XIV-wiecznych murów miejskich, dzielnicy, lecz rozciąga się aż do położonych po drugiej stronie rzeki zabudowań Vila Nova de Gaia. Tutaj magazynuje się i sprzedaje wino Porto. Spacerując wąskimi brukowanymi uliczkami starego miasta (Barredo) odbywamy również wycieczkę w czasie: żółte i czerwone kamieniczki zachowały swój średniowieczny charakter, a znajdująca się na wzgórzu Penaventosa katedra (Sé) dumnie spogląda na miasto i rzekę Douro. Katedra, jako świątynia obronna, powstała w XII wieku. Z jej tarasu rozciąga się piękny widok na całe miasto. Z innych kościołów warto zobaczyć Torre dos Clérigos oraz złocony Igreja de Sao Francisco.
Porto to oczywiście nie tylko historia. Znajdują się tu również: dzielnica biznesowa, giełda papierów wartościowych, wspaniale zaprojektowana linia metra, największy w Portugalii uniwersytet i wiele nowoczesnych muzeów. Na końcu jednej z najdłuższych prostych ulic Europy - Avenida da Boavista - znajduje się Casa da Musica, czyli Dom Muzyki. Zaprojektowany przez Holendra Rema Koolhaasa budynek o nieregularnych kształtach jest główną salą koncertową Porto, a od 2005 roku, kiedy skończyła się jego budowa, uznawany jest również za architektoniczną wizytówkę miasta. Ośmiokilometrowa trasa kończy się pomnikiem
spoglądającego w kierunku Brazylii króla Joao VI oraz szerokimi plażami nad Atlantykiem. Jak mawia mój portugalski przyjaciel, duszą Porto jest nabrzeże Douro i znajdująca się tam Ribeira. Miejsce to było kiedyś handlowym centrum miasta. To tutaj, przy Cais da Ribeira, odprawiano statki, podpisywano umowy, dokonywano rozliczeń. Dzisiaj port już tu nie istnieje, a dzielnica wraz z centralnym placem Praça Da Ribeira jest miejscem spotkań towarzyskich. Na niewielkiej przestrzeni aż roi się od małych restauracyjek, pubów i ogródków, które do późnych godzin nocnych serwują dania i wszystkie możliwe napoje. Zjawiliśmy się tutaj w środku nocy i ze znalezieniem miejsca w restauracji pod gołym niebem był spory problem. Zabawa w Portugalii rozpoczyna się po godzinie 23, a Porto nie jest w tej mierze wyjątkiem. Jest gwarno, głośno i wesoło. Podobnie zresztą za dnia: zarówno miejscowi, jak i turyści tłumnie wypełniają skwer i liczne wąskie uliczki schodzące w kierunku rzeki.
Warto wykupić wycieczkę oferowaną przez lokalne biura turystyczne i przepłynąć się niewielkim statkiem w górę i w dół rzeki Douro. Miasto z tej perspektywy sprawia zupełnie inne wrażenie!
Porto szczyci się również potężnymi i rozpoznawalnymi w świecie mostami. Zbudowano ich tu sześć, a do najważniejszych zalicza się dwukondygnacyjny Ponte de Dom Lu~s z 1886 roku. Jego projektantem był uczeń Gustave'a Eiffela -Teófilo Seyrig. Na szczególną uwagę zasługuje również Ponte da Arrábida, który opiera się na jednym żelbetonowym przęśle o długości 615 i szerokości 27 metrów. Most powstał w 1963 roku. Jak na tamte czasy, było to niezwykle ambitne i niebezpieczne rozwiązanie. Po drugiej stronie Douro rozciąga się Vila Nova de Gaia. Właściwie jest to już odrębne miasto, które w świecie zasłynęło z butelkowania i przechowywania wina Porto. Do dzisiaj znajdują się tu magazyny wszystkich liczących się producentów tego gatunku wina. Większość firm oferuje zwiedzanie swoich siedzib i piwnic składowych. Oglądanie zwykle połączone jest z degustacją różnych gatunków i roczników win. Przy nabrzeżu stoją barcos rabelos, czyli specjalne łodzie o płaskim dnie, które przez lata wykorzystywano do transportu beczek z winem z regionu Alto Douro (Górne Douro). Obecnie łodzie są wyłącznie turystyczną atrakcją, a przy produkcji wina wykorzystuje się tylko nowoczesne, lądowe środki transportu. Na zakończenie wizyty w Porto, warto udać się jeszcze na wycieczkę w górę Złotej Rzeki. Niekończące się plantacje winogron i czerwone dachy mijanych kamiennych wiosek sprawiają, że jest to jeden z najpiękniejszych regionów Portugalii. To już jednak temat na zupełnie inną opowieść...kategoria: podróże link bezpośredni
Kredowy przylądek..
04.12.2008; 15.35
artykuł dla portalu Bermudy.pl: link
Co łączy Jamesa Bonda, Robin Hooda i Harrego Pottera? Białe klify angielskiego wybrzeża, które pojawiają się w produkcjach filmowych wszystkich trzech klasycznych już bohaterów.
Wiele kilometrów wybrzeża południowej Anglii, począwszy od Dover, a kończąc na plażach Kornwalii, charakteryzuje forma klifowa. Te najwyższe, a jednocześnie jedne z najpiękniejszych klifów, znajdują się w hrabstwie East Sussex, pomiędzy kurortami Brighton i Eastbourne. Miejsce to przed milionami lat było dnem morza. W okresie Kredy na skutek masowego obumierania morskich organizmów tworzą się kolejne warstwy osadów, a na początku ery kenozoicznej teren ulega spiętrzeniu. Reszty dzieła dokonuje erozja, która przeradza obszar w dramatyczne klify. Erozja trwa zresztą do dzisiaj, a wody Kanału La Manche każdego roku wydzierą kolejne metry lądu i na nowo kształtują wygląd wybrzeża.
Ciągnąca się nad wapiennymi klifami malownicza trasa oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności ? to get away from it all, jak mawiają miejscowi Anglicy. Dwa najbardziej znane miejsca to grupy klifów Seven Sisters w pobliżu miasteczka Seaford oraz Beachy Head, niedaleko Eastbourne. Siedem Sióstr to grupa siedmiu (choć niektórzy doszukują się ośmiu) klifów znajdujących się przy ujściu meandrującej rzeki Cuckmere. W 1971 roku ustanowiono tu Park Narodowy oferujący odwiedzającym liczne atrakcje,
począwszy od pieszych wycieczek i obserwacji ptaków, na spływach kajakowych kończąc. Potyczki i niespokojne wody Kanału przyczyniły się na tym obszarze do wielu katastrof morskich. W pobliżu Seven Sisters doliczono się przynajmniej 25 zatopionych okrętów, a do najbardziej znanych zalicza się katastrofy hiszpańskiego statku Nympha Americana z 1747 roku oraz niemieckiego żaglowca Polynesia,
który zatonął tu w 1890 roku. Wrak tego ostatniego jest do dzisiaj widoczny z pobliskiej plaży, gdyż pływy w tym miejscu dochodzą nawet do poziomu 15 metrów. Moim osobistym hitem jest jednak Beachy Head ? malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się na wysokość 162 m. nad poziom morza. To kredowe urwisko nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego (pierwsza wzmianka z roku 1274), gdzie słowo Beauchef oznaczało Przepiękny Przyczułek. Znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni ?Spanish Ladies? (również w jej polskim odpowiedniku: Hiszpańskie dziewczyny):
Legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. Znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. Legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma
jasnymi światłami widocznymi z odległości 26 mil morskich, na skutek erozji znajduje się już 17 metrów od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka. Osobiście nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem, ale na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji ? myślę, że nie jestem odosobniony, w końcu miejsce to odwiedza rocznie ok. 350 tys. turystów. Wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno i romantyzm biało-czerwonego budynku. Śnieżnobiałe klify można podziwiać również z dołu, jednak poziom wody zmienia się niezwykle szybko, dlatego należy uważać, aby w porę opuścić niebezpieczne obszary.
Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. Każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób, o których po dziś dzień przypominają liczne krzyże i starannie ułożone na trawie kwiaty. Motyw upadku z Beachy Head pojawia się również w teledysku piosenki Close to Me zespołu The Cure.
Co łączy Jamesa Bonda, Robin Hooda i Harrego Pottera? Białe klify angielskiego wybrzeża, które pojawiają się w produkcjach filmowych wszystkich trzech klasycznych już bohaterów.
Wiele kilometrów wybrzeża południowej Anglii, począwszy od Dover, a kończąc na plażach Kornwalii, charakteryzuje forma klifowa. Te najwyższe, a jednocześnie jedne z najpiękniejszych klifów, znajdują się w hrabstwie East Sussex, pomiędzy kurortami Brighton i Eastbourne. Miejsce to przed milionami lat było dnem morza. W okresie Kredy na skutek masowego obumierania morskich organizmów tworzą się kolejne warstwy osadów, a na początku ery kenozoicznej teren ulega spiętrzeniu. Reszty dzieła dokonuje erozja, która przeradza obszar w dramatyczne klify. Erozja trwa zresztą do dzisiaj, a wody Kanału La Manche każdego roku wydzierą kolejne metry lądu i na nowo kształtują wygląd wybrzeża.
Ciągnąca się nad wapiennymi klifami malownicza trasa oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności ? to get away from it all, jak mawiają miejscowi Anglicy. Dwa najbardziej znane miejsca to grupy klifów Seven Sisters w pobliżu miasteczka Seaford oraz Beachy Head, niedaleko Eastbourne. Siedem Sióstr to grupa siedmiu (choć niektórzy doszukują się ośmiu) klifów znajdujących się przy ujściu meandrującej rzeki Cuckmere. W 1971 roku ustanowiono tu Park Narodowy oferujący odwiedzającym liczne atrakcje,
począwszy od pieszych wycieczek i obserwacji ptaków, na spływach kajakowych kończąc. Potyczki i niespokojne wody Kanału przyczyniły się na tym obszarze do wielu katastrof morskich. W pobliżu Seven Sisters doliczono się przynajmniej 25 zatopionych okrętów, a do najbardziej znanych zalicza się katastrofy hiszpańskiego statku Nympha Americana z 1747 roku oraz niemieckiego żaglowca Polynesia,
który zatonął tu w 1890 roku. Wrak tego ostatniego jest do dzisiaj widoczny z pobliskiej plaży, gdyż pływy w tym miejscu dochodzą nawet do poziomu 15 metrów. Moim osobistym hitem jest jednak Beachy Head ? malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się na wysokość 162 m. nad poziom morza. To kredowe urwisko nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego (pierwsza wzmianka z roku 1274), gdzie słowo Beauchef oznaczało Przepiękny Przyczułek. Znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni ?Spanish Ladies? (również w jej polskim odpowiedniku: Hiszpańskie dziewczyny):
The first land we sighted was called the Dodman,
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
Legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. Znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. Legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma
jasnymi światłami widocznymi z odległości 26 mil morskich, na skutek erozji znajduje się już 17 metrów od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka. Osobiście nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem, ale na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji ? myślę, że nie jestem odosobniony, w końcu miejsce to odwiedza rocznie ok. 350 tys. turystów. Wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno i romantyzm biało-czerwonego budynku. Śnieżnobiałe klify można podziwiać również z dołu, jednak poziom wody zmienia się niezwykle szybko, dlatego należy uważać, aby w porę opuścić niebezpieczne obszary.Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. Każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób, o których po dziś dzień przypominają liczne krzyże i starannie ułożone na trawie kwiaty. Motyw upadku z Beachy Head pojawia się również w teledysku piosenki Close to Me zespołu The Cure.
kategoria: podróże link bezpośredni
Pszczew
18.11.2008; 19.13
stoję na rynku w Pszczewie -- niewielkiej lubuskiej wsi. wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak
zapamiętałem to z moich poprzednich wizyt w tym miejscu. być może jest trochę bardziej kolorowo,
dookoła nowsze samochody i piękniejsze reklamy sklepowe, jednak na dobrą sprawę mógłbym przysiąc,
że wyjechałem stąd nie dalej niż tydzień temu. gdy po raz pierwszy pojawiłem się w tej miejscowości, a było to już ponad 15 lat temu, zastanawiałem się, jak też można tu żyć. gdzie są tramwaje, stadiony, ludzie..
co robić, gdy nie świeci słońce, jak spędzać czas.. po latach zdałem sobie sprawę, że fenomen
małych miasteczek polega właśnie na braku cywilizacji. na spokoju, trwaniu, zaściankowości. w
rzekach regionu musiało jeszcze upłynąć wody na niejedną powódź, abym mógł sobie tę prawdę na dobre
uświadomić.. a w tym roku przyleciałem tu aż z Wielkiej Brytanii: samolotem z Gatwicka do Poznania, następnie pociągiem oraz trzema autostopami.. fenomen?kategoria: podróże link bezpośredni
tekst cudzy: kibicowanie w latach 90' by DR. MARTENS
13.11.2008; 18.44
przeglądając starsze wpisy na forum kibiców Górnika natknąłem się na fantastyczny tekst obrazujący strukturę i zachowania polskich kibiców lat dziewięćdziesiątych. tekst jest mi bliski, choć ja wówczas dopiero zaczynałem moją przygodę z Górnikiem (mój pierwszy mecz przy ul. Roosevelta to 1991 rok, czyli wkrótce stuknie mi 20 lat na kibicowskiej drodze). tekst daje również do myślenia: kibicowanie znacznie zmieniło się przez ostatnie lata. na mecze wyjazdowe jeździ znacznie więcej ludzi, jest lepsza organizacja, wyższy poziom bezpieczeństwa.. powstają nowe stadiony, a po EURO2012 nic już nie będzie takie samo..
Kiedyś było inaczej-również kibicowsko. Szczególnie w pięknych latach 90-tych.
Wszyscy chodziliśmy w kurtkach typu fleyers (potocznie nazywanych bamberami), które na meczach obracało się na pomarańczową stronę. Często tą właśnie stronę kurtki malowano markerami herb klubu bądź jego nazwę. Ubieraliśmy się na dresowo bądź w stylu skinheads. Większość z nas goliła głowy na łyso albo nosiła charakterystyczne grzywki na popersa. Szaliki były tylko pasiaki, zazwyczaj robione własnoręcznie przez nasze mamy i babcie. Jeśli dwa kluby miały identyczne barwy np. Widzew i ŁKS, to rozróżniać je można było po frędzelkach. Jeśli Widzew miał je czerwone to ŁKS z kolei białe. Nasze górnicze 'trójkolorowe' pasiaki kończyły się białymi frędzelkami. Szaliki z napisami pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych i stanowiły prawdziwy rarytas. Sporo osób chodziło w szalach zagranicznych drużyn,które łatwiej można było zdobyć. Dominowały szale BVB, Liverpoolu, Schalke, Bayernu, Arsenalu.
Każdy kto zakładał szalik musiał się liczyć z tym,że ktoś będzie chciał mu go odebrać i zawsze być gotowym do obrony swych barw. Nie było jak obecnie podziałów na 'hooligans', 'ultras' czy pikników. Jechałeś na wyjazd, zakładałeś szal -- musiałeś liczyć się z konsekwencjami.
Na wyjazdy zawsze jeździło się bez biletów. Trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie, by mieć (w razie wyrzucenia z cugu) w zapasie jeszcze kilka połączeń. Na wyjazdach wszyscy pili, wszyscy mieli szale, wszyscy w razie potrzeby bili się. Każdy wyjazd to była jedna wielka przygoda. Awantury, pijackie akcje, śmieszne sytuacje. To również ciągłe użeranie się z gliniarzami, kanarami i rewizorami. Najczęściej jeździliśmy w ok. 50 osobowej grupie. Czasami zdarzało się jechać w kilkanaście osób na mecze w środę lub na mało atrakcyjne sportowo i kibicowsko. Gdy gdzieś pojechaliśmy w grupie 100, 200 lub więcej osób to uważaliśmy to za sukces. Wyjątkiem były pojedynki derbowe, które mobilizowały nawet kilkutysięczną rzesze kibiców Górnika. Był to okres, w którym nasza drużyna sportowo dołowała. Jednak na wyjazdy jeździliśmy zawsze.
Opraw meczowych w zasadzie nie było. Czasami ktoś podprowadził lub załatwił wojskową świece dymną albo odpalało się kilogramy saletry. Młodzi kibice przynosili konfetti i tyle. Zgody umacniało się różnymi alkoholami, lecz najczęściej tanimi winami. Jeśli goszczony kibic porzygał się, to znaczyło że został dobrze przyjęty.
Policja dokuczała nam w zasadzie od zawsze. W sektorze 13 (tam znajdował się nasz młyn) kolegium można było dostać za palenie papierosa, stanie na ławce, użycie wulgarnego słowa, bądź bez wyraźnej przyczyny. Często bez powodu policja pacyfikowała cały nasz sektor. Podczas wyjazdów policjanci lubili wyrzucać z pociągu pojedyncze osoby na poszczególnych stacjach. Każdy wyjazdowiec posiadał kolekcje kredytów i kolegium. Szczególnie dokuczał nam pewien funkcjonariusz na którego mówiliśmy 'Rumburak'. Starsi kibice wiedzą o kim mowa.
Flagi robiło się własnoręcznie. Zazwyczaj były to pionowe lub poziome trójkolorowe pasy. Napisy były malowane farbami lub sprayami (rzadziej wyszywane) z nazwą klubu, miasta bądź dzielnicy. Dominowały napisy typu 'KSG KING'. Nie było internetu, kolorowych gazetek. Informacje o kibicach czerpało się z gazet sportowych, a niektóre osoby wycinały je i wklejały do zeszytu. Lata 90-te to również okres pojawienia się zinów kibicowskich powielanych na ksero.
Mógłbym tak jeszcze długo wspominać,ale komu by się to chciało czytać. Nie mniej jednak bardzo się ciesze, że miałem okazje jeździć na mecze w tamtym okresie czasu. Pozostały piękne wspomnienia i przyjaciele do dnia dzisiejszego, którzy towarzyszyli mi (bądź nadal towarzyszą) w tej przygodzie z Górnikiem Zabrze.
Kiedyś było inaczej-również kibicowsko. Szczególnie w pięknych latach 90-tych.
Wszyscy chodziliśmy w kurtkach typu fleyers (potocznie nazywanych bamberami), które na meczach obracało się na pomarańczową stronę. Często tą właśnie stronę kurtki malowano markerami herb klubu bądź jego nazwę. Ubieraliśmy się na dresowo bądź w stylu skinheads. Większość z nas goliła głowy na łyso albo nosiła charakterystyczne grzywki na popersa. Szaliki były tylko pasiaki, zazwyczaj robione własnoręcznie przez nasze mamy i babcie. Jeśli dwa kluby miały identyczne barwy np. Widzew i ŁKS, to rozróżniać je można było po frędzelkach. Jeśli Widzew miał je czerwone to ŁKS z kolei białe. Nasze górnicze 'trójkolorowe' pasiaki kończyły się białymi frędzelkami. Szaliki z napisami pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych i stanowiły prawdziwy rarytas. Sporo osób chodziło w szalach zagranicznych drużyn,które łatwiej można było zdobyć. Dominowały szale BVB, Liverpoolu, Schalke, Bayernu, Arsenalu.
Każdy kto zakładał szalik musiał się liczyć z tym,że ktoś będzie chciał mu go odebrać i zawsze być gotowym do obrony swych barw. Nie było jak obecnie podziałów na 'hooligans', 'ultras' czy pikników. Jechałeś na wyjazd, zakładałeś szal -- musiałeś liczyć się z konsekwencjami.
Na wyjazdy zawsze jeździło się bez biletów. Trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie, by mieć (w razie wyrzucenia z cugu) w zapasie jeszcze kilka połączeń. Na wyjazdach wszyscy pili, wszyscy mieli szale, wszyscy w razie potrzeby bili się. Każdy wyjazd to była jedna wielka przygoda. Awantury, pijackie akcje, śmieszne sytuacje. To również ciągłe użeranie się z gliniarzami, kanarami i rewizorami. Najczęściej jeździliśmy w ok. 50 osobowej grupie. Czasami zdarzało się jechać w kilkanaście osób na mecze w środę lub na mało atrakcyjne sportowo i kibicowsko. Gdy gdzieś pojechaliśmy w grupie 100, 200 lub więcej osób to uważaliśmy to za sukces. Wyjątkiem były pojedynki derbowe, które mobilizowały nawet kilkutysięczną rzesze kibiców Górnika. Był to okres, w którym nasza drużyna sportowo dołowała. Jednak na wyjazdy jeździliśmy zawsze.
Opraw meczowych w zasadzie nie było. Czasami ktoś podprowadził lub załatwił wojskową świece dymną albo odpalało się kilogramy saletry. Młodzi kibice przynosili konfetti i tyle. Zgody umacniało się różnymi alkoholami, lecz najczęściej tanimi winami. Jeśli goszczony kibic porzygał się, to znaczyło że został dobrze przyjęty.
Policja dokuczała nam w zasadzie od zawsze. W sektorze 13 (tam znajdował się nasz młyn) kolegium można było dostać za palenie papierosa, stanie na ławce, użycie wulgarnego słowa, bądź bez wyraźnej przyczyny. Często bez powodu policja pacyfikowała cały nasz sektor. Podczas wyjazdów policjanci lubili wyrzucać z pociągu pojedyncze osoby na poszczególnych stacjach. Każdy wyjazdowiec posiadał kolekcje kredytów i kolegium. Szczególnie dokuczał nam pewien funkcjonariusz na którego mówiliśmy 'Rumburak'. Starsi kibice wiedzą o kim mowa.
Flagi robiło się własnoręcznie. Zazwyczaj były to pionowe lub poziome trójkolorowe pasy. Napisy były malowane farbami lub sprayami (rzadziej wyszywane) z nazwą klubu, miasta bądź dzielnicy. Dominowały napisy typu 'KSG KING'. Nie było internetu, kolorowych gazetek. Informacje o kibicach czerpało się z gazet sportowych, a niektóre osoby wycinały je i wklejały do zeszytu. Lata 90-te to również okres pojawienia się zinów kibicowskich powielanych na ksero.
Mógłbym tak jeszcze długo wspominać,ale komu by się to chciało czytać. Nie mniej jednak bardzo się ciesze, że miałem okazje jeździć na mecze w tamtym okresie czasu. Pozostały piękne wspomnienia i przyjaciele do dnia dzisiejszego, którzy towarzyszyli mi (bądź nadal towarzyszą) w tej przygodzie z Górnikiem Zabrze.
kategoria: cudze link bezpośredni
Halloween po angielsku..
03.11.2008; 18.24
kategoria: zapiski link bezpośredni
Bermudy.pl
30.10.2008; 17.25
dwa moje artykuły wraz ze zdjęciami zostały sprzedane Agorze i pojawiły się w serwisie turystycznym Bermudy.pl, będącym częścią Gazety.pl. tajemniczy strażnik angielskich nizin, czyli tekst o figurze Long Man of Wilmington, który pojawił się na moim blogu 29 września znajduje się tu (początek artykułu wraz ze zdjęciem umieszczono nawet na stronie głównej gazety.pl), a wpis Camp Nou - katalońska arena snów z 2 maja tego roku można znaleźć tutaj..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Bośnia i Hercegowina
17.10.2008; 17.28
pełna galeria zdjęć z Bośni i Hercegowiny dostępna jest w dziale podróże.
kategoria: podróże link bezpośredni
Games Convention videos from NCE..
13.10.2008; 11.23
dzisiaj wrzucam 3 NCsoftowskie filmiki przygotowane specjalnie na tegoroczne targi gier komputerowych w Lipsku. Games Convention jest największą imprezą w branży gier komputerowych w tej części świata -- kilkaset producentów, wydawców, setki tysięcy odwiedzających i prezentacje najnowszych produktów, zapowiedzi, celów. to, co widzicie poniżej, jest głównie dziełem naszego community service, czyli działu poświęconego relacjom ze społecznością graczy. zawsze mówiłem, że pracuję z ludźmi wszechstronnie utalentowanymi, a w tym przypadku oprócz pomysłowości udało im się włożyć w filmiki sporą dawkę humoru.. zresztą od jakiegoś czasu myślę o szerszym pokazaniu ludzi, z którymi codziennie współpracuję. przyszłościowo planuję poświęcić im jakiś miesiąc mojego fotobloga, ale wideo będzie dobrym początkiem. wrzucam 3 epizody (z dziesięciu przygotowanych), reszta dostępna jest w linkach na jutiubie:
no więc po kolei: pierwszy kolo w poniższym klipie do Julien, Francuz, który odszedł z firmy w zeszłym tygodniu. będzie pracował w Dublinie nad Warhammerem. kolejny to Martin, Niemiec z Dortmundu, jajcarz i opowiadacz zabawnych historii. obok niego siedzi Loic -- również Francuz (co słychać), z którym co poniedziałek kopiemy piłkę na zielonej murawie. 'What do you recon, Jorg?' pada z ust Alexa, Australijczyka. równy kolo, który jakiś czas temu odszedł z NCsoftu, by powrócić do nas po 3 miesiącach banicji. Jorg, również Niemiec, rocker o farbowanych na brązowo włosach. szydzi z niego Martin z Norymbergi, z którym również gramy w piłkę, tyle że na PlayStation.. następna jest Tia, nasza perełka z Polinezji Francuskiej (to tam daleko na Oceanie Spokojnym; nie wiem dokładnie gdzie, ale leci się tam 20 godzin z przesiadką w LA). po jej lewej Peter, Hiszpan, który twierdzi, że Hiszpanem nie jest, bo urodził się w Belgii. no i Sebastian -- Szwed z jakiejś zaśnieżonej nory z którym czasem gramy w gry online. obok niego Nicolas, nawiązując do Ikei, a samo wprowadzenie do dyskusji pada z ust Jen -- Brytyjki, z którą nigdy nie rozmawiałem..
na drugim klipie mamy Stephena (ten łysy) -- najbardziej pomysłowego kolesia, z którym kiedykolwiek współpracowałem. te wszystkie filmy to zresztą jego idee. razem z Alexem przepytują kolejno: Rickiego z mieczem (jednego z Koreańczyków z naszego biura w Seulu), Martina, Alexa, Jorga, Loica, ponownie Jorga (wszystkich ich już znacie), Toma, Volkera rapera, który dostaje ciepłą posadkę na targach ;)
na 3 klipie występuje głównie Tom -- Angol, który prawie 2 lata temu nie podzielił się ze mną swoim łączem internetowym.. Tom odszedł z firmy 2 tygodnie temu, i w większości panowała opinia, że jest to: really big loss for the company. pomysłowy, otwarty, bezkompromisowy. podobno świetny grafik i projektant.. stare kino niczym z lat 30-stych Hollywood, albo, bardziej współcześnie, z projektu Dharma, jaki mieliśmy w Loście. pod koniec ponownie pojawia się Martin, którego na lunchu zlałem w Pro Evolution Soccer ;)
no więc po kolei: pierwszy kolo w poniższym klipie do Julien, Francuz, który odszedł z firmy w zeszłym tygodniu. będzie pracował w Dublinie nad Warhammerem. kolejny to Martin, Niemiec z Dortmundu, jajcarz i opowiadacz zabawnych historii. obok niego siedzi Loic -- również Francuz (co słychać), z którym co poniedziałek kopiemy piłkę na zielonej murawie. 'What do you recon, Jorg?' pada z ust Alexa, Australijczyka. równy kolo, który jakiś czas temu odszedł z NCsoftu, by powrócić do nas po 3 miesiącach banicji. Jorg, również Niemiec, rocker o farbowanych na brązowo włosach. szydzi z niego Martin z Norymbergi, z którym również gramy w piłkę, tyle że na PlayStation.. następna jest Tia, nasza perełka z Polinezji Francuskiej (to tam daleko na Oceanie Spokojnym; nie wiem dokładnie gdzie, ale leci się tam 20 godzin z przesiadką w LA). po jej lewej Peter, Hiszpan, który twierdzi, że Hiszpanem nie jest, bo urodził się w Belgii. no i Sebastian -- Szwed z jakiejś zaśnieżonej nory z którym czasem gramy w gry online. obok niego Nicolas, nawiązując do Ikei, a samo wprowadzenie do dyskusji pada z ust Jen -- Brytyjki, z którą nigdy nie rozmawiałem..
na drugim klipie mamy Stephena (ten łysy) -- najbardziej pomysłowego kolesia, z którym kiedykolwiek współpracowałem. te wszystkie filmy to zresztą jego idee. razem z Alexem przepytują kolejno: Rickiego z mieczem (jednego z Koreańczyków z naszego biura w Seulu), Martina, Alexa, Jorga, Loica, ponownie Jorga (wszystkich ich już znacie), Toma, Volkera rapera, który dostaje ciepłą posadkę na targach ;)
na 3 klipie występuje głównie Tom -- Angol, który prawie 2 lata temu nie podzielił się ze mną swoim łączem internetowym.. Tom odszedł z firmy 2 tygodnie temu, i w większości panowała opinia, że jest to: really big loss for the company. pomysłowy, otwarty, bezkompromisowy. podobno świetny grafik i projektant.. stare kino niczym z lat 30-stych Hollywood, albo, bardziej współcześnie, z projektu Dharma, jaki mieliśmy w Loście. pod koniec ponownie pojawia się Martin, którego na lunchu zlałem w Pro Evolution Soccer ;)
kategoria: humor link bezpośredni
Polska - Czechy
11.10.2006; 22.50
Polska pokonała wyżej notowane Czechy 2-1 w kolejnym meczu eliminacji MŚ! nie wiem, czy wierzyć w przeznaczenie, zrządzenie losu, fatum, czy po prostu magię liczb. dokładnie dwa lata temu nasi grali z Portugalią. grali również w sobotę 11. października. identycznie jak dzisiaj grali w Chorzowie na Stadionie Śląskim, a sędziował im niemiecki arbiter, Wolfgang Stark. i jakby tego było mało, Polacy znowu wygrali w stosunku 2-1. ba, prowadzili 2-0, a honorowa bramka rywali znowu padła na kilka minut przed zakończeniem meczu. no takie rzeczy to tylko w Erze.. wtedy również napisałem taką oto notkę pochwalną. już sam nie wiem, co o tym myśleć, jak powiedział król Dezmod, gdy przyłapano go na oszukiwaniu w karty. dwa lata temu siedziałem przed telewizorem w pokoju moich rodziców, dzisiaj mecz śledziłem w Anglii. i nieważne, że transmisja kanału chińskiego przycinała jak cholera, że rwał się nawet głos komentatorów w pierwszym programie Polskiego Radia. to wszystko nieważne, jutro i tak pobiorę cały mecz, aby zanalizować go na spokojnie, bez drżenia w sercu.. ważne, że Polacy potrafią, muszą tylko czuć nóż na gardle i miażdżące docinki polskiej prasy. że Leo jest królem, że nasi nawet nie grając w swoich klubach biją na głowę przereklamowane europejskie gwiazdeczki. ależ magia! dzięki chłopaki, jakoś tak lepiej w sercu na emigracji..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Chorwacja cz. V -- Dubrownik -- perła Adriatyku..
10.10.2008; 17.19
kategoria: podróże link bezpośredni
dwa zdjęcia..
4.10.2008; 03.16
robię coraz więcej zdjęć. nie dopuszczam myśli, że mógłbym się wypuścić gdzieś dalej bez
aparatu. z setek, tysięcy ujęć czasem wybiorę coś lepszego. czasem coś się trafi. i mimo
że nie chcę w tym momencie nawiązywać do przysłowiowej kury, to jednak coraz częściej
dostrzegam płytkość tej mojej pasji. stawiam na kadr, walczę o jakość, czaruję w
Photoshopie oszukując siebie samego i wszystkich dookoła. jednak bezsenną nocą dociera
do mnie, że fotografia wcale nie polega na jowialnych krajobrazach, na pustych, a
jednocześnie do perfekcji podciągniętych kadrach. bo kto powiedział, że ma być ładnie,
ostro i wyraźnie? że niebo ma być pięknie błękitne, a twarz uśmiechnięta. coraz bardziej
dociera do mnie, że moje zdjęcia mijają się z prawdą. i rzeczywistością, o czym pisał
kiedyś Pedro Meyer. zastanawiając się dalej, czy fotografia nie jest aby zwyczajnym
kłamstwem? po raz pierwszy dotarło to do mnie podczas przeglądania nagrodzonych zdjęć w
konkursie World Press Photo. jednym ze zwycięzców został Rafał Milach za swój
fotoreportaż o emerytowanych cyrkowcach. przekaz, myśl, intencje!! zamysł, próba
przekazania czegoś -- to w rzeczywistości ważna rzecz przy ocenie fotografii.
oczywiście, są różne kategorie, płaszczyzny. podwójne dno nie jest przecież przepustką
do raju. a jednak obraz, który nie wzbudza uczuć, wrażeń, nie przywołuje doświadczeń,
jest tylko kolejnym zlepkiem pikseli. a przecież można ciekawiej, choć zupełnie prosto,
jak tutaj..
podczas wizyty w Bośni zrobiłem dwa zdjęcia prawdziwe. i to właśnie te dwa przypadkowe
strzały tłumaczą mi niewielką wartość wszystkich pozostałych. na brukowanej uliczce
Mostaru siedzi starszy szczupły mężczyzna. na oczach ma ciemne okulary, w ręku trzyma
laskę. siedzi w cieniu na niewielkim składanym krześle. kiwa głową w odpowiedzi na moje
pytanie o możliwość zrobienia mu zdjęcia. podczas moich przygotowań i ustawienia
ekspozycji nawet nie drgnął, nie przesunął się, nie poprawił. odniosłem wrażenie, że
jest smutny. jednak gdy dzisiaj patrzę na gotowe zdjęcie wyraźnie widzę, że mężczyzna
nie jest smutny -- ba, on się uśmiecha zawadiacko. i nie jest to uśmiech wymuszony
potrzebą chwili, który ma poprawić samopoczucie zbłąkanego turysty.. drugie ujęcie przedstawia kobietę, również nie pierwszej młodości. prawdopodobnie jest ona Muzułmanką, choć pewności co do tego nie mam. w odświętnym, tradycyjnym stroju wspina się w pełnym słońcu, a o roku 2008 przypomina tylko i wyłącznie kawałek plastykowej torby. w tym przypadku nie pytałem o pozwolenia na zrobienie fotografii, a po prostu (swoim skrywanym sposobem) udawałem, że celuję gdzieś powyżej. gdy jej oczy zetknęły się z moją optyką nacisnąłem spust migawki, a jej spojrzenie osiadło na światłoczułej matrycy. i mimo słońca i ostrych cieni wyraźnie widać powagę na jej twarzy. w takich momentach nie ma miejsca, czasu (ani w jej przypadku ochoty) do lakonicznego uśmiechu. i może o to właśnie chodzi?kategoria: przemyślenia link bezpośredni
wesele Magdy i Mariusza -- pokaz slajdów by Agata
02.10.2008; 09.58
plenerowe zdjęcia z wesela naszych przyjaciół Magdy i Mariusza bardzo się spodobały, więc dzisiaj dorzucam pokaz slajdów, który jest dziełem Agaty. po raz pierwszy na vimeo i prawdopodobnie tak już zostanie, gdyż jakość jest tu zdecydowanie wyższa niż na jutiubie. będzie jeszcze lepiej, bo film był poddany dość dużej kompresji podczas renderowania. sama sesja miała miejsce nad zalewem w Kłobucku koło Częstochowy. wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa, choć podczas uroczystości pstrykałem wspólnie z Robertem, widocznym podczas pracy na jednym ze slajdów. do zdjęć podzielonych na 7 części dochodzi książka i kilka filmów na kształt tego powyżej..
kategoria: pasje link bezpośredni
Long Man of Wilmington..
29.09.2008; 18.31
kategoria: podróże link bezpośredni
Chorwacja: Gornja Podaca -- filmik
29.09.2008; 14.23
kategoria: podróże link bezpośredni
Chorwacja cz. IV -- Wioska
26.09.2008; 14.25
na Wioskę wołano Podaca, z 'ca' na końcu, nie 'ka'. w przeciwieństwie do tej dzisiejszej, tą na górze zwano 'Gornja'. oczywiście nazwa powstała niedawno, kiedyś Wioska była jedyną znaną Podacą w okolicy. budziła szacunek. jej dzieje sięgają w głąb wczesnej epoki kamienia, o czym świadczą liczne znaleziska archeologiczne -- nie można się więc dziwić, czemu dzisiejsza Górna Podaca, z brutalnie skradzioną osobowością i nazwą, czyha na turystów takich jak ja. Wioska chce się pokazać..
kategoria: podróże link bezpośredni
Chorwacja: wieczorowy widok z Górnej Podacy
24.09.2008; 16.12
kategoria: podróże link bezpośredni
Chorwacja cz. III -- kamienne miasteczka nad Adriatykiem
22.09.2008; 15.27
największym miastem Dalmacji jest Makarska, od której nazwę wzięła cała riwiera. poza sezonem mieszka tu ok 15 tys. ludzi, a w okresie letnim aż 3 razy więcej.
kategoria: podróże link bezpośredni
Chorwacja cz. II -- Dalmacja i Riwiera Makarska by Agata
19.09.2008; 13.14
niby nic, w głębi lądu wszystko wygląda iście polsko, tylko trochę cieplej (no i mają tam autostradę z tunelami!! i to jaką!).. jednak prawdziwe serce Chorwacji to Dalmacja -? wybrzeże ciągnące się wzdłuż Adriatyku, od wyspy Pag na północy, aż
Trzy rzeczy zawładnęły tutaj moim sercem:
Pierwsze: MORZE. niesamowicie czyste i ciepłe. pływając 20 metrów od brzegu można dostrzec to, co znajduje się na dnie.
Drugie: MIX NADMORSKIEJ ARCHITEKTURY Z OTOCZENIEM. dla mnie, jako architekta, nie sposób o tym nie wspomnieć. to miejsce potwierdza, że tradycja jest piękna i dobrze podkreślona i wyeksponowana daje właściwe efekty.
Trzecie: SPOKÓJ. tam się po prostu odpoczywa, a pojęcia takie jak praca, problemy wydają się czystą abstrakcją.
Udało nam się zobaczyć kilka miasteczek Riwiery Makarskiej (w tym miejscowość Podaca, w której mieszkaliśmy) o czym wkrótce w kolejnych notkach..
kategoria: podróże link bezpośredni
Chorwacja -- PN Jezior Plitwickich
18.09.2008; 13.17
kategoria: zapiski link bezpośredni
zawirowanie wokół Mojego Klubu..
17.09.2008; 18.53
wrócę jeszcze do spraw bieżących, bo nie wypada mi pozostawić bez komentarza około górniczych wydarzeń minionego tygodnia. otóż mój jedyny, ukochany i niepowtarzalny Klub rozegrał pierwszy (od 1956 r) mecz z drużyną z mojego miasta. najważniejszy jest wynik: Górnik - Piast 1-0, styl i chuligańskie epizody schodzą na drugi plan. trzy punkty po nieoczekiwanym falstarcie sezonu 2008/09 były klasycznym must be tego meczu, choć przekomiczne niuanse (kury w sektorze Gliwiczan), czy dramaturgia (niestrzelony karny przez Tomka Hajtę) istotnie wpłynęły na wrażenia i ogólny stan mojego zdrowia.. tak czy inaczej wygraliśmy, uciszyliśmy Kurczaki, a przy tym pokazaliśmy, że w Gliwicach bez zmian panują fani Górnika -- Piast z przyznanych 2000 biletów wykorzystał zaledwie 1200, a naszych fanów z Sośnicy, Łabęd, Kopernika i okolicznych wioch było tego dnia dwa razy więcej..
i druga sprawa: mamy nowego trenera, Henryka Kasperczaka, przez wielu uznawanego za najlepszego polskiego coacha. radość jest wielka, zarówno wśród piłkarzy oraz działaczy, jak i, przede wszystkim, wśród zgłodniałych sukcesu fanów Trójkolorowych. wraz z Heniem (notabene rodowitym Zabrzaninem) przychodzą więc kolejne inwestycje właścicieli z firmy Allianz i kolejne obietnice ciągłego pięcia się do góry. aż do zdobycia upragnionego mistrzostwa (symboliczna koszulka, którą otrzymał trener ma numer 15, jak 15 tytuł Mistrza Polski Górnika), oby szybciej niż w 2012 roku. Heniu potrafi, pokazał to już niejednokrotnie, zarówno jako trener Wisły, jak i narodowych ekip z Afryki. wątpliwość jest jedna, pisze o tym Michał Pol na swoim blogu: Kasperczak ma w kontrakcie klauzulę odejścia z Górnika, jeśli nadarzy się okazja przejęcia sterów w Reprezentacji Polski. dziwne to i niepojęte, choć jak zapewnia Michał Listkiewicz, niemożliwe do 2012 roku, bo wtedy kończy się kontrakt Leo. niestety nasz prezes PZPN-u odejdzie ze stanowiska już jesienią tego roku, więc .. wolę nie myśleć, co się zdąży, jeśli Biało-czerwoni nie wywalczą kilku punktów w najbliższych meczach z Czechami i Słowacją.. do boju więc Górnik i do boju Polska. abyśmy wszyscy zdrowi byli..
i druga sprawa: mamy nowego trenera, Henryka Kasperczaka, przez wielu uznawanego za najlepszego polskiego coacha. radość jest wielka, zarówno wśród piłkarzy oraz działaczy, jak i, przede wszystkim, wśród zgłodniałych sukcesu fanów Trójkolorowych. wraz z Heniem (notabene rodowitym Zabrzaninem) przychodzą więc kolejne inwestycje właścicieli z firmy Allianz i kolejne obietnice ciągłego pięcia się do góry. aż do zdobycia upragnionego mistrzostwa (symboliczna koszulka, którą otrzymał trener ma numer 15, jak 15 tytuł Mistrza Polski Górnika), oby szybciej niż w 2012 roku. Heniu potrafi, pokazał to już niejednokrotnie, zarówno jako trener Wisły, jak i narodowych ekip z Afryki. wątpliwość jest jedna, pisze o tym Michał Pol na swoim blogu: Kasperczak ma w kontrakcie klauzulę odejścia z Górnika, jeśli nadarzy się okazja przejęcia sterów w Reprezentacji Polski. dziwne to i niepojęte, choć jak zapewnia Michał Listkiewicz, niemożliwe do 2012 roku, bo wtedy kończy się kontrakt Leo. niestety nasz prezes PZPN-u odejdzie ze stanowiska już jesienią tego roku, więc .. wolę nie myśleć, co się zdąży, jeśli Biało-czerwoni nie wywalczą kilku punktów w najbliższych meczach z Czechami i Słowacją.. do boju więc Górnik i do boju Polska. abyśmy wszyscy zdrowi byli..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Chorwacja cz. I -- PN Jezior Plitwickich..
17.09.2008; 15.29
koniec każdej wycieczki to czas podsumowań, wrażeń, opisów i .. przeglądania zdjęć.
nie inaczej jest tym razem -- z Chorwacji wróciliśmy już jakiś czas temu, więc
powoli zaczynam kompletować materiały.. Bałkany odwiedziliśmy po raz pierwszy, choć
region jest położony stosunkowo blisko Polski. wybraliśmy najczęściej
wykorzystywaną trasę, a więc Cieszyn -> Brno -> Mikulov -> Wiedeń -> Graz ->
Maribor -> Zagreb i sruuuu na południe chorwacką autostradą. podróż bez większych
niespodzianek, tym razem hieny czeskie na mnie nie zarobiły, bo jak jednostka w
stadzie baranów nie przekraczałem w miastach 50 km/h. Seat Cordoba rodziców
sprawował się dzielnie, jednak czym bliżej Południa tym brak klimy coraz bardziej
dawał się we znaki.. za Grazem występują już liczne oznaczenia kierujące na Klagenfurt (tam już byliśmy w tym roku), a my zaczynamy operację 'cwaniak' polegającą na zaoszczędzeniu 35E na winiecie
słoweńskiej.
od lipca tego roku przejazd kilkunastoma kilometrami ich autostrady
obliguje do zakupu półrocznej winiety, a ja, podobnie jak cała masa rodaków, nie
dam się robić w balona, więc jedziemy mniejszymi drogami. daje nam to możliwość
przypatrzenia się małomiasteczkowej zabudowie Słowenii, w końcu jesteśmy tu po raz
pierwszy. objazd jest dość łatwy, detale opisane na forum strony cro.pl. warto tu zatankować, gdyż litr benzyny kosztuje
(sierpień 2008) tu zaledwie 3.30 zł. wjeżdżamy do Chorwacji, wbijamy się na
autostradę, która ciągnąc się wzdłuż malowniczych pustkowi miała nas zaprowadzić
do Dalmacji, regionu, który wybraliśmy..
pierwszym przystankiem naszej chorwackiej przygody był Park Krajobrazowy Jezior
Plitwickich. miejsce tłumnie odwiedzane przez światowy ruch turystyczny
przelewający się we wszystkich kierunkach po słonecznej Chorwacji, głównie z powodu
swojego dobrego położenia w samym centrum kraju. dojeżdżamy tu w środku nocy, a
więc krótki sen i o 8 rano rozpoczynamy zwiedzanie Parku. bilet kosztuje 120 Kn (ok
65 zł), a w zamian, oprócz wstępu, otrzymujemy mapy, ulotki i możliwość
skorzystania z transportu wewnętrznego, czyli autobusu wyglądającego jak pociąg
(choć poruszającego się po asfalcie) oraz statku na największym z jezior.
organizatorzy opracowali cały szereg tras przystosowany właściwie do .. liczby
godzin, jaką turysta zamierza spędzić na miejscu. my wybieramy trasę H, której
ścieżki powinny nam zabrać ok 6 godzin spokojnego marszu..
Park Narodowy Jezior Plitwickich (chor. Nacionalni Park Plitvička jezera) obejmuje 16 jezior krasowych, które są połączone licznymi rzekami i wodospadami. Jeziora zasilane są przez strumienie, co powoduje ciągły przepływ wody -- ogółem ciąg wodny rozciąga się na powierzchni ponad 8 km, a ich łączna powierzchnia to ok 200 ha (nigdy nie umiałem sobie tego wyobrazić, ale teraz porównuję do swojej działki i już mi się we łbie układa, jaki to ogrom).. flora parku obejmuje ok 1100 gatunków roślin, a całość uzupełnia fauna z mnóstwem latającego, pełzającego, pływającego i pohukującego dziwactwa. wody w jeziorach mają odcień turkusowo-wściekle-zielonkawy, są niezwykle czyste, co sprzyja podziwianiu tysięcy ryb kłębiących się wszędzie w pobliżu ludzkich tras. wszech głodne ryby zjedzą wszystko, co empirycznie stwierdziłem rzucając im na pożarcie słonecznik niełuskany, duże winogrono, a nawet kawałek pomostu. coś w stylu mojego psa za czasów swojej młodości, kiedy zwykł jadać obierane ziemniaki z surową cebulą.. teren dzisiejszych Parków, z uwagi na swój oczywisty walor turystyczny, był kwestią sporną pomiędzy Serbią, a Chorwacją -- w marcu 1991 roku, na Wielkanoc, doszło tu do starć między wojskami obydwu państw, w wyniku których zginęło dwóch żołnierzy. wydarzenie wzmogło napięcie pomiędzy dążącej do autonomii republiką Chorwacji a władzami Jugosławii i istotnie wpłynęło na późniejsze wydarzenia, w tym wojnę jugosłowiańsko-chorwacką. gonitwa po lasach i jeziorach skończyła się zwycięstwem armii chorwackiej i wypędzeniem z regionu wielu tysięcy serbskich mieszkańców..
trasy wokół jezior są zadbane i dobrze oznakowane. przebiegają głównie małymi pomostkami, po których w obydwie strony suną zastępy ludzi (w sezonie letnim nawet 4k dziennie). często trzeba wspinać się na wzgórza, a przy 35 stopniowym upale sprawa nie jest taka prosta. dookoła skaliste wzniesienia, przypomina mi się śmierć dwójki polskich turystów na Krecie, którym podczas wędrówki skończyła się woda. po pewnym czasie docieramy do Wielkiego Wodospadu -- osiąga on wysokość 78 metrów i pod tym względem jest największym w Chorwacji. podobno najpiękniej prezentuje się na wiosnę, gdy topnieją śniegi w okolicznych górach (Park Jezior Plitwickich znajduje się w południowej części gór Kapela, wchodzących w skład Gór Dynarskich), rzeki wzbierają, a hektolitry wody spadają z hukiem na teren parku. co prawda w Kalifornii, w PN Yosemite widziałem już wodospad 740 metrowy, jednak byłem tam w porze suszy, więc nic z góry nie leciało. tutaj przynajmniej ściemy nie było i można sobie było posiedzieć pod waterfallem. jeziora prezentują się niezwykle malowniczo z góry -- kilka tras pnie się coraz wyżej, skąd można podziwiać rozległe, poprzedzielane kaskadami, jeziora, mostki oraz tysiące ludzkich kształtów nieustannie się mijających.. raj dla fotografów..Park zdecydowanie warto zwiedzić. ale moim zdaniem warto to zrobić raz. jedyny. piękne widoki po pewnym czasie stają się monotonne, szczególnie, że podobnych parków jest w Chorwacji kilka. wracając z urlopu zatrzymujemy się w Parku Narodowym Krka, jednak.. wydaje się, że wszystko to już widzieliśmy..
zewnętrzna galeria z Parku znajduje się tutaj.
kategoria: podróże link bezpośredni
Brighton Pride 2008
21.08.2008; 16.44
sierpniowy fotoblog w całości poświeciłem Brighton Pride -- dorocznej Paradzie Równości promującej kulturę homoseksualną. imprezy Pride od lat odbywają się na całym świecie, a odmiana południowo angielska ma miejsce każdego roku w pierwszy weekend sierpnia. pierwszy raz zdarzyło mi się być świadkiem parady, która jest najważniejszym elementem obchodów gejowskiego święta, jak mawia się o Pride (choć oczywiście znaczna część aktywnych uczestników należy do płci pięknej). organizatorzy określają imprezę jako:
nastawiłem się na kolorowe focenie i sztuka ta udała się w pełni, bo gejostwo wszelkiej maści pozuje chętnie i otwarcie. mimo przerażającej pogody (wietrznie i deszczowo) udało się uchwycić tych co bardziej zakręconych, przez strój i zachowanie manifestujących swoją inność. a akceptacja inności to podstawa, gdyż naczelnym założeniem Parady Równości jest zrozumienie i szacunek drugiej osoby, bez względu na rasę, płeć, orientację, czy jakiekolwiek wyznania. pełen luz i, muszę potwierdzić, uśmiech oraz przyjaźń na każdym kroku. nikt tu z nikim się nie naparza, nikt niczego nie niszczy, choć jak na każdej imprezie była muzyka, alkohol i narkotyki. daleko nam, Polakom, do takich zachowań i czasem przykro, że jest w nas wciąż tyle uprzedzenia.. co ciekawe, oprócz tych najbardziej zakręconych pełno tu rodzin z dzieciakami od małego wychowywanymi w pełnej tolerancji dla bliźniego.. z czystej ciekawości przywiózłbym tu kiedyś braci Kaczorów -- być może spodobałoby im się wielokolorowe i dobrze bawiące się bractwo..
registered charity from Brighton and Hove in England promoting equality and diversity, and advances education to eliminate discrimination against the lesbian, gay, bisexual and transgendered (LGBT) community.
kategoria: zapiski link bezpośredni
Redukuję biegi by Agata
18.08.2008; 22.01
dostałam zadanie do wykonania z reprymendą, że mam to robić wolniej! wyobrażacie to sobie??
tak, mój boss Wolfgang szukając nowego zadania dla mnie, bezradnie rozłożył ręce i z kumplowskim uśmiechem wydusił: 'yeah Agata, the problem is that you are too fast!!'. (osoby, które mnie znają, wiedzą, że do tytanów pracy nie należę. O ho ho są znacznie lepsiejsi ode mnie bez zbędnego wyliczania wszystkich perełek.. oszczędźmy sobie tego. większość i tak doskonale je zna, a ci co nie, niech śpią spokojnie i się cieszą, że nie nabawią się przy takich zbędnych kompleksów).
zastanawia mnie tylko jak oni to robią? w jaki sposób tak powolne tempo pracy może napędzać tak dobrze rozwiniętą gospodarkę?? a właśnie diabeł tkwi w szczegółach: oni po prostu nie popełniają błędów! patrzą sie na te wszystkie rysunki godzinami, aż do znudzenia poprawiają najmniejsze szczegóły, łącznie z poprawną wielkością czcionki i wyjustowaniem do prawego boku, ale prawda jest taka, że z biura nie wyjdzie ani jeden rysunek z błędem. to troska nie tylko o dobre imię pracowni, ale również o sam projekt. brytyjscy architekci mają tutaj raj na ziemi. mają czas na rozwijanie swoich pasji, swojej tężyzny fizycznej, o czym później nawijają podczas co dniowego 'tea time', mają wolne weekendy, stać ich dosłownie na wszystko. co więcej, mają bezstresową pracę, bo czym sie tu stresować, gdy wszystko jest wygłaskane i wychuchane przez sztab ludzi, a inwestor nie depcze im po piętach, bo czasu mają pod dostatkiem. oczywiście nie wszędzie -- mówię o tym z czym sie spotkałam. ah..
no i co teraz? wracać czy nie wracać?
a notka ta powstała oczywiście w godzinach pracy. spowalnianie tempa nie wychodzi mi najlepiej, więc muszę sie ratować innymi środkami :)
tak, mój boss Wolfgang szukając nowego zadania dla mnie, bezradnie rozłożył ręce i z kumplowskim uśmiechem wydusił: 'yeah Agata, the problem is that you are too fast!!'. (osoby, które mnie znają, wiedzą, że do tytanów pracy nie należę. O ho ho są znacznie lepsiejsi ode mnie bez zbędnego wyliczania wszystkich perełek.. oszczędźmy sobie tego. większość i tak doskonale je zna, a ci co nie, niech śpią spokojnie i się cieszą, że nie nabawią się przy takich zbędnych kompleksów).
zastanawia mnie tylko jak oni to robią? w jaki sposób tak powolne tempo pracy może napędzać tak dobrze rozwiniętą gospodarkę?? a właśnie diabeł tkwi w szczegółach: oni po prostu nie popełniają błędów! patrzą sie na te wszystkie rysunki godzinami, aż do znudzenia poprawiają najmniejsze szczegóły, łącznie z poprawną wielkością czcionki i wyjustowaniem do prawego boku, ale prawda jest taka, że z biura nie wyjdzie ani jeden rysunek z błędem. to troska nie tylko o dobre imię pracowni, ale również o sam projekt. brytyjscy architekci mają tutaj raj na ziemi. mają czas na rozwijanie swoich pasji, swojej tężyzny fizycznej, o czym później nawijają podczas co dniowego 'tea time', mają wolne weekendy, stać ich dosłownie na wszystko. co więcej, mają bezstresową pracę, bo czym sie tu stresować, gdy wszystko jest wygłaskane i wychuchane przez sztab ludzi, a inwestor nie depcze im po piętach, bo czasu mają pod dostatkiem. oczywiście nie wszędzie -- mówię o tym z czym sie spotkałam. ah..
no i co teraz? wracać czy nie wracać?
a notka ta powstała oczywiście w godzinach pracy. spowalnianie tempa nie wychodzi mi najlepiej, więc muszę sie ratować innymi środkami :)
kategoria: cudze link bezpośredni
tygodniowa ucieczka od cywilizacji..
18.08.2008; 16.00
ostatni tydzień spędziłem w Polsce. a raczej w gdzieś bliżej nieokreślonym miejscu, wśród szumu wiatru, zapachu
lasu i czystych wód Pojezierza Lubuskiego. sprawy potoczyły się szybko: bilet Gatwick - Poznań Ławica, pociąg do Zbąszynia i 3 następujące po sobie autostopy do celu. a
cel to ośrodek nad jez. Chłop w woj. Lubuskim -- miejsce
sentymentalne, odwiedzane z przerwami od 1991 roku. nic-nie-wiedzący rodziciele zaniemówili z wrażenia -- a
przyjechałem nie po to aby odnaleźć samego siebie, zgłębić istotę wszechrzeczy czy odszukać złoty środek. po
prostu odpocząć. zwłaszcza, że za tydzień startujemy z Chorwacją i emocji tego lata z pewnością nie zabraknie..
Borowy Młyn, bo tak nazywa się odwiedzana przeze mnie wioska leży na teranie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego i
jest to miejsce, do którego nie dociera żaden pekaes (nie mówiąc już o kolei żelaznej) i gdzie położonego w
późnej erze gierkowskiej asfaltu od lat nikt nie naprawia. i prawdopodobnie z tych powodów panuje tu taki spokój,
woda w jeziorach jest czysta, a gatunki występujących tu zwierząt liczy się w setkach. kilka kilometrów dalej
leży sam Pszczew -- niewielka urokliwa osada, historycznie należąca na przemian do Polski i do Niemiec. przed
laty chodziliśmy tu lokalne dyskoteki (a potem z buta 7 km do naszego ośrodka) -- dziś wioska (obecnie bez praw
miejskich) urzeka swoim spokojem, kolorowymi kamieniczkami i licznymi atrakcjami turystycznymi. w kolejnych
notkach więcej o tych magicznych dla mnie miejscach..
kolejną rzeczą (którą zresztą ostatnio często przeżywam) jest kontrast pomiędzy rozwiniętą Anglią, a polskim klimatem małomiasteczkowym. z lotniska w Londynie trafiam do polskiego pociągu podmiejskiego -- co prawda bardzo czystego, jednak wyprodukowanego dobrych 30 lat temu. płacę 13 zł za odcinek 75 km, natykam się na miejscowych wracających z pola, na kobiety w chustach z rowerami pod ręką i młode wypindrzone lafiryndy w różowych wdziankach spoglądające na mnie zaczepnie. czytając pachnący jeszcze drukiem Przegląd Sportowy mijam wielkopolskie osady, w których obok zrujnowanych gospodarstw wystrzeliwują majestatyczne domki jednorodzinne. coraz więcej Polaków się bogaci i to widać, szczególnie oglądając Polskę z lokalnego pociągu.. do tego wszechobecne, szmuglowane za bezcen od zachodniego sąsiada, samochody.. wysiadam na dworcu w Zbąszyniu i przyglądam się jego budowie -- ruina pamiętają jeszcze dobre czasy zaborów -- dla mnie to jednak woda na młyn mojego nowego spojrzenia na Polskę. pasjonuję się każdym, najmniej nawet istotnym detalem, cieszę się jak dziecko odnajdując rzeczy, z którymi nie mam do czynienia na Wyspie. wychodzę na drogę, jest ciepłe sobotnie popołudnie -- robię zdjęcia przyglądając się krajobrazowi. 3 lata temu odbierałem stąd Marasa, który dojeżdżał do nas pod namioty i również był to piękny czas.. jadąc stopem rozmawiam z miejscowymi o ich lokalnym spojrzeniu, problemach, nowej dyskotece 2 wioski dalej. podwożą mnie m.in. młody chłopak, który wcale nie chce opuszczać Polski, bo dobrze się tu czuje oraz starszy kierowca samochodów dostawczych gdzieś z centralnej Polski, któremu kumpel proponował pracę jako kierowca londyńskiego autobusu.. różne potrzeby, inne spojrzenia..
kolejną rzeczą (którą zresztą ostatnio często przeżywam) jest kontrast pomiędzy rozwiniętą Anglią, a polskim klimatem małomiasteczkowym. z lotniska w Londynie trafiam do polskiego pociągu podmiejskiego -- co prawda bardzo czystego, jednak wyprodukowanego dobrych 30 lat temu. płacę 13 zł za odcinek 75 km, natykam się na miejscowych wracających z pola, na kobiety w chustach z rowerami pod ręką i młode wypindrzone lafiryndy w różowych wdziankach spoglądające na mnie zaczepnie. czytając pachnący jeszcze drukiem Przegląd Sportowy mijam wielkopolskie osady, w których obok zrujnowanych gospodarstw wystrzeliwują majestatyczne domki jednorodzinne. coraz więcej Polaków się bogaci i to widać, szczególnie oglądając Polskę z lokalnego pociągu.. do tego wszechobecne, szmuglowane za bezcen od zachodniego sąsiada, samochody.. wysiadam na dworcu w Zbąszyniu i przyglądam się jego budowie -- ruina pamiętają jeszcze dobre czasy zaborów -- dla mnie to jednak woda na młyn mojego nowego spojrzenia na Polskę. pasjonuję się każdym, najmniej nawet istotnym detalem, cieszę się jak dziecko odnajdując rzeczy, z którymi nie mam do czynienia na Wyspie. wychodzę na drogę, jest ciepłe sobotnie popołudnie -- robię zdjęcia przyglądając się krajobrazowi. 3 lata temu odbierałem stąd Marasa, który dojeżdżał do nas pod namioty i również był to piękny czas.. jadąc stopem rozmawiam z miejscowymi o ich lokalnym spojrzeniu, problemach, nowej dyskotece 2 wioski dalej. podwożą mnie m.in. młody chłopak, który wcale nie chce opuszczać Polski, bo dobrze się tu czuje oraz starszy kierowca samochodów dostawczych gdzieś z centralnej Polski, któremu kumpel proponował pracę jako kierowca londyńskiego autobusu.. różne potrzeby, inne spojrzenia..
kategoria: podróże link bezpośredni
WWO -- każdy ponad każdym
29.07.2008; 00.23
kategoria: cudze link bezpośredni
żul angielski jaki jest każdy widzi..
26.07.2008; 00.23
dawno dawno temu naiwnie ubzdurałem sobie, że menelstwo jest domeną Polski i innych
krajów Europy Wschodniej. brnąc dalej w nieświadomej naiwności wizualizowałem sobie
Zachód, jako życiowy raj, gdzie alkoholizm może być problemem, ale ogranicza się do
rozdętego brzucha niemieckiego pięćdziesięciolatka, czy knajpowo-whiskey-owej posiadówie
w jakiejś zapadłej dziurze na północy Szkocji. jest wiele pozytywnego w kraju, w którym
pomieszkuję już od prawie dwóch lat, jednak problem bezrobotnych alkoholików nie jest tu
wcale mniejszy od tradycyjnego polskiego podwórka. ba, alkoholizm i narkomanizm w Anglii
przerasta wszelkie dopuszczalne granice. oczywiście nie generalizuję. dookoła mnie pełno
inteligentnych Brytoli -- większość uzdolniona, pomysłowa, twórcza. co prawda
zdecydowanie brakuje im empatii, ale generalnie mam o nich jak najbardziej pozytywne zdanie. tym razem
będzie jednak o tej głupszej i śmierdzącej części angielskiego społeczeństwa..
angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..
menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..
ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..
coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..
angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..
menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..
ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..
coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
Epitafe, czyli świeczki od byłego szefa..
24.07.2008; 18.02
David, Francuz, który zatrudnił mnie w mojej aktualnej firmie jakiś czas temu odszedł z pracy, aby, jak mówił,
zająć się swoimi sprawami, na które przez długi czas nie starczało mu czasu. dzisiaj pochwalił się swoimi
dokonaniami, które prezentuje na stronie www.epitafe.com. odkąd go poznałem
sprawiał wrażenie gotycko-zakręconego kolesia. Epitafe jest, jak mówi, wynikiem połączenia jego odwiecznych
pasji, czyli klimatów gotyckich i radości płynących z palącej się świeczki. gdy odchodził z pracy kupiliśmy mu nawet prawdziwą czaszkę bawołu. w Paryżu poznał ekscentrycznych artystów i tak zaczęła się jego zabawa.. 10 funtów za czachę to nie dużo, więc jak ktoś jest zainteresowany to mogę podrzucić do Polandii..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Monachium -- wrażenia ze stolicy Bawarii..
22.07.2008; 11.42
podczas wypadu na EURO udało mi się wyskoczyć na jeden dzień do sąsiednich Niemiec i zwiedzić Monachium, stolicę
Bawarii. mówi się, że do czasu, aż Berlin po długim okresie podziału nie odzyska dawnej świetności, to właśnie
Monachium przypada rola prawdziwej stolicy Niemiec.. miasto, jak na niemieckie warunki, rozwinęło się późno.
zostało założone w 1158 roku (czyli tylko 92 lata przed Gliwicami) przez Henryka Lwa i przez pewien czas
stanowiło osadę przyklasztorną, a początkowa nazwa Mönchen znaczy po prostu mnisi. W 1180 r. włości przeszły w
ręce dynastii Wittelsbachów, która panowała nieprzerwanie do 1918 r. miasto liczy obecnie 1,5 miliona mieszkańców
-- przyjmuje się, ze aż 20% stanowią obywatele innych państw. przez miasto przepływa rzeka Izara (niem. Isar),
która jest prawym dopływem Dunaju.
do Monachium bezpośrednio z Austrii można się dostać podmiejskim pociągiem. jeszcze w Austrii kupuję Bavaria Ticket i za jedyne 19 euro do końca dnia mogę podróżować po całym landzie. po niespełna 1,5 godz. z przesiadką w Rosenheim (gdzie przed laty bawiliśmy na wrześniowej imprezie piwnej) melduję się na Hauptbahnhof w Monachium. stojące na rozbudowanym dworcu pociągi co chwilę odchodzą do miast we Francji, Szwajcarii, Holandii, Czech i przede wszystkim Włoch. widać kibiców udających się do Klagenfurtu na mecz Niemców z Chorwacją. kieruję się w stronę starego miasta, którego centrum stanowi Marienplatz. Plac ów jest zarówno centrum socjalnym, gdzie młodzi monachijczycy spotykają się przy fontannie i centralnie ustawionej kolumnie Mariensäule, jak również centrum transportu, gdyż pod ziemią znajduje się główny węzeł metra U-Bahn. wszędzie dookoła wytyczono obszerną strefę ruchu pieszego -- jest dużo restauracji i podparasolowych miejsc serwujących piwo -- tradycyjny napój bawarski. eleganckie sklepy i galerie handlowe zapraszają swoim wystrojem, choć z drugiej strony rzeczywiście widać tu ogromny wpływ historii i kultury na miasto i jego mieszkańców. na własne oczy ujrzałem tradycyjnego Bawara, w skórzanych wyszywanych spodniach i kapeluszu z kitką -- takiego, jakiego można ujrzeć na większości bawarskich pocztówek. nie zwiedzałem zabytków, a jedynym kościołem, do którego wszedłem był XV-wieczny gotycki Frauenkirche. nieopodal znajduje się również sławna Stara Pinakoteka (Alte Pinakothek) prezentująca malarstwo światowe XIV-XVIII wieku. udałem się za to na ogromny miejski targ, w którym można było zobaczyć prawdziwą duszę miasta. stragany z wędlinami, rzeźbiarskie arcydzieła, zakątki pachnące mydłem, powidłami, kwiatami i alpejskim serem. do tego liczne restauracyjki pod gołym niebem, gdzie za 2-3 euro można skosztować lokalne wypieki. jem przysmażaną Bratwurst i obserwuję pamiętających drugą wojnę światową mieszkańców Monachium dyskutujących nad kuflami piwa..
ponownie wskakuję w metro i jadę do Parku Olimpijskiego. park zaprojektowano i wybudowano z okazji odbywających się tu w 1972 roku letnich Igrzysk Olimpijskich. oprócz mnóstwa zieleni, kilku stawów, mostków i tras rekreacyjnych sercem parku są obiekty sportowe. najważniejszym od zawsze był Stadion Olimpijski (Olympiastadion), na którym przez długie lata swoje mecze rozgrywały zespoły Bayernu i TSV 1860 Monachium. wejście na rzadko wykorzystywany obecnie stadion kosztuje 2.5 eura -- warto jednak pobyć sam na sam ze sportową historią, gdyż miejsce to nawet średnio-kumatemu Polakowi na zawsze będzie się kojarzyło z półfinałowym, rozgrywanym 'na wodzie' pojedynkiem Polaków z Niemcami. i wiecznym pytaniem reprezentacji: co by było gdyby..? obchodzę stadion i robię kilka ujęć. na szczęście, dla fotografii, wyszło słońce. na nieszczęście dla mnie, gdyż powietrze zostało szybko rozgrzane przez szklany dach i naprawdę nie wiem, jak podczas upałów wytrzymywali tu kibice.. wspinam się również na okoliczne wzgórze widokowe, skąd rozciąga się świetna panorama całego parku. jak na dłoni widać górującą nad tym miejscem Olympiaturm -- skonstruowaną w 1968 roku i liczącą 291 m wieżę służącą obecnie firmie Deutsch Telekom.. po zwiedzeniu parku udałem się metrem na drugą stronę miasta, aby na własne oczy zobaczyć futurystyczną Allianz Arenę. niesamowita konstrukcja, najnowsze standardy, podświetlenia i wszystkie inne bajery sprawiają, że stadion (obok londyńskiego nowego Wembley) uważany jest za najnowocześniejszy obiekt piłkarski na świecie.. nie dało się podejść w pobliże płyty, zwiedziłem jednak część wnętrza, w tym sklepy obu grających tu klubów..
co jeszcze można powiedzieć o Monachium? miasto rozwija się bardzo prężnie, co w głównej mierze jest zasługą ogromnych koncernów przemysłowych z BMW i Siemensem na czele. miasto jest dość liberalne, mówi się, że żyje tu aż 100 tys. gejów i lesbijek. dominującą imprezą jest oczywiście Octoberfest, której choć raz w życiu trzeba być świadkiem..
do Monachium bezpośrednio z Austrii można się dostać podmiejskim pociągiem. jeszcze w Austrii kupuję Bavaria Ticket i za jedyne 19 euro do końca dnia mogę podróżować po całym landzie. po niespełna 1,5 godz. z przesiadką w Rosenheim (gdzie przed laty bawiliśmy na wrześniowej imprezie piwnej) melduję się na Hauptbahnhof w Monachium. stojące na rozbudowanym dworcu pociągi co chwilę odchodzą do miast we Francji, Szwajcarii, Holandii, Czech i przede wszystkim Włoch. widać kibiców udających się do Klagenfurtu na mecz Niemców z Chorwacją. kieruję się w stronę starego miasta, którego centrum stanowi Marienplatz. Plac ów jest zarówno centrum socjalnym, gdzie młodzi monachijczycy spotykają się przy fontannie i centralnie ustawionej kolumnie Mariensäule, jak również centrum transportu, gdyż pod ziemią znajduje się główny węzeł metra U-Bahn. wszędzie dookoła wytyczono obszerną strefę ruchu pieszego -- jest dużo restauracji i podparasolowych miejsc serwujących piwo -- tradycyjny napój bawarski. eleganckie sklepy i galerie handlowe zapraszają swoim wystrojem, choć z drugiej strony rzeczywiście widać tu ogromny wpływ historii i kultury na miasto i jego mieszkańców. na własne oczy ujrzałem tradycyjnego Bawara, w skórzanych wyszywanych spodniach i kapeluszu z kitką -- takiego, jakiego można ujrzeć na większości bawarskich pocztówek. nie zwiedzałem zabytków, a jedynym kościołem, do którego wszedłem był XV-wieczny gotycki Frauenkirche. nieopodal znajduje się również sławna Stara Pinakoteka (Alte Pinakothek) prezentująca malarstwo światowe XIV-XVIII wieku. udałem się za to na ogromny miejski targ, w którym można było zobaczyć prawdziwą duszę miasta. stragany z wędlinami, rzeźbiarskie arcydzieła, zakątki pachnące mydłem, powidłami, kwiatami i alpejskim serem. do tego liczne restauracyjki pod gołym niebem, gdzie za 2-3 euro można skosztować lokalne wypieki. jem przysmażaną Bratwurst i obserwuję pamiętających drugą wojnę światową mieszkańców Monachium dyskutujących nad kuflami piwa..
ponownie wskakuję w metro i jadę do Parku Olimpijskiego. park zaprojektowano i wybudowano z okazji odbywających się tu w 1972 roku letnich Igrzysk Olimpijskich. oprócz mnóstwa zieleni, kilku stawów, mostków i tras rekreacyjnych sercem parku są obiekty sportowe. najważniejszym od zawsze był Stadion Olimpijski (Olympiastadion), na którym przez długie lata swoje mecze rozgrywały zespoły Bayernu i TSV 1860 Monachium. wejście na rzadko wykorzystywany obecnie stadion kosztuje 2.5 eura -- warto jednak pobyć sam na sam ze sportową historią, gdyż miejsce to nawet średnio-kumatemu Polakowi na zawsze będzie się kojarzyło z półfinałowym, rozgrywanym 'na wodzie' pojedynkiem Polaków z Niemcami. i wiecznym pytaniem reprezentacji: co by było gdyby..? obchodzę stadion i robię kilka ujęć. na szczęście, dla fotografii, wyszło słońce. na nieszczęście dla mnie, gdyż powietrze zostało szybko rozgrzane przez szklany dach i naprawdę nie wiem, jak podczas upałów wytrzymywali tu kibice.. wspinam się również na okoliczne wzgórze widokowe, skąd rozciąga się świetna panorama całego parku. jak na dłoni widać górującą nad tym miejscem Olympiaturm -- skonstruowaną w 1968 roku i liczącą 291 m wieżę służącą obecnie firmie Deutsch Telekom.. po zwiedzeniu parku udałem się metrem na drugą stronę miasta, aby na własne oczy zobaczyć futurystyczną Allianz Arenę. niesamowita konstrukcja, najnowsze standardy, podświetlenia i wszystkie inne bajery sprawiają, że stadion (obok londyńskiego nowego Wembley) uważany jest za najnowocześniejszy obiekt piłkarski na świecie.. nie dało się podejść w pobliże płyty, zwiedziłem jednak część wnętrza, w tym sklepy obu grających tu klubów..
co jeszcze można powiedzieć o Monachium? miasto rozwija się bardzo prężnie, co w głównej mierze jest zasługą ogromnych koncernów przemysłowych z BMW i Siemensem na czele. miasto jest dość liberalne, mówi się, że żyje tu aż 100 tys. gejów i lesbijek. dominującą imprezą jest oczywiście Octoberfest, której choć raz w życiu trzeba być świadkiem..
kategoria: podróże link bezpośredni
szlakiem South Downs do Lewes..
17.07.2008; 15.39
o szlaku South Downs pisałem już kilkakrotnie wcześniej. rozciągający się wzdłuż Kanału na długości prawie 150 km Park Krajobrazowy obejmuje powierzchnię 260 km2 z łącznymi ścieżkami ciągnącymi się przez ponad 3000km. obszar ten przed 60 milionami lat był dnem płytkiego morza -- dlatego wszystko składa się tu z białych nalotów kredowych powstałych z mikroskopijnych szkieletów morskiego planktonu. szlaki South Downs przyciągają turystów pieszych, rowerzystów, paralotniarzy, a nawet amatorów jazdy konnej. warto podkreślić, że ścieżki nie są wymysłem żyjących obecnie ludzi. jak mówi historia, pokrywają się one ze szlakami wytyczonymi tysiące lat temu, a liczne odkrycia archeologiczne udowadniają, że obszary te były zamieszkiwane już w czasach neolitycznych czy erze brązu. piękno otwartego i pofałdowanego krajobrazu rzeczywiście powala, obszar pozwala więc na chwilę oderwać się od życia miejskiego. oficjalna strona turystyki w Wielkiej Brytanii reklamuje region jako ucieczkę od wszystkiego -- 'to get away from it all'..
sobotniego ranka na trasie byliśmy już o 8 rano. z miasteczka Portslade ruszyliśmy w kierunku doliny Devil's Dyke -- byłem tam wielokrotnie, jednak dopiero David, kolega z Belgii, powiedział mi, że miejsce to w epoce żelaza było silnie strzeżonym fortem, a zarysy można jeszcze dzisiaj rozpoznać po wyraźnych pagórkach usypanych ręką ludzką. ruszyliśmy na wschód głównym szlakiem trasy -- łącznie tego dnia udało nam się pokonać całkiem fajny dystans 25 kilometrów.. padła nawet idea, aby wziąć niewielki urlop i spróbować w kilka dnia przejść całą trasę w hrabstwie Sussex, która rozciąga się przez ok 110km. największym urokiem tych obszarów są oczywiście zielone pagórki, jednak co chwilę mijamy porośnięte zbożem i makami pola uprawne. miejsce to jest rajem dla wielbicieli golfa, a szlak prowadzi
między innymi przez środek jednego z pól, należy więc uważać na śmigające nad głowami piłki.. poszczególne części trasy poprzecinane są szeregiem płotów oraz licznymi bramkami, prostymi do otwarcia dla ludzi, nie do pokonania przez licznie pasące się tu zwierzęta. jest coś fajnego w stadzie 200 baranów przez które przyszło się nam przeciskać, albo w ciekawych otaczającego je świata krowach. po prawej stronie w oddali błyszczą wody Kanału, a po lewej co jakiś czas mijamy niewielkie, wypełnione kamiennymi domkami, średniowieczne wioski. tego typu mieściny, np.
Clayton ze swoim ogromnym młynem nazwanym 'Jack and Jill', również mają swoją historię, szczególnie jeśli interesują nas historyczne wiejskie knajpy serwujące tradycyjne angielskie posiłki i lokalne piwa Ale. po jakimś czasie docieramy do wzgórza Ditchling Beacon (213 m npm), które od 1920 roku jest mekką miejscowych artystów. miejsce ciekawe przede wszystkim z powodu swojego kształtu geologicznego, wspaniałego widoku na pobliskie doliny oraz gęstej i różnorodnej w okresie letnim roślinności. fakt, że drukowane są foldery, budowane parkingi, oraz że przyjeżdżają tu spragnieni przestrzeni ludzi jest zasługą Towarzystwa Turystycznego, które, w przeciwieństwie do naszych rodzimych organizacji, dba o rozwój tego typu miejsc. idąc dalej na wschód mijamy dziesiątki usypanych przed tysiącami lat kurhanów.
kurhany przybierają kształt niewysokich okrągłych górek, są wyraźnie zaznaczone na mapach. wiele z nich nigdy nie było badanych przez archeologów. z drugiej jednak strony w wielu widać wgłębienia -- podobno w średniowieczu i niedalekiej
przeszłości kurhany były bardzo często plądrowane w poszukiwaniu skarbów dawnych cywilizacji.. przez kolejne kilometry krajobraz się nie zmienia -- wciąż te same zielone pola z pasącymi się zwierzętami i rozdzielające je żywopłoty. co jakiś czas drogowskaz wskazujący poszczególne szlaki lub okoliczne miasteczka. docieramy do Lewes, o którym szerzej pisałem w tej notce z 20 lutego 2007 roku. przechodzimy przez pole, na którym w 1264 roku odbyła się sławna w regionie Bitwa pod Lewes, w której z siłami francuskiego króla Henryka III starła się zbuntowana (również normańska) frakcja baronów.. Lewes jest pięknym średniowiecznym miasteczkiem, jednak czując w nogach zrobione kilometry, od razu wybraliśmy się w kierunku miejscowego browaru Harveys, aby w lokalnej tawernie cieszyć się smakiem miejscowego ciemnego piwa. przez dłuższy czas cieszyliśmy się prężąc nasze zmęczone ciała na słońcu nad brzegiem rzeki Ouse, a niektórzy (czyt. nasz kolega David) nawet usnęli.. do Brighton wróciliśmy autobusem..kategoria: podróże link bezpośredni
desperat w biurze
1.07.2008; 11.01
niezła akcja w NCsofcie. do działu Customer Service od kilku dni wydzwaniał kolo, któremu nasi chłopacy zmienili login w grze. nazwa jego postaci w City of Heroes była niedozwolona, więc musiała ulec zmianie. koleś się z tym jednak nie pogodził i nie dawał za wygraną dzwoniąc na losowo wybrane numery w firmie, atakując ludzi często nie mających o sprawie pojęcia. po kilku dniach w akcie desperacji pojawił się w biurze. elegancko ubrany, młody mężczyzna zarządał rozmowy z CEO naszej firmy. dyrektor był niedostępny, a desperat odmówił wyjścia z biura. dzwoniono po policję, choć podobno nie mieli na wyposażeniu wozów bojowych. po kilku godzinach sprawę załatwiła (również efektownie ubrana) ochrona i z użyciem siły wyprowadziła skrępowanego nastolatka. na intranetowym forum od razu rozgorzała dyskusja, a sprawę określono jako 'najbardziej ekscytującą w historii firmy'. pojawiła się nawet ankieta, w której można było się opowiedzieć o poziomie ekscytacji niecodziennym wydarzeniem:
How exciting is this?
More exciting than the late night explosion
About as exciting as the flood
Just as exciting as payday is normally
As exciting as when Paul used to get drunk in the pub
zdecydowanie prowadzi opcja z nocnym wybuchem, choć ja głosowałem na Paula, bo wygląd natrzepanego dyrektora finansów byłby nie lada wydarzeniem.. ;) całość udało się nagrać ukrytą kamerą, więc mamy dowód wtargnięcia zdesperowanego gracza i fizycznego ataku na dobro firmy. z uwagi na dobro śledztwa filmiku nie ma (i raczej nie będzie) na youtubie..
How exciting is this?
More exciting than the late night explosion
About as exciting as the flood
Just as exciting as payday is normally
As exciting as when Paul used to get drunk in the pub
zdecydowanie prowadzi opcja z nocnym wybuchem, choć ja głosowałem na Paula, bo wygląd natrzepanego dyrektora finansów byłby nie lada wydarzeniem.. ;) całość udało się nagrać ukrytą kamerą, więc mamy dowód wtargnięcia zdesperowanego gracza i fizycznego ataku na dobro firmy. z uwagi na dobro śledztwa filmiku nie ma (i raczej nie będzie) na youtubie..
kategoria: humor link bezpośredni
viva espanha!
30.06.2008; 16.18
miałem dobry poranek. wiatr przez otwarte okno, słońce, podstawiona winda na dole w budynku. niewielu porannych meneli na trawniku pod kościołem, zero dumnych garniturowców z American Express po drodze. wchodzę uśmiechnięty, a na mój widok Nick, Niemiec ze Stuttgartu, wcale bez uśmiechu: 'so whaaaaat?!'.. i mnie sprowadził na ziemię. a mój uśmiech wcale nie wynikał z porażki zachodnich sąsiadów w ostatnim, najważniejszym z meczów. w meczu pięknej i bestii. nie, choć osobiście cieszę się, że tytuł trafił do rąk bajecznych Hiszpanów. po tylu latach coś im się od życia należy.. a Alvaro, jeden z naszych hiszpańskich colleagues ma dzisiaj swoje 5 minut. dumny, czerwono-żółto-czerwony kibic z Walencji wychodzi przed szereg i wznosi okrzyki ku czci swoich bogów.. nawet cotygodniowe firmowe spotkanie poniedziałkowe rozpoczęło się od słów naszego CEO: gratulujemy Hiszpanii..
a meczu nie widziałem. nie widziałem FINAŁU Mistrzostw Europy. wyjątkowo aktywny był to weekend, a wczoraj zaliczyliśmy wyjątkowo aktywny wypad fotograficzny. klify i różne temperatury barwowe słońca oraz grill na łące pod lasem. istna sielanka, gdzie na zielonej trawie wśród śpiewu ptaków można było usnąć i zapomnieć o galopującym do przodu świecie.. szczegóły wkrótce na fotoblogu..
a meczu nie widziałem. nie widziałem FINAŁU Mistrzostw Europy. wyjątkowo aktywny był to weekend, a wczoraj zaliczyliśmy wyjątkowo aktywny wypad fotograficzny. klify i różne temperatury barwowe słońca oraz grill na łące pod lasem. istna sielanka, gdzie na zielonej trawie wśród śpiewu ptaków można było usnąć i zapomnieć o galopującym do przodu świecie.. szczegóły wkrótce na fotoblogu..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Tyrol i Kitzbühel..
18.06.2008; 18.09
czas odpocząć od piłki. w przerwach między Euro wybraliśmy się na kilka alpejskich wycieczek. wysokie góry dookoła i ten sam codzienny rytuał: otwieram jedno oko wczesnym rankiem i patrzę na niebo. jeśli niebiesko dookoła to zrywam się w pośpiechu, budzę blondynkę i zaczynam parzyć kawę. jeśli, co znacznie częściej, pochmurno, brzydko, szaro i wilgotno to daję sobie jeszcze parę godzin snu.. Kufstein leży w północnej części austriackiego Tyrolu, rzut beretem od granicy z Niemcami. granica jest o tyle fajna, że w ogóle nieoznakowana. idąc/jadąc mija się takie same zielone przestrzenie i podobne wioski, więc (mówię zupełnie poważnie) przypadkiem można obudzić się w innym kraju i potem mieć wyrzuty sumienia, że coś nas ominęło.. położone na wysokości 499m npm miasto otaczają dwa łańcuchy górskie: Wilden Kaiser i Zahmen Kaiser, które wspólnie tworzą pasmo Kaisergebirge. kierujemy się na Pyramidenspitze (1998 m) i choć przeszkadza nam burza, docieramy do kilku ciekawych miejsc. góry obfitują tu w klasyczną alpejską zabudowę -- bielone domki o spadzistych dachach w znacznej części składają się z drewna, a ogromne balkony przystrajane są kwiatami. w wielu z nich znajdują się gospody serwujące tradycyjne tyrolskie jedzenie. to, co zaskoczyło mnie 2 lata temu to fakt, że Austriacy nie używają powitań w stylu 'dzień dobry' czy 'cześć', a w zamian korzystają z utartych 'grüß dir' (bądź pozdrowiony) lub, częściej, 'grüß Gott' (niech będzie pochwalony). kościoły rzadko zapełniają się tu ludźmi, ale religijność obyczajowa widoczna jest na każdym kroku -- psalmy wypisywane na murach, ściany przyozdabiane malowidłami, krzyże wiszące w gospodach. zresztą same kościółki i kapliczki są formą wyrażania tradycji i bardzo często można je spotkać na górskich szlakach.. na największą jednak uwagę zasługują sami ludzie. najczęściej w wieku emerytalnym, ubrani w drogi markowe ciuchy, z kijkami w rękach maszerują szlakami górskimi. mają tak wyrobioną kondycję, że byliśmy mijani w zawrotnym tempie i aż nam było głupawo. ponadto w momencie w którym my na górę wchodziliśmy (rano), wielu z nich już ze szczytu schodziło! wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni i pozdrawiający się dookoła. kilkakrotnie wcześniej widywałem podobnych podróżników w samolotach na różnych lotniskach Europy i zawsze z dużą dozą pewności można powiedzieć, że pochodzą z Tyrolu lub Bawarii..
***
innym razem uderzamy do miasteczka Kitzbühel, które leży ok 40 km na południe od Kufstein w Alpach Kitzbühelskich (Kitzbüheler Alpen). miasto jest znanym w świecie kurortem narciarskim dookoła którego znajduje się 230 (!) wyciągów narciarskich, a co roku na pobliskim szczycie Hahnenkamm odbywają się zawody pucharu świata w narciarstwie alpejskim. miejscowi szczycą się faktem posiadania najbardziej stromej oraz najtrudniejszej trasy zjazdowej FIS na świecie. samo centrum Kitzbühel niczym oryginalnym nie zaskakuje, chyba że wywindowanymi do przesady cenami. owszem, jest tu pięknie i czysto, a kamieniczki mienią się wszystkimi kolorami tęczy. co ciekawe, największą grupą klientów są tu .. Rosjanie, bo tylko ich stać na miejscowe wydatki. nawet Niemcy, którzy mają tu bardzo blisko są w znaczącej mniejszości. na hotelach powiewają biało-niebiesko-czerwone flagi, gdyż wielu Rosjan wybrało sobie to miejsce jako bazę na czas mistrzostw.. niestety nie udaje nam się wjechać na pobliskie góry -- szkoda, choć pogoda i tak była do bani, a w fotografii światło jest podstawą. a bez możliwości robienia fotek to po co tam wjeżdżać? ;)
***
innym razem uderzamy do miasteczka Kitzbühel, które leży ok 40 km na południe od Kufstein w Alpach Kitzbühelskich (Kitzbüheler Alpen). miasto jest znanym w świecie kurortem narciarskim dookoła którego znajduje się 230 (!) wyciągów narciarskich, a co roku na pobliskim szczycie Hahnenkamm odbywają się zawody pucharu świata w narciarstwie alpejskim. miejscowi szczycą się faktem posiadania najbardziej stromej oraz najtrudniejszej trasy zjazdowej FIS na świecie. samo centrum Kitzbühel niczym oryginalnym nie zaskakuje, chyba że wywindowanymi do przesady cenami. owszem, jest tu pięknie i czysto, a kamieniczki mienią się wszystkimi kolorami tęczy. co ciekawe, największą grupą klientów są tu .. Rosjanie, bo tylko ich stać na miejscowe wydatki. nawet Niemcy, którzy mają tu bardzo blisko są w znaczącej mniejszości. na hotelach powiewają biało-niebiesko-czerwone flagi, gdyż wielu Rosjan wybrało sobie to miejsce jako bazę na czas mistrzostw.. niestety nie udaje nam się wjechać na pobliskie góry -- szkoda, choć pogoda i tak była do bani, a w fotografii światło jest podstawą. a bez możliwości robienia fotek to po co tam wjeżdżać? ;)
kategoria: podróże link bezpośredni
euro, euro i po euro..
16.06.2008; 15.45
euro, euro i po euro. przynajmniej dla Polaków, bo szanse na awans z grupy są iście iluzoryczne. przez tydzień
udało nam się odwiedzić Innsbruck, Kufstein, Klagenfurt, Kitzbühel i Salzburg. oprócz tego w czwartek wybrałem
się na samotną podróż do Monachium -- tak więc również Niemcy, w których bywałem wielokrotnie wcześniej, będę
mógł oficjalnie wrzucić do mapy moich podróży.. Euro nie rozczarowało (no może z wyjątkiem postawy
Biało-Czerwonych, co powoli staje się normą), choć nie mogę powiedzieć, żeby miasta austriackie były jakoś
szczególnie przygotowane czy wystrojone. oni od dawna mają całą infrastrukturę (stadiony, drogi, hotele,
restauracje), więc budować nie ma ani gdzie, ani po co. często można było spotkać niezakończone budowy,
prowizoryczne rozwiązania, walający się dookoła gruz. oczywiście dopisali kibice i był to dla mnie najfajniejszy
aspekt Euro. wielotysięczne grupy kolorowych kibiców, zabawa na maksa, śpiewy, tańce, malowanie twarzy. raj dla
fotografa.. no ale po kolei:
Innsbruck
w Innsbrucku meldujemy się w sobotę, czyli w dzień otwarcia mistrzostw. pogoda deszczowa, ale dookoła czuć atmosferę święta. rozmawiam z taksówkarzem, dlaczego wśród dziesięciu flag na swoim samochodzie nie ma Polski? on odpowiada, że bardzo chciał, ale flagi Polski za nic w świecie nie można dostać w austriackich sklepach. ma za to dwie flagi włoskie, bo jego dziewczyna jest Włoszką.. mówi, że prawdziwy ruch zacznie się dopiero jutro -- na pobliskim lotnisku ląduje bowiem 70 samolotów, a do tego przyjedzie kilkadziesiąt specjalnych pociągów. udajemy się na stadion -- wszystko pozamykane, ochroniarze pilnują i nie pozwalają nawet zbliżać się do trybun (prowizorycznych, bo stadion po Euro będzie w połowie rozebrany -- Tirol nie potrzebuje tak dużego stadionu), otwarte jest wyłącznie centrum dziennikarskich akredytacji. następnie uderzamy na stare miasto -- Altstadt wypełniony jest, co zapamiętałem sprzed dwóch lat, pięknymi kolorowymi kamienicami i fontanny. panuje klimat górskiego uzdrowiska. nawet chmury wiszące nad pobliskimi wzgórzami takie same. spotykam dwóch Polaków z Opola, którzy wybrali sobie to miasto jako bazę noclegową, bo jak mówią: 'sprawdziliśmy kto gdzie gra. i wybraliśmy Innsbruck, bo wiesz, Greczynki, Szwedki.. mhmm, będzie w czym wybierać..' spotykamy pierwszych Niemców chuliganów, a także hiszpańskich przebierańców. panuje sielanka, a miasto pewnie eksplodowało dopiero podczas pierwszego meczu Hiszpanii z Rosją..
Klagenfurt
nasze święto! bić Niemca, bo jeśli nie teraz to kiedy? cóż, opcja 'kiedy' zwyciężyła i nadal musimy żyć marzeniami. Klagenfurt to 90-tysięczne miasteczko w Karyntii, a w tym dniu liczyło prawie 200 tyś luda. dobrze rozwiązano transport -- park&ride zlokalizowane były już na autostradach i drogach dojazdowych, tak więc ruch uliczny w mieście wcale nie był duży. po drodze na parkingach spotykamy setki samochodów z powywieszanymi flagami, panuje przyjazna atmosfera. siły polskie i niemieckie były wyrównane, choć obiektywnie rzecz biorąc, Niemcy byli przed meczem bardziej rozbawionym narodem. z niewielkich scen leciało ich lokalne szlagiery, lało się piwo, tańczono na ulicznych stołach. w knajpach i ogródkach piwnych ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce.. pogoda w kratkę -- na chwilę wyszło słońce, a potem trzeba się było chować przed deszczem. wśród kibiców obydwu reprezentacji spotkać można było zarówno bardzo młodych, jak i starszych kibiców. wiek, płeć i inne takie już od dawna nie mają znaczenia, bawią się całe rodziny. na zmianę z różnych ulic słychać tradycyjne 'Polskaaa! Biało-Czerwoni' i 'Super Deutschland, oleeee'.. władze miasta przygotowały dwie strefy kibicowskie: mniejszą na 7 tys. głów w samym centrum, druga, na 21 tys. poza miastem. wbijamy się na główny plac i na telebimach oglądamy pierwszy mecz Austriaków z Chorwatami. miejscowi także wzięli sobie do serca sprawy kibicowskie i jest ich tu naprawdę sporo. mimo że Polacy są za nimi, Chorwacja wygrywa. Polacy zajmują centralne miejsce w Fan Zone, a dookoła, jakby nas otaczając, stoją Niemcy. sam mecz to huśtawka nastrojów, a nasza dobra gra nic nie daje i tracimy dwie bramki. po drugiej dla Niemców w naszą stronę lecą plastikowe kubki po piwach, a po chwili rozpoczyna się starcie bezpośrednie. sprawę w rewelacyjnym tempie normuje niemiecka policja, która wjechała w fanów z .. pięściami. i to w naszych fanów, choć zadymę wywołali niemieccy naziści. podobno znacznie ostrzej było w drugiej Fan Zone, gdzie aresztowano ponad 100 osób. w nocy podłamani wracamy do Kufstein, gdzie meldujemy się po 3 nad ranem.
Salzburg
lot powrotny miałem o 22, ale do Salzburga wybrałem się już o 10 rano, bo liczyłem na dobrą zabawę przed meczem Rosjan z Grekami. i nie zawiodłem się: grupkę Rosjan z Moskwy poznałem już na dworcu i razem z nimi spędziłem cały dzień oczekując na ich pojedynek. super przyjaźnie nastawieni, a do tego otwarci, jak prawdziwi Słowianie. w pociągu jedna wielka impreza -- leje się alkohol, trwają dyskusje, co chwilę ktoś intonuje rosyjskie pieśni pochwalne. mi osobiście najbardziej podoba się powtarzane na zmianę przez różne grupy fanów 'Wpierdiooood Rasiiiija!'. zwiedzamy miasto (a raczej ja im pokazuję Salzburg, bo byłem tu całkiem niedawno), pijemy piwo, jemy obfity obiad. w restauracji na zmianę wykrzykiwane są piosenki rosyjskie i greckie. Rosjanie wielokrotnie pytają się o Polskę, o ludzi, o braci Kaczyńskich. prędzej czy później musieliśmy zejść na tematy polityczne, no więc rozmawiamy o Putinie, rosyjskiej demokracji i ich kłopotach z mniejszymi republikami. poza Rosjanami miasto pęka w szwach od Greków -- świetnie bawiący się kibice przywieźli ze sobą trąby, bębny, ogromne flagi. śpiewają świetnie brzmiące pieśni, cały rynek należy do nich. właśnie dla takiej atmosfery warto pojawić się w dniu meczu na Mistrzostwach. później oglądam w Strefie Kibicowskiej pojedynek Hiszpanii ze Szwedami (których również wielu tego dnia spotkałem), a na lotnisku pierwszą połowę meczu Rosji. cieszę się, że strzelili bramkę i wygrali cały mecz, bo dla takich kibiców warto grać. mimo że nie miałem biletów obejrzałem na żywo kawałek meczu Euro: stadion Red Bull Salzburg na którym rozgrywany był pojedynek znajduje się bardzo blisko lotniska, więc startując samolotem linii RyanAir na małej wysokości przelecieliśmy nad stadionem. wrażenie nie do opisania: jasność, zielona murawa, zawodnicy i flesze aparatów fotograficznych ;) była 60 minuta meczu..
Innsbruck
w Innsbrucku meldujemy się w sobotę, czyli w dzień otwarcia mistrzostw. pogoda deszczowa, ale dookoła czuć atmosferę święta. rozmawiam z taksówkarzem, dlaczego wśród dziesięciu flag na swoim samochodzie nie ma Polski? on odpowiada, że bardzo chciał, ale flagi Polski za nic w świecie nie można dostać w austriackich sklepach. ma za to dwie flagi włoskie, bo jego dziewczyna jest Włoszką.. mówi, że prawdziwy ruch zacznie się dopiero jutro -- na pobliskim lotnisku ląduje bowiem 70 samolotów, a do tego przyjedzie kilkadziesiąt specjalnych pociągów. udajemy się na stadion -- wszystko pozamykane, ochroniarze pilnują i nie pozwalają nawet zbliżać się do trybun (prowizorycznych, bo stadion po Euro będzie w połowie rozebrany -- Tirol nie potrzebuje tak dużego stadionu), otwarte jest wyłącznie centrum dziennikarskich akredytacji. następnie uderzamy na stare miasto -- Altstadt wypełniony jest, co zapamiętałem sprzed dwóch lat, pięknymi kolorowymi kamienicami i fontanny. panuje klimat górskiego uzdrowiska. nawet chmury wiszące nad pobliskimi wzgórzami takie same. spotykam dwóch Polaków z Opola, którzy wybrali sobie to miasto jako bazę noclegową, bo jak mówią: 'sprawdziliśmy kto gdzie gra. i wybraliśmy Innsbruck, bo wiesz, Greczynki, Szwedki.. mhmm, będzie w czym wybierać..' spotykamy pierwszych Niemców chuliganów, a także hiszpańskich przebierańców. panuje sielanka, a miasto pewnie eksplodowało dopiero podczas pierwszego meczu Hiszpanii z Rosją..
Klagenfurt
nasze święto! bić Niemca, bo jeśli nie teraz to kiedy? cóż, opcja 'kiedy' zwyciężyła i nadal musimy żyć marzeniami. Klagenfurt to 90-tysięczne miasteczko w Karyntii, a w tym dniu liczyło prawie 200 tyś luda. dobrze rozwiązano transport -- park&ride zlokalizowane były już na autostradach i drogach dojazdowych, tak więc ruch uliczny w mieście wcale nie był duży. po drodze na parkingach spotykamy setki samochodów z powywieszanymi flagami, panuje przyjazna atmosfera. siły polskie i niemieckie były wyrównane, choć obiektywnie rzecz biorąc, Niemcy byli przed meczem bardziej rozbawionym narodem. z niewielkich scen leciało ich lokalne szlagiery, lało się piwo, tańczono na ulicznych stołach. w knajpach i ogródkach piwnych ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce.. pogoda w kratkę -- na chwilę wyszło słońce, a potem trzeba się było chować przed deszczem. wśród kibiców obydwu reprezentacji spotkać można było zarówno bardzo młodych, jak i starszych kibiców. wiek, płeć i inne takie już od dawna nie mają znaczenia, bawią się całe rodziny. na zmianę z różnych ulic słychać tradycyjne 'Polskaaa! Biało-Czerwoni' i 'Super Deutschland, oleeee'.. władze miasta przygotowały dwie strefy kibicowskie: mniejszą na 7 tys. głów w samym centrum, druga, na 21 tys. poza miastem. wbijamy się na główny plac i na telebimach oglądamy pierwszy mecz Austriaków z Chorwatami. miejscowi także wzięli sobie do serca sprawy kibicowskie i jest ich tu naprawdę sporo. mimo że Polacy są za nimi, Chorwacja wygrywa. Polacy zajmują centralne miejsce w Fan Zone, a dookoła, jakby nas otaczając, stoją Niemcy. sam mecz to huśtawka nastrojów, a nasza dobra gra nic nie daje i tracimy dwie bramki. po drugiej dla Niemców w naszą stronę lecą plastikowe kubki po piwach, a po chwili rozpoczyna się starcie bezpośrednie. sprawę w rewelacyjnym tempie normuje niemiecka policja, która wjechała w fanów z .. pięściami. i to w naszych fanów, choć zadymę wywołali niemieccy naziści. podobno znacznie ostrzej było w drugiej Fan Zone, gdzie aresztowano ponad 100 osób. w nocy podłamani wracamy do Kufstein, gdzie meldujemy się po 3 nad ranem.
Salzburg
lot powrotny miałem o 22, ale do Salzburga wybrałem się już o 10 rano, bo liczyłem na dobrą zabawę przed meczem Rosjan z Grekami. i nie zawiodłem się: grupkę Rosjan z Moskwy poznałem już na dworcu i razem z nimi spędziłem cały dzień oczekując na ich pojedynek. super przyjaźnie nastawieni, a do tego otwarci, jak prawdziwi Słowianie. w pociągu jedna wielka impreza -- leje się alkohol, trwają dyskusje, co chwilę ktoś intonuje rosyjskie pieśni pochwalne. mi osobiście najbardziej podoba się powtarzane na zmianę przez różne grupy fanów 'Wpierdiooood Rasiiiija!'. zwiedzamy miasto (a raczej ja im pokazuję Salzburg, bo byłem tu całkiem niedawno), pijemy piwo, jemy obfity obiad. w restauracji na zmianę wykrzykiwane są piosenki rosyjskie i greckie. Rosjanie wielokrotnie pytają się o Polskę, o ludzi, o braci Kaczyńskich. prędzej czy później musieliśmy zejść na tematy polityczne, no więc rozmawiamy o Putinie, rosyjskiej demokracji i ich kłopotach z mniejszymi republikami. poza Rosjanami miasto pęka w szwach od Greków -- świetnie bawiący się kibice przywieźli ze sobą trąby, bębny, ogromne flagi. śpiewają świetnie brzmiące pieśni, cały rynek należy do nich. właśnie dla takiej atmosfery warto pojawić się w dniu meczu na Mistrzostwach. później oglądam w Strefie Kibicowskiej pojedynek Hiszpanii ze Szwedami (których również wielu tego dnia spotkałem), a na lotnisku pierwszą połowę meczu Rosji. cieszę się, że strzelili bramkę i wygrali cały mecz, bo dla takich kibiców warto grać. mimo że nie miałem biletów obejrzałem na żywo kawałek meczu Euro: stadion Red Bull Salzburg na którym rozgrywany był pojedynek znajduje się bardzo blisko lotniska, więc startując samolotem linii RyanAir na małej wysokości przelecieliśmy nad stadionem. wrażenie nie do opisania: jasność, zielona murawa, zawodnicy i flesze aparatów fotograficznych ;) była 60 minuta meczu..
kategoria: podróże link bezpośredni
ostatnie chwile przed EURO!
6.06.2008; 14.26
od jutra pełnym blaskiem rozbłyśnie Euro 2008! historyczna impreza z Biało-Czerwonymi, klasyczne święto, piłkarska uczta. i nie tylko dla futbolowych fanatyków: mistrzostwa to czas narodowego patriotyzmu, okres zainteresowania się piłką całego narodu. słuchane w radiu relacje naszych komentatorów, wywieszane za oknem flagi, radość po zwycięstwie i smutek po porażce. już jutro rano lecimy do Innsbrucka i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wczorajsza kontuzja Błaszczykowskiego, naszego key playera. smutna to wielce wiadomość, choć niektórzy piszą o jakimś konflikcie w kadrze, ale to rzecz niepotwierdzona.. atmosfera EURO udziela się wszystkim: w prasie i w internecie ciągłe dyskusje, Polsat nadaje na okrągło spod hotelu naszych reprezentantów.. Leo przeprasza za chorą okładkę w chorym SE, a co ja mam powiedzieć moim kolegom Niemcom? że mi przykro, szkoda? zresztą oni są nieco bardziej ogarnięci i zdają sobie sprawę, że wojna pomiędzy brukowcami (Bild vs SE) rozgrywa się tylko w głowach przekupnych redaktorów -- przecież właścicielem obu wielce poczytnych pism jest ten sam wydawca. o szansach poszczególnych drużyn rozmawiamy w naszej firmie każdego dnia. Hiszpanie są wyjątkowo sceptyczni i twierdzą, że znowu odpadną w ćwierćfinale. Niemcy wyjątkowo zgodni i wszyscy typują 1-0 w pierwszym meczu z Polską. Francuzi wierzą w Makelele i Riberiego, a jedyny Szwed w NCsofcie planuje przebrać się za szwedzkiego kucharza.. co innego Angole -- jadę sobie z jednym rano w windzie i wywiązał się klasyczny dialog o pogodzie:
- how are you Tomash?
- fine thanks, go to Austria tomorrow..
- Austria? what for?
- for the Euro!
- for whaaaat?
właściwie to wcale mnie to nie dziwi. ich ignorancja (wiem, generalizuję) zamyka się we fryzurze królowej Elżbiety i bulwarowym piśmie Sun, w którym na jeden (!) dzień przed Mistrzostwami pisze się o krykiecie i zwycięstwie ich reprezentacji na Trynidadem i Tobago kilka dni temu..
a Mistrzostwa, czy to Mundial czy Euro, to rzecz święta. pierwsze, jakie pamiętam to Italia '90 -- wspaniałe intro z niepowtarzalnym hymnem imprezy: (nie to co teraz)
Argentyńczy Claudio Caniggia, rewelacyjny Kamerun i horror rzutów karnych w półfinale. a nade wszystko łzy Diego Maradony po przegranym finale. wszystko rozpoczęło się w '90 roku, a każde kolejne mistrzostwa moją pasję potęgowały. zasiadałem przed telewizorem w dzień otwarcia mistrzostw i odchodziłem od niego po zakończeniu finału. nie straszne mi były mecze potencjalnie bez znaczenia lub te z udziałem Boliwii czy Arabii Saudyjskiej. pochłaniałem każde zagranie, każdy wywiad i każdą wzmiankę w wiadomościach. a po meczach szliśmy z kolegami na boisko ćwiczyć zauważone w tv sztuczki. właściwie to sami również mieliśmy własne mistrzostwa -- na kartkach rozpisywaliśmy tabele, wyniki, strzelców. i kopaliśmy do upadłego.. potem była Szwecja 1992, następnie USA 1994 i Anglia 1996 -- wszystkie imprezy bez udziału biało-czerwonych Orłów. występy na 2 ostatnich MŚ pozostają zauważone w świecie, jednak wyniki jakie uzyskiwaliśmy również poszły w świat. może dlatego analiza szans w naszej grupie na stronach Guardiana nie daje nam również teraz większych szans na sukces. mało tego, redaktorzyna angielska skazuje nas na ostatnie miejsce w grupie!! Niemcy mają być pierwsze (mają również wygrać całe mistrzostwa), a Chorwacja druga. Guardian zauważa korupcję w naszym kraju, ale i dostrzega jaśniejsze punkty Polaków: blondwłosą Katarzynę -- żonę Artura Boruca. do tego dorzuca pozytywne info o naszych fanach -- 15000 w Brukseli na meczu z Belgią i 7000 w Lizbonie. jako największą gwiazdę przedstawia się tu Smolarka, a największym talentem ma błysnąć Błaszczykowski. tzn miał. ciekawe czy po kontuzji Kuby redaktorzyna angielska zmieni pogląd i uplasuje nas, powiedzmy, na 5 miejscu w grupie?
no nic, zbieram się i postaram się w poniedziałek wrzucić pierwsze zdjęcia z Klagenfurtu..
- how are you Tomash?
- fine thanks, go to Austria tomorrow..
- Austria? what for?
- for the Euro!
- for whaaaat?
właściwie to wcale mnie to nie dziwi. ich ignorancja (wiem, generalizuję) zamyka się we fryzurze królowej Elżbiety i bulwarowym piśmie Sun, w którym na jeden (!) dzień przed Mistrzostwami pisze się o krykiecie i zwycięstwie ich reprezentacji na Trynidadem i Tobago kilka dni temu..
a Mistrzostwa, czy to Mundial czy Euro, to rzecz święta. pierwsze, jakie pamiętam to Italia '90 -- wspaniałe intro z niepowtarzalnym hymnem imprezy: (nie to co teraz)
Argentyńczy Claudio Caniggia, rewelacyjny Kamerun i horror rzutów karnych w półfinale. a nade wszystko łzy Diego Maradony po przegranym finale. wszystko rozpoczęło się w '90 roku, a każde kolejne mistrzostwa moją pasję potęgowały. zasiadałem przed telewizorem w dzień otwarcia mistrzostw i odchodziłem od niego po zakończeniu finału. nie straszne mi były mecze potencjalnie bez znaczenia lub te z udziałem Boliwii czy Arabii Saudyjskiej. pochłaniałem każde zagranie, każdy wywiad i każdą wzmiankę w wiadomościach. a po meczach szliśmy z kolegami na boisko ćwiczyć zauważone w tv sztuczki. właściwie to sami również mieliśmy własne mistrzostwa -- na kartkach rozpisywaliśmy tabele, wyniki, strzelców. i kopaliśmy do upadłego.. potem była Szwecja 1992, następnie USA 1994 i Anglia 1996 -- wszystkie imprezy bez udziału biało-czerwonych Orłów. występy na 2 ostatnich MŚ pozostają zauważone w świecie, jednak wyniki jakie uzyskiwaliśmy również poszły w świat. może dlatego analiza szans w naszej grupie na stronach Guardiana nie daje nam również teraz większych szans na sukces. mało tego, redaktorzyna angielska skazuje nas na ostatnie miejsce w grupie!! Niemcy mają być pierwsze (mają również wygrać całe mistrzostwa), a Chorwacja druga. Guardian zauważa korupcję w naszym kraju, ale i dostrzega jaśniejsze punkty Polaków: blondwłosą Katarzynę -- żonę Artura Boruca. do tego dorzuca pozytywne info o naszych fanach -- 15000 w Brukseli na meczu z Belgią i 7000 w Lizbonie. jako największą gwiazdę przedstawia się tu Smolarka, a największym talentem ma błysnąć Błaszczykowski. tzn miał. ciekawe czy po kontuzji Kuby redaktorzyna angielska zmieni pogląd i uplasuje nas, powiedzmy, na 5 miejscu w grupie?
no nic, zbieram się i postaram się w poniedziałek wrzucić pierwsze zdjęcia z Klagenfurtu..
kategoria: pasje link bezpośredni
Edynburg..
04.05.2008; 18.26
Edynburg przywitał nas chłodem i ciężkimi ołowianymi chmurami. jak się miało później okazać, był to jedyny moment, kiedy w Szkocji widzieliśmy chmury. zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy już o 8 rano wjeżdżając na górujące nad Edi wzgórze Calton Hill. jest to jedno z siedmiu wzgórz w pobliżu Edynburga, a z uwagi na swoje centralne położenie, jest wymarzonym miejscem do obserwacji miasta, fotografii i .. publicznego seksu. na Calton Hill znajduje się kilka ważnych pomników oraz budynek szkockiego rządu, jednak kto miałby do tego wszystkiego głowę o 8 nad ranem po całonocnej jeździe autobusem? w każdym razie widoki ciekawe, choć wietrznie było i Agacie blond fryzurę na cały dzień popsuło. szczególne wrażenie sprawia ujście rzeki Forth do Morza Północnego -- końcowe kilometry rzeki i szerokie połączenie z morzem tworzy tu swoistą zatokę, a oficjalna nazwa brzmi Firth of Forth. przyjemny widok jaki sprawia panorama okolic potęgowany jest przez żółtą roślinę szczelnie porastającą okoliczne wzgórza. ów rośliną okazuje się kolcolist zwany po szkockiemu gorse. ta kolczasta paskuda jest niezły przeciwnikiem, jak nam potem powiedziała przewodniczka w szkockiej spódnicy. zaczyna to to rosnąć na małym skrawku terenu, a po chwili zaczyna się rozprzestrzeniać. korzenie ma głębokie i podobno jest prawdziwą zmorą i plagą szkockich ogrodników. nie wiem co na to ogrodnicy, ale mi się bardzo podoba..
zwiedzanie centrum Edynburga rozpoczynamy od reprezentatywnej ulicy zwanej Royal Mile. jest to główny trakt starego miasta, który jak nazwa wskazuje ciągnie się około mili, by kończyć się wejściem do zamku. sam zamek znajduje się na potężnym wzgórzu (jak zwykle, zresztą kto buduje zamek w dolinie?)o nazwie Castle Rock. siłą rzeczy Royal Mile powoli pnie się do góry. po obu stronach brukowanej ulicy liczne sklepy, kafejki i małe restauracje. ofkors jak wszędzie mamy tu McD czy Subwaya, jednak są też miejsca tradycyjne, gdzie goszczą nieśmiertelną rybą z frytkami. idąc w kierunku zamku mijamy kilka miejscowych perełek, jak maleńki wymalowany niebieską farbą posterunek policji, czy anachroniczne sklepy z pamiątkami. w jednym z nich dokonuję zakupu figurki kobziarza, nasłuchuję się celtyckich rytmów, jestem szczęśliwy i mogę wracać do domu.. do domu jednak daleka droga więc udajemy się na zamek. na zamku tłoczno i gwarno więc dzwonię do Kuby i umawiamy się na spotkanie. właściwie to Kuba ma na imię Mariusz, a poznaliśmy się w Stanach kila lat temu. równy z niego chłop i nawet kiedyś razem planowaliśmy wypad do Edynburga (o tutaj tego dowód). mi się wówczas nie udało, ale Kuba rozgościł się w Szkocji i teraz jest to już jego miasto -- nawet Kazika zaprosił, aby Kult grał Polakom na emigracji. z Kubą przechadzamy się wzdłuż niesamowicie zielonych i pięknych terenów parku Princes Street Gardens. ogrody zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie i jestem pewien, że dla mieszkańców dużego przecież Edynburga są gwarancją wypoczynku. ludzie leżą tu na trawie we wszystkich możliwych kierunkach, dookoła biegają dzieciaki, mijający ludzie mówią nawet po polskiemu. od dawna wiadomo, że naszych rodaków jest tu od groma, ale ciekawą rzeczą jest fakt, że strona parku w wikipedii oprócz j. angielskiego istnieje wyłącznie po polsku :) po drodze można zobaczyć nietypowy pomnik poświęcony Sir Walterowi Scottowi, a więcej rzeczy nie pamiętam, bo byłem niezmiernie głodny..
ogólne wrażenia jak najbardziej pozytywne. miasto jest czyste, dookoła widać uśmiechniętych ludzi (kto by pomyślał, tak daleko na północy, na skraju cywilizacji.. :), mnóstwo ludzi biega i jeździ na rowerach. zresztą jogging był pierwszą rzeczą, jaką tutaj zobaczyliśmy. rozespanych z samego rana zaskoczyli nas miejscowi biegający pod górkę i z górki okolicznych wzgórz. respect. tradycyjnie w UK życiem towarzyskim królują puby, a dorzucając do tego liczne uniwersytety (chyba ze cztery, wraz z najstarszym w Szkocji University of Edinburgh założonym w 1583 roku) ze wszystkimi rozbawionymi studenciakami (coś jak ul. Pszczyńska w Gliwicach przy Politechnice, hehe) otrzymujemy całkiem fajne miejsce do życia. Kuba jest zadowolony i ja myślę, że też byłbym, gdyby losy potoczyły się inaczej..
zwiedzanie centrum Edynburga rozpoczynamy od reprezentatywnej ulicy zwanej Royal Mile. jest to główny trakt starego miasta, który jak nazwa wskazuje ciągnie się około mili, by kończyć się wejściem do zamku. sam zamek znajduje się na potężnym wzgórzu (jak zwykle, zresztą kto buduje zamek w dolinie?)o nazwie Castle Rock. siłą rzeczy Royal Mile powoli pnie się do góry. po obu stronach brukowanej ulicy liczne sklepy, kafejki i małe restauracje. ofkors jak wszędzie mamy tu McD czy Subwaya, jednak są też miejsca tradycyjne, gdzie goszczą nieśmiertelną rybą z frytkami. idąc w kierunku zamku mijamy kilka miejscowych perełek, jak maleńki wymalowany niebieską farbą posterunek policji, czy anachroniczne sklepy z pamiątkami. w jednym z nich dokonuję zakupu figurki kobziarza, nasłuchuję się celtyckich rytmów, jestem szczęśliwy i mogę wracać do domu.. do domu jednak daleka droga więc udajemy się na zamek. na zamku tłoczno i gwarno więc dzwonię do Kuby i umawiamy się na spotkanie. właściwie to Kuba ma na imię Mariusz, a poznaliśmy się w Stanach kila lat temu. równy z niego chłop i nawet kiedyś razem planowaliśmy wypad do Edynburga (o tutaj tego dowód). mi się wówczas nie udało, ale Kuba rozgościł się w Szkocji i teraz jest to już jego miasto -- nawet Kazika zaprosił, aby Kult grał Polakom na emigracji. z Kubą przechadzamy się wzdłuż niesamowicie zielonych i pięknych terenów parku Princes Street Gardens. ogrody zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie i jestem pewien, że dla mieszkańców dużego przecież Edynburga są gwarancją wypoczynku. ludzie leżą tu na trawie we wszystkich możliwych kierunkach, dookoła biegają dzieciaki, mijający ludzie mówią nawet po polskiemu. od dawna wiadomo, że naszych rodaków jest tu od groma, ale ciekawą rzeczą jest fakt, że strona parku w wikipedii oprócz j. angielskiego istnieje wyłącznie po polsku :) po drodze można zobaczyć nietypowy pomnik poświęcony Sir Walterowi Scottowi, a więcej rzeczy nie pamiętam, bo byłem niezmiernie głodny..
ogólne wrażenia jak najbardziej pozytywne. miasto jest czyste, dookoła widać uśmiechniętych ludzi (kto by pomyślał, tak daleko na północy, na skraju cywilizacji.. :), mnóstwo ludzi biega i jeździ na rowerach. zresztą jogging był pierwszą rzeczą, jaką tutaj zobaczyliśmy. rozespanych z samego rana zaskoczyli nas miejscowi biegający pod górkę i z górki okolicznych wzgórz. respect. tradycyjnie w UK życiem towarzyskim królują puby, a dorzucając do tego liczne uniwersytety (chyba ze cztery, wraz z najstarszym w Szkocji University of Edinburgh założonym w 1583 roku) ze wszystkimi rozbawionymi studenciakami (coś jak ul. Pszczyńska w Gliwicach przy Politechnice, hehe) otrzymujemy całkiem fajne miejsce do życia. Kuba jest zadowolony i ja myślę, że też byłbym, gdyby losy potoczyły się inaczej..
kategoria: podróże link bezpośredni
atmosfera przed EURO..
02.05.2008; 15.36
wycieczki, podróże i wrażenie dookoła. wypadałoby wreszcie coś konstruktywnego napisać, przelać na ekran kłębiące
się w głowie emocje, usystematyzować nowe lądy i napotkanych po drodze ludzi. ale jak to zrobić, kiedy pełna
uwaga, moje całe zaangażowanie, kręci się już tylko wokół zbliżających się Mistrzostw. EURO2008 startuje w
sobotę, my również w sobotę lecimy do Innsbrucka, by w niedzielę z rana mknąć z biało-czerwonych koszulkach do
Klagenfurtu. za rozbiory, za Westerplatte chciałoby się powiedzieć. wreszcie dogonić, podjąć walkę i pokonać
Niemca! czy mamy lepszą drużynę niż 2 lata temu? może minimalnie tak. mamy jednak najlepszego na świecie coacha
-- Don Leo, w którego wierzy 75% naszego społeczeństwa, a który potrafi to, czego nie potrafili Engelowie,
Janasowie i wcześniejsi Bońkowie. przecież nasi kopacze nie zrobili aż tak dużego postępu, przecież całość leży
tylko i wyłącznie w ich głowach. i potrzeba kogoś, kto wie, jak to coś wydobyć. kto dotrze do głów średniej
jakości grajków, kto wpoi im wiarę i zarazi optymizmem. potrzeba kolesia, który nie przejmuje się krytyką
niemieckich brukowców, nie komentuje uwag spoconego Janka i jest poza wszelkimi układami topornego PeZetPeeNu.
prasa od tygodni buduje atmosferę, a my, na 6 dni przed startem mistrzostw możemy tylko domniemywać, co też tam
pod kopułą Leo się kryje. To, że zagra Artur w bramce, a Bąk z Żewłakowem w środku obrony było wiadome od dawna.
wiemy również, że niepodważalne są pozycję Krzynówka i Lewandowskiego w środku pola, podobnie jak Ebiego z
przodu. Kuba Błaszczykowski również nie musiałby się martwić, no ale przejechali go rywale i chłopak wraca do
zdrowia. Maciek 'Magic' Żurawski podobno przeżywa drugą młodość, mamy walczaka Wasilewskiego i młodego
Wawrzyniaka, który prawdopodobnie zagra na lewej obronie z Niemcami. mamy Dudkę na defensywnej i Wojtka
Łobodzińskiego na prawej pomocy. mamy w końcu napadziora Zahorskiego z Górnika, który na EURO pojedzie z Michałem
Pazdanem, który jednocześnie będzie najmłodszym członkiem naszej ekipy..
o składzie, taktyce i przygotowaniach napisano już wiele. czy uda nam się wreszcie zagrać na miarę swoich umiejętności? czy Leo dokona cudu? czy dziesiątki tysięcy biało-czerwonych fanów w Austrii i miliony przed telewizorami wreszcie będzie mogło być dumnych z naszych Orłów? przekonamy się już niedługo. ja jak zwykle jestem optymistą, wierzę w ten zespół i czystą ideę rywalizacji. moje mistrzostwa, rozgrywane w grze PES2008 na Playstation3 w biurze NCsoftu, rozgrywają się już od tygodnia -- Polska ma się dobrze i już po dwóch meczach zagwarantowała sobie prawo gry w ćwierćfinale: pokonałem Niemców 1-0 po pięknej bramce Maćka Żurawskiego z 24 metrów, a w drugim meczu pozbawiłem złudzeń Chorwatów wygrywając 2-1. każdy z 16 startujących ziomali z firmy wybrała inny zespół, więc duch rywalizacji jest ogromny, każdemu zależy na jak najlepszym wyniku. Polska w ćwierćfinale zagra z Portugalią (którą gra Eric z Gujany Francuskiej) i szczerze mówiąc, będziemy mieli małe szanse, bo Eric to wymiatacz i na 10 spotkań zwykle przegrywam 7.. ale dopóki piłka.. eee pad w grze, wszystko jest możliwe..
dodałem szkocki fotoblog, wkrótce update Szkocji w dziale podróże i pokaz slajdów z picasy..
o składzie, taktyce i przygotowaniach napisano już wiele. czy uda nam się wreszcie zagrać na miarę swoich umiejętności? czy Leo dokona cudu? czy dziesiątki tysięcy biało-czerwonych fanów w Austrii i miliony przed telewizorami wreszcie będzie mogło być dumnych z naszych Orłów? przekonamy się już niedługo. ja jak zwykle jestem optymistą, wierzę w ten zespół i czystą ideę rywalizacji. moje mistrzostwa, rozgrywane w grze PES2008 na Playstation3 w biurze NCsoftu, rozgrywają się już od tygodnia -- Polska ma się dobrze i już po dwóch meczach zagwarantowała sobie prawo gry w ćwierćfinale: pokonałem Niemców 1-0 po pięknej bramce Maćka Żurawskiego z 24 metrów, a w drugim meczu pozbawiłem złudzeń Chorwatów wygrywając 2-1. każdy z 16 startujących ziomali z firmy wybrała inny zespół, więc duch rywalizacji jest ogromny, każdemu zależy na jak najlepszym wyniku. Polska w ćwierćfinale zagra z Portugalią (którą gra Eric z Gujany Francuskiej) i szczerze mówiąc, będziemy mieli małe szanse, bo Eric to wymiatacz i na 10 spotkań zwykle przegrywam 7.. ale dopóki piłka.. eee pad w grze, wszystko jest możliwe..
dodałem szkocki fotoblog, wkrótce update Szkocji w dziale podróże i pokaz slajdów z picasy..
kategoria: pasje link bezpośredni
już wkrótce gramy z Niemcami..
30.05.2008; 10.14
kategoria: pasje link bezpośredni
Szkocja -- informacje ogólne
29.05.2008; 13.01
wyprawa do Szkocji zakończona pełnym sukcesem. strzałem w dziesiątkę była modlitwa błagalna o pogodę -- przez cały pobyt na północy UK mieliśmy cudowny błękit nieba i ostro grzejące słońce. miejscowa pani przewodnik w kraciastej spódnicy kilka razy powtarzała swoim typowym miejscowym akcentem, że taka pogoda w tej części świata jest niezwykłą rzadkością. zwiedziliśmy gustowny Edynburg i historyczne miasto Stirling, gdzie od setek lat pomieszkiwali władcy Szkocji. tutaj także odbyła się legendarna bitwa szkockich górali z potężnymi oddziałami angielskimi, która barwnie została pokazana w filmie Braveheart z Melem Gibsonem.. niedzielę spędziliśmy w regionie Highlands, który swoim pięknem, zielenią, krajobrazem przyćmił wszystko, co do tej pory widzieliśmy. region można porównać do Norwegii -- wyżyny, wzniesienia i doliny zalane polodowcową wodą oraz brak większych osad ludzkich. co prawda fiordy nie jedzą tu z ręki, ale jeziora zwane lochs również budzą olbrzymią sympatię.. do tego mogę dorzucić wspaniałe towarzystwo wycieczkowe -- mieliśmy Rosjanina z Moskwy i Borata z Kazachstanu, a także Niemców, Turków, Hindusów, Koreańczyków, Hiszpanów, Argentynki, obywatela Zjednoczonych Emiratów Arabskich z Dubaju i pilota rodem z Brazylii. rozmowy, różnice kulturowe i mnóstwo śmiechu -- wkrótce relacje z odwiedzonych miejsc i szkocki fotoblog.
kategoria: podróże link bezpośredni
Barcelona: Placa Reial. i Agata przez sekundę..
18.05.2008; 12.33
kategoria: podróże link bezpośredni
tekst cudzy: prof. Bartoszewski o Polakach..
18.05.2008; 12.31
kilka mądrych słów prof. Bartoszewskiego z wywiadu na TVN24:
'.. bo zasadą człowieka doświadczonego jest to, żeby nie znał się na wszystkim. pod tym względem nie jestem prawdziwym Polakiem, bo prawdziwy Polak zna się absolutnie na wszystkim, nawet na polityce, prawda, na sporcie, na ekologii, na komunikacji miejskiej, na budowie dróg, na znajomych, na nieznajomych, na kobietach, na mężczyznach, na Niemcach, na Żydach, na Polakach i na Niechrześcijanach. na wszystkim. otóż ja się nie znam na wszystkim i stąd mankament mojego życia..'
'.. bo zasadą człowieka doświadczonego jest to, żeby nie znał się na wszystkim. pod tym względem nie jestem prawdziwym Polakiem, bo prawdziwy Polak zna się absolutnie na wszystkim, nawet na polityce, prawda, na sporcie, na ekologii, na komunikacji miejskiej, na budowie dróg, na znajomych, na nieznajomych, na kobietach, na mężczyznach, na Niemcach, na Żydach, na Polakach i na Niechrześcijanach. na wszystkim. otóż ja się nie znam na wszystkim i stąd mankament mojego życia..'
kategoria: cudze link bezpośredni
Barcelona cz 2 -- zieleń, woda i dzielnica gotycka..
16.05.2008; 18.01
po powrocie z Barcelony wypowiadaliśmy się o tym mieście prawie w samych superlatywach. miasto jest bardzo ładne, choć przecież nie jest to jedyny czynnik decydujący o odbiorze danego miejsca. mi osobiście spodobał się całokształt Barcy: jej ludzie, formy spędzania przez nich wolnego czasu, wspaniała pogoda, mnogość kafejek i względna czystość. na uwagę zasługuje duża różnorodność: jednego dnia podziwialiśmy potężne gotyckie katedry, nowoczesną wioskę olimpijską, futurystyczne budowle i marinistyczne nadbrzeże..
a zaczęło się od targu na placu przy Łuku Triumfalnym, który z uwagi na towary okolicznych rolników, piekarzy, rzeźników i innych sadowników był rajem dla wielbicieli żywności organicznej i nietypowej. podobne targi coraz częściej spotyka się w krajach Europy Zachodniej -- ludzie odróżniają nijaki smak chemicznych wyrobów z supermarketu i wolą zapłacić podwójną cenę, ale zdobyć produkt organiczny. nasz pokój mieścił się dosłownie 100 metrów od tego miejsca, więc tu zaczęliśmy poznawać Barcelonę. sam Łuk Triumfalny powstał w 1888 roku z okazji odbywającej się tu Wystawy Światowej EXPO -- zresztą jak wynika z przewodnika, znaczna część miasta właśnie tej wystawie zawdzięcza swój dzisiejszy wygląd. szeroka promenada tętni życiem, a w oczy rzucają się pola do gry w bule i mnóstwo miejscowych z pasją miotających metalowe kule. dostrzega się zaangażowanie w grę i towarzyszący zabawie zapał.. Agata od razu zwróciła uwagę na ich luz, brak trosk i wolność podkreślaną metalicznym odgłosem odbijających się kul. na przeciwległym końcu skweru mieści się zbudowany również z okazji EXPO Parc de la Ciutadella. 30ha soczystej zieleni skrywa masę atrakcji -- zbudowanej w 1714 roku cytadeli co prawda już nie ma, ale jest zoo, jeziorko, muzea, fontanny, kaskady i przede wszystkim, palmy, drzewa cytrusowe i ogromne połacie kwiatów. na zielonych łąkach wygrzewają się miejscowi, a ja czuję wioskę dookoła, a nie 1,5 milionowe miasto.. jest coś niesamowitego w tej pogodzie, w tej zieleni i w kwiatach dookoła. w takich momentach zdaję sobie sprawę jak bardzo chciałbym opuścić miasto i schować się gdzieś, gdzie nie dociera internet i nie ma nowoczesności. do tego chętnie zrezygnuję z angielskiej pogody i poproszę niewygórowane 26 stopni. no dobra, zagalopowałem się..
szeroką arterią Passeig de Colom mijamy dzielnicę Barceloneta i idziemy wzdłuż wybrzeża, w którym urządzono duży nowoczesny port z tysiącami białych jak śnieg (nie mylić ze śniegiem na Śląsku) żaglówek. w tym miejscu widać już turystyczny zawrót głowy -- jeżdżą turystyczne autobusy, słychać dziesiątki różnych języków i różne kolory mijanych facjat. z pewnością część przyjechała tu w celach klasyczno-poznawczych -- aby poznać miasto, zwiedzić zabytki, wystawić buźkę do słońca, jednak spora część zdecydowała się na najebki niekontrolowane i w lokalnych zaułkach lub na placach wśród palm pije już od rana. do tej grupy z pewnością można zaliczyć nieuczesanych Angoli i ich braci po kuflu -- nieogolonych Niemców. omijamy towarzycho i wbijamy się na Rambla del Mar. ten sztuczny twór jest połączeniem morskiej promenady z molem, restauracjami, mostkami i galeriami sztuki. z jednej strony pasaż handlowy, z drugiej zacumowane potężne okręty, a z trzeciej McDonalds i ubrudzona frytkami tłuszcza. sam się do niej zaliczam (a i Agata też), bo także nas natchnęło, aby coś zjeść na szybko. Rambla del Mar generalnie zbudowana jest z drewna, a jak powiedział mi jeden miejscowy (czego zresztą nie potrafił udowodnić), na końcu znajduje się port. po wiatrowym przewianiu robimy 'w tył zwrot' i wchodzimy do centrum na najbardziej znaną barcelońską ulicę -- Las Ramblas. właściwie to La Rambla stanowi ciąg krótszych ulic, z których każda nosi inną nazwę (stąd forma w liczbie mnogiej). co prawda jeżdżą tu samochody, ale można powiedzieć, że jest to kilometrowej długości deptak, który rozpoczynając się przy pomniku Krzysztofa Kolumba ciągnie się aż do Placa de Catalunya. Rambla tętni życiem: uliczne przedstawienia, sztuczki i pokazy przyciągają turystów. można usiąść i napić się piwa na wolnym powietrzu, można położyć się pod palmą, można popatrzeć na wysportowanych miejscowych, salta, przewroty i tańce na głowach (czyli brek-genc, jak mawiał Andrzej Lepper). są też rzemieślnicy, malarze, artyści i poeci. innym słowem -- La Rambla kipi życiem przez całą dobę. dookoła zabudowania dzielnicy Barri Gotic i naprawdę bardzo przyjemnie jest się zgubić w klimatycznych zaułkach niewielkich uliczek. po godzinie kluczenia docieramy do fantastycznego placyku Placa Reial, gdzie pośród gotyckiej zabudowy wybudowano fontannę, posadzono palmy i gdzie chłód upalnego dnia pomaga się zrelaksować. nakręciłem tu 30 sekundowy filmik, bo miejsce naprawdę mnie urzekło..
Barri Gotic oferuje oczywiście znacznie więcej, niż rozrywkowe placyki. korzenie tej dzielnicy sięgają czasów Rzymskich, podobno w muzeum miejskim (zamknięte, kiedy tam dotarliśmy) można oglądać całe podziemne miasto. większość uliczek starego miasta pozostaje zamknięta dla ruchu samochodowego, a niektóre są tak niewielkie, że nie ma ich nawet na mapie. labirynt przejść zawiera fantastyczne wstawki (jak Carrer del Bisbe Irurita), czy nawet całe odcinki przypisane do pewnej zamkniętej społeczności (jak średniowieczna część żydowska). mniej więcej pośrodku znajduje się Katedra Santa Eulalia -- gotyckie dzieło budowane od XII do XV wieku. niestety (podobnie jak 2 lata wcześniej w Mediolanie), fasada katedry znajduje się w remoncie. po godzinie docieramy jednak do okazałego kościoła Świętej Marii (Santa Maria del Mar). to fantastyczne dzieło z XIV (budowę rozpoczął w król Alfons IV Łagodny w 1329 roku) wieku jest dumą Katalonii, a tak cudownych sklepień nie widziałem jeszcze nigdzie. dach podparty jest ośmiokątnymi słupami, a wnętrze kościoła wypełnione jest cudownie rozproszonym światłem. wchodziłem do tego kościoła trzykrotnie i za każdym razem urzekała mnie swoim pięknem. nie miałem statywu (choć i tak pewnie nie pozwolono by mi robić z niego zdjęcia), więc aby zobrazować tę kamienną potęgę po prostu kładłem aparat na kamiennej podłodze.. należy również dodać, że kościół wybudowano głównie z datków marynarzy i kupców (w przeciwieństwie do miejskiej katedry, która powstała ze środków arystokracji).
a zaczęło się od targu na placu przy Łuku Triumfalnym, który z uwagi na towary okolicznych rolników, piekarzy, rzeźników i innych sadowników był rajem dla wielbicieli żywności organicznej i nietypowej. podobne targi coraz częściej spotyka się w krajach Europy Zachodniej -- ludzie odróżniają nijaki smak chemicznych wyrobów z supermarketu i wolą zapłacić podwójną cenę, ale zdobyć produkt organiczny. nasz pokój mieścił się dosłownie 100 metrów od tego miejsca, więc tu zaczęliśmy poznawać Barcelonę. sam Łuk Triumfalny powstał w 1888 roku z okazji odbywającej się tu Wystawy Światowej EXPO -- zresztą jak wynika z przewodnika, znaczna część miasta właśnie tej wystawie zawdzięcza swój dzisiejszy wygląd. szeroka promenada tętni życiem, a w oczy rzucają się pola do gry w bule i mnóstwo miejscowych z pasją miotających metalowe kule. dostrzega się zaangażowanie w grę i towarzyszący zabawie zapał.. Agata od razu zwróciła uwagę na ich luz, brak trosk i wolność podkreślaną metalicznym odgłosem odbijających się kul. na przeciwległym końcu skweru mieści się zbudowany również z okazji EXPO Parc de la Ciutadella. 30ha soczystej zieleni skrywa masę atrakcji -- zbudowanej w 1714 roku cytadeli co prawda już nie ma, ale jest zoo, jeziorko, muzea, fontanny, kaskady i przede wszystkim, palmy, drzewa cytrusowe i ogromne połacie kwiatów. na zielonych łąkach wygrzewają się miejscowi, a ja czuję wioskę dookoła, a nie 1,5 milionowe miasto.. jest coś niesamowitego w tej pogodzie, w tej zieleni i w kwiatach dookoła. w takich momentach zdaję sobie sprawę jak bardzo chciałbym opuścić miasto i schować się gdzieś, gdzie nie dociera internet i nie ma nowoczesności. do tego chętnie zrezygnuję z angielskiej pogody i poproszę niewygórowane 26 stopni. no dobra, zagalopowałem się..
szeroką arterią Passeig de Colom mijamy dzielnicę Barceloneta i idziemy wzdłuż wybrzeża, w którym urządzono duży nowoczesny port z tysiącami białych jak śnieg (nie mylić ze śniegiem na Śląsku) żaglówek. w tym miejscu widać już turystyczny zawrót głowy -- jeżdżą turystyczne autobusy, słychać dziesiątki różnych języków i różne kolory mijanych facjat. z pewnością część przyjechała tu w celach klasyczno-poznawczych -- aby poznać miasto, zwiedzić zabytki, wystawić buźkę do słońca, jednak spora część zdecydowała się na najebki niekontrolowane i w lokalnych zaułkach lub na placach wśród palm pije już od rana. do tej grupy z pewnością można zaliczyć nieuczesanych Angoli i ich braci po kuflu -- nieogolonych Niemców. omijamy towarzycho i wbijamy się na Rambla del Mar. ten sztuczny twór jest połączeniem morskiej promenady z molem, restauracjami, mostkami i galeriami sztuki. z jednej strony pasaż handlowy, z drugiej zacumowane potężne okręty, a z trzeciej McDonalds i ubrudzona frytkami tłuszcza. sam się do niej zaliczam (a i Agata też), bo także nas natchnęło, aby coś zjeść na szybko. Rambla del Mar generalnie zbudowana jest z drewna, a jak powiedział mi jeden miejscowy (czego zresztą nie potrafił udowodnić), na końcu znajduje się port. po wiatrowym przewianiu robimy 'w tył zwrot' i wchodzimy do centrum na najbardziej znaną barcelońską ulicę -- Las Ramblas. właściwie to La Rambla stanowi ciąg krótszych ulic, z których każda nosi inną nazwę (stąd forma w liczbie mnogiej). co prawda jeżdżą tu samochody, ale można powiedzieć, że jest to kilometrowej długości deptak, który rozpoczynając się przy pomniku Krzysztofa Kolumba ciągnie się aż do Placa de Catalunya. Rambla tętni życiem: uliczne przedstawienia, sztuczki i pokazy przyciągają turystów. można usiąść i napić się piwa na wolnym powietrzu, można położyć się pod palmą, można popatrzeć na wysportowanych miejscowych, salta, przewroty i tańce na głowach (czyli brek-genc, jak mawiał Andrzej Lepper). są też rzemieślnicy, malarze, artyści i poeci. innym słowem -- La Rambla kipi życiem przez całą dobę. dookoła zabudowania dzielnicy Barri Gotic i naprawdę bardzo przyjemnie jest się zgubić w klimatycznych zaułkach niewielkich uliczek. po godzinie kluczenia docieramy do fantastycznego placyku Placa Reial, gdzie pośród gotyckiej zabudowy wybudowano fontannę, posadzono palmy i gdzie chłód upalnego dnia pomaga się zrelaksować. nakręciłem tu 30 sekundowy filmik, bo miejsce naprawdę mnie urzekło..
Barri Gotic oferuje oczywiście znacznie więcej, niż rozrywkowe placyki. korzenie tej dzielnicy sięgają czasów Rzymskich, podobno w muzeum miejskim (zamknięte, kiedy tam dotarliśmy) można oglądać całe podziemne miasto. większość uliczek starego miasta pozostaje zamknięta dla ruchu samochodowego, a niektóre są tak niewielkie, że nie ma ich nawet na mapie. labirynt przejść zawiera fantastyczne wstawki (jak Carrer del Bisbe Irurita), czy nawet całe odcinki przypisane do pewnej zamkniętej społeczności (jak średniowieczna część żydowska). mniej więcej pośrodku znajduje się Katedra Santa Eulalia -- gotyckie dzieło budowane od XII do XV wieku. niestety (podobnie jak 2 lata wcześniej w Mediolanie), fasada katedry znajduje się w remoncie. po godzinie docieramy jednak do okazałego kościoła Świętej Marii (Santa Maria del Mar). to fantastyczne dzieło z XIV (budowę rozpoczął w król Alfons IV Łagodny w 1329 roku) wieku jest dumą Katalonii, a tak cudownych sklepień nie widziałem jeszcze nigdzie. dach podparty jest ośmiokątnymi słupami, a wnętrze kościoła wypełnione jest cudownie rozproszonym światłem. wchodziłem do tego kościoła trzykrotnie i za każdym razem urzekała mnie swoim pięknem. nie miałem statywu (choć i tak pewnie nie pozwolono by mi robić z niego zdjęcia), więc aby zobrazować tę kamienną potęgę po prostu kładłem aparat na kamiennej podłodze.. należy również dodać, że kościół wybudowano głównie z datków marynarzy i kupców (w przeciwieństwie do miejskiej katedry, która powstała ze środków arystokracji).
kategoria: podróże link bezpośredni
zmiany, zmiany..
14.05.2008; 17.13
awansowałem. chyba pierwszy raz w życiu ;) od wczoraj pełnię funkcję Project Managera w dziale lokalizacji NCsoft Europe. aby dojść do stanowiska, do którego w pewnym sensie przygotowała mnie wyższa uczelnia, potrzebowałem 38 miesięcy, czyli 3 lat z groszami (20 miesięcy w Helionie i 18 miesięcy w NCsofcie jako localisation linguistic manager). mówię, w pewnym sensie, bo nadal uważam, że Wydział OiZ to pięcioletnia strata czasu. czasu, który mógłby być wykorzystany w sposób o wiele bardziej efektywny i pomysłowy. zobaczymy co dalej, na razie idę pograć w AION-a, nad którym od 2 miesięcy siedzę wraz z Chinką Jie..
kolejną nagłą, niespodziewaną, ale równie fajną zmianą jest plan najbliższej wycieczki. przed Mistrzostwami Europy w Austrii wyrywamy się jeszcze na 4 dni na północ do Szkocji. w planie Edynburg i szkockie wyżyny (Loch Ness i te sprawy). po drodze zahaczymy o historyczne brytyjskie miasteczko York i znajdującą się w nim najstarszą gotycką katedrę w Wielkiej Brytanii.. aparaty do ręki i modlitwa o słońce -- choć akurat błękit nieba w tej części świata do częstych nie należy..
kolejną nagłą, niespodziewaną, ale równie fajną zmianą jest plan najbliższej wycieczki. przed Mistrzostwami Europy w Austrii wyrywamy się jeszcze na 4 dni na północ do Szkocji. w planie Edynburg i szkockie wyżyny (Loch Ness i te sprawy). po drodze zahaczymy o historyczne brytyjskie miasteczko York i znajdującą się w nim najstarszą gotycką katedrę w Wielkiej Brytanii.. aparaty do ręki i modlitwa o słońce -- choć akurat błękit nieba w tej części świata do częstych nie należy..
kategoria: zapiski link bezpośredni
wizyta rodzicieli w UK
12.05.2008; 15.59
wczoraj wieczorem do Polski odlecieli rodzice -- gościli w Anglii przez 10 dni. mieli szczęście, bo od środy połączenie WizzAira London Gatwick - Katowice zostaje zawieszone. mieli również fantastyczną pogodę: przez 9 dni z nieba lało się słońce i wskazane było leżenie na kamienistej plaży, a jeden pochmurny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Londynu. zauroczeni Anglią zapewne zaczną zauważać szare polskie budynki, krzywe chodniki, niemiłych urzędników i wiecznie spóźnioną miejską komunikację. udało mi się pokazać im kilka atrakcji hrabstwa Sussex, w którym mieszkam, więc ogólna ocena wizyty jest bardzo pozytywna.. ogromna galeria z wizyty rodzicieli w UK dostępna jest tutaj.
a że dzisiaj mam urodziny, to postanawiam przypomnieć notkę, którą napisałem dokładnie 4 lata temu. Portugalia zdobyta, więc jedno marzenie jest już spełnione.. zresztą, sam nie wierzę w ten swój wiek: kupując rano czekoladki dla workmates zostałem zapytany przez przemiłą panią sprzedawczynię, czy na pewno mam 16 lat, bo niektóre z czekoladek zawierają alkohol i ona musi się upewnić..
a że dzisiaj mam urodziny, to postanawiam przypomnieć notkę, którą napisałem dokładnie 4 lata temu. Portugalia zdobyta, więc jedno marzenie jest już spełnione.. zresztą, sam nie wierzę w ten swój wiek: kupując rano czekoladki dla workmates zostałem zapytany przez przemiłą panią sprzedawczynię, czy na pewno mam 16 lat, bo niektóre z czekoladek zawierają alkohol i ona musi się upewnić..
kategoria: zapiski link bezpośredni
pasja podróżowania
12.05.2008; 15.30
mając chwilę popełniłem emocjonalny tekst o mojej pasji podróżniczej. wrzucam go na główną stronę działu podróży, ale żeby nie zniknął całkowicie przeklejam go również tutaj:
podróżowanie pasjonowało mnie od zawsze. dziś już nie wiem, czy wpłynął na to otrzymany od mojego taty w wieku 5 lat globus, czy może kilkudniowa podróż pociągiem w najdalsze zakątki Ukrainy w roku 1989, czy też może połykane między lekturami książki podróżnicze. przemierzając kilkunastoletnią Ładą rozległe stepy Półwyspu Krymskiego poczułem magię odległości, słońce i wiatr we włosach. poczułem wolność, która w umyśle 9-letniego chłopaka zaszczepiła plany zwiedzania świata. moje podróżowanie ogranicza się jak na razie do miejsc i krajów leżących na półkuli północnej naszego globu. i jak w piosence Krawczyka: przemierzyłem cały świat, od Las Vegas po Krym.., najdalej na wschód wysuniętym skrawkiem lądu, który odwiedziłem, było leżące na 35° długości geograficznej wschodniej miejsce na Ukrainie, gdzie Półwysep Krymski styka się wodami morza Azowskiego. natomiast najdalszym skrawkiem lądu na Zachodzie było położone na 122°25' długości geograficznej zachodniej San Francisco i przyległe do niego wybrzeże Oceanu Spokojnego. najdalej na północ dotarłem do położonego na 63°23' szerokości geograficznej północnej norweskiego miasta Trondheim, natomiast najdalej na południe stanąłem na greckiej wyspie Skiathos, która leży na 39°10' szerokości geograficznej północnej.
'każde marzenie dane jest nam wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia.' -- mawiała Kinga Free Spirit. nigdy nie zapomnę pierwszych kroków w Zachodniej Europie: wysadzony przez siostrę w okolicach miasteczka 's-Gravendeel w południowej Holandii, bez planu, z plecakiem i z głową pełną marzeń. a potem były przepiękne norweskie fiordy, spanie w śpiworze na parkingu przy żywopłocie i fascynująca podróż przez amerykańskie bezdroża Nevady, Utah, Arizony i Kalifornii. zielone austriackie Alpy i skąpane w słońcu północne Włochy. elegancki Paryż, rozbawiona Barcelona i romantyczna Wenecja. grillowane sardynki na plażach Algarve w Portugalii i tłusta angielska ryba z frytkami. smażony ser w zmarzniętej Słowacji w pobliżu granicy z Węgrami i wille gwiazd kina na wzgórzach Beverly Hills. wygrana w kasynie w Atlantic City i darmowe Ouzo na rozkołysanej falami morza Egejskiego łódce w upalnej Grecji. łowione na wędkę metrowe łososie i kradziony z przydrożnych ogródków kalafior. ekstrawaganckie zaułki Soho w Londynie i wypełnione emigrantami szwedzkie Malmö. bajkowa dolina rzeki Douro w okolicach Porto i pozbawiona skrupułów meksykańska Tijuana. wpatrywanie się w szum wód Niagary i gwieździsta noc spędzona na pustyni. zimowa wigilia Bożego Narodzenia w belgijskiej Brugii i klimat metra w Kijowie. uroki Tour de France w Anglii i jesienny October Fest w Bawarii. potężny Manhattan w Nowym Jorku i niewielkie Arco na jeziorem Garda. wschód słońca w Las Vegas i zachód w polskich Tatrach. wszystko tanio i sprawnie -- z googlami i mapą w jednej, a aparatem fotograficznym w drugiej ręce.. a przygoda trwa, choć świat jakby się kurczył..
podróżowanie pasjonowało mnie od zawsze. dziś już nie wiem, czy wpłynął na to otrzymany od mojego taty w wieku 5 lat globus, czy może kilkudniowa podróż pociągiem w najdalsze zakątki Ukrainy w roku 1989, czy też może połykane między lekturami książki podróżnicze. przemierzając kilkunastoletnią Ładą rozległe stepy Półwyspu Krymskiego poczułem magię odległości, słońce i wiatr we włosach. poczułem wolność, która w umyśle 9-letniego chłopaka zaszczepiła plany zwiedzania świata. moje podróżowanie ogranicza się jak na razie do miejsc i krajów leżących na półkuli północnej naszego globu. i jak w piosence Krawczyka: przemierzyłem cały świat, od Las Vegas po Krym.., najdalej na wschód wysuniętym skrawkiem lądu, który odwiedziłem, było leżące na 35° długości geograficznej wschodniej miejsce na Ukrainie, gdzie Półwysep Krymski styka się wodami morza Azowskiego. natomiast najdalszym skrawkiem lądu na Zachodzie było położone na 122°25' długości geograficznej zachodniej San Francisco i przyległe do niego wybrzeże Oceanu Spokojnego. najdalej na północ dotarłem do położonego na 63°23' szerokości geograficznej północnej norweskiego miasta Trondheim, natomiast najdalej na południe stanąłem na greckiej wyspie Skiathos, która leży na 39°10' szerokości geograficznej północnej.
'każde marzenie dane jest nam wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia.' -- mawiała Kinga Free Spirit. nigdy nie zapomnę pierwszych kroków w Zachodniej Europie: wysadzony przez siostrę w okolicach miasteczka 's-Gravendeel w południowej Holandii, bez planu, z plecakiem i z głową pełną marzeń. a potem były przepiękne norweskie fiordy, spanie w śpiworze na parkingu przy żywopłocie i fascynująca podróż przez amerykańskie bezdroża Nevady, Utah, Arizony i Kalifornii. zielone austriackie Alpy i skąpane w słońcu północne Włochy. elegancki Paryż, rozbawiona Barcelona i romantyczna Wenecja. grillowane sardynki na plażach Algarve w Portugalii i tłusta angielska ryba z frytkami. smażony ser w zmarzniętej Słowacji w pobliżu granicy z Węgrami i wille gwiazd kina na wzgórzach Beverly Hills. wygrana w kasynie w Atlantic City i darmowe Ouzo na rozkołysanej falami morza Egejskiego łódce w upalnej Grecji. łowione na wędkę metrowe łososie i kradziony z przydrożnych ogródków kalafior. ekstrawaganckie zaułki Soho w Londynie i wypełnione emigrantami szwedzkie Malmö. bajkowa dolina rzeki Douro w okolicach Porto i pozbawiona skrupułów meksykańska Tijuana. wpatrywanie się w szum wód Niagary i gwieździsta noc spędzona na pustyni. zimowa wigilia Bożego Narodzenia w belgijskiej Brugii i klimat metra w Kijowie. uroki Tour de France w Anglii i jesienny October Fest w Bawarii. potężny Manhattan w Nowym Jorku i niewielkie Arco na jeziorem Garda. wschód słońca w Las Vegas i zachód w polskich Tatrach. wszystko tanio i sprawnie -- z googlami i mapą w jednej, a aparatem fotograficznym w drugiej ręce.. a przygoda trwa, choć świat jakby się kurczył..
kategoria: pasje link bezpośredni
z wizytą na Camp Nou -- katalońskiej arenie snów..
2.05.2008; 17.47
był 8 sierpnia 1992 roku. kończą się Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie, trwa finałowy mecz na stadionie Camp Nou w którym Hiszpanie walczą z Polską, okrzykniętą rewelacją tego turnieju. z jednej strony Abelardo, Guardiola, Alfonso, Luis Enrique i Kiko. z drugiej Wałdoch, Brzęczek, Juskowiak, Kowalczyk, Świerczewski, Koźmiński i Kłak. byłem dzieckiem, ale emocji, których wtedy doznałem (na przemian zdenerwowanie, radość i smutek) nie zapomnę nigdy. i ten niepowtarzalny głos komentatorów Dariusza Szpakowskiego i Andrzeja Zydorowicza. na początku Szpakowski przekonywał, że marzeniem każdego sportowca jest zdobycie medalu na olimpiadzie, a w końcówce I połowy na całe gardło wykrzyczał: Kowalczyyyk, Kowalczyk.. będzie gol i taaaaaaak!!! piękna sprawa, prowadzimy na Camp Nou jeden do zera! oto radość w polskich domach. teraz trzeba będzie to utrzymać, Hiszpanie natrą z furią.. i rzeczywiście natarli, choć Zydorowicz znalazł czas, żeby podzielić się z nami swoimi odkrywczyni racjami: wspaniała
akcja świadcząca o dużym refleksie i dużych umiejętnościach technicznych Juskowiaka, który wykonał tak zwaną siatkę mówiąc językiem piłkarskim-bramkarskim. w drugiej połowie i on miał swoją chwilę podczas strzelenia przez nas wyrównującej bramki: nie ma spalonego, znakomita sytuacja, gooooool, dwa do dwóch, Ryszard Staniek. tak proszę państwa, jeszcze Polska nie zginęła, walczymy do końca.. aż ciężko uwierzyć, że od tego dnia minęło już ponad 15 lat.. moja przygoda z piłką i kibicowaniem dopiero się rozpoczynała -- kilka miesięcy wcześniej po raz pierwszy byłem na stadionie Górnika na meczu ze Stalą Mielec, kilka miesięcy później pojechałem na pamiętny mecz z Anglią na stadionie Śląskim w Chorzowie, gdzie kibice Lechii Gdańsk rzucali milicjantami..po wielu latach odwiedziłem arenę finału z 1992 roku -- największy stadion w Europie, legendarną siedzibę potężnej FC Barcelony, dumy Katalonii. obiekt początkowo nazwano El Nou Estadi del Futbol Club Barcelona, jednak powszechniej zaczęto używać krótszego Camp Nou. budowa stadionu rozpoczęła się w marcu 1954 roku, a pierwszy oficjalny mecz rozegrano na nim 24 września 1957 roku, w którym Barca zagrała z ... Legią Warszawa. pierwszego, historycznego gola strzelił Paragwajczyk Eulogio Martinez.. pierwotnie trybuny mogły pomieścić 90 tys. widzów, jednak ich pojemność stale wzrastała, by w 1982 roku, specjalnie na rozgrywane w Hiszpanii Mistrzostwa Świata, mogła na nich zasiąść 120 000 kibiców. obecnie stadion może pomieścić 109 815 osób, jednak na mecze FIFA widownia ograniczona jest do 98 tys.
jadąc z centrum niebieską linią metra wysiadamy na stacji Collblanc, a po 500 metrach naszym oczom ukazuje się stadion. pierwsze wrażenie jest .. nijakie. widok nie jest tak okazały jak nowego Wembley, czy amsterdamskiej Areny A, głównie dlatego, że Camp Nou znajduje się pośrodku blokowisk, szczelnie otoczony betonem i drzewami. długo szukamy wejścia (całkiem podobnie jak na stadionie Ruchu w Radzionkowie), ale po przejściu bramy głównej.. show się zaczyna. na powierzchni 15 ha, oprócz ogromnego Camp Nou wybudowano tu halę sportową na 6 tys miejsc, sztuczne lodowisko, drugi stadion na 16 tys miejsc (dzisiaj trenują tu grupy młodzieżowe Barcy), parking na kilkaset samochodów, boczne boiska treningowe z trawą jak dywan, korty tenisowe i cały szereg budynków klubowych. po wejściu na stadion (bilet tour de Camp Nou kosztuje 16 euro)
trasa prowadzi nas przez wszystkie warte poznania zakamarki obiektu. zaczyna się od kiczowatego 3d show, potem przechodzimy do centrum informacyjnego, w którym odbywają się konferencje prasowe. mijamy szatnie gospodarzy i wchodzimy do szatni gości. na stadionie byłem w poniedziałek, dwa dni później przebierali się tu piłkarze Manchesteru United przed półfinałem LM. szatnia duża, jednak z wyjątkiem ogromnego zestawu jakuzzi i wodnych masaży nie ma tu nic powalającego na kolana. następnie przechodzimy obok stadionowej kapliczki, a po kilkudziesięciu metrach zamkniętego tunelu wychodzimy na murawę. efekt jest piorunujący. co prawda stadion jest pusty, panującą dookoła ciszę przerywa tylko warkot koszącego trawę traktorka pana Stasia, jednak jest
coś fantastycznego w majestatycznym wyglądzie pionowych trybun.. na równo skoszonej trawie wymalowano emblemat klubu, a za moimi plecami znajdują się wygodne ławki rezerwowych. trwają przygotowania przez środowym spotkaniem, ekipa remontowa zakleja niedozwolone na Lidze Mistrzów reklamy. robię zdjęcia. zmieniam obiektywy, pstrykam wszystko, szczególnie, że wyszło słońce i obiekt jest pięknie oświetlony. wchodzimy na górę, gdzie znajdują się miękkie siedzenia kilkutysięcznej loży honorowej. zaczepia mnie starszy kibic z synem i czyta znajdujący się przy smyczy z moimi kluczami napis GÓRNIK ZABRZE. mówi, że jest Szwajcarem z St. Gallen i pamięta z lat 70-tych i 80-tych pojedynki szwajcarskich klubów z Górnikiem. pyta się, czy nadal gramy w pierwszej lidze i życzy powodzenia
w przyszłości. robi mi się bardzo miło. ponownie wchodzę do środka: wejście prowadzi nas do szklanego tunelu z tablicą informującą, że obiekt uzyskał najwyższą możliwą rangę (5 gwiazdek) wśród stadionów piłkarskich. potem jeszcze dwukrotnie wchodzimy na trybuny, a widok z coraz to wyższych krzesełek jest jeszcze lepszy. w końcu docieramy na koronę stadionu, gdzie ulokowano stanowiska komentatorskie. właśnie stąd docierał do moich 12-letnich uszu niezapomniany wrzask Szpakowskiego i Zydorowicza. zresztą nie tylko ich, przecież na Camp Nou rozgrywano tak wiele ważnych meczów, na czele z pamiętnym finałem Ligi Mistrzów w maju 1999 roku, w którym Manchester po super dramatycznym meczu pokonał monachijski Bayern 2-1.. widoku trybun z katalońskim napisem 'MES QUE UN CLUB' (więcej niż klub) nie da się porównać do tego znanego z telewizorni. sam nie wiem, czy stadion wydaje się mniejszy, czy większy. jest inaczej, jest wyjątkowo i dla tego widoku warto się tu pojawić..
a potem przechodzimy do muzeum. w ogromnych salach rozłożono liczne pamiątki klubu. historia FC Barcelony sięga 1899 roku, więc eksponatów jest bardzo dużo. oczywiście dla mnie najważniejszymi są pamiątki po sławnych w przeszłości piłkarzach klubu: korki, koszulki, zdjęcia, autografy Koemana, Stoichkova, Maradony, Cruijffa, Michelsa, Linekera, Laudrupa, Ronaldo, Romario i wielu, wielu innych. oczywiście nie mniej ważne są dzisiejsze gwiazdy, z Ronaldinho i Messim na czele. wrażenie robi na mnie Puchar Europy
zdobyty po meczu z Sampdorią Genua, który to mecz oglądałem w swoim pokoju 20 maja 1992 roku. w innym miejscu znajduje się puchar Ligi Mistrzów z 2006 roku zdobyty po zwycięstwie w finałowym meczu na paryskim Stade de France z Arsenalem Londyn. muzeum jest świetne, utrzymane w stylu osi czasowej: przechodzimy obszernymi salami, a etykiety obrazują kolejne lata historii klubu. wszystko efektownie oświetlone i niezwykle zadbane. po pewnym czasie przechodzimy do sztuki -- rzeźby, figury woskowe, obrazy, plakaty -- wszystko obrazuje historię Barcelony. klubu znanego na całym świecie również z powodu swojego obiektu. spędziłem na nim ponad 1.5 godziny, ale tylko dlatego tak krótko, gdyż na zewnątrz czekała na mnie Agatka. meczu nie widziałem, ale chwilowo widok samego Camp Nou mi wystarcza -- przecież i tak kiedyś pojawimy się tu z Torcidą i Drużyną Śląskich Miast na finale Ligi Mistrzów..zewnętrzna galeria z tour de Camp Nou znajduje się tutaj.
kategoria: pasje link bezpośredni
Barcelona -- wrażenia i wiadomości ogólne..
27.4.2008; 21.53
3 pełne dni, jakie spędziliśmy w Barcelonie, pokazały nam piękno stolicy Katalonii.. i
choć miasto liczy 1,5 mln mieszkańców (a wraz z aglomeracją i rzeszami turystów liczba
ta urasta do kilku milionów) to sprawia wrażenie fantastycznego miejsca do życia. są
miejsca, jak Nowy Jork, Paryż, czy nawet Londyn, gdzie nie wyobrażam sobie siebie, gdzie
tłumy, centra biznesowe i codzienna gorączka komunikacyjna skutecznie wybijają z mojej
głowy najmniejszą nawet myśl o zmianie otoczenia. stolica Katalonii jest inna. i być
może ma na to wpływ specyficzna kultura tego miejsca, śródziemnomorski klimat lub piękno
architektury, mnogość zabytków i setki atrakcji turystycznych? a może po prostu świat
docenia otwartość Barcelony oraz oferowaną przez nią symbiozę tradycji i nowoczesności?
rzadko kiedy na tak niewielkim obszarze mamy do czynienia z udanym połączeniem gotyckiej
zabudowy, zaskakujących budowli modernistycznych, cichych zaułków, zielonych palm,
morza, gór i parków..
miasto położone jest nad wybrzeżem Morza Śródziemnego, pomiędzy wzgórzami Montjuic i Tibidado. i choć nie sposób nie zauważyć prężnie rozwijającego się dzisiaj życia, to jednak o historii Barcelony najlepiej świadczą jej dzielnice. większość z nich przez setki lat funkcjonowała jako osobne miejsca, zanim połączyło je dynamicznie rozwijające się miasto. klasycznym must be miasta jest dzielnica Barri Gotic. Dzielnicę Gotycką odrestaurowano w latach 20. XX wieku, a odnowione budynki z XII-XV wieku przypominają o wielkości średniowiecznej Barcelony. w rzeczywistości dzielnica jest o wiele starsza, o czym świadczą zabytki z czasów rzymskich, a w szczególności pierwsze mury miejskie z IV wieku. historia miasta sięga aż III wieku pne, kiedy to placówka była kolonią rzymską i prężnie rozwijającą się republiką kupiecką.. bliżej morza, niedaleko Dzielnicy Gotyckiej znajduje się Ribera -- w przeszłości siedziba kupców i rzemieślników. to właśnie tu królują wąskie uliczki i gotyckie kamienice, a całość wieńczy fantastyczny kościół Santa Maria del Mar. dalej na północ rozłożyła się Barceloneta, skąd kolejką linową można przedostać się na przeciwległe Montjuic. wzgórze to nazywane 'Wzgórzem Żydów' wznosi się na wysokość 173 metrów i zawiera mnóstwo atrakcji, z wybudowaną specjalnie na Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1992 roku wioską olimpijską, na czele. od pomnika Kolumba, aż do Placa de Catalunya rozciąga się mega-znana w świecie Rambla -- pasaż turystyczny, tętniący życiem, kolorami i zapachami o każdej porze dnia i nocy. w głębi lądu przez wiele kilometrów rozciąga się ulica Passeig de Gracia -- to właśnie tutaj znajdują się znane w świecie kamienice zaprojektowane przez Gaudiego: Casa Mila i Casa Batllo. nieopodal, idąc ulicą Diagonal na płn-wsch. docieramy do bodaj najbardziej znanego zabytku Barcelony, bazyliki Sagrada Familia. bazylika poświęcona Św. Józefowi i Św. Rodzinie w zamyśle Gaudiegi miała być ofiarą przebłagalną za materializm współczesnego świata. historia jej budowy trwa już 120 lat, a choć nadal wiele jest do zrobienia (dźwigi na górze, rusztowania wewnątrz) to budowla robi niesamowite wrażenie. wjeżdżamy nawet windą na jedną z wież, skąd rozciąga się widok na całe miasto. na dzień dzisiejszy podaje się, że budowa bazyliki zostanie ukończona w 2027 roku. mam nadzieję, że Agata napisze więcej o dziełach ambitnego architekta Gaudiego, bo jest ich tu znacznie więcej, a charakterystycznym przypadkiem jest zaprojektowany przez niego Park Guell -- miasto-ogród nigdy nie zostało jednak dokończone, choć dziś tłumy zwiedzających są pod wrażeniem bajkowego klimatu tego miejsca, schodków, altanek, baśniowych domków, mozaikowych ławek i porcelanowych wież..
Barcelonę zwiedziliśmy prawie w komplecie. prawie, bo oczywiście tego typu miasta można zwiedzać tygodniami, a nawet miesiącami. i zawsze pozostanie coś do odkrycia. stolica Katalonii jest miastem drogim -- ktoś wyliczył, że pod względem kosztów życia plasuje się B. na 31 miejscu na świecie. do mnie bardziej dociera, że za piwo na Rambli zapłaciłem 12 euro, a wejście do prawie każdego muzeum (czy wartego pokręcenia się po nim miejscu) warte jest min. 8 euro. ale i tak warto. wszystkie słyszane na ulicach języki świata (w tym niezwykle częsty polski :) są tego dobitnym przykładem! wkrótce więcej osobistych relacji z tego miejsca..
miasto położone jest nad wybrzeżem Morza Śródziemnego, pomiędzy wzgórzami Montjuic i Tibidado. i choć nie sposób nie zauważyć prężnie rozwijającego się dzisiaj życia, to jednak o historii Barcelony najlepiej świadczą jej dzielnice. większość z nich przez setki lat funkcjonowała jako osobne miejsca, zanim połączyło je dynamicznie rozwijające się miasto. klasycznym must be miasta jest dzielnica Barri Gotic. Dzielnicę Gotycką odrestaurowano w latach 20. XX wieku, a odnowione budynki z XII-XV wieku przypominają o wielkości średniowiecznej Barcelony. w rzeczywistości dzielnica jest o wiele starsza, o czym świadczą zabytki z czasów rzymskich, a w szczególności pierwsze mury miejskie z IV wieku. historia miasta sięga aż III wieku pne, kiedy to placówka była kolonią rzymską i prężnie rozwijającą się republiką kupiecką.. bliżej morza, niedaleko Dzielnicy Gotyckiej znajduje się Ribera -- w przeszłości siedziba kupców i rzemieślników. to właśnie tu królują wąskie uliczki i gotyckie kamienice, a całość wieńczy fantastyczny kościół Santa Maria del Mar. dalej na północ rozłożyła się Barceloneta, skąd kolejką linową można przedostać się na przeciwległe Montjuic. wzgórze to nazywane 'Wzgórzem Żydów' wznosi się na wysokość 173 metrów i zawiera mnóstwo atrakcji, z wybudowaną specjalnie na Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1992 roku wioską olimpijską, na czele. od pomnika Kolumba, aż do Placa de Catalunya rozciąga się mega-znana w świecie Rambla -- pasaż turystyczny, tętniący życiem, kolorami i zapachami o każdej porze dnia i nocy. w głębi lądu przez wiele kilometrów rozciąga się ulica Passeig de Gracia -- to właśnie tutaj znajdują się znane w świecie kamienice zaprojektowane przez Gaudiego: Casa Mila i Casa Batllo. nieopodal, idąc ulicą Diagonal na płn-wsch. docieramy do bodaj najbardziej znanego zabytku Barcelony, bazyliki Sagrada Familia. bazylika poświęcona Św. Józefowi i Św. Rodzinie w zamyśle Gaudiegi miała być ofiarą przebłagalną za materializm współczesnego świata. historia jej budowy trwa już 120 lat, a choć nadal wiele jest do zrobienia (dźwigi na górze, rusztowania wewnątrz) to budowla robi niesamowite wrażenie. wjeżdżamy nawet windą na jedną z wież, skąd rozciąga się widok na całe miasto. na dzień dzisiejszy podaje się, że budowa bazyliki zostanie ukończona w 2027 roku. mam nadzieję, że Agata napisze więcej o dziełach ambitnego architekta Gaudiego, bo jest ich tu znacznie więcej, a charakterystycznym przypadkiem jest zaprojektowany przez niego Park Guell -- miasto-ogród nigdy nie zostało jednak dokończone, choć dziś tłumy zwiedzających są pod wrażeniem bajkowego klimatu tego miejsca, schodków, altanek, baśniowych domków, mozaikowych ławek i porcelanowych wież..
Barcelonę zwiedziliśmy prawie w komplecie. prawie, bo oczywiście tego typu miasta można zwiedzać tygodniami, a nawet miesiącami. i zawsze pozostanie coś do odkrycia. stolica Katalonii jest miastem drogim -- ktoś wyliczył, że pod względem kosztów życia plasuje się B. na 31 miejscu na świecie. do mnie bardziej dociera, że za piwo na Rambli zapłaciłem 12 euro, a wejście do prawie każdego muzeum (czy wartego pokręcenia się po nim miejscu) warte jest min. 8 euro. ale i tak warto. wszystkie słyszane na ulicach języki świata (w tym niezwykle częsty polski :) są tego dobitnym przykładem! wkrótce więcej osobistych relacji z tego miejsca..
kategoria: podróże link bezpośredni
w 30 sekund dookoła Alfriston
17.04.2008; 16.23
kategoria: podróże link bezpośredni
przez łąki przez pola, czyli pieszo do Alfriston..
15.04.2008; 14.53
celem pierwszej tegorocznej wycieczki weekendowej było miasteczko Alfriston. tak wypadło w losowaniu, a ja żyję w zgodzie z naturą i losem, więc mimo że pogoda nie rozpieszczała, zebraliśmy się do drogi. Alfriston oddalony jest od Brighton zaledwie o 30 km, jednak dojazd nie jest sprawą prostą: kursowym autobusem linii Brighton&Hove buses dotarliśmy do Seaford, gdzie rozpoczynają się fantastyczne kredowe klify, a dalej musieliśmy kombinować. dwa razy dziennie odchodzi stąd minibus organizacji Cuckmere Community, my jednak trafiliśmy w lukę czasową i, nieco z przymusu, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na nogach. po raz kolejny okazało się jednak, że największą przyjemnością podróży jest samo jej odbywanie, a fizyczne dotarcie do celu. szlak do Alfriston wytyczony jest wśród malowniczych łąk regionu South Downs -- dookoła zieleń, pasące się zwierzęta i cudowne widoki pobliskich wzgórz. naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od samego morza, które w pełnej okazałości widoczne jest dopiero z odległości kilku kilometrów. w międzyczasie
rozpogodziło się, co pozwoliło zrobić użytek z nowego obiektywu Agatki -- Sigmy 10-20mm oraz polaryzatora Hoyi i uzyskać ciekawe ciemnobłękitne niebo oraz białe chmury. idąc wzdłuż średnio ruchliwej drogi docieramy do miejsca widokowego, na którym William Rees Jefreys (pisarz i publicysta angielski) postanowił podzielić się ze światem swoimi odczuciami wystawiając mały pomnik przedstawiający różę wiatrów z kierunkami i odległościami okolicznych miejscowości. ze wzgórza rozciąga się fantastyczny widok na meandrującą Cuckmere River, która po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów wpada do Kanału przy klifach Seven Sisters. stoję na wzgórzu, wiatr urywa głowę, a ja cierpliwie testuję nowy obiektyw, polaryzator i filtry połówkowe. od możliwości wyboru kadru
kręci się w głowie (widok ok 270 stopni), ale szczególnie podoba mi się ujęcie, w którym łapię zarówno okalający wzgórze płotek, jak i stertę białych jak śnieg kamieni kredowych oraz samą rzekę i okoliczne pola.. o tym, że historia śmieje mi się w twarz dowiedziałem się dopiero później, w domu. otóż stałem 2 metry od Białego Konia z Littlington (Littlington White Horse), który w pełnej okazałości można podziwiać z doliny rzeki Cuckmere lub ze zdjęcia satelitarnego. kredowe dzieło powstało w 1924 roku, nie jest to więc megalityczna budowla minionej cywilizacji porównywana ze Stonehenge lub pobliskim Long Man of Wilmington, jednak wciąż robi wrażenie, głównie dlatego, że utrzymana jest w fantastycznym stanie..
wracamy na drogę. idziemy kilka kilometrów dochodząc wreszcie do Alfriston. na terenach dzisiejszej wioski (która wraz z pobliską mniejszą Litlington liczy zaledwie 769 osób) osady ludzkie istniały już w Neolicie -- końcowym okresie epoki kamienia. wioska rozkwitła w czasach Saksonów (miejsce to nazywano Aelfrictun) oraz w średniowieczu, kiedy odbywał się tu znany w regionie targ.. tak długa historia pozostawiła ślad w architekturze miasteczka: przez jego środek ciągnie się główna High Street, a na każdym kroku spotykamy tu kilkusetletnie budynki, kamienne kościoły i drewnianą anglosaską zabudowę. jednym z najważniejszych domów o budowie szachulcowej (ang. timber-framed house) jest gospoda Star Inn -- zbudowany w 1345 roku budynek był początkowo hostelem religijnym, a w XVI przemianowano go na gospodę, która w prawie niezmienionej formie istnieje do dzisiaj. historia Alfriston mówi również o gangu przemytniczym (ang. smuggling gang),
który miał tu swoją kryjówkę, a którego pozostałością jest dzisiejszy pub Ye Olde Smugglers Inn. fenomenem tego miejsca jest również Market Cross, czyli wyjątkowy placyk miasteczek handlowych będący jednocześnie ich centralnym punktem oraz miejscem, w którym krzyżują się wszystkie najważniejsze drogi wioski. dookoła tego miejsca rozłożyły się pachnące smołowanym drewnem restauracyjki, kilkusetletnia apteka oraz miejscowa niewielka lodziarnia. nieopodal znajduje się chyba największa atrakcja miasteczka -- zbudowany w 1360 roku kościół poświęcony Św. Andrzejowi. z uwagi na swoją wielkość St.Andrew Church zwany jest potocznie
Katedrą regionu South Downs. mieliśmy szczęście -- błękit nieba był oszałamiający i mogliśmy zrobić fajne fotki kościoła wraz z przyległym doń cmentarzem. przed kościołem rozciągają się rozległe zielone tereny, które również wywodzą się z czasów saksońskich, gdzie tego typu przestrzenie nazywane były The Tye. wydaje się dzisiaj, że miasteczko cierpi z powodu swojego piękna i długiej historii -- mieszkańcy mogą zapomnieć o spokoju, gdyż każdego dnia miejsce odwiedzane jest przez całe rzesze turystów, a my mieliśmy to (nie)szczęście, że zetknęliśmy się z 30-osobową grupą Francuzów, którzy na tak małym terenie zrobili niezłe zamieszanie.. miejscowi w każdym razie nie wydają się tym zmartwieni i można powiedzieć, że dzisiejsze piękno trwa właśnie dzięki pieniądzom odwiedzających Alfriston ludzi..zewnętrzna galeria z wycieczki dostępna jest tutaj.
kategoria: podróże link bezpośredni
dream destination?
3.04.2008; 11.02
taki mały pomysł na dream destination w ten zimny brytyjski poranek: Lady Elliot island.. wyspa leży na Wielkiej Rafie Koralowej jakieś 85 km na północny wschód od Australii. zajmuje powierzchnię 40 ha i będąc resortem dla wybranych może być uznawana jako 'raj na ziemi'. właściwie nie tylko dla wybranych: na wyspę każdego dnia odlatują kursowe samoloty, a ceny też nie są wygórowane -- jedynie 230 dolarów australijskich za lot i tyle samo za dzień pobytu na wyspie. no.. ale na poczatek należy się znaleźć w Kraju Antypodów.. komercyjnie wyspa wykorzystywana jest już od 1805 roku, jednak udało się uchronić przyrodę od większych strat -- wciąż mają tam wielkie żółwie, walenie i masę ptactwa, choć trzeba powiedzieć, że wykoszony na jej środku pas startowy wygląda jak wjechanie buldożerem w dżunglę.. coś, może kiedyś..
kategoria: zapiski link bezpośredni
St. Patrick day w Londynie..
31.03.2008; 15.17
jeszcze przed świętami Wielkiej Nocy udało nam się odwiedzić Londyn by z bliska przyjrzeć się paradzie z okazji Dnia Św. Patryka. ów Św. Patryk (w lokalnych dialektach irlandzkich zwany również Pádraig Mac Calprainn, i Naomh Pádraig) żył sobie na terenach wczesnośredniowiecznej Brytanii jakieś 1600 lat temu, a wsławił się ewangelizacją północnej, środkowej i zachodniej części wyspy. był synem diakona i wnukiem kapłana, oczywistym więc było, że młody Patryk również zostanie duchownym (swoją drogą nikt wówczas nie starał się ukrywać faktu, że kapłani to zwykli ludzie i potomstwo mieć muszą). zjednoczył Irlandczyków, doprowadził do chrztu kraju (u nas dokonał tego Mieszko I kilkaset lat później) i częściowo to właśnie dzięki niemu dzisiejsza Ameryka mówi chrześcijańskim głosem.. jest również uważany za patrona fryzjerów, kowali, górników, upadłych na duchu oraz opiekuna zwierząt domowych, choć ja osobiście wątpię, aby miał czas i chęci zajmować się oraz dbać o zdrowie i ogólne powodzenie każdego z należących do tych grup -- no taki uniwersalny to on być nie może. no ale do rzeczy: parady odbywają się właściwie w całej Europie. oczywiście te największe wciąż mają miejsce na Zielonej Wyspie, jednak Irlandia jest tak lubianym krajem, a kultura celtycka zyskała taką popularność, że wszyscy chcą z niej mieć coś dla siebie. na paradę w Londynie wybraliśmy się z Marasem już w zeszłym roku, jednak ta odbywała się w niedzielę, a my dojechaliśmy tam w sobotę :P tym razem solidnie przemyśleliśmy z Agatą sprawę i wsiedliśmy do pociągu w odpowiednim dniu. zawiodła pogoda -- cały dzień lało, a jak nie lało to mżyło, a jak nie mżyło to kropiło. do tego było zimno, wietrznie i wcale nie wiosennie. parada oczywiście się odbyła i wypadła całkiem fajnie. jak przystało na dobrą paradę było wesoło, głośno i kolorowo. w wielokulturowej uroczystości wzięły udział amatorskie i zawodowe grupy folklorystyczne oraz orkiestry wielu krajów. przejeżdżające platformy wiozą tańczących ludzi, a także żonglerów, cyrkowców i różnej maści grajków. większość przyodziana na zielono, co symbolizuje koniczynę, tradycyjnie przypisywaną Św. Patrykowi. jedni jechali, inni jeździli dziwnymi środkami lokomocji, a jeszcze inni chodzili na szczudłach, rozrzucając dookoła wypracowane uśmiechy.. święto to związane jest przede wszystkim z serwowaniem tradycyjnego, irlandzkiego 'zielonego' piwa oraz pokazami irlandzkich tańców i muzyki. całość kończyła się na Trafalgar Square, gdzie do późna trwały koncerty i kabarety.. kilka zdjęć z parady znajdziecie w marcowym fotoblogu..
kategoria: podróże link bezpośredni
tomxx.net 3.0 on board
20.03.2008; 15.31
tomxx 3.0 załadowany. prostota wersji 2.0-2.2 była fajna, ale od pewnego czasu chciałem czegoś więcej. stąd dość ciężka wersja trzecia, bo mamy tu sporo grafiki (w tworzeniu której uczestniczyła Agata), klipy flashowe i, przede wszystkim, Google Maps. wykorzystywane w dziale 'podróże' mapy pozwalają idealnie zobrazować odbyte wycieczki, choć nad kilkoma państwami muszę jeszcze popracować. po raz pierwszy wykorzystałem Flasha w wersji 8, a tworzone dynamicznie zakładki w fotoblogu bazują na plikach XML. zrezygnowałem z opartego na JavaScripcie Lightbox'a na rzecz prostego, a równie efektownego, Slimbox'a. JS, z uwagi na Google Maps API jest zresztą wciąż bardzo dużo, a do tego standardowo: XHTML1.0, CSS 2.0, PHP w wersji 5 i MySQL, jako zbiornik danych. jako ukłon w stronę zewnętrznych czytników dodałem RSS feed.. w najbliższej przyszłości zamierzam wprowadzić delikatne elementy Ajaksa, przez co fotoblog stanie się bardziej dynamiczny..
oczywiście polecam jedyną słuszną przeglądarkę, a IE w różnych wersjach proponuję podarować swoim wrogom od zająca na święta. apropos świąt: miejcie je wesołe, ja zmykam do Polski. już po raz drugi w tym miesiącu :)
oczywiście polecam jedyną słuszną przeglądarkę, a IE w różnych wersjach proponuję podarować swoim wrogom od zająca na święta. apropos świąt: miejcie je wesołe, ja zmykam do Polski. już po raz drugi w tym miesiącu :)
kategoria: pasje link bezpośredni
Wielkie Derby Śląska, czyli ja, my mogymy..
4.03.2008; 17.15
przylot: ubrani w koszulki Górnika spacerujemy po lotnisku London Gatwick. dookoła pełno fanów Arsenalu wracających do domu po swoim meczu z Aston Villą. po jakimś czasie podchodzi do nas inny kibic Górnika, który też leci na derby. witamy się, a on pyta: czy my się już
kiedyś nie poznaliśmy? w Lizbonie, podczas meczu Polaków z Portugalią? niesamowite, rozmawiałem z kolesiem 3 minuty (był jedynym Żabolem w grupie 22 fanów płockiej Petry), a on poznaje mnie pół roku później. lot przebiega miło, czas upływa na dyskusjach o sprawach piłkarsko-kibicowskich, aż wlatujemy w objęcia orkana Emma i .. zaczyna nami trząść. może nie było tak źle jak w samolocie Lufthansy lądującym na lotnisku w Hamburgu, ale my także kilka razy znaleźliśmy się w stanie przeciążenia. przy podchodzeniu do lądowania w Katowicach rzucało nami już tak poważnie, że nikomu nie było do śmiechu -- wszyscy zamilkli, ciszę przerywał tylko płacz dzieci z przedniej części kabiny, a dookoła wymiotowali ludzie. po dobry lądowaniu kabina zatrzęsła się od oklasków uradowanych pasażerów..
mecz: sportowo do bani. chorzowscy byli wyraźnie lepsi i zasłużenie wygrali 3-2. przegraliśmy, ale na tym świat się nie kończy. kibicowsko -- światowa pierwsza liga. na sektorach 21-29 zasiadło tego dnia aż 15 tys kibiców Górnika. na naszych sektorach byli zarówno młodzi gniewni, jak i ludzie starsi, małżeństwa, dzieci. słowem: cały przekrój społeczeństwa, a wszyscy w jednolitych trójkolorowych czapeczkach. doping bardzo dobry w
pierwszej połowie, w drugiej, z uwagi na wynik i fatalną pogodę, nieco gorszy. jeszcze dzisiaj przechodzą mnie ciarki, gdy przypomnę sobie 15 tys skaczących głów w rytm piosenki: 'zagraj zagraj jak za dawnych lat..' oprócz pogody tego dnia udało się wszystko: były emocje, był b. dobry pojedynek sportowy, było bezpiecznie, było efektownie..
41 tysięcy nie przyszło na mecz ligowy od ćwierćwiecza, a my pokazaliśmy, że polska piłka ma się coraz lepiej i że należy ludziom dać szansę. a już na pewno należy dać szansę Śląskowi i dopuścić Stadion Śląski do organizacji EURO 2012. swoją drogą, wygląda to jak zapowiedź wspaniałej przyszłości: poczekajmy tylko aż powstaną nowe stadiony i aż ludzie zrozumieją, że na naszych stadionach nie jest niebezpiecznie..
powrót: smutny, bo czego można się spodziewać po przegranym meczu. Katowice zalała trójkolorowa rzeka kibiców, czegoś podobnego nie widziałem jeszcze w życiu. powrót fatalny i źle zorganizowany. przemoknięci i zmarznięci czekamy na peronie w Załężu ponad półtorej godziny, a po nieudanych poszukiwaniach taksówki wreszcie pakujemy się do drugiego podstawionego pociągu. w samolocie powrotnym do UK spotykamy kilku Żaboli, a jeszcze na lotnisku w Pyrzowicach jestem świadkiem ciekawej sceny, kiedy to kibic Górnika w szaliku na szyi rozmawia o meczu z kibicem Ruchu, również z szalikiem swojej drużyny. i niech ta scena będzie podsumowaniem tego niecodziennego, ale jakże pięknego wydarzenia sportowego..
ps. tytuł notki zapożyczony od Pawła Czado. prowda, że fajny?
kategoria: pasje link bezpośredni
Agatka w Miller-Bourne!
26.02.2008; 16.37
Słońce oświetla Brighton od 15 stycznia -- wtedy to dołączyła do mnie Agatka i mieszkamy sobie razem. z początku leniwie, później z dużym rozmachem zaczęliśmy się rozglądać za jakąś ciekawą posadą architekta i .. udało się! pochodzący z dalekiego wschodniego kraju zdolny blond umysł zapragnęła mieć u siebie pracownia Miller-Bourne. chłopaki rozpoczęli działalność jeszcze w latach '50-tych, a dzisiaj skupiają się głównie na architekturze budynków publicznych (ratusze, szpitale, centra handlowe i biznesowe), ośrodków edukacyjnych, centrów sportowych i zabudowy mieszkaniowej. lokalizacja również dość ciekawa, bo prawie na plaży..
jestem z Ciebie dumny, Mała :)
jestem z Ciebie dumny, Mała :)
kategoria: zapiski link bezpośredni
tekst cudzy: tacy byliśmy -- dzieciństwo w latach.. - autor nieznany
22.02.2008; 12.33
poniżej cudzy tekst z oryginalnej prezentacji (krążąca obecnie w Sieci jest jej kopią ze zmienionymi latami na osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte), która świetnie wpasowuje się w nasz okres dorastania, bo .. mówi o nas całą prawdę i przypomina nasze najlepsze lata.. przeczytajcie, koniecznie przy dźwiękach utworu Eldo 'Dzieciństwo':
'dorastaliście w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych...???
jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
samochody nie miały pasów bezpieczeństwa ani zagłówków, no i żadnych airbagów!!! na tylnym siedzeniu było wesoło, a nie niebezpiecznie..
łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami ołowiowymi lub innym śmiertelnie groźnym gównem.
niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów, a butelki od lekarstw i środków czyszczących nie były zabezpieczone.
można było jeździć na rowerze bez kasku.
a ci, którzy mieszkali w pobliżu szosy na wzgórzu ustanawiali na rowerach rekordy prędkości, stwierdzając w połowie drogi, że rower z hamulcem był dla starych chyba za drogi...
ale po nabraniu pewnej wprawy i kilku wypadkach .. panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
szkoła trwała do południa, a obiad jadło się w domu.
niektórzy nie byli dobrzy w budzie i czasami musieli powtarzać rok. nikogo nie wysyłano do psychologa. nikt nie był hiper aktywny ani dyslektykiem. po prostu powtarzał rok i to była jego szansa.
wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie za sterylnych butelek PET.
wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą, bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni..
piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł.
nie mieliśmy Playstation, Nintendo, X-Box'a, gier wideo, 99 kanałów w TV, DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroom?ów w internecie... lecz przyjaciół!
mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada.
można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. nie było komórek... i nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!! nieprawdopodobne!!!
tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!! całkiem bez opieki! jak to było możliwe?
graliśmy w piłę na jedną bramę, a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. nie był to koniec świata ani trauma.
mieliśmy poobcierane kolana i łokcie, złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy, NIGDY, nie podawano nikogo z tego powodu do sądu! NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.
nie baliśmy się deszczu, śniegu ani mrozu.
nikt nie miał alergii na kurz, trawę ani na krowie mleko.
mieliśmy wolność i wolny czas, klęski, sukcesy i zadania. i uczyliśmy się dawać sobie radę!
pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale..
..kurwa, przecież byliśmy szczęśliwi!!!
Czyż nie ?'
piękne. w moim przypadku z tylko z tą różnicą, że ja miałem komputer i .. byłem uczulony ;)
'dorastaliście w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych...???
jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
samochody nie miały pasów bezpieczeństwa ani zagłówków, no i żadnych airbagów!!! na tylnym siedzeniu było wesoło, a nie niebezpiecznie..
łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami ołowiowymi lub innym śmiertelnie groźnym gównem.
niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów, a butelki od lekarstw i środków czyszczących nie były zabezpieczone.
można było jeździć na rowerze bez kasku.
a ci, którzy mieszkali w pobliżu szosy na wzgórzu ustanawiali na rowerach rekordy prędkości, stwierdzając w połowie drogi, że rower z hamulcem był dla starych chyba za drogi...
ale po nabraniu pewnej wprawy i kilku wypadkach .. panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
szkoła trwała do południa, a obiad jadło się w domu.
niektórzy nie byli dobrzy w budzie i czasami musieli powtarzać rok. nikogo nie wysyłano do psychologa. nikt nie był hiper aktywny ani dyslektykiem. po prostu powtarzał rok i to była jego szansa.
wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie za sterylnych butelek PET.
wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą, bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni..
piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł.
nie mieliśmy Playstation, Nintendo, X-Box'a, gier wideo, 99 kanałów w TV, DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroom?ów w internecie... lecz przyjaciół!
mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada.
można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. nie było komórek... i nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!! nieprawdopodobne!!!
tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!! całkiem bez opieki! jak to było możliwe?
graliśmy w piłę na jedną bramę, a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. nie był to koniec świata ani trauma.
mieliśmy poobcierane kolana i łokcie, złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy, NIGDY, nie podawano nikogo z tego powodu do sądu! NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.
nie baliśmy się deszczu, śniegu ani mrozu.
nikt nie miał alergii na kurz, trawę ani na krowie mleko.
mieliśmy wolność i wolny czas, klęski, sukcesy i zadania. i uczyliśmy się dawać sobie radę!
pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale..
..kurwa, przecież byliśmy szczęśliwi!!!
Czyż nie ?'
piękne. w moim przypadku z tylko z tą różnicą, że ja miałem komputer i .. byłem uczulony ;)
kategoria: cudze link bezpośredni
Jeff Strain
20.02.2008; 10.27
był sierpień 1998 roku. mimo iż nie miałem jeszcze komputera PC (jako posiadacz i wielbiciel Amigi chwaliłem jej niezrównane możliwości) zdobyłem na własność swoje dwie pierwsze gry: Age of Empires i Diablo. wersje pirackie oczywiście, na szybko nagrywane przez kolegę kuzyna w Niemczech, co kosztowało mnie 10 marek za płytkę. te dwa produkty na długo ukształtowały moje gusta: AoE (i kolejne części) było najlepszą w historii strategią czasu rzeczywistego, a Diablo jednym z pierwszych tak udanych produktów z gatunku gier fabularnych. cóż, ściśle mówiąc, Diablo nie było typowym RPGiem, a klasyczną łupanką typu hack and slash -- mimo wszystko grało się w to wspaniale. klimat gry, grafika, dźwięki..
8 lat później poznałem Jeffa Straina. Jeff był jednym z programistów gry Diablo i walnie przyczynił się do rozwoju innych produktów potężnego Blizzard Entertainment. oprócz Diablo pracował nad Starcraftem oraz serią Warcraft (w tym hitowym World of Warcraft). po opuszczeniu Blizzarda w 2000 roku, wraz z Mikem O'Brienem i Patrickiem Wyattem założył spółkę ArenaNet (nawiązanie do wcześniejszego pomysłu BattleNet), a ich pierwszym hitem był Guild Wars. Jeff przebywa u nas w Brighton na kilkudniowych warsztatach. uśmiechnięty, otwarty i .. wciąż normalny. kto by przypuszczał 10 lat temu, że spotkam kolesia osobiście..
8 lat później poznałem Jeffa Straina. Jeff był jednym z programistów gry Diablo i walnie przyczynił się do rozwoju innych produktów potężnego Blizzard Entertainment. oprócz Diablo pracował nad Starcraftem oraz serią Warcraft (w tym hitowym World of Warcraft). po opuszczeniu Blizzarda w 2000 roku, wraz z Mikem O'Brienem i Patrickiem Wyattem założył spółkę ArenaNet (nawiązanie do wcześniejszego pomysłu BattleNet), a ich pierwszym hitem był Guild Wars. Jeff przebywa u nas w Brighton na kilkudniowych warsztatach. uśmiechnięty, otwarty i .. wciąż normalny. kto by przypuszczał 10 lat temu, że spotkam kolesia osobiście..
kategoria: zapiski link bezpośredni
pierwszy brajtonowy photo crawling..
11.02.2008; 15.51
wiosna w Anglii! słonko świeci i piękne kolory budzących się do życia kwiatów.. będąc mądrzejszym niż w roku poprzednim ubieram się ciepło, choć w sobotni poranek ujrzeliśmy z Agatą dzieciaka rozebranego do połowy! zupełnie bez niczego -- w pierwszej połowie lutego.. no ale do rzeczy: w sobotę rozpoczęliśmy nowy projekt, zwany pełzaniem z aparatami. photo crawling jest już niezwykle popularny na całym świecie, głównie z powodu faktu, że .. zawsze się udaje. grupa zapaleńców szlaja się po danym obszarze, a poprzez różnospojrzeniowe pomysły na tematy ujęć nakręcają się wszyscy. generalnie chodzi o to, aby iść w danym kierunku, obserwować, śmiać się i pstrykać.. pod koniec dnia zbiera się z tego dość ciekawa i co najważniejsze, zróżnicowana galeria. coś podobnego zrobiliśmy w Lizbonie z bractwem z portalu Trekearth.com, tym razem postanowiliśmy rozkręcić trochę ludzi z naszej firmy. z Agatą było nas tylko czworo, ale to dopiero początek projektu. Marek założył osobnego bloga: http://photocrawl.blogspot.com/, gdzie z jednego wyjścia mamy zamiar umieszczać po 10 najlepszych zdjęć danej osoby. mam nadzieję, że sprawa się pomyślnie rozwinie, bo wkrótce mamy zamiar przekonać kilka innych osób z NCsoftu i okolic.. po drodze spotkaliśmy inną grupę fotografów -- oni z kolei skupiają się wokół portalu www.ephotozine.com. trochę porozmawialiśmy doceniając atrakcje fotograficzne Brajtonowa.. kilka ujęć z crawlingu dostępnych jest już w lutowym fotoblogu.
kategoria: pasje link bezpośredni
Austin, Hawaje i równy Angol..
30.01.2008; 12.00
wczoraj w pubie Caxton Arms żegnaliśmy Roberta. jeden z najrówniejszych firmowych Brytoli przenosi się za Wodę do NCsoft Austin w stanie Teksas. to ściśle współpracujący z nami oddział korporacji, który powstał przed laty z inicjatywy Richarda Garriotta -- legendy gier komputerowych, twórcy m.in Ultimy. głównym powodem przenosin Roberta jest jego dziewczyna, Amerykanka. właściwie pół-Amerykanka, bo kobita pochodzi z Hawajów -- wysp okupowanych przez lata przez USA, a obecnie będących jednym ze stanów tego supermocarstwa. żeby było śmieszniej, poznali się w Japonii. historia fajna, ale nasza opowieść o tym, jak dwoje studentów z Gliwic poznało się kilka tysięcy kilometrów od domu -- w niewielkiej dziurze w stanie Delaware w hameryce, brzmi jeszcze bardziej sensacyjnie. Rob w każdym razie planuje osiąść na Hawajach, więc mamy zaklepany kolejny przystanek na naszej przyszłościowej trasie round the world..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Magda na Fitz Roy!
28.01.2008; 12.57
moja koleżanka z czasów wspólnej pracy w redakcji Helionu uderzyła wysoko. naprawdę wysoko: na 3375 metrów. właśnie się dowiedziałem, że wraz z dwoma kolegami z Gliwickiego Klubu Wysokogórskiego zdobyła położony na granicy Argentyny i Chile szczyt Fitz Roy, zwany także Cerro Chaltén. gratulacje Magda! pełny zapis wyprawy możecie śledzić na blogu Wojtasa na stronie http://argentina2008.blox.pl/html. kilka niesamowitych zdjęć ze szczytu dostępnych jest tutaj. było ciężko, zresztą sami poczytajcie:
Słowo stało się Ciałem, Wallenrod-Belvederem, a Ekipa spod znaku "Budman-Manko Stubai KW Gliwice" stanęł 25 kwietnia o godzinie 16 na szczycie Fitz Roya, od wyjścia z Passo Superior do powrotu na Passo akcja zajęła nam 51,5h, po drodze bivak na półce skalnej, łącznie 30 wyciągów trochę ponad 1000m wspinania, Polacy po raz 5 w historii stanęli na szczycie jednej z najbardziej znanych i trudniejszych gór świata.
Słowo stało się Ciałem, Wallenrod-Belvederem, a Ekipa spod znaku "Budman-Manko Stubai KW Gliwice" stanęł 25 kwietnia o godzinie 16 na szczycie Fitz Roya, od wyjścia z Passo Superior do powrotu na Passo akcja zajęła nam 51,5h, po drodze bivak na półce skalnej, łącznie 30 wyciągów trochę ponad 1000m wspinania, Polacy po raz 5 w historii stanęli na szczycie jednej z najbardziej znanych i trudniejszych gór świata.
kategoria: pasje link bezpośredni
Sapkowkiego świat. również cyfrowy..
25.01.2008; 11.15
wyłowiłem kolejny tekst z archiwum. powstał mniej więcej w połowie 2003 roku i był wprowadzeniem do osobnego działu na stronie tomxx.ux.pl, który był poświęcony Andrzejowi Sapkowskiemu i stworzonemu przez niego świecie fantasy. przedstawiałem wówczas moje ulubione (w wyborze pomagała nieoceniona Wiewióra) fragmenty prozy AS z podziałem na konkretne pozycje książkowe. obecnie już tych fragmentów nie posiadam (prawdopodobnie kurzą się gdzieś w Gliwicach na płytkach CD), ale dość ciekawy tekst inicjacyjny przedstawiam poniżej.
Andrzej Sapkowski, z wykształcenia ekonomista, rozpoczynał swoją przygodę z literaturą w roku 1985, pisząc opowiadanie "Wiedźmin" w ramach konkursu literackiego miesięcznika "Fantastyka". a później była całość, którą spinają ramy kilku zdań. w roku '85:
"Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz narzucony na ramiona. Zwracał uwagę."
...by po kilku tysiącach stron dodać w roku '01:
"Jechali wprost w zachodzące słońce. Za nimi zostawała ciemniejąca dolina. Za nimi było jezioro, jezioro zaczarowane, jezioro niebieskie i gładkie jak oszlifowany szafir. Za nimi zostawały głazy na jeziornym brzegu. Sosny na zboczach.
To było za nimi.
A przed nimi było wszystko."
moja fascynacja literaturą Sapka wynika z kilku elementarnych przyczyn. po pierwsze, dość głębokie zainteresowanie średniowieczem. fascynowały mnie te dawno minione, zapomniane Wieki Mroczne, świat zamczysk, klasztorów i traktów, na których napotkać można było błędnego rycerza, wędrownego mnicha lub zakochanego trubadura. po drugie klimat stworzonego świata, jego złożoność, moim zdaniem sprawniejsza niż u Tolkiena. po trzecie polskość wypowiedzi, za to że marszałek podczas bitwy wypowiada się normalnie, prawdziwie ('nie ma już którędy spierdalać'), a po wszystkie następne, zgodnie ze zdaniem Polityki, ponieważ 'Sapkowski ma fenomenalny dar narracji, wymyślania sensacyjnych wydarzeń, tworzenia sugestywnego nastroju, stopniowania napięcia. z woli Sapka w ów świat pełen potworów i bujnych charakterów, skomplikowanych intryg i eksplodujących namiętności wnosi Geralt nasze problemy, mitologie i nowoczesny punkt widzenia.'
...i oczywiście pewien sentyment do przerabianych niejednokrotnie scen. uwielbiam wszystkie sceny szkolenia Ciri w Kaer Morhen, zachwycam się scenami strategii, rokowaniami królów. podziwiam Emhyra, bitwę pod Brenną, rebelię na Thanedd. fascynuje mnie chrzest ognia, rozbraja Bonhart. rozśmiesza dyskusja o chędożeniu Ciri z Yarpenem, wszystkie sceny z krasnoludami w roli głównej, szczególnie krasnoludzki Gwint, dzienniki Jaskra na temat członków drużyny Wiedźmina... filozoficzne wykłady wampira. I Angouleme, mówiąca Geraltowi, że umie być wdzięczna. I Bitwa o Most, i Yennefer, i jak Ciri uciekła do Wieży Jaskółki. I jak Milva sprała pasem Geralta i Cahira. I papuga krasnoluda oraz jej donośne 'O rrrwa mać'! no przecież nie będę tu wszystkich opowiadań i pięciu tomów Sagi streszczał!
taaaak, tak było kiedyś. na szczęście własne egzemplarze wszystkich dzieł tego pana pozwalają mi sięgnąć po tę mega prozę w dowolnym niemal momencie. i tylko co jakiś czas chwalimy się wzajemnie z Wiewiórą, że chyba wkrótce znowu sobię tę sagę przeczytamy. a ileż to już razy przeszedłem przez całość? chyba 3 (bądź 4, nie pamietam) razy przeczytałem całą sagę i ok 7-8 razy wszystkie opowiadania. tu zaletą jest ludzka pamięć, która w moim przypadku jest nader zawodna, jeśli chodzi o literaturę. i dobrze, dostaję od życia więcej..
no ale dlaczego o tym piszę? otóż od kilku tygodni męczę grę Wiedźmin autorstwa warszawskiego studia CD Projekt RED. to największy w historii naszego kraju projekt gry komputerowej, którego budżet zamknięto kwotą .. 20 mln złotych. jest to kwota o jakiej pomarzyć może wielu producentów filmowych.. pieniądze wykorzystano rzeczywiście dobrze, bo Wiedźmin jest grą świetną. dopracowany, z urzekającą średniowieczną grafiką, zawiłą szpiegowską fabułą, klimatyczną muzyką i ciekawymi wstawkami filmowymi. intro stworzył sam Tomasz Bagiński nominowany w 2003 roku do Oscara za krótkometrażowy film animowany 'Katedra'. przy pracach brano pod uwagę opinie Sapkowskiego i trzeba powiedzieć, że zarówno klimat, humor oraz filozoficzne podejście do życia udało się autorom gry odzwierciedlić. gra osadzona jest w stereotypowo polskim średniowieczu i, co ciekawe, był to jeden z nielicznych zarzutów, gdy grę pokazano na targach w Lipsku w zeszłym roku. dla nas, fanów prozy AS, to oczywiście duży plus. można się przyczepić do rozwiązania w produkcie kilku mniej ważnych kwestii (nocne rabowanie chałup przy śpiących obok gospodarzach, brak uczucia głodu, czy pragnienia) jednak, szczerze przyznając, Wiedźmin to gra wybitna, której po kilku latach od kiczowatego filmu i dennego serialu, udało się ocalić honor polskiego twórcy..
Andrzej Sapkowski, z wykształcenia ekonomista, rozpoczynał swoją przygodę z literaturą w roku 1985, pisząc opowiadanie "Wiedźmin" w ramach konkursu literackiego miesięcznika "Fantastyka". a później była całość, którą spinają ramy kilku zdań. w roku '85:
"Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz narzucony na ramiona. Zwracał uwagę."
...by po kilku tysiącach stron dodać w roku '01:
"Jechali wprost w zachodzące słońce. Za nimi zostawała ciemniejąca dolina. Za nimi było jezioro, jezioro zaczarowane, jezioro niebieskie i gładkie jak oszlifowany szafir. Za nimi zostawały głazy na jeziornym brzegu. Sosny na zboczach.
To było za nimi.
A przed nimi było wszystko."
moja fascynacja literaturą Sapka wynika z kilku elementarnych przyczyn. po pierwsze, dość głębokie zainteresowanie średniowieczem. fascynowały mnie te dawno minione, zapomniane Wieki Mroczne, świat zamczysk, klasztorów i traktów, na których napotkać można było błędnego rycerza, wędrownego mnicha lub zakochanego trubadura. po drugie klimat stworzonego świata, jego złożoność, moim zdaniem sprawniejsza niż u Tolkiena. po trzecie polskość wypowiedzi, za to że marszałek podczas bitwy wypowiada się normalnie, prawdziwie ('nie ma już którędy spierdalać'), a po wszystkie następne, zgodnie ze zdaniem Polityki, ponieważ 'Sapkowski ma fenomenalny dar narracji, wymyślania sensacyjnych wydarzeń, tworzenia sugestywnego nastroju, stopniowania napięcia. z woli Sapka w ów świat pełen potworów i bujnych charakterów, skomplikowanych intryg i eksplodujących namiętności wnosi Geralt nasze problemy, mitologie i nowoczesny punkt widzenia.'
...i oczywiście pewien sentyment do przerabianych niejednokrotnie scen. uwielbiam wszystkie sceny szkolenia Ciri w Kaer Morhen, zachwycam się scenami strategii, rokowaniami królów. podziwiam Emhyra, bitwę pod Brenną, rebelię na Thanedd. fascynuje mnie chrzest ognia, rozbraja Bonhart. rozśmiesza dyskusja o chędożeniu Ciri z Yarpenem, wszystkie sceny z krasnoludami w roli głównej, szczególnie krasnoludzki Gwint, dzienniki Jaskra na temat członków drużyny Wiedźmina... filozoficzne wykłady wampira. I Angouleme, mówiąca Geraltowi, że umie być wdzięczna. I Bitwa o Most, i Yennefer, i jak Ciri uciekła do Wieży Jaskółki. I jak Milva sprała pasem Geralta i Cahira. I papuga krasnoluda oraz jej donośne 'O rrrwa mać'! no przecież nie będę tu wszystkich opowiadań i pięciu tomów Sagi streszczał!
taaaak, tak było kiedyś. na szczęście własne egzemplarze wszystkich dzieł tego pana pozwalają mi sięgnąć po tę mega prozę w dowolnym niemal momencie. i tylko co jakiś czas chwalimy się wzajemnie z Wiewiórą, że chyba wkrótce znowu sobię tę sagę przeczytamy. a ileż to już razy przeszedłem przez całość? chyba 3 (bądź 4, nie pamietam) razy przeczytałem całą sagę i ok 7-8 razy wszystkie opowiadania. tu zaletą jest ludzka pamięć, która w moim przypadku jest nader zawodna, jeśli chodzi o literaturę. i dobrze, dostaję od życia więcej..
no ale dlaczego o tym piszę? otóż od kilku tygodni męczę grę Wiedźmin autorstwa warszawskiego studia CD Projekt RED. to największy w historii naszego kraju projekt gry komputerowej, którego budżet zamknięto kwotą .. 20 mln złotych. jest to kwota o jakiej pomarzyć może wielu producentów filmowych.. pieniądze wykorzystano rzeczywiście dobrze, bo Wiedźmin jest grą świetną. dopracowany, z urzekającą średniowieczną grafiką, zawiłą szpiegowską fabułą, klimatyczną muzyką i ciekawymi wstawkami filmowymi. intro stworzył sam Tomasz Bagiński nominowany w 2003 roku do Oscara za krótkometrażowy film animowany 'Katedra'. przy pracach brano pod uwagę opinie Sapkowskiego i trzeba powiedzieć, że zarówno klimat, humor oraz filozoficzne podejście do życia udało się autorom gry odzwierciedlić. gra osadzona jest w stereotypowo polskim średniowieczu i, co ciekawe, był to jeden z nielicznych zarzutów, gdy grę pokazano na targach w Lipsku w zeszłym roku. dla nas, fanów prozy AS, to oczywiście duży plus. można się przyczepić do rozwiązania w produkcie kilku mniej ważnych kwestii (nocne rabowanie chałup przy śpiących obok gospodarzach, brak uczucia głodu, czy pragnienia) jednak, szczerze przyznając, Wiedźmin to gra wybitna, której po kilku latach od kiczowatego filmu i dennego serialu, udało się ocalić honor polskiego twórcy..
kategoria: zapiski link bezpośredni
kilka słów o innych kulturach..
24.01.2008; 10.39
kolega Jez z mojej firmy poleciał do Korei odwiedzić braci ze spółki-matki naszej korporacji. w Seulu chłopaki zabrali go na kolację do restauracji. oto co było daniem dnia: (tytuł filmu: Help, my dinner is moving!)
*****
utrzymujący porządek w naszej klatce kolo pochodzi z Zanzibaru. urodził się w Stone Town i chodził do jednej szkoły z Freddiem Mercurym, późniejszym liderem Queen. czasami rano sobie z nim rozmawiam, bo pogodny to osobnik. mówi z taką pasją, jakby również nad brytyjskim niebem każdego dnia świeciło słońce, jakby wszystko było na wyciągnięcie ręki. tym razem 10 minut rozmawialiśmy o łowieniu ryb, przez co zresztą spóźniłem się do pracy. nawijaliśmy o sposobach łowienia, miejscach, sprzęcie, godzinach 'brań', pływów wodnych i pozwoleniach. a po tym wszystkim on mówi: 'ale ja nie jadam ryb, ryby śmierdzą. łowię i wpuszczam z powrotem.'
*****
wczoraj w knajpie The Eagel przez cały wieczór leciała świetna, rockowo-celtycka muzyka. w końcu nie wytrzymałem i spytałem barmana, co to za kapela. The Waterboys, brzmiała odpowiedź. piękne, muszę się rozglądnąć za ich pełną płytą!
*****
utrzymujący porządek w naszej klatce kolo pochodzi z Zanzibaru. urodził się w Stone Town i chodził do jednej szkoły z Freddiem Mercurym, późniejszym liderem Queen. czasami rano sobie z nim rozmawiam, bo pogodny to osobnik. mówi z taką pasją, jakby również nad brytyjskim niebem każdego dnia świeciło słońce, jakby wszystko było na wyciągnięcie ręki. tym razem 10 minut rozmawialiśmy o łowieniu ryb, przez co zresztą spóźniłem się do pracy. nawijaliśmy o sposobach łowienia, miejscach, sprzęcie, godzinach 'brań', pływów wodnych i pozwoleniach. a po tym wszystkim on mówi: 'ale ja nie jadam ryb, ryby śmierdzą. łowię i wpuszczam z powrotem.'
*****
wczoraj w knajpie The Eagel przez cały wieczór leciała świetna, rockowo-celtycka muzyka. w końcu nie wytrzymałem i spytałem barmana, co to za kapela. The Waterboys, brzmiała odpowiedź. piękne, muszę się rozglądnąć za ich pełną płytą!
kategoria: zapiski link bezpośredni
drewniany ładunek na plaży w Brighton
23.01.2008; 15.12
co jakiś czas na morskich i oceanicznych wodach zdarzają
się katastrofy. niedawno przeżywaliśmy 15-stą rocznicę zatonięcia promu Jan
Heweliusz -- katastrofa płynącego do Ystad promu, wskutek czego śmierć poniosło łącznie 55 pasażerów i członków
załogi, to jak do tej pory największa polska tragedia morska. nie tak dawno, bo w styczniu 2007, głośna była
sprawa brytyjskiego kontenerowca MSC Napoli, który płynąc z
Belgii do Portugalii został uszkodzony przez huragan
Kyrill. ogromny statek został porzucony przez swoją załogę, a świat z
uwagą i pewnym niepokojem śledził dalsze losy porzuconej jednostki. przypominał mi się film Statek Widmo,
tyle,
że w rzeczywistości dramatyczne wydarzenia wypełnione były wstawkami humorystycznymi.. otóż na skutek
przechylenia Kanał La Manche wzbogacił się o setki ton przewożonych przez statek materiałów, począwszy od
pieluch, na motorach BMW kończąc. Brytole penetrowali plaże, bo nigdy nie było wiadomo, co też im dzisiaj morze
ześle. BBC pisało o pewnej Szwedce, której
szabrownicy zawinęli cały jej majątek, który jakimś cudem nienaruszony dopłynął do brzegu Kornwalii.. Parę dni
temu na Kanale zatonął kolejny statek. tym razem był to transportowy okręt Ice Prince płynący pod banderą grecką
i przewożący kilka tysięcy ton drewna. statek nadał
sygnał SOS w nocy z wtorku na środę będąc ok 42 km od brzegów hrabstwa Dorset. członków załogi szybko uratowano,
a statek po kilku godzinach zatonął. ponad 250
0 ton drewnianego ładunku znalazło się na wodach Kanału, by po kilku dni dotrzeć do południowych brzegów
Wielkiej Brytanii. największe skupiska pięknie heblowanych desek znalazły się w okolicach miasteczka Worthing,
ale i cała plaża w Brighton pokryta została ładunkiem. ludzie zaczęli podjeżdżać samochodami i pakować darmowy
budulec. ktoś napisał kredą na chodniknie pozwalała na kradzież niczyjego towaru. w każdym razie warto się
przejść na plażę, bo oprócz zdrowego powietrza można poczuć się jak w lesie -- piękny sosnowy umila plażowe
przygody..kategoria: zapiski link bezpośredni
fenomen nasza-klasa.pl
14.01.2008; 22.55
'nasza klasa', czyli nasza-klasa.pl bije rekordy. mimo przenosin na najszybsze polskie serwery (w Poznaniu, te same, na których leżą pliki allegro.pl) serwer wciąż muli, a czasem mamy nawet szansę zobaczyć niepowtarzalnego pana Gąbkę. miliony odwiedzin dziennie, niesamowity przyrost zarejestrowanych użytkowników (mówi się o 30 tys. dziennie), miliony złotych zarobku dla twórców. każda wzmianka o portalu przyciąga internautów, a administratorzy firmowych sieci zaczęli już masowo blokować dostęp do portalu, bo zaaferowani starymi znajomościami Polacy grupowo przestali pracować. w telewizorni mówią o Naszej Klasie, w radiu mówią o Naszej Klasie, a w prasie dla odmiany piszą o .. Naszej Klasie. wydaje się, że przyszłość naszego narodu zależy od prędkości porannego otwierania się witryn serwisu. znalazłem kiedyś na dużym portalu informacyjnym komentarz (zupełnie nie związany z omawianym tematem): 'mam 30 lat i tylko 33 znajomych na Naszej Klasie. czy to znaczy, że przegrałem życie?'. łatwo przewidzieć, jaką odpowiedź dostał pytający od przyjaznych rodaków. Nasza Klasa to hicior, a kogo nie ma w serwisie, ten podobno nie jest trendy.. znam jednak ludzi, którzy owe 'dodawanie się do kontaktów' traktują jako zło konieczne -- w sumie racja, w kontaktach powinniśmy mieć ludzi, z którymi kiedyś spędzaliśmy dłuuugie godziny na nudnych lekcjach historii czy przydługich dziełach Mickiewicza. a nie wszystkich, jak leci, bo kiedyś się widzieliśmy na ulicy. jeden mój dobry kolega (tzn on twierdzi czasem, że dobry, czasem, że niezbyt) otwarcie pisze do byłych znajomych: 'dlaczego chcesz mnie dodać do swoich kontaktów? przez tyle lat nawet słowem się do mnie nie odezwałeś, nawet nie zapytałeś co porabiam, a teraz chcesz, żebym był twoim kolegą? wybacz, ale ja nie chcę mieć takich kolegów.' i odrzuca zaproszenie. i to ta druga strona medalu -- czasem przez lata nie chce nam się nawiązać z dawnymi przyjaciółmi kontaktu i jeden klik w naszej-klasie tego życiowego podejścia nie zmieni..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
feel
09.01.2008; 16.21
podchodzi do mnie Allan, Brytyjczyk współpracujący z polskimi tłoczniami płyt kompaktowych i pokazuje płytę zespołu Feel, którą od kogoś dostał.. to jest fajne!, mówi i próbuje przeczytać pierwsze dwa tytuły z okładki. to pierwsze polskie utwory, jakie słyszałem i odtąd bez przerwy grają mi w samochodzie.. jak mu powiedziałem, że to chłopaki z Katowitzów to się ucieszył, bo on w Polsce oprócz Wawy i Krk zna tylko prześliczną stolicę Górnego Śląska..
Ale Allan to jednostka -- tutaj nikt nie zna niczego polskiego. no może tylko death metalowcy słuchają Vadera..
Ale Allan to jednostka -- tutaj nikt nie zna niczego polskiego. no może tylko death metalowcy słuchają Vadera..
kategoria: zapiski link bezpośredni
z archiwum: Tomasz z Brzezinki, czyli Miśka subiektywne opisanie..
07.01.2008; 18.46
przeglądając archiwum mojej strony z czasów zamierzchłych (tekstów tych nie ma dzisiaj na tomxx.net, były dostępne pod adresem tomxx.ux.pl) wyłowiłem kilka perełek. z czasem będę je wrzucał tutaj, aby kompletnie nie przepadły w kilobajtach zapomnianych danych. zacznę od dość subiektywnego i przekolorowanego tekstu, jaki powstał w roku 2003, a pojawił się w dziale 'friends' (kto pamięta? tam opisywałem moich bliskich płci obojga) 18 stycznia 2004. tekst opisuje mojego przyjaciela Miśka, a wrzucam go apropos jednej z wcześniejszych notek podsumowujących jego ślub z Olą.. dzisiaj brzmi to cukierkowo i pseudo heroicznie, ale wtedy tak sprawy widziałem.. i jakby przewidziałem jego ścieżkę zagranicznej kariery..
POZNANIE :: gdy zobaczyłem go po raz pierwszy w roku '95, nie przejawiał większej inicjatywy na ingerowanie w czyjś świat, nie wyglądał na takiego, który potrzebuje kogoś do życia. było to w 1. klasie liceum, przez które wspólnie przebrnęliśmy. trochę sie bałem, że trafiłem na jakiegoś kaznodzieję, który minął się z powołaniem. dzisiaj, gdy kończymy wspólne studia, Tomek jest osobą, z której przyjaźni po prostu nie da sie zrezygnować... przez te 9 lat przeszedł znaczną metamorfozę: z niewinnego, lekko wystraszonego dziecka wyrósł na niesamowicie silny i ambitny charakter, z którym każdy zdoła nawiązać nić porozumienia.
SUBIEKTYWNIE :: Misiek (ksywka jeszcze z czasów lo -- od miśkowatej budowy) jest osobą bardzo ostrożną w osądach. charakteryzuje się ścisłą logiką, potrafi słuchać. on rzeczywiście słucha, nie udaje... gdy się uczy, łatwo chłonie wiedzę. gdy gra w kosza, jest nie do powstrzymania. gdy tłumaczy, słucham, jak objaśnia. i mimo swojej wiedzy, mimo zdolności, mimo dwóch dziennych fakultetów, nie emanuje postawą 'szefa', nie wysyła żadnych niepokojących sygnałów. niesamowicie skromny, cichy, o niskim głosie, wolno cedzący słowa. taki pożądany charakter, który jak już poda dłoń to nie da się wciągnąć, tylko będzie wyciągał. gdy się zwrócę, wiem, że wysłucha. czasem coś podpowie. do tego kibic sportowy, i na Górnika czasem jeździ -- rozumiemy się bez słów...:)
czy dzisiaj bym coś zmienił w tym opisie? oczywiście. ale niestety tak wylewnym już dzisiaj nie jestem..
POZNANIE :: gdy zobaczyłem go po raz pierwszy w roku '95, nie przejawiał większej inicjatywy na ingerowanie w czyjś świat, nie wyglądał na takiego, który potrzebuje kogoś do życia. było to w 1. klasie liceum, przez które wspólnie przebrnęliśmy. trochę sie bałem, że trafiłem na jakiegoś kaznodzieję, który minął się z powołaniem. dzisiaj, gdy kończymy wspólne studia, Tomek jest osobą, z której przyjaźni po prostu nie da sie zrezygnować... przez te 9 lat przeszedł znaczną metamorfozę: z niewinnego, lekko wystraszonego dziecka wyrósł na niesamowicie silny i ambitny charakter, z którym każdy zdoła nawiązać nić porozumienia.
SUBIEKTYWNIE :: Misiek (ksywka jeszcze z czasów lo -- od miśkowatej budowy) jest osobą bardzo ostrożną w osądach. charakteryzuje się ścisłą logiką, potrafi słuchać. on rzeczywiście słucha, nie udaje... gdy się uczy, łatwo chłonie wiedzę. gdy gra w kosza, jest nie do powstrzymania. gdy tłumaczy, słucham, jak objaśnia. i mimo swojej wiedzy, mimo zdolności, mimo dwóch dziennych fakultetów, nie emanuje postawą 'szefa', nie wysyła żadnych niepokojących sygnałów. niesamowicie skromny, cichy, o niskim głosie, wolno cedzący słowa. taki pożądany charakter, który jak już poda dłoń to nie da się wciągnąć, tylko będzie wyciągał. gdy się zwrócę, wiem, że wysłucha. czasem coś podpowie. do tego kibic sportowy, i na Górnika czasem jeździ -- rozumiemy się bez słów...:)
czy dzisiaj bym coś zmienił w tym opisie? oczywiście. ale niestety tak wylewnym już dzisiaj nie jestem..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
noworoczne planowanie..
03.01.2008; 12.13
10 dni w Polsce wpłynęło na mnie pozytywnie, pozwoliło trochę zwolnić i poczuć ciepło rodzinnego mieszkania. wystarczyła jednak szybka lustracja, co też porabiają moi internetowi znajomi podróżnicy i już odechciało mi się ciepła domowego ogniska.. Karol w Wenezueli, Kamila na Tajwanie, a Bart właśnie wrócił z Indii. jakby tego było mało, koleżanka mojej mamy pokazała mi witrynę swoich znajomych -- Dominiki i Tomka z Zabrza (podroznicy.com.pl), którzy od pół roku objeżdżają świat. no i szlag mnie trafił, że ja siedzę w tej niekumatej Anglii i tracę swój cenny czas na korporacyjne dziwactwa, z których nic dobrego nie wynika. wychodzi na to, że potrzebowałem 3 lat na zrozumienie, że biurko nie jest optymalnym dla mnie rozwiązaniem..
zgodnie z poczynionym kilka lat temu postanowieniem (przynajmniej jeden, a najlepiej dwa nowe kraje odwiedzone podczas danego roku), zaczynam myśleć o tegorocznych wyprawach. za kilka dni przylatuje Agata, więc dokładne planowanie przeznaczam na długie styczniowo-lutowe wieczory. już teraz jednak, w mojej głowie kiełkuje kilka pomysłów: prawdziwym MUST BE tego roku jest czerwcowa wycieczka w Alpy, a dokładniej do Austrii, gdzie nasi kopacze zagrają w ME. planujemy z Miśkiem odwiedzenie Klagenfurtu i Wiednia, a tydzień powinien na to wystarczyć. we wrześniu chcielibyśmy odwiedzić europejskie południe, ale niepełne dwa tygodnie starczą zapewne tylko na Chorwację i kawałek Czarnogóry. na bałkańską podróż reflektują nasi słowaccy przyjaciele z Bratysławy (Lukas i Lidia), więc być może zgarniemy ich po drodze.. w Chorwacji jeszcze nas nie było, a podobno pięknie i niezbyt drogo.. wypada również skorzystać z tanich jak brytyjska wędlina biletów lotniczych, więc szykuje się weekendowy wypad do jakiegoś większego miasta. myślę o Barcelonie lub Madrycie, choć kto wie, czy nie poniesie nas do Edynburga lub Dublina. zeszłoroczne plany zrealizowaliśmy w stu procentach, wypada mieć nadzieję, że rok 2008 będzie pod tym względem podobny.
zgodnie z poczynionym kilka lat temu postanowieniem (przynajmniej jeden, a najlepiej dwa nowe kraje odwiedzone podczas danego roku), zaczynam myśleć o tegorocznych wyprawach. za kilka dni przylatuje Agata, więc dokładne planowanie przeznaczam na długie styczniowo-lutowe wieczory. już teraz jednak, w mojej głowie kiełkuje kilka pomysłów: prawdziwym MUST BE tego roku jest czerwcowa wycieczka w Alpy, a dokładniej do Austrii, gdzie nasi kopacze zagrają w ME. planujemy z Miśkiem odwiedzenie Klagenfurtu i Wiednia, a tydzień powinien na to wystarczyć. we wrześniu chcielibyśmy odwiedzić europejskie południe, ale niepełne dwa tygodnie starczą zapewne tylko na Chorwację i kawałek Czarnogóry. na bałkańską podróż reflektują nasi słowaccy przyjaciele z Bratysławy (Lukas i Lidia), więc być może zgarniemy ich po drodze.. w Chorwacji jeszcze nas nie było, a podobno pięknie i niezbyt drogo.. wypada również skorzystać z tanich jak brytyjska wędlina biletów lotniczych, więc szykuje się weekendowy wypad do jakiegoś większego miasta. myślę o Barcelonie lub Madrycie, choć kto wie, czy nie poniesie nas do Edynburga lub Dublina. zeszłoroczne plany zrealizowaliśmy w stu procentach, wypada mieć nadzieję, że rok 2008 będzie pod tym względem podobny.
kategoria: zapiski link bezpośredni
Misiek i Ryba się zaobrączkowali..
30.12.2007; 22.01
Misiek się hajtnął z Rybą. poszedł raz Miś na polowanie i wyrwał Rybę -- było to 7 i pół roku temu na ognichu u Olki w Łabędach. i ja tam byłem. po latach bawiliśmy się z blondynką na imprezie w Rudnie, a ja testowałem mój nowy obiektyw Nikona 50mm f/1.8. zdjęcia wyszły świetnie, zewnętrzna galeria dostępna tutaj:
http://picasaweb.google.com/tomxxcik/WeseleRybaMis.
jutro imprezka u Łukiego i Hani, a pojutrze już lot na Zachód. padaka..
http://picasaweb.google.com/tomxxcik/WeseleRybaMis.
jutro imprezka u Łukiego i Hani, a pojutrze już lot na Zachód. padaka..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Portugalia cz. 8 (ostatnia) -- śladami morskich podróżników..
20.12.2007; 15.10
dojeżdżamy do Lagos -- miasta znanego z bogatych tradycji morskich i burzliwej historii. zostało założone przez Kartagińczyków w V w. pne., później zajęte przez Rzymian, a w XV w. trafiło pod panowanie portugalskie. to tutaj, na Praca da Republica znajdował się pierwszy portugalski targ niewolników. stoi tu również pomnik Henryka Żeglarza, który z tego miejsca wysyłał statki na średniowieczne wyprawy w nieznane. krążąc po mieście w poszukiwaniu wietrznego internetu docieramy na Praia Dona Ana -- jednej z bardziej znanych plaż zachodniej części regionu Algarve. Lagos ma kilka ślicznych zatoczek i plaż: szczególnie tutaj na Praia Don Ana oraz dalej na zachód, w kierunku Ponta da Piedade, dokąd lokalni rybacy zabierają na wyprawy
łódką (10 E od osoby, żadnych zniżek nawet dla kobiet w ciąży). łagodne do tej pory wybrzeże zaczyna się podnosić, a niekończąca się walka morza z wapiennymi skałami wykształciła klify -- swoistą wizytówkę tego miejsca. szybko znajdujemy pensjonat i uderzamy na plażę.. po godzinie mam dość i zaczynam kombinować. ze skał po prawej stronie wystaje kawałek sznura, oczywistą oczywistością wskazując, że .. coś tam jeszcze jest. wspinam się, przechodzę, skaczę, schylam pod ogromnym masywem, czołgam prawie po piasku i .. oto jestem. sam, na plaży odgrodzonej od świata ze wszystkich stron. po chwili odkrywam
jeszcze kilka osób, ale zawsze to kilka a nie kilka tysięcy leniwych Europejczyków. po chwili po linie wspina się Agata i rozkładamy się w ciszy i spokoju. jedyny minus takiej lokalizacji to .. brak słońca. plaża przypomina komin z otworem u góry, a że było już mocno po południu i słońce daleko na zachodzie, to nie wpadało na naszą zamkniętą plażę. robię kilka ujęć skalistego wybrzeża, wdając się w pewnym momencie w krótką, acz zażarta dyskusję z krabem, po której ten ostatni obrażając się poszedł poszukać
sobie innego wilgotnego miejsca.. wieczorem spacerujemy po okolicy delektując się niesamowitą różnorodnością klifowego wybrzeża. wspinamy się tam gdzie nie wolno, wchodzimy tam gdzie zamknięte. urwiska skalne rzeczywiście robią wrażenie, a potęguje je jeszcze żółtawa poświata pomarańczowo zachodzącego słońca. po chwili docieramy do latarni morskiej, gdzie zakręcająca ścieżka nakazuje powrót do hotelu..
następnego dnia czeka nas ostatni odcinek naszej portugalskiej przygody -- na zachód, do samego końca. jedziemy w stronę Sagres -- miasteczka rybackiego z portem w zatoce Baleeira, a następnie w kierunku Cabo de Sao Vincente (półwysep Św. Vincenta), który niegdyś przez Rzymian i innych starożytnych żeglarzy uważany był za kraniec świata (O Fim do Mundo), a obecnie jest tylko południowo-zachodnim krańcem Europy.
tutaj pogoda już nikogo nie rozpieszcza -- wieje bez przerwy, jest zimno i pochmurno. dość długo jedziemy monotonną drogą wzdłuż wybrzeża: dookoła wyłącznie kamienie, brak osad ludzkich, zupełny brak roślinności -- to wszystko wzmaga poczucie zupełnej pustki. mijamy historyczną warownię z XV wieku zwaną Fortaleza de Sagres, gdzie Henryk Żeglarz urządził
pierwszą na świecie Akademię Morską zapraszając tu najwspanialszych żeglarzy, kartografów, astronomów tamtych lat. znajduje się tu 43-metrowa róża wiatrów, która była pomocna w kształceniu portugalskich oficerów przygotowując ich do zamorskich wypraw.. jadąc dalej mijamy smaganą wiatrem Fortaleza de Beliche, a po kilku kilometrach naszym oczom ukazuje się ostatnia na tym kontynencie latarnia morska. poubierani w kurtki i swetry ludzie tłoczą się wokół przydrożnego targu, na którym kupujemy Agacie bransoletkę, a mi portugalskiego Marynarza. z każdej wyprawy przywożę jakąś pamiątkę, o Portugalii będzie mi przypominał marynarz prężąc się dumnie na domowej lodówce.. na jednym z urwisk tego niegościnnego wybrzeża odnajdujemy tabliczkę wmurowaną przez rodziców 28-letniego Niemca, który spadając ze skarpy,
tutaj zakończył swój żywot. na tabliczce w dwóch językach (po portugalsku i angielsku) rodzice przestrzegają przed niebezpieczeństwem i upamiętniają swojego syna.. zawsze chciałem dojeżdżać w takie miejsca. mimo że nie ma tu niczego godnego uwagi, to człowiek czuje się inaczej, czuje, że dotarł w miejsce magiczne.. jesteśmy na południowo-zachodnim krańcu Europy..zawracamy, jako że dalej już nie można. kierujemy się w stronę Faro, skąd za 2 dni mamy wyloty, odpowiednio do Polski i do UK. ostatnie godziny portugalskiej wycieczki spędzamy na plażach i opalamy się, bo za kilkanaście dni bawimy się na weselu u kuzynki Magdy w Zabrzu. warto tutaj wspomnieć o piaskach Quarteiry, gdyż średnio co 2 minuty nad naszymi głowami przelatywał samolot z pobliskiego lotniska. pas startowy w Faro kończy się kilkaset metrów od oceanu, a samoloty po osiągnięciu pewnego pułapu zakręcają na północ przelatując nad głowami opalających się turystów. niektórzy narzekali, że zasłaniają słońce, zapominając jakby o powtarzającym się huku silników odrzutowych..
kolejny kraj zaliczony. tym razem nawet znaczna jego część. co wyniesiemy z Portugalii? na pewno mnóstwo wrażeń i różnorodność krajobrazów. na pewno wspomnienia słońca, przyjaznych ludzi i dobrych dróg. smak owoców morza, wina Porto i niekończącej się drogi.. po drugiej stronie, dla przeciwwagi znajduje się zaniedbanie.. nie można o nich zapominać udając się do Portugalii..
kategoria: podróże link bezpośredni
podróż na Stamford Bridge, czyli Żabole na Lidze Mistrzów..
13.12.2007; 12.41
zewnętrzna galeria z meczu dostępna jest TUTAJ.
dyrektor generalny, czy jak kto woli CEO, mojej firmy to wierny fan londyńskiej Chelsea. a że kibic z kibicem zawsze się dogada, to od pewnego czasu miałem obiecane bilety na mecz the Blues. wypadło na ostatni grupowy mecz w Lidze Mistrzów edycji 2007/2008 w którym Londyńczycy podejmowali hiszpańską Valencię. Chelsea to, dzięki Rosjaninowi Abramowiczowi, jeden z najbogatszych klubów świata. w jej składzie próżno szukać kogoś nieznanego w piłkarskim świecie -- właściwie każdy jest tu reprezentantem swojego kraju, a takie nazwiska jak Petr Čech, Ashley Cole, Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, John Terry, Claude Makélélé, Michael Essien, Frank Lampard, Michael Ballack, Andrij Szewczenko czy Didier Drogba zna każdy kibic, nawet ten z gliwickiego Piasta. nie inaczej jest w przypadku Valencii -- fantastyczna drużyna w której grają m.in. Santiago Ca?izares, Iván Helguera, Edu, David Albelda, Rubén Baraja,
David Villa, Fernando Morientes, Miguel Angel Angulo czy Nikola Žigić od kilku lat jest postrachem całej Europy. co prawda mecz o pietruszkę, bo Chelsea wywalczyła już awans, a Valencia od początku sezonu jest kompletnie bez formy, ale to jednak Champions League z całą swoją medialną otoczką i transmisjami telewizyjnymi na cały świat. taaak, 11 grudnia 2007 w tych elitarnych rozgrywkach zadebiutowałem także i ja. reprezentując oczywiście silną ekipę zabrzańskiego Górnika :)
z Maćkiem, drugim Żabolem z Gliwic, opuściliśmy Brighton pociągiem o 17.19 w kierunku Clapham Junction. tu, w obecności tysięcy korporacyjnych ważniaków przesiadamy się na pociąg którym dojeżdżamy do West Brompton, stacji w okolicy stadionu. stadion Chelsea położony jest w dzielnicy Fulham, w zachodniej części Londynu. jest zimny wieczór, liczni sklepikarze sprzątają po całym dniu, a ulica przypomina wysypisko zgniłych owoców. dookoła budynki z ponurej brytyjskiej cegły, a ciapackie fast-foody straszą obskurnymi wnętrzami. wbijamy się na stadion dokładnie godzinę przed meczem -- jest jeszcze pusto, a pierwsi kibice skupiają się wokół restauracji rozmieszczonych przy każdym sektorze. na dzień dobry dostaję bana na używanie aparatu, bo .. 'masz za duży obiektyw i jest to niezgodne z wymogami prawnymi Ligi Mistrzów'. masakra jednym słowem. robię ok 100 ujęć, wszystkie z mniejszego lub większego ukrycia. zaczyna się rozgrzewka -- piłkarze wybiegają na murawę, a na tablicach pojawiają się dzisiejsze składy.
rzeczywiście mecz to ulgowy i kilku znanych, np Drogba, dzisiaj nie wystąpią. wybiega także sędzia Gilewski -- Polak, który pogwizda dzisiaj na murawie. w końcu zbliża się 19.45 czasu brytyjskiego, drużyny wychodzą na murawę.. na środku murawy chłopaki falują ogromną piłką -- emblematem LM, a z głośników leci piękny utwór tych rozgrywek:
w końcu zaczyna się mecz. tempo szybkie, techniczne mistrzostwo świata. żartujemy z Maćkiem, że liga polska jest przy tym za wolna nawet na rozgrzewkę. Maciek macha flagą Chelsea, które rozłożono na pustym stadionie przed meczem. widoczność mamy idealną, choć sam mecz nie jest porywającym widowiskiem. na trybunach ok 40 tys fanów, jest trochę wolnych miejsc, ale można powiedzieć, że stadion jest zapełniony. miejscowi fani, szczególnie na naszej głównej trybunie, to w większości garniturowcy, ułożeni i dystyngowani, nie plamiący się kibicowskimi pieśniami. siedzą cicho, zajadają się hot-dogami, czasem sobie głośno westchną -- dla efektu przy niewykorzystanych sytuacjach. gdzie się podział ten fantastyczny angielski duch kibicowania? nie ma, zero. kibice dowolnego polskiego klubu biją tych z Chelsea na głowę. śmialiśmy się ze specyficznego hasła miejscowych: come on Chelsea, powtarzanego przy efektownej modulacji głosu.
niestety widowisko na trybunach bardziej przypominało atmosferę teatru, niż święta piłkarskiego. Maciek mówi, że na Liverpoolu jest inaczej, choć nie był, więc nie może tego udowodnić.. z Hiszpanii przybywa ok 300 fanów zajmujących dolną na rożną trybunę. mecz kończy się bezbramkowym wynikiem, choć w drugiej połowie się chłopaki trochę rozkręcili. były dwa słupki, jedna nieuznana bramka, a nawet strzał w poprzeczkę z .. 4 metrów po ładnym dośrodkowaniu z prawej strony boiska. Chelsea jest zdecydowanie lepszejsza, ale, ku naszemu rozczarowaniu, do samego końca spotkania bramki nie padają. Gilewski dość
dobrze prowadzi zawody, choć trzeba przyznać, że nie miał za dużo roboty. podsumowując: piłkarsko fajnie, a kibicowsko do bani. wystarczy spojrzeć na doping kibiców Celticu Glasgow i ich Never walk alone, albo na fanów PAOKu Saloniki i ich Paokarę, aby określić w którym miejscu znajdują się fani Chelsea. Stamford Bridge z pewnością potrafi się lepiej zaprezentować, choć trzeba przyznać, że ilość kobiet na meczu robi wrażenie.. do Brighton dojeżdżamy po 23 czasu lokalnego..
skrót spotkania:
dyrektor generalny, czy jak kto woli CEO, mojej firmy to wierny fan londyńskiej Chelsea. a że kibic z kibicem zawsze się dogada, to od pewnego czasu miałem obiecane bilety na mecz the Blues. wypadło na ostatni grupowy mecz w Lidze Mistrzów edycji 2007/2008 w którym Londyńczycy podejmowali hiszpańską Valencię. Chelsea to, dzięki Rosjaninowi Abramowiczowi, jeden z najbogatszych klubów świata. w jej składzie próżno szukać kogoś nieznanego w piłkarskim świecie -- właściwie każdy jest tu reprezentantem swojego kraju, a takie nazwiska jak Petr Čech, Ashley Cole, Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, John Terry, Claude Makélélé, Michael Essien, Frank Lampard, Michael Ballack, Andrij Szewczenko czy Didier Drogba zna każdy kibic, nawet ten z gliwickiego Piasta. nie inaczej jest w przypadku Valencii -- fantastyczna drużyna w której grają m.in. Santiago Ca?izares, Iván Helguera, Edu, David Albelda, Rubén Baraja,
David Villa, Fernando Morientes, Miguel Angel Angulo czy Nikola Žigić od kilku lat jest postrachem całej Europy. co prawda mecz o pietruszkę, bo Chelsea wywalczyła już awans, a Valencia od początku sezonu jest kompletnie bez formy, ale to jednak Champions League z całą swoją medialną otoczką i transmisjami telewizyjnymi na cały świat. taaak, 11 grudnia 2007 w tych elitarnych rozgrywkach zadebiutowałem także i ja. reprezentując oczywiście silną ekipę zabrzańskiego Górnika :)
z Maćkiem, drugim Żabolem z Gliwic, opuściliśmy Brighton pociągiem o 17.19 w kierunku Clapham Junction. tu, w obecności tysięcy korporacyjnych ważniaków przesiadamy się na pociąg którym dojeżdżamy do West Brompton, stacji w okolicy stadionu. stadion Chelsea położony jest w dzielnicy Fulham, w zachodniej części Londynu. jest zimny wieczór, liczni sklepikarze sprzątają po całym dniu, a ulica przypomina wysypisko zgniłych owoców. dookoła budynki z ponurej brytyjskiej cegły, a ciapackie fast-foody straszą obskurnymi wnętrzami. wbijamy się na stadion dokładnie godzinę przed meczem -- jest jeszcze pusto, a pierwsi kibice skupiają się wokół restauracji rozmieszczonych przy każdym sektorze. na dzień dobry dostaję bana na używanie aparatu, bo .. 'masz za duży obiektyw i jest to niezgodne z wymogami prawnymi Ligi Mistrzów'. masakra jednym słowem. robię ok 100 ujęć, wszystkie z mniejszego lub większego ukrycia. zaczyna się rozgrzewka -- piłkarze wybiegają na murawę, a na tablicach pojawiają się dzisiejsze składy.
rzeczywiście mecz to ulgowy i kilku znanych, np Drogba, dzisiaj nie wystąpią. wybiega także sędzia Gilewski -- Polak, który pogwizda dzisiaj na murawie. w końcu zbliża się 19.45 czasu brytyjskiego, drużyny wychodzą na murawę.. na środku murawy chłopaki falują ogromną piłką -- emblematem LM, a z głośników leci piękny utwór tych rozgrywek:
Ce sont les meilleures equipes
Es sind die allerbesten Mannschaften
The main event
Die Meister
Die Besten
Les grandes equipes
The champions
Es sind die allerbesten Mannschaften
The main event
Die Meister
Die Besten
Les grandes equipes
The champions
w końcu zaczyna się mecz. tempo szybkie, techniczne mistrzostwo świata. żartujemy z Maćkiem, że liga polska jest przy tym za wolna nawet na rozgrzewkę. Maciek macha flagą Chelsea, które rozłożono na pustym stadionie przed meczem. widoczność mamy idealną, choć sam mecz nie jest porywającym widowiskiem. na trybunach ok 40 tys fanów, jest trochę wolnych miejsc, ale można powiedzieć, że stadion jest zapełniony. miejscowi fani, szczególnie na naszej głównej trybunie, to w większości garniturowcy, ułożeni i dystyngowani, nie plamiący się kibicowskimi pieśniami. siedzą cicho, zajadają się hot-dogami, czasem sobie głośno westchną -- dla efektu przy niewykorzystanych sytuacjach. gdzie się podział ten fantastyczny angielski duch kibicowania? nie ma, zero. kibice dowolnego polskiego klubu biją tych z Chelsea na głowę. śmialiśmy się ze specyficznego hasła miejscowych: come on Chelsea, powtarzanego przy efektownej modulacji głosu.
niestety widowisko na trybunach bardziej przypominało atmosferę teatru, niż święta piłkarskiego. Maciek mówi, że na Liverpoolu jest inaczej, choć nie był, więc nie może tego udowodnić.. z Hiszpanii przybywa ok 300 fanów zajmujących dolną na rożną trybunę. mecz kończy się bezbramkowym wynikiem, choć w drugiej połowie się chłopaki trochę rozkręcili. były dwa słupki, jedna nieuznana bramka, a nawet strzał w poprzeczkę z .. 4 metrów po ładnym dośrodkowaniu z prawej strony boiska. Chelsea jest zdecydowanie lepszejsza, ale, ku naszemu rozczarowaniu, do samego końca spotkania bramki nie padają. Gilewski dość
dobrze prowadzi zawody, choć trzeba przyznać, że nie miał za dużo roboty. podsumowując: piłkarsko fajnie, a kibicowsko do bani. wystarczy spojrzeć na doping kibiców Celticu Glasgow i ich Never walk alone, albo na fanów PAOKu Saloniki i ich Paokarę, aby określić w którym miejscu znajdują się fani Chelsea. Stamford Bridge z pewnością potrafi się lepiej zaprezentować, choć trzeba przyznać, że ilość kobiet na meczu robi wrażenie.. do Brighton dojeżdżamy po 23 czasu lokalnego..skrót spotkania:
kategoria: pasje link bezpośredni
zimno, mokro i wichurowo..
07.12.2007; 14.09
mija dziesiąty dzień od kiedy po raz ostatni widziałem błękit nieba. angielska pogoda daje mi się we znaki -- jest identycznie jak w zeszłym roku: wieje i ciągle pada, wręcz leje. Anna -- Niemka, koleżanka z firmy, z którą współpracujemy przy projekcie wróciła do biura, przemoczona od stóp do blond głowy. morduje się z mokrym płaszczem i przemoczonym swetrem, a że miałem do niej pilną sprawę to rzucam: Ann, take everything off and please come to my desk ASAP!. a ona mi na to: everything?! no Tom, it doesn't work like that.. to se pogadaliśmy..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Portugalia cz. 7 -- spaleni słońcem we wschodnim Algarve..
03.12.2007; 15.16
jedziemy na południe -- drogą ekspresową nr IC27 wzdłuż granicy z Hiszpanią. droga jest prawie pusta, żar leje się z nieba, piękne krajobrazy przesuwają się leniwie. południe przywitało nas w jedyny możliwy do zaakceptowania sposób -- błękitem nieba i prawie 30-stopniowym słońcem. Algarve -- here we come!szybka droga kończy się w Castro Marim, gdzie odbijamy na zachód i mniejszą, zdecydowanie
bardziej tłoczną drogą nr N125 mkniemy w kierunku Taviry. nie jesteśmy jeszcze w sercu regionu, ale w oczy już teraz rzucają się szeregi hoteli i wille ludzi, którzy mają więcej. w ostrym słońcu bielone domy prezentuję się bardzo okazale, dookoła stragany i cwaniacy próbujący opchnąć lokalne dobra, w tym nietypowe, zdobione kominy .. domów mieszkalnych, w barwach niebieskich i żółtych. naszym marzeniem było rozłożenie się na plaży, więc przejeżdżamy Tavirę i pakujemy się na piasek za wioską Santa Luzia. miasteczka na wschodzie Algarve nie
mają bezpośredniego kontaktu z oceanem -- stały ląd od plaży oddziela szeroki podmokły pas ziemi niczyjej, który w tym miejscu jest parkiem krajobrazowym obfitującym w różne skrzydlate stworzenia latające -- Parque Natural da Ria Formoza. oceanu należy szukać na wyspie Ilha de Tavira albo na pobliskim półwyspie. my przekraczamy park niewielką, szybką jak światło, wąskotorową kolejką i dokładnie w południe, gdy słońce morderczo tkwi w swoim zenicie, meldujemy się na plaży Praia do Barril. dookoła pełno Niemców, czasem trafi się także jakiś Angol czy Francuz. woda ciepła i bardzo słona, a piasek wręcz biały. w pobliżu natrafiamy przypadkiem na cmentarz
kotwic -- Cemitério das Âncoras, miejsce tyleż wspaniałe, co nieprawdopodobne. jadąc do Portugalii wypisałem sobie to miejsce, jako warte odwiedzenia, ale w natłoku spraw codziennych, o kotwicach zapomniałem. przypadkiem znaleźliśmy się między dziesiątkami idealnie ułożonych kotwic, które, jak mi się później udało dowiedzieć, pochodzą ze statków zajmujących się połowem tuńczyków. niepowtarzalny klimat udaje się uwiecznić na kilku fajnych fotkach. w pobliżu trafiamy jeszcze na fajną oazę palmową oraz porzuconą i zarośniętą roślinnością łódź, która już raczej nigdzie nie popłynie.. wieczorem uderzamy do miasta. urocza Tavira położona jest po obu stronach rzeki -- niesamowity zachód słońca zalewa miasteczko cudownym żółtawym światłem, w którym pięknie
wyglądają budynki, mosty i kolorowe łódki. na głównym placu miasteczka spotykamy dwójkę Polaków z Wawy, z którymi wypijamy kawę i piwo rozmawiając o Portugalii. oni jadą z drugiej strony wybrzeża (od Lizbony), więc dają nam trochę wskazówek, co do dalszej podróży..
późnym wieczorem jedziemy do pobliskiego Olhao, gdzie jemy kolację i oglądamy mecz Milanu z Benfiką w LM. od pana zero-mówię-po-angielsku dowiadujemy się na migi (po 10 minutach migania) o miejscu, gdzie co rano odbywa się targ rybny. śpimy na parkingu przy nadbrzeżu, gdzie udaje mi się złapać darmowy internet. rano budzę się o 8.40 i uderzam na owy targ w centrum miasteczka. w przestronnej hali prężą się dziesiątki gatunków ryb, krabów, ośmiornic i innych podwodnych cudów. wieśniacy krzyczą, gestykulują, ekspresyjnie się targują. dookoła śmierdzi rybim szlamem. ja niestrudzenie pcham się z moim aparatem, ale o dziwo, nikt nie zwraca na mnie uwagi, jakby w ogóle mnie nie zauważali. jedna głowa ryby jest
tak duża jak ludzka. na zewnątrz, za stolikiem siedzą miejscowi i dyskutują nad porannym wydaniem gazety. ponownie można zauważyć tą małą, zamkniętą społeczność: wszyscy tutaj się znają, wszyscy żyją z rybołówstwa, wszyscy wstają wcześnie rano, jeszcze w nocy, wszyscy nawet wyglądają podobnie. wieczorem w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach -- Agata twierdzi, że to zapach palonych łusek..
Jedziemy do Albufeiry, gdzie udaje nam się znaleźć małą plażę zlokalizowaną pomiędzy dwoma pięknymi klifami. To pierwszy nasz kontakt z klifowym wybrzeżem -- trochę leżymy, a później pstrykamy fotki poszarpanych odwieczną walką wody z lądem klifów. jest pięknie -- wyszukuję łuki, które pozwalają przejść kilkumetrowymi mini-jaskiniami pod skałą. Albufeira jest już dużym komercyjnym centrum, a nasza malutka plaża znajdowała się pomiędzy dwiema innymi, z tysiącami wszędobylskich turystów. Marek z Kropą wynajmują tu hotel, my jedziemy dalej na zachód..
rybackiej przygody ciąg dalszy: w miejscowości Armacao de Pena natrafiamy a nieskomercjalizowaną plażę, na której właśnie trwa opróżnianie sieci z połowów. właśnie o takie coś mi chodziło -- zwykli ludzie przy pracy: pstrykam zdjęcia, a oni rozmawiają ze sobą ignorując istnienie aparatu. na kolację
trafiamy do lokalnej perełki -- knajpo-restauracji PIPA (sic!), która w tym roku obchodzi swoje 33 urodziny. świetna obsługa samego właściciela oraz super jedzenie (łosoś) współgra z oryginalnym wystrojem lokalu -- beczki, stare wina, kolorowe szyby, azulejos w kiblach. świetny pomysł, niesamowita atmosfera i pasja człowieka, który tego dokonał. facet mówi w kilku językach, ale to raczej dla wygody -- ma tu gości z całej Europy..wieczorem jedziemy do Silves, gdzie w lokalnym pubie oglądamy mecz LM Sportingu Lizbona z Man Utd. kolejna ciekawa obserwacja miejscowych -- siedzą przed dwoma telewizorami (a pub jest jednocześnie siedzibą klubu piłkarskiego Silves FC) i głośno komentują mecz. ja w koszulce Polski zostaję przywitany uśmiechem barmana, który zapewne
pamiętał naszą dobrą grę w Lizbonie. później przechadzamy się po zamku i okolicach, aż natrafiamy na zatłoczony skwer (jest późno, ok 23.00): dzieciaki biegają, młodzież siedzi na murkach, a starsi grają w karty. jest w tym coś niesamowitego -- niczym nieskrępowane życie towarzyskie, na wszystkich poziomach wiekowych. rozmawiamy z nimi przez chwilę, a graczami okazują się .. Bułgarzy, którzy przyjechali tutaj do pracy. świetna sprawa i miły nocny klimacik.. dziś pierwszy od pewnego czasu nocleg z dala od oceanu, jutro uderzamy do Lagos -- miejsca wręcz magicznego..kategoria: podróże link bezpośredni
EURO2008 wylosowane
02.12.2007; 12.08
EURO wylosowane! na dzień dobry, w niedzielę, 8 czerwca, jedziemy z Niemcami w Klagenfurcie. jeszcze nigdy z nimi nie wygraliśmy, ale ZAWSZE musi przyjść ten pierwszy raz. później gramy z gospodarzami (pół Polski marzyło trafić do grupy z najsłabszą w tym turnieju Austrią), a mecz zostanie rozegrany we Wiedniu, w czwartek 12 czerwca o godz. 2045. biedni Austriacy, tylu Polaków ilu się tam wybierze nie widzieli jeszcze od inwazji tureckiej.. w ostatnim meczu grupowym, znowu w Klagenfurcie, gramy z Chorwacją. co jak co, ale awans z grupy być musi!!! ubieramy koszulki, bierzemy flagi i jedziemy z wszystkimi :) z biletami czy bez nich..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Portugalia cz. 6 -- na południe: przez gaje oliwne i dęby korkowe..
24.11.2007; 20.14
górskie wycieczki zamkowe wydawały nam się tyleż piękne, co monotonne. monotonia miała się jednak objawić dopiero
teraz. i to ze zdwojoną mocą. region Alentejo ciągnący się aż do granic Algarve jest najgorętszym obszarem
Portugalii. przewijające się kilometrami krajobrazy wyglądają wręcz identycznie: przeogromne plantacje dębów
korkowych (największy w świecie eksport korka) i niezliczone winnice gajów oliwnych. spalone słońcem ziemie nie
grzeszą płodnością -- na pożółkłych pastwiskach opalają się stada krów i owiec, a ziemia ma wszędzie tą samą żółtą
barwę. to Alentejo. region, który mi osobiście bardzo się spodobał..
zanim dane nam było dostać się na autostradę w kierunku Evory musieliśmy przejechać przez końcówkę pasma górskiego
Serra de Estrela. ten pagórkowaty teren urzekł nas niesamowitym zestawem kolorów -- pożółkłe od słońca trawy
mieszały się z szarym granitem skał, a występująca gdzieniegdzie zieleń urozmaicała pustynny krajobraz. robimy sobie
kilka przerw, wyciągam statyw, a zdjęcia pstrykamy wprost z mało uczęszczanej drogi. tego właśnie ranka dociera do
nas, że znowu jesteśmy w trasie.
droga, bezustannie ciągnąca się droga -- symbol podróży, wolności i nowych lądów..
warto również wspomnieć o stosunkowo licznych gospodarstwach, które .. gospodarstwami były przed laty. porzucone i
zarośnięte trawą straszą zawalonymi dachami czekając na ratunek, który jednak nigdy nie nadejdzie..
w końcu wbijamy się na szybszą drogę i poprzez Estremoz dojeżdżamy do stolicy regionu Alentejo, Evory. całkiem
spore, otoczone średniowiecznymi murami miasto, jest siedzibą uniwersytetu z 1559 roku. chyba mamy szczęście, gdyż
po starówce ugania się spora grupa studentów w specyficznych odzieniach. są ubrani w czarne płaszcze, co Kropa
wdzięcznie określił mianem 'stroju batmana'. warto zobaczyć ruiny rzymskiej świątyni z I w., po której zostały tylko
korynckie kolumny i trwałe fundamenty. tak, tak, Evora, podobnie jak inne portugalskie miasta ma już ponad 2000 lat,
co w porównaniu do Polski jest bajecznym wynikiem, nie wspominając o Stanach Zjednoczonych. z uwagi na miejskie mury
i liczne historyczne zabytki, starówka Evory wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. jadąc
dalej na południe drogą IP2, a następnie 34 km mniejszą N258 (widoki jak na preriowych drogach rodem z Dzikiego
Zachodu), docieramy do pięknego miasteczka Moura.
sama nazwa dużo mówi o pochodzeniu mieściny i rzeczywiście -- nie zawodzimy się. dominują śnieżnobiałe zabudowania,
czerwono dachówkowe dachy oraz dwa nieśmiertelne portugalskie kolory: żółty oraz niebieski. piękno pięknem, jednak
największą zaletą tego regionu jest niewielka liczba turystów -- większość wybiera pobyt na plażach lub w Lizbonie.
jest to pierwsze miejsce, w którym widzimy tak wielu Portugalczyków spędzających wspólne wieczory pod gołym niebem.
ławki głównych skwerów są pełne, wszyscy wyglądają, jakby znali się od lat (bo tak pewnie jest w rzeczywistości),
istnieje TEN spokój, którego na próżno szukać w miejscowościach turystycznych. tu każdy żyje swoim i cudzym życiem;
dominuje klasyczny portugalski ubiór: wszyscy bez wyjątku faceci ubrani są w kraciastą koszulę i bawełniane spodnie.
wszyscy ogorzali od słońca, spokojni i uśmiechnięci. to właśnie z Moury pochodzi to sympatyczne ujęcie dwójki
przyjaciół zamieszczone na październikowym fotoblogu. w Alentejo mało kto mówi po angielsku i czasem rzeczywiście
ciężko jest się dogadać. Portugale są jednak z natury przyjaźni,
widać to w kontaktach międzyludzkich, więc zawsze
można starać się porozumieć w języku migowym. z lepszym, bądź gorszym skutkiem. wg przewodnika Portugalia ma 10%
analfabetów -- podejrzewamy, że znaczna ich część zamieszkuje właśnie ten region. białe zabudowania Moury wywarły na
nas potężne wrażenie, ale czas gonił -- mieliśmy już zapewniony nocleg w oddalonej o 50 km na południe Beji.Beja to miasteczko położone na wzgórzu, przez co przez lata pełniło strategiczną rolę militarną. europejska historia zapamiętała tę osadę z czasów Juliusza Cezara, który w roku 48 pne zawarł tu rozejm z Luzytanami -- przez co miejscowość nosiła nazwę Pax-Julia. my potraktowaliśmy ją raczej .. wakacyjnie, bo przez cały wieczór nie wychyliliśmy nosa z hotelu :) a residencia owa (której nazwy niestety nie zapamiętałem) była wręcz niesamowita: cudowne miejsce z rodzinnymi fotografiami na ścianach. żółto-niebieskie wystroje pokojów z motywami mauretańskimi -- wszystko zatopione w śnieżnej bieli. fajne zapachy, śródziemnomorskie śniadanie, słońce dookoła. jeśli przyjdzie kiedyś taki dzień, że założę własny pensjonat, to będę się wzorował właśnie na tym miejscu. skąd Maurowie we wschodniej Europie? hmm, wzięli się skądś. tak jak Polacy w południowej Portugalii..
a potem było już wybrzeże. cudowne Algarve ze swoimi pięknymi plażami..
kategoria: podróże link bezpośredni
Portugalia cz. 5. -- od zamku do zamku..
21.11.2007; 23.21
9 dzień naszego podróżowania. jesteśmy kilkanaście kilometrów od granicy z Hiszpanią w regionie Beira Alta.
wkraczamy w górzysty krajobraz, który od setek lat stanowi granicę państwa portugalskiego. jak na granicę przystało
teren obfituje w budowle obronne: umocnienia, zamki, fortece. właściwie to większość osad ludzkich w tej okolicy
wygląda podobnie: mury obronne otaczają starą część miasteczka, w której czas jakby się zatrzymał. powiewają flagi,
na górze dumnie pręży się zamek, z którego rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okoliczne niziny.
budowle te to pozostałości inwazji mauretańskiej, co widać nie tylko w architekturze obronnej. ruszamy więc na
podbój średniowiecznych wioch i zamków, które stawiane albo przez Maurów, albo w obronie przed nimi..
na pierwszy rzut poleciało Belmonte. oglądamy zamek, ale nasz podziw wzbudza bar żywcem wyciągnięty z polskich
realiów lat 70-tych. barmanka nie wykazuje żadnego zainteresowania klientem, jest tak szaro i brzydko, ściany są
takie puste, a miejscowi tak zwieśniaczali,
że aż się chce tam siedzieć, bo poranna kawa w tak zapomnianym przez
świat miejscu smakuje fantastycznie.. kolejnym miejscem była Sortelha. to już jednak ósmy cud świata: całe
miasteczko zbudowane jest z jednolitego kamienia. wydaje się, że niewielkie domki wręcz wyrastają ze skały, są jej
częścią, tak jak cała wioska jest częścią masywu górskiego. nasuwa się porównanie tego miejsca do wioski bajkowych
hobbitów, choć tamci z tego co pamiętam budowali w ziemi. kluczenie kamiennymi uliczkami pozwala na chwilowe
zagubienie się w plątaninie kierunków, choć miasteczko nie jest duże -- zamieszkuje je dzisiaj tylko ok 600
mieszkańców.
czuć średniowieczną atmosferę, tak jakby współczesność nigdy tu nie dotarła, a elektryczność stanowi
jedyny dowód
XXi wieku. przed domostwami mają oni niewielkie, bo ok 3 metrowe ogródeczki, a w każdym możliwym
miejscu wyrastają drzewa figowe. gdzieniegdzie można spotkać miejscowe babcie sprzedające własnoręcznie wykonane
lalki czy koszyki wiklinowe.. dla starszych ludzi jesteśmy jakby atrakcją -- mężczyźni siedzą na przydomowych
ławkach, w ciszy przyglądają się zafascynowanym turystom kontemplując niezmienność znanego im świata. Sortelha jest
spokojna i jakby bajkowo nostalgiczna -- w takich miejscach odkrywa się prawdziwą duszę danego kraju..
powoli wkraczamy do Beira Baixa, którego stolicą jest Castelo Branco. następnym miejscem naszej górskiej wędrówki
jest Monsanto. po drodze spotykamy wypasającego owce wieśniaka, który bardzo chętnie mi pozuje (choć trwało to
wieki, bo musiałem zatrzymać samochód, otworzyć okno, wyciągnąć aparat i ustawić ekspozycję).. Monsanto również
zachwyca -- miasteczko jest bardzo ładne, jednak tutaj już wyraźnie widać wpływy komercyjne. zresztą prawie wszędzie
można łatwo znaleźć niezwykle popularne pousadas, które są połączeniem wytwornego hotelu ze średniowiecznymi
budowlami (ceny jednak wysokie, dochodzące do 200E
za noc za pokój dwuosobowy). westchnieniem skwitowaliśmy pierwszy
widok megalitycznych okrągłych głazów spoczywających pod domkami, między nimi, a nawet wbrew fizyce, ponad
zabudowaniami. wszystko trwa tak przez tysiąclecia, gdyż pierwsze osady ludzkie istniały tu już przed naszą erą. po
dość długiej wędrówce na szczyt dochodzimy do zamku -- mieliśmy szczęście bo wyszło słońce, a widoki okolicznych
równin są wręcz nie do opisania: nagie równiny i płaskowyże tworzą jedne z najpiękniejszych portugalskich
krajobrazów.. siedzimy sobie więc na basztach zamkowych (każdy na innej), przyjemny wiatr smaga po rozgrzanych
twarzach. w takim miejscu nasuwa mi się tylko jedno: kurwa! jak ja mogłem stracić mój filtr polaryzacyjny??
krajobrazy są piękne, choć jednolite: na wypalonej ziemi ciągną się długie rzędy gajów oliwnych oraz eukaliptusy,
które przystosowały się do codziennej temperatury przekraczającej 35 stopni. po długim wyciszeniu postanawiamy
wykąpać się w pobliskim jeziorku -- cóż, z zamku wydawało się to niedaleko, ale widoczność była tak fantastyczna, że
musieliśmy do niego jechać kilkanaście kilometrów. w każdym razie fajnie się pływało, tylko dno trochę kamieniste --
jak wszystko w tym regionie..
wjeżdżamy do Alentejo! pełen wrażeń dzień kończymy w Marvao w dystrykcie Portalegre -- w najbardziej znanym i
wg niektórych najpiękniejszym ze wszystkich grodzie. miasteczko zostało założone przez islamskiego rycerza Ibn
Maruana, od którego imienia przyjęło nazwę. po odejściu stąd Maurów, w miasteczku osiedlili się mnisi i żołnierze
króla Alfonsa III -- za czasów króla Dionizego Marvao stało się jedną z głównych placówek obronnych w szeregu zamków
wzdłuż granicy z Hiszpanią. jest już ciemno, jesteśmy zmęczeni, ale takiej okazji na piękne fotografie przepuścić
nie możemy. wspinamy się dzielnie wąskimi i stromymi uliczkami, a tu niespodziewanie z jednej ze ścian wyrasta ..
bankomat. no tak, teraz wiemy, czemu wiocha jest tak popularna, choć dzisiaj zamieszkuje ją niespełna 1000
mieszkańców. docieramy pod zamknięty zamek i rozgaszczamy się w niewielkim, ale bardzo zadbanym ogrodzie. równo
przystrzyżona trawa i żywopłoty są efektownym elementem nocnej fotografii. słychać brzęczenie owadów, a bajkowe
chwile urozmaica nam butelka Porto. za 4.5E -- pyszna odmiana polskiego jabola.. następnego dnia budzę się wraz ze
słońcem i pstrykam mglisty wschód. Maras uderza na zamek, ale ja zasypiam na siedzeniu naszej Toyoty. jemy śniadanie
w jednej z wcześnie otwieranych knajpek, a mocna portugalska kawa przywraca siły. standardowo zwiedzamy zamek, ale
.. wszystkie te mauretańskie dziwactwa są na jedno kopyto, więc po południu jedziemy dalej. mamy przed końcówkę
pasma górskiego Serra de Estrela i rozległe, ciągnące się przez 300 km niziny Alentejo..kategoria: podróże link bezpośredni
Portugalia cz. 4. -- uniwersytecka Coimbra i pijane winem Porto..
20.11.2007; 21.53
podróżowanie mniejszymi drogami ma zarówno swoje zalety, jak i wady: zaletą jest możliwość zobaczenia prawdziwego oblicza danego kraju, a naturalną wadą
ciągłe światła albo ronda. a najczęściej jedno i drugie, więc tego typu podróżowanie ciągnie się jak dobrej jakości guma, czyli do granic możliwości.. w
każdym razie miło zatrzymać się w przydrożnym motelu, gdzie przed wejściem ze ścian zwisają dojrzałe winogrona, a w środku miejscowy lud pracujący w
tradycyjnych koszulach i kapeluszach delektuje się zimnymi drinkami..
przed samą Coimbrą zjeżdżamy do Conimbrigi -- jednej z największych osad Rzymian poza terenem cesarstwa. w upale wrześniowego słońca przemawia do nas
historia -- zachowane ruiny przedstawiają budynki, ogrody, place i fontanny, a także fragment rzeczywistej drogi, która stanowiła niegdyś jeden ze szlaków
handlowych biegnących z Italii na zachód Europy. niesamowite kamienne rozwiązania (oraz np. łaźnie i kanały) świadczą o szerokiej wiedzy ówczesnych
konstruktorów, a zachowane mozaiki i wzory podkreślają ich dbałość o gusta artystyczne. współcześni archeolodzy podkreślają, że odkryte ruiny to zaledwie ok.
10% całości. reszta zapomniana wciąż leży zasypana ziemią, przykryta wsiami i biegnącymi nieopodal autostradami. czeka na swój czas ujawnienia się
współczesności. wszędzie tam skrywają się szczątki cywilizacji sprzed 2 i więcej tysięcy lat..
dojeżdżamy do Coimbry -- byłej stolicy Portugalii znanej głównie z najstarszego w tej części Europy uniwersytetu założonego w 1290 roku. dzisiejsza Coimbra
niewiele ma nam jednak do zaoferowania: położone nad rzeką Mondego miasto liczy obecnie 150 tys mieszkańców i prawdopodobnie prezentuje się bardziej okazale
podczas pełni roku studenckiego. podczas naszego pobytu problemem było już samo znalezienie knajpy na wieczór, nie mówiąc już o jakiejś lepszejszej
restauracji. po przejściach znajdujemy restaurację 5. klasy, gdzie Agata pokłóciła się z dorszem, a mnie obraziła zupa rybno-ostrygowa, której zresztą nie
zamawiałem. no dobra, zamawiałem, ale zostałem wprowadzony w poważny i niechlubny błąd przez zabieganego kelnera -- po 2 próbach podejścia kelner wymienił mi
ten pływający z oczami na wierzchu wynalazek na świniaka z frytkami.. następnego dnia w upale zwiedzamy zabudowania uniwersyteckie, które, trzeba przyznać,
prezentują się okazale. spacerujemy różnymi podejrzanymi uliczkami starego miasta, jednak nawet w południe trzeba uważać, bo w niektórych jest brudno, a w
innych pachnie zepsutą rybą. ale jest klimat, z tym że dosyć specyficzny.. żegnamy się z miastem i jedziemy dalej, tym razem do Porto.. choć szczerze mówiąc
dość już miałem tych miejskich klimatów..
Porto jednak nas nie zawodzi -- na pierwszy rzut oka widać, że TO miasto przewyższa Lizbonę. nocujemy w hotelu Universal, nieopodal miejskiego ratusza. tam
też parkujemy, co później miało się okazać tragiczne w skutkach. ale to dopiero rano -- wieczór spędzamy jeszcze w fantastycznych humorach. uderzamy do
dzielnicy Ribeira położonej na rzeką Douro. to miejsce wieczornych spotkań mieszkańców miasta, ładnie utrzymane, oświetlone i kolorowe. czyste nadbrzeże
wypełnione statkami i swoistym morskim klimatem. po drugiej stronie rzeki dumnie pręży się Vila Nova de Gaia -- dzielnica, a właściwie osobne miasto, serce
przemysłu winnego i wina Porto. wybraliśmy się tam tego wieczora w 4 osoby, 4 aparaty i 2 statywy: naświetlamy okolicę, a barcos rabelos (wykorzystywane
przez setki lat do rzecznego transportu wina) prezentują się przebajkowo. pod charakterystycznym mostem z 1886 roku, projektu ucznia Gustawa Eiffla pijemy
miejscową kawę, a o północy przybywa Tiago -- przedstawiony na fotoblogu bliski portugalski kumpel z czasów studenckich. spotkanie pozwala na przypomnienie
sobie wszystkich głupich rzeczy, jakie wyprawialiśmy, wśród których fantastyczna gliwicka Krypta była tematem obowiązkowym. dwa lata spędzone prawie każdego
dnia w tej knajpce
usiadło nam na sumieniach i z nostalgią wspominaliśmy studenckie czasy. kończymy ok 4 nad ranem wycieczką po nocnym Porto. Tiago kierowca
obwozi, opowiada i tłumaczy, choć po którymś z kolei kółku i tak było nam wszystko jedno, bo budynki i drogi zlewają się w jedną, nieodgadnioną
całość..
dzień następny zaczyna się od afery -- rekwirują nam źle zaparkowane auto, a jego odbiór z policyjnego parkingu kosztuje nas 120E.. postanawiamy sobie jakoś
zrekompensować emocje i dla odreagowania fundujemy sobie kilkugodzinne wycieczki po mieście: najpierw łódką po rzece Douro, później po winiarniach testując
kilka gatunków wina, a następnie odkrytym autobusem, gdzie cholernie mnie przewiało. ale było warto, bo właśnie tam dostałem sms-a, że Górnik po 30 minutach
gry prowadzi z Polonią Bytom 4-0 :) Vila Nova de Gaia to miejsce, w którym każdy szanujący się producent wina Porto ma swoją winiarnię połączoną z muzeum.
crio -- znawca i wielbiciel win przoduje w wybranych gatunkach, a wszyscy kupujemy kilkunastoletnie wina, jako prezenty dla najbliższych. dopiero później
miało się okazać, że dziadek nie zdążył i wina nie otworzył..
w każdym razie siedziba legendarnego Sandemana robi wrażenie, choć akurat tam byliśmy tylko w
muzeum. zwiedzamy również ekstrawaganckie centrum życia kulturalnego Porto -- gmach 'Casa da Musica' co w tłumaczeniu na język polski znaczy Dom Muzyki..
Agata ma radochę, bo architektonicznie wygląda to na budynek rodem z innej planety. warto również wspomnieć, że od nazwy tego miasta z ok V w. wywodzi się
nazwa całego kraju: po łacinie Portus Cale (czyli "Port Cale"), czyli Portugal..
po niespełna 3 dniach opuszczamy Porto -- do końca wyjazdu mamy dość miast, choć trzeba przyznać, że zrobiło ono na nas duże wrażenie. udajemy się na wschód,
w kierunku Hiszpanii. niestety nie ma czasu na położone na północy góry, więc kolejnym krokiem wycieczki miało być kluczenie dorzeczem rzeki Douro. piękne,
nasłonecznione wzgórza to mekka winiarni. ciągnąca się wzdłuż rzeki niewielka droga jest tyleż malownicza, co skomplikowana. czasem kluczy tak zaciekle, że po
kilku
godzinach kręcenia kierownicą odechciewa mi się całego tego piękna. wijemy się jak dżdżownice po deszczu: raz pod górę, raz stromo w dół, czasem
mostami, czasem trafi się jakiś tunel. po prawdzie, żałowałem, że nie wybrałem prostej jak drut autostrady, jednak z perspektywy czasu, myślę, że warto było
z bliska zobaczyć ten region. mijamy domy farmerów, mijamy również wille milionerów. czasem trafi się jakiś statek, który mozolnie acz wytrwale płynie w górę
rzeki na
kilkudniową wycieczkę turystyczną. zatrzymujemy się w miejscowości, której nazwy nie pamiętam, a popołudniową kawę z lodami uzupełnia widok płynącej
i połyskującej w świetle dnia rzeki oraz rozciągający się nad nią fantastyczny kamienny, stary jak świat most.. po wizycie w miejscowości Lamego (gdzie jemy
pierwszą w Portugalii pizzę, bo rybnych dań mamy chwilowo dość) autostradą kierujemy się już bezpośrednio w stronę granicy. trochę błądzimy, gdyż wszystkie
znaki kierują na ESPANHA, a nie na dane miejscowości. ok 22 po dniu spędzonym w większości w samochodzie, docieramy do Guardy, pierwszego miasteczka na
trasie grodów-zamków po wschodniej stronie kraju. naświetlamy gotycką katedrę i parkujemy do snu -- dzisiaj noc spędzimy na parkingu najwyżej położonego
miasta tego dalekiego kraju..
przed samą Coimbrą zjeżdżamy do Conimbrigi -- jednej z największych osad Rzymian poza terenem cesarstwa. w upale wrześniowego słońca przemawia do nas
historia -- zachowane ruiny przedstawiają budynki, ogrody, place i fontanny, a także fragment rzeczywistej drogi, która stanowiła niegdyś jeden ze szlaków
handlowych biegnących z Italii na zachód Europy. niesamowite kamienne rozwiązania (oraz np. łaźnie i kanały) świadczą o szerokiej wiedzy ówczesnych
konstruktorów, a zachowane mozaiki i wzory podkreślają ich dbałość o gusta artystyczne. współcześni archeolodzy podkreślają, że odkryte ruiny to zaledwie ok.
10% całości. reszta zapomniana wciąż leży zasypana ziemią, przykryta wsiami i biegnącymi nieopodal autostradami. czeka na swój czas ujawnienia się
współczesności. wszędzie tam skrywają się szczątki cywilizacji sprzed 2 i więcej tysięcy lat..
dojeżdżamy do Coimbry -- byłej stolicy Portugalii znanej głównie z najstarszego w tej części Europy uniwersytetu założonego w 1290 roku. dzisiejsza Coimbra
niewiele ma nam jednak do zaoferowania: położone nad rzeką Mondego miasto liczy obecnie 150 tys mieszkańców i prawdopodobnie prezentuje się bardziej okazale
podczas pełni roku studenckiego. podczas naszego pobytu problemem było już samo znalezienie knajpy na wieczór, nie mówiąc już o jakiejś lepszejszej
restauracji. po przejściach znajdujemy restaurację 5. klasy, gdzie Agata pokłóciła się z dorszem, a mnie obraziła zupa rybno-ostrygowa, której zresztą nie
zamawiałem. no dobra, zamawiałem, ale zostałem wprowadzony w poważny i niechlubny błąd przez zabieganego kelnera -- po 2 próbach podejścia kelner wymienił mi
ten pływający z oczami na wierzchu wynalazek na świniaka z frytkami.. następnego dnia w upale zwiedzamy zabudowania uniwersyteckie, które, trzeba przyznać,
prezentują się okazale. spacerujemy różnymi podejrzanymi uliczkami starego miasta, jednak nawet w południe trzeba uważać, bo w niektórych jest brudno, a w
innych pachnie zepsutą rybą. ale jest klimat, z tym że dosyć specyficzny.. żegnamy się z miastem i jedziemy dalej, tym razem do Porto.. choć szczerze mówiąc
dość już miałem tych miejskich klimatów..
Porto jednak nas nie zawodzi -- na pierwszy rzut oka widać, że TO miasto przewyższa Lizbonę. nocujemy w hotelu Universal, nieopodal miejskiego ratusza. tam
też parkujemy, co później miało się okazać tragiczne w skutkach. ale to dopiero rano -- wieczór spędzamy jeszcze w fantastycznych humorach. uderzamy do
dzielnicy Ribeira położonej na rzeką Douro. to miejsce wieczornych spotkań mieszkańców miasta, ładnie utrzymane, oświetlone i kolorowe. czyste nadbrzeże
wypełnione statkami i swoistym morskim klimatem. po drugiej stronie rzeki dumnie pręży się Vila Nova de Gaia -- dzielnica, a właściwie osobne miasto, serce
przemysłu winnego i wina Porto. wybraliśmy się tam tego wieczora w 4 osoby, 4 aparaty i 2 statywy: naświetlamy okolicę, a barcos rabelos (wykorzystywane
przez setki lat do rzecznego transportu wina) prezentują się przebajkowo. pod charakterystycznym mostem z 1886 roku, projektu ucznia Gustawa Eiffla pijemy
miejscową kawę, a o północy przybywa Tiago -- przedstawiony na fotoblogu bliski portugalski kumpel z czasów studenckich. spotkanie pozwala na przypomnienie
sobie wszystkich głupich rzeczy, jakie wyprawialiśmy, wśród których fantastyczna gliwicka Krypta była tematem obowiązkowym. dwa lata spędzone prawie każdego
dnia w tej knajpce
usiadło nam na sumieniach i z nostalgią wspominaliśmy studenckie czasy. kończymy ok 4 nad ranem wycieczką po nocnym Porto. Tiago kierowca
obwozi, opowiada i tłumaczy, choć po którymś z kolei kółku i tak było nam wszystko jedno, bo budynki i drogi zlewają się w jedną, nieodgadnioną
całość..
dzień następny zaczyna się od afery -- rekwirują nam źle zaparkowane auto, a jego odbiór z policyjnego parkingu kosztuje nas 120E.. postanawiamy sobie jakoś
zrekompensować emocje i dla odreagowania fundujemy sobie kilkugodzinne wycieczki po mieście: najpierw łódką po rzece Douro, później po winiarniach testując
kilka gatunków wina, a następnie odkrytym autobusem, gdzie cholernie mnie przewiało. ale było warto, bo właśnie tam dostałem sms-a, że Górnik po 30 minutach
gry prowadzi z Polonią Bytom 4-0 :) Vila Nova de Gaia to miejsce, w którym każdy szanujący się producent wina Porto ma swoją winiarnię połączoną z muzeum.
crio -- znawca i wielbiciel win przoduje w wybranych gatunkach, a wszyscy kupujemy kilkunastoletnie wina, jako prezenty dla najbliższych. dopiero później
miało się okazać, że dziadek nie zdążył i wina nie otworzył..
w każdym razie siedziba legendarnego Sandemana robi wrażenie, choć akurat tam byliśmy tylko w
muzeum. zwiedzamy również ekstrawaganckie centrum życia kulturalnego Porto -- gmach 'Casa da Musica' co w tłumaczeniu na język polski znaczy Dom Muzyki..
Agata ma radochę, bo architektonicznie wygląda to na budynek rodem z innej planety. warto również wspomnieć, że od nazwy tego miasta z ok V w. wywodzi się
nazwa całego kraju: po łacinie Portus Cale (czyli "Port Cale"), czyli Portugal..
po niespełna 3 dniach opuszczamy Porto -- do końca wyjazdu mamy dość miast, choć trzeba przyznać, że zrobiło ono na nas duże wrażenie. udajemy się na wschód,
w kierunku Hiszpanii. niestety nie ma czasu na położone na północy góry, więc kolejnym krokiem wycieczki miało być kluczenie dorzeczem rzeki Douro. piękne,
nasłonecznione wzgórza to mekka winiarni. ciągnąca się wzdłuż rzeki niewielka droga jest tyleż malownicza, co skomplikowana. czasem kluczy tak zaciekle, że po
kilku
godzinach kręcenia kierownicą odechciewa mi się całego tego piękna. wijemy się jak dżdżownice po deszczu: raz pod górę, raz stromo w dół, czasem
mostami, czasem trafi się jakiś tunel. po prawdzie, żałowałem, że nie wybrałem prostej jak drut autostrady, jednak z perspektywy czasu, myślę, że warto było
z bliska zobaczyć ten region. mijamy domy farmerów, mijamy również wille milionerów. czasem trafi się jakiś statek, który mozolnie acz wytrwale płynie w górę
rzeki na
kilkudniową wycieczkę turystyczną. zatrzymujemy się w miejscowości, której nazwy nie pamiętam, a popołudniową kawę z lodami uzupełnia widok płynącej
i połyskującej w świetle dnia rzeki oraz rozciągający się nad nią fantastyczny kamienny, stary jak świat most.. po wizycie w miejscowości Lamego (gdzie jemy
pierwszą w Portugalii pizzę, bo rybnych dań mamy chwilowo dość) autostradą kierujemy się już bezpośrednio w stronę granicy. trochę błądzimy, gdyż wszystkie
znaki kierują na ESPANHA, a nie na dane miejscowości. ok 22 po dniu spędzonym w większości w samochodzie, docieramy do Guardy, pierwszego miasteczka na
trasie grodów-zamków po wschodniej stronie kraju. naświetlamy gotycką katedrę i parkujemy do snu -- dzisiaj noc spędzimy na parkingu najwyżej położonego
miasta tego dalekiego kraju..kategoria: podróże link bezpośredni
można być zadowolonym..
19.11.2007; 16.29
jedziemy na Euro! dzięki Leo, dzięki Ebi. z taką bandą sukces był nieunikniony.. a zaczęło
się fatalnie, od porażki z Finlandią w Bydgoszczy. był wrzesień 2006, przemierzaliśmy wówczas
z Agatą Włochy. tamtą sobotę spędziliśmy na plaży w okolicach Wenecji, a wieczorem, jadąc
samochodem przez jakieś zapyziałe włoskie wiochy, z radia przemówił do nas sam Andrzej Janisz.
było coś wspaniałego w tej transmisji: dookoła ciemno, żadnej cywilizacji, a tu nagle radio
mówi po polskiemu.. porażka 1-3, ale później było już coraz lepiej. były wspaniałe zwycięstwa
nad Portugalią w Chorzowie i z Belgią w Brukseli. a później była Lizbona i nasz pierwszy,
jakże pamiętny, wyjazd na reprezentację. sukces przypieczętowaliśmy w sobotę, a ten mecz z
kolei (po Włoszech, Polsce, Portugalii) oglądałem w Anglii -- przed TV w polskim gronie (z
jednym Belgiem, który jednak swojego pochodzenia nie umiał udowodnić). noc po awansie to ulice Brighton z rozkrzyczonymi na całe gardła polskimi kibicami.. jedziemy na Euro i prawdopodobnie znowu się tam pojawię
(Misiek z Austrii zaprasza), niezależnie od tego, czy bilety dostanę, czy też nie. bo to jest wydarzenie -- warto być w jego centrum. do przodu
Polsko!
PS. a wczoraj we śnie po raz pierwszy odwiedził mnie dziadek! i było to nie mniej fascynujące przeżycie..
PS2. mamy podwójny [dwójkowy] jubileusz: witryna tomxx.net przekroczyła 20 tys odwiedzin, a ilość wpisów: 200 notek. fajnie tak chyba.. i będę to ciągnął -- do upadłego.
PS. a wczoraj we śnie po raz pierwszy odwiedził mnie dziadek! i było to nie mniej fascynujące przeżycie..
PS2. mamy podwójny [dwójkowy] jubileusz: witryna tomxx.net przekroczyła 20 tys odwiedzin, a ilość wpisów: 200 notek. fajnie tak chyba.. i będę to ciągnął -- do upadłego.
kategoria: zapiski link bezpośredni
tekst cudzy: Ernest Hemingway -- 'komu bije dzwon'
12.11.2007; 14.43
jesteśmy istotami połączonymi wspólnym losem. jeśli umiera ktoś, także i ty, jako człowiek, ponosisz stratę. ty też kiedyś musisz umrzeć. dlatego nie pytaj, komu bije dzwon, on bije Tobie..
kategoria: cudze link bezpośredni
..że śmierć początkiem nowego życia..
6.11.2007; 23.18
wczoraj o godz. 14.45 odszedł od nas mój dziadziuś.. dożył cudownego wieku 85 lat. miałem to szczęście być z nim w tych ostatnich dniach jego wędrówki. był wspaniałym człowiekiem i moim przyjacielem. pracowity, oddany i dobry. nasze rozmowy od zawsze były zetknięciem młodzieńczej fantazji i wyrachowanego pragmatyzmu. cierpliwie tłumaczył mi świat, choć w wielu kwestiach nasze poglądy bywały różne..
podczas stanu wojennego wykrzykiwał niecenzuralne wiązanki w kierunku jadących ulicami czołgów. śmiał się z mojej pasji kibicowskiej, a Górnik w ostatnim meczu za jego życia sprawił mu zwycięski prezent. kiedyś powiedział mi, że moja ówczesna dziewczyna nie jest ani ładna, ani mądra. początkowo miałem mu to za złe, ale w końcu przyznałem mu rację, a z dziewczyną się rozstałem..
był silnym człowiekiem, człowiekiem, który przeżył wiele. wczoraj był już w niebie, a dzisiaj rano zapewne spoglądał na nas wszystkich z góry. czułem to lecąc wysoko i patrząc na powoli wschodzące słońce. patrząc na świat -- jego świat. i tylko żal, że tak długo musimy czekać, aby go znowu zobaczyć, wyściskać..
nie zdążył nawet wypić wina, które przywieźliśmy mu z Portugalii. Twoje zdrowie dziadku. bardzo, bardzo będzie mi Cię brakowało.
moja nadzieja, że śmierć początkiem nowego życia..
podczas stanu wojennego wykrzykiwał niecenzuralne wiązanki w kierunku jadących ulicami czołgów. śmiał się z mojej pasji kibicowskiej, a Górnik w ostatnim meczu za jego życia sprawił mu zwycięski prezent. kiedyś powiedział mi, że moja ówczesna dziewczyna nie jest ani ładna, ani mądra. początkowo miałem mu to za złe, ale w końcu przyznałem mu rację, a z dziewczyną się rozstałem..
był silnym człowiekiem, człowiekiem, który przeżył wiele. wczoraj był już w niebie, a dzisiaj rano zapewne spoglądał na nas wszystkich z góry. czułem to lecąc wysoko i patrząc na powoli wschodzące słońce. patrząc na świat -- jego świat. i tylko żal, że tak długo musimy czekać, aby go znowu zobaczyć, wyściskać..
nie zdążył nawet wypić wina, które przywieźliśmy mu z Portugalii. Twoje zdrowie dziadku. bardzo, bardzo będzie mi Cię brakowało.
moja nadzieja, że śmierć początkiem nowego życia..
kategoria: zapiski link bezpośredni
alfabetyczne wrażenia z Portugalii..
26.10.2007; 18.17
a - algarve -- region słońca, plaż, klifów i masakrycznie rozwiniętej turystyki.
mimo tłumów i komercji nie mogło nam się nie podobać -- ciepła woda, ukryte przed światem
zatoczki, ryby z rusztu..
b - bakalhao -- po naszemu dorsz. potrwa, którą miejscowi podobno potrafią przyrządzić na 365 sposobów, czyli każdego dnia w inaczej. Agata wylosowała wielgachnego bakalhaa gotowanego na słono i nie polubiła się z panem dorszem..
c - cabo -- czyli przylądek. mnóstwo ich tutaj, najczęściej w miejscach osobliwie pustynnych, zmaganych wiatrem, nieziemsko pięknych. i mimo że z wyglądu nie mają niczego ciekawego do sprzedania, przyciągają pasjonatów geografii aktywnej..
d - drogi. infrastruktura drogowa jest rzeczywiście wspaniała. kilkanaście płatnych autostrad, drogi ekspresowe, dobre trasy lokalne. wielki plus dla UE za możliwość szybkiego przemieszczania się po tym niewielkim państwie..
e - euro, czyli kasa. wycieczki budżetową nazwać nie można, luźne obliczenia wskazują na łączny koszt w granicach 2300 euro na dwie głowy. dużo to i mało za wyprawę na koniec Europy, jednak ceny można określić jako znośne i zdecydowanie niższe niż w UK czy Francji..
f - futbol -- miejscowa religia. zakochani w Ronaldo, zapatrzeni w Deco -- piłka nożna to dla miejscowych styl życia. no i jakże radosny mecz Polaków na Estadio da Luz..
g - geograficzne odkrycia -- któż nie słyszał o podróżnikach i odkrywcach portugalskich.. Henryk Żeglarz, Vasco da Gama, Bartolomeu Dias, Ferdynand Magellan i wielu innych na trwałe zapisali się w historii i geografii naszej planety..
h - hostel -- stosunkowo tania możliwość noclegu i zmycia się z trudów podróży. średnia cena to 20 euro za osobę, pokoje najczęściej dwuosobowe z łazienką. spotkaliśmy dużą różnorodność: od tych zaniedbanych, po świetnie utrzymane i wypielęgnowane apartamenty -- a wszystko to w podobnej cenie.. bookowanie przez internet..
i - iberyjski półwysep, czyli Península Ibérica. od pozostałej części kontynentu oddzielają go Pireneje, od zachodu i częściowo północy Atlantyk, a od wschodu i południa Morze Śródziemne. Od Afryki oddziela go Cieśnina Gibraltarska..
j - język.. portugalski nalezy do grupy romańskiej języków indoeuropejskich, którym posługuje się ponad 150 mln osób, zamieszkujących Portugalię oraz byłe kolonie portugalskie: Brazylię, Mozambik, Angolę, Gwineę Bissau, Wyspy Świętego Tomasza i Książęcą i Republikę Zielonego Przylądka. dosyć ciekawa wymowa z bardzo charakterystycznymi zgłoskami 'sz', podobno nietrudny do nauki..
k - katolicyzm, dominująca religia Portugalii. o jej wadze świadczy daleko idący konserwatyzm i liczba wybudowanych świątyń. zdarzają się takie perełki jak Fatima, jednak najbardziej dobitnym dowodem jest historia i fakt, że podbite wówczas kraje do dzisiaj modlą się do Jednego Boga..
l - lizbona, czyli stolica. z jednej strony pociągająca i nieodgadniona, z drugiej brudna i zaniedbana. za krótko byłem, abym głosił mocne i daleko idące tezy. w każdym razie, bardziej podobało mi się Porto..
ł - Łucja, jedna z trójki dzieci, którym w 1917 r w Fatimie ukazała się Matka Boska. dwójka dzieciaków zmarła niedługo później, ale Łucja trzymała się dzielnie i dzisiaj jest szansa na jej beatyfikację..
m - maurowie, mieszkańcy Mauretanii, krainy historyczno-geograficznej, obecnie zachodniej części Algierii i północnego Maroka. przez wiele lat najeżdżali Portugalię, a ślady ich bytności widać do dzisiaj, przede wszystkim w codziennej architekturze, ale i w całej gamie zamków obronnych..
n - najstarszy uniwersytet.. a jednocześnie najbardziej znany -- w Coimbrze z roku 1308. cała zabudowa tej mieściny podporządkowana jest uczelni, widać to na każdym kroku. mury uniwersytetów ładnie się prezentują..
o - ocean -- położenie Portugalii było niekorzystne tak długo, jak Ocean Atlantycki uważano za wodną pustynię nie do przebycia, później jej położenie nad Atlantykiem sprzyjało organizowaniu wypraw i szerokiej ekspansji i zapoczątkowało okres wielkich odkryć geograficznych..
p - porto -- nie miasto, a wino.. produkt eksportowy Portugalii, historyczna pasja i duma: białe lub czerwone, raczej półsłodkie, zawsze mocne. specyficzna lokalizacja winorośli sprzyja nad brzegiem rzeki Douro sprzyja produkcji jednego z najbardziej znanych w świecie gatunków win..
r - rodacy -- oprócz meczu i zupełnie biało-czerwonej Lizbony spotkaliśmy wiele innych grup Polaków w Portugalii. państwo to, głównie z uwagi na odległość i drogi transport lotniczy, było dotąd rzadko odwiedzane przez nas. obecnie sprawa się zmieniła i z uwagi na tanie linie lotnicze jest nas tam coraz więcej. spotkaliśmy nawet Polkę, która przyjechała na wakacje kilka lat temu i .. została do dzisiaj..
s - samochód -- bez naszej Toyoty Auris, naszego drugiego domu byłoby ciężko zrobić te 2150 km.. służyła nam jako środek komunikacji, przenośny ochładzacz, miejsce odpoczynku, a czasem za sypialnię.. mimo usterki z zapłonem, dała radę..
t - tiago -- Portugal, kumpel z czasów jego studiów w Gliwicach. poznaliśmy się w Krypcie, zaczęło się od wspólnej partii piłki nożnej stołowej: my z Łukim vs Tiago z Pedrem. Tiago pokochał Polskę, a my zostaliśmy kumplami. po kilku latach przerwy spotkaliśmy się w nadmorskiej dzielnicy Porto, gdzie obecnie pracuje..
u - upał -- czym byłaby Portugalia bez śródziemnomorskiego klimatu? bez 40-stopniowych upałów, bez gajów oliwnych i spieczonej ziemii? gdzie jeździliby Angole i Niemcy na wakacje? wtedy o biednej Portugalii nikt by nie pamiętał..
w - wakacje -- klimat i senna atmosfera miejsca jak najbardziej nadaje się na wypoczynek. w zależności od upodobań można przeleżeć 2 tygodnie na upalnych plażach Algarve, albo można spędzić ten czas aktywnie.. my zdecydowanie bardziej cenimy odpoczynek aktywny, więc wakacje były bardzo udane..
z - zacofanie -- mimo wstąpienia do UE znaczna część kraju jest zacofana. tworzy się niesamowity kontrast z nowoczesnymi metropoliami, jednak nieoficjalnie mówi się aż o 10% analfabetyzmu. niektóre wioski, szczególnie płn-wsch. części kraju, do dzisiaj przypominają znane nam obrazki z czasów PRL-u..
b - bakalhao -- po naszemu dorsz. potrwa, którą miejscowi podobno potrafią przyrządzić na 365 sposobów, czyli każdego dnia w inaczej. Agata wylosowała wielgachnego bakalhaa gotowanego na słono i nie polubiła się z panem dorszem..
c - cabo -- czyli przylądek. mnóstwo ich tutaj, najczęściej w miejscach osobliwie pustynnych, zmaganych wiatrem, nieziemsko pięknych. i mimo że z wyglądu nie mają niczego ciekawego do sprzedania, przyciągają pasjonatów geografii aktywnej..
d - drogi. infrastruktura drogowa jest rzeczywiście wspaniała. kilkanaście płatnych autostrad, drogi ekspresowe, dobre trasy lokalne. wielki plus dla UE za możliwość szybkiego przemieszczania się po tym niewielkim państwie..
e - euro, czyli kasa. wycieczki budżetową nazwać nie można, luźne obliczenia wskazują na łączny koszt w granicach 2300 euro na dwie głowy. dużo to i mało za wyprawę na koniec Europy, jednak ceny można określić jako znośne i zdecydowanie niższe niż w UK czy Francji..
f - futbol -- miejscowa religia. zakochani w Ronaldo, zapatrzeni w Deco -- piłka nożna to dla miejscowych styl życia. no i jakże radosny mecz Polaków na Estadio da Luz..
g - geograficzne odkrycia -- któż nie słyszał o podróżnikach i odkrywcach portugalskich.. Henryk Żeglarz, Vasco da Gama, Bartolomeu Dias, Ferdynand Magellan i wielu innych na trwałe zapisali się w historii i geografii naszej planety..
h - hostel -- stosunkowo tania możliwość noclegu i zmycia się z trudów podróży. średnia cena to 20 euro za osobę, pokoje najczęściej dwuosobowe z łazienką. spotkaliśmy dużą różnorodność: od tych zaniedbanych, po świetnie utrzymane i wypielęgnowane apartamenty -- a wszystko to w podobnej cenie.. bookowanie przez internet..
i - iberyjski półwysep, czyli Península Ibérica. od pozostałej części kontynentu oddzielają go Pireneje, od zachodu i częściowo północy Atlantyk, a od wschodu i południa Morze Śródziemne. Od Afryki oddziela go Cieśnina Gibraltarska..
j - język.. portugalski nalezy do grupy romańskiej języków indoeuropejskich, którym posługuje się ponad 150 mln osób, zamieszkujących Portugalię oraz byłe kolonie portugalskie: Brazylię, Mozambik, Angolę, Gwineę Bissau, Wyspy Świętego Tomasza i Książęcą i Republikę Zielonego Przylądka. dosyć ciekawa wymowa z bardzo charakterystycznymi zgłoskami 'sz', podobno nietrudny do nauki..
k - katolicyzm, dominująca religia Portugalii. o jej wadze świadczy daleko idący konserwatyzm i liczba wybudowanych świątyń. zdarzają się takie perełki jak Fatima, jednak najbardziej dobitnym dowodem jest historia i fakt, że podbite wówczas kraje do dzisiaj modlą się do Jednego Boga..
l - lizbona, czyli stolica. z jednej strony pociągająca i nieodgadniona, z drugiej brudna i zaniedbana. za krótko byłem, abym głosił mocne i daleko idące tezy. w każdym razie, bardziej podobało mi się Porto..
ł - Łucja, jedna z trójki dzieci, którym w 1917 r w Fatimie ukazała się Matka Boska. dwójka dzieciaków zmarła niedługo później, ale Łucja trzymała się dzielnie i dzisiaj jest szansa na jej beatyfikację..
m - maurowie, mieszkańcy Mauretanii, krainy historyczno-geograficznej, obecnie zachodniej części Algierii i północnego Maroka. przez wiele lat najeżdżali Portugalię, a ślady ich bytności widać do dzisiaj, przede wszystkim w codziennej architekturze, ale i w całej gamie zamków obronnych..
n - najstarszy uniwersytet.. a jednocześnie najbardziej znany -- w Coimbrze z roku 1308. cała zabudowa tej mieściny podporządkowana jest uczelni, widać to na każdym kroku. mury uniwersytetów ładnie się prezentują..
o - ocean -- położenie Portugalii było niekorzystne tak długo, jak Ocean Atlantycki uważano za wodną pustynię nie do przebycia, później jej położenie nad Atlantykiem sprzyjało organizowaniu wypraw i szerokiej ekspansji i zapoczątkowało okres wielkich odkryć geograficznych..
p - porto -- nie miasto, a wino.. produkt eksportowy Portugalii, historyczna pasja i duma: białe lub czerwone, raczej półsłodkie, zawsze mocne. specyficzna lokalizacja winorośli sprzyja nad brzegiem rzeki Douro sprzyja produkcji jednego z najbardziej znanych w świecie gatunków win..
r - rodacy -- oprócz meczu i zupełnie biało-czerwonej Lizbony spotkaliśmy wiele innych grup Polaków w Portugalii. państwo to, głównie z uwagi na odległość i drogi transport lotniczy, było dotąd rzadko odwiedzane przez nas. obecnie sprawa się zmieniła i z uwagi na tanie linie lotnicze jest nas tam coraz więcej. spotkaliśmy nawet Polkę, która przyjechała na wakacje kilka lat temu i .. została do dzisiaj..
s - samochód -- bez naszej Toyoty Auris, naszego drugiego domu byłoby ciężko zrobić te 2150 km.. służyła nam jako środek komunikacji, przenośny ochładzacz, miejsce odpoczynku, a czasem za sypialnię.. mimo usterki z zapłonem, dała radę..
t - tiago -- Portugal, kumpel z czasów jego studiów w Gliwicach. poznaliśmy się w Krypcie, zaczęło się od wspólnej partii piłki nożnej stołowej: my z Łukim vs Tiago z Pedrem. Tiago pokochał Polskę, a my zostaliśmy kumplami. po kilku latach przerwy spotkaliśmy się w nadmorskiej dzielnicy Porto, gdzie obecnie pracuje..
u - upał -- czym byłaby Portugalia bez śródziemnomorskiego klimatu? bez 40-stopniowych upałów, bez gajów oliwnych i spieczonej ziemii? gdzie jeździliby Angole i Niemcy na wakacje? wtedy o biednej Portugalii nikt by nie pamiętał..
w - wakacje -- klimat i senna atmosfera miejsca jak najbardziej nadaje się na wypoczynek. w zależności od upodobań można przeleżeć 2 tygodnie na upalnych plażach Algarve, albo można spędzić ten czas aktywnie.. my zdecydowanie bardziej cenimy odpoczynek aktywny, więc wakacje były bardzo udane..
z - zacofanie -- mimo wstąpienia do UE znaczna część kraju jest zacofana. tworzy się niesamowity kontrast z nowoczesnymi metropoliami, jednak nieoficjalnie mówi się aż o 10% analfabetyzmu. niektóre wioski, szczególnie płn-wsch. części kraju, do dzisiaj przypominają znane nam obrazki z czasów PRL-u..
kategoria: podróże link bezpośredni
Portugalia cz. 3. -- na północ! przez Estramadurę i Ribantejo..
24.10.2007; 00.08
kilkudniowe kręcenie się po Lizbonie i jej okolicach miało się ku
końcowi -- czas naglił i nadeszła pora bardziej zdecydowanej podróży w
kierunku północnym, w regiony Estremadura i Ribatejo. kolejnym etapem
naszego portugalskiego szlaku miała być malownicza trasa biegnąca wzdłuż
Tagu (port. Tejo), w kierunku Santarem, Tomaru i Abrantes -- starych jak
świat miast, gdzie kulturalne prądy średniowiecznego chrześcijaństwa
przez wieki mieszały się z wpływami plemion afrykańskich (głównie
Maurów). planowałem przebić się przez most Vasco da Gamy, a następnie
obejrzeć m.in. ośrodek rycerski w Tomarze (główna siedziba portugalskich
templariuszy) i romantycznie usytuowany na wysepce pośrodku Tagu Castelo
de Almourol w okolicach Abrantes.. nie pierwszy jednak raz rzeczywistość
złagodziła moje ambitne plany i dałem się przekonać do podróży wzdłuż
wybrzeża Costa da Prata, w kierunku jedynego oprócz Nazare większego
kurortu morskiego -- Peniche..
to właśnie tutaj po raz pierwszy dane nam było położyć się na upalnych
piaskach plaż i zaznać kąpieli w słonej, choć niezbyt zachęcającej
temperaturą wodzie Atlantyku. na zboczach klifów białe domki opierają
się porywistym, płn-zach. wiatrom, nad miastem góruje Fortaleza, jednak
największą zaletą miasteczka jest zachowana w pełni rybacka tradycja --
nie ma tu zbyt wielu turystów, co akurat wyszło osadzie na
dobre..
późnym popołudniem dojeżdżamy do Obidos i jest
to pierwsze miasteczko w tym kraju, którym rzeczywiście jestem
zauroczony. wizytówką grodu są mury miejskie (po których można, a nawet
należy się przejść dookoła) i górujący nad okolicą zamek. Obidos to
stare średniowieczne miasteczko z wąskimi brukowanymi uliczkami,
białymi
domkami ozdabianymi żółtymi i niebieskimi podmurówkami, które zachowało
autentyczność, gdyż nie ma tu żadnych nowych obiektów, a liczne sklepy z
pamiątkami i kawiarnie usytuowano w historycznych obiektach. miejsce co
prawda żyje z turystyki, jednak swoją urokliwość zawdzięcza także
normalnie toczącemu się tu życiu: dzieciaki biegają po stromych
uliczkach, ktoś przesadza zawieszone wysoko pod okiennicami kwiaty,
starsze panie siedzą na ławce kontemplując wydarzenia ciepłego
popołudnia. to miejsce prawdziwe -- pierwsze, gdzie panujący klimat i
moje wewnętrzne odczucia pozostają w zgodzie z relacjami zawartymi w
przewodnikach turystycznych. sama historia osady nie jest wyjątkowo
szczególna -- była ona okupowana przez Maurów, a potem przeszła w ręce
chrześcijan. Castelo w obecnej
formie to zasługa niezmordowanego
budowniczego zamków, króla Dionizego I. leniwie popijając kawę poznajemy
właściciela kafejki. koleś tu się urodził, tu spędza całe życie i
twierdzi, że tu będzie jego grób. równolegle ze sprawami świata jest na
bieżąco i spokojnie potwierdza dobrą grę Polaków w niedawnym meczu, ale
wie, że Portugalczycy także awansują do EURO 2008. po zapadnięciu zmroku
naświetlamy uliczki chcąc zapisać na zdjęciach choć trochę atmosfery
tego miejsca. wówczas, po raz kolejny pozytywnie zaskoczeni, wdajemy się
w rozmowę
z lokalnym mieszkańcem Obidos -- gościu nad wyraz otwarty i
przyjazny zaprasza do swojego domu, a później przez pół godziny objaśnia
WSZYSTKIE warte odwiedzenia miejsca w Portugalii. pasjonat podróży i
miłośnik średniowiecznego piękna i spokoju -- właśnie dlatego tu mieszka
i z chęcią daje wskazówki potwierdzające opinię niezwykle pozytywnie
zakręconej nacji..
bogaty w wydarzenia dzień kończymy w Fatimie, do której przybywamy ok
22.30. kończy się właśnie cowieczorna procesja światła, choć nawet bez
niej nie da się pomylić tego miejsca z żadnym innym. to tutaj, w
'portugalskiej Częstochowie' trójka młodych pasterzy była świadkiem
kilkukrotnego objawienia się Matki Boskiej, po raz pierwszy 13. maja
1917 r. odtąd miasto odwiedza nawet 2 mln pielgrzymów rocznie. miasta
nie da się z niczym pomylić, gdyż wszystko podporządkowane jest tu
Kultowi Maryjnemu. w centrum potężne sanktuarium i ogromny plac
przewyższający rozmiarem nawet ten watykański. ŻADNEJ knajpki, tysiące
sklepików, w których dumnie prężą się poukładane wg wzrostu Maryjki.
humorystycznie ukazane przez Cejrowskiego w jednym z odcinków 'Boso
przez świat' miejsce jest jednak wypełnione wiarą -- i widać to na
każdym kroku.
palone w osobistych intencjach ogromne świece, pochody
przemierzających plac na kolanach wierzących, śpiewy, modlitwy i
skupienie. wzięliśmy udział we mszy w j. portugalskim, ale z kazania za
wiele nie wyniosłem. aby najbliżsi także mieli coś z naszej wycieczki,
nasze mamy i babcię wyposażamy w święcone wody i metalowe statuetki
Maryjek :) stronimy od kiczu, choć nie jest to proste w tym miejscu:
wszystko się mieni, mruga, gra i pulsuje. kolory tęczy nad głowami
świętych stawiają w mojej głowie pytania, czy aby przypadkiem chcieliby
oni być po wieki wieków prezentowani w takiej kiczowatej
otoczce..
około południa dnia następnego meldujemy się w Batalhi -- i jesteśmy
oszołomieni potęgą i pięknem stojącego tu opactwa Mosteiro de Santa
Maria da Vitoria. katedra Najświętszej Marii Panny została wzniesiona w
latach 1388-1533 jako podziękowanie Bogu za zwycięstwo Portugalczyków w
bitwie nad Kastylijczykami (Batalha oznacza po prostu 'bitwa'). furta i
zewnętrzne mury charakteryzują niezwykle bogate zdobienia
przedstawiające średniowieczny światopogląd i
postrzeganie świata oraz
Boga. wnętrze zachowało surowy gotycki charakter, a przenikające przez
kolorowe witraże słońce oświetla wnętrze, nadając mu iście bajkowego
wyglądu (co widać w fotoblogu). ciekawą częścią opactwa jest Capelas Imperfeitas
(Niedokończona Kaplica) -- pozbawione dachu ośmiokątne bogato zdobione
mury. kaplic z niewiadomych przyczyn nigdy nie nie ukończono, jednak
manuelińskie zdobienia robią
na mnie ogromne wrażenie. pod rzeźbione
motywy można włożyć palec, całość jest rzeźbiona z każdej strony, co
tłumaczy, dlaczego budynek powstawał tak długo. ogrom pracy widać w
każdym zakątku tego miejsca, gdzie kamień, jak sznur, wije się i
przeplata. wychodząc z katedry czujemy spiekotę dnia -- jest środek
września, jednak w tej szerokości geograficznej wciąż trwa upalne lato.
żar leje się nieubłaganie, dlatego kilka następnych godzin spędzamy w
przyjemnie klimatyzowanej Toyocie kierując się trasą IC3 do Coimbry..kategoria: podróże link bezpośredni
zainwestowałem w Polskę..
22.10.2007; 11.22
około 900 lat temu powstała Kronika Polski (łac. Chronica Polonorum). Bolesław III Krzywousty miał trochę szczęścia w swoim żywocie i przynajmniej z dwóch powodów mógł chadzać uśmiechnięty: po pierwsze państwo polskie (a jeszcze nie Rzeczypospolita) miało się dobrze -- wzrastał rozwój, profity przynosił handel z okolicznymi państewkami i plemionami, a sąsiedzi nie odważyli się podnieść broni ku coraz silniejszemu krajowi. po drugie, miał na swoim dworze pierwszego polskiego kronikarza, nieznanego z nazwiska. Gall Anonim, jak zapamiętał go świat, opisał bieżącą sytuację Polski, spisał wydarzenia, kulturę kraju i na wieki rozsławił samego króla. to szczęśliwy traf, gdyż brak tego typu kronikarzy skutecznie pogrążył w mrocznych dziejach poprzednich polskich królów i ich bohaterskie czyny. Anonim zwany Gallem zastał Polskę w rozkwicie, a u stóp bieżących wydarzeń RP pragnę przypomnieć, jak w XII wieku opisał nieznany sobie wcześniej ląd. a może doszukamy się pewnej analogii?
ziemia ta polska, lubo bardzo leśna, obfitsza jednak nad inne w złoto, srebro, chleb, mięso, ryby i miody.
lubo wielu wyżej wymienionemi chrześcijaskiemi i pogańskiemi narodami otoczona, często od wszystkich razem lub pojedynczo napadana, nigdy jednakże przez nikogo zawojowaną nie była.
powietrze tu zdrowe, ziemia żyzna, lasy miododajne, wody rybne, wojacy mężni, rolnicy pracowici, konie wytrwałe, woły robocze, krowy mleczne, owce wełniste.
lubo wielu wyżej wymienionemi chrześcijaskiemi i pogańskiemi narodami otoczona, często od wszystkich razem lub pojedynczo napadana, nigdy jednakże przez nikogo zawojowaną nie była.
powietrze tu zdrowe, ziemia żyzna, lasy miododajne, wody rybne, wojacy mężni, rolnicy pracowici, konie wytrwałe, woły robocze, krowy mleczne, owce wełniste.
przeprowadzone wczoraj wybory parlamentarne jeszcze raz pokazały, że gdy trzeba, potrafimy się zmobilizować.. najwyższa od roku '91 frekwencja (52.62%) świadczy o wzięciu spraw w swoje ręce. zdecydowane zwycięstwo centroprawicowej Platformy Obywatelskiej okrzyknięto wyraźnym sukcesem, jednak obserwatorzy zgodnie podkreślali, że tym razem głosowaliśmy na NIE-PIS, a nie na jedną konkretną partię. setki tysięcy Polaków za granicą pognało oddać swój głos, a ambasady i konsulaty pękały w szwach. ja sam zainwestowałem kilkanaście funtów i cały mój niedzielny czas,
aby dorzucić własne 2 grosze w ogólnopaństwową misję :) kolejki przed placówkami w UK sięgały kilkuset metrów, a gdy patrzyłem na twarze rodaków, na telewizję, fotoreporterów, na cały ten zgiełk wyborczy, byłem dumny, że także jestem częścią tej machiny. był też podobno Kaziu Marcinkiewicz, choć nie dane było mi go ujrzeć, a podobno staliśmy w tej samej kolejce.. prasa europejska jest wyraźnie zadowolona. relacje są optymistyczne, gdyż świat oczekuje proeuropejskich rządów.. może więc wizja Galla Anonima nie jest tak do końca stracona? może, jak śpiewał Kazik, los się musi odmienić, może miliony Polaków wrócą do swojego kraju?kategoria: zapiski link bezpośredni
Portugalia cz. 2. -- kraniec świata
16.10.2007; 11.10
z Lizbony udajemy się na zachód. wzdłuż wybrzeża, aż do kurortu Cascais biegnie tyleż widokowa, co zatłoczona droga N6. równolegle leci szybka autostrada (przejazd 2E), którą podróż do oddalonej o 25km Sintry
trwa
kilkanaście minut. Sintra to jedno z wielu portugalskich miasteczek, które zostało wyróżnione przez świat i
znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. samo miasteczko oferuje kilka ładnie
utrzymanych, wąskich uliczek, jednak wystarczy pojechać kilka kilometrów dalej, aby odnaleźć miejsca zniewalające -- w niewielkiej odległości od siebie stoją tutaj trzy zamki; każdy w innym stylu i z innej
epoki.. tereny to górzyste, tak więc alternatywą dla kilkugodzinnej wspinaczki po pagórkach masywu Sintra jest szybki podjazd samochodem albo lokalnym autobusem, co też uczyniliśmy..
zdecydowaliśmy się na obejrzenie pałacu Pena (Palácio da Pena) -- zajmującego najwyższe partie Serra de Sintra zamku, podobno jednego z symboli Portugalii. ten dziwaczny wytwór rodem z bajek został wzniesiony w latach 40-ych XIX w. na miejscu XV-wiecznego klasztoru Hieronimitów. kolorowe kopuły, zdobione balustrady, rozległe tarasy i widok na całą okolicę to główne atrakcje tego miejsca. po wejściu do środka zauważamy zdecydowany przerost formy nad treścią --
to podróż w czasie do
poprzedniego stulecia, gdyż wnętrza pałacu pozostawiono w takim stanie, w jakim opuściła je królewska rodzina.
wokół zamku jakiś dziwak zbudował rozległe ogrody, w których umieścił niezliczone gatunki orientalnych roślin,
nietypowych zwierząt, a także baseny, mostki, fontanny i inne cuda. tak nam się spodobało, że aż się tam
pogubiliśmy, przypominając sobie historię polskich turystów na Krecie, którzy zagubieni w wąwozie zmarli z braku
wody.. w opisie to kilka wierszy, ale po ogrodach chodziliśmy pół dnia, a można pewnie i dłużej.. mając w pamięci przestudiowany przewodnik, omijamy Zamek Maurów -- na takie miejsca poświęcimy kilka dni we wschodniej części kraju..
a później, od północy, wzdłuż wybrzeży Atlantyku kierujemy się do Cascais drogą N247.
zachodnie wybrzeże Europy
to dość szczególne miejsce -- klimat jest tu w 100% zależny od oceanu, mimo mocnego słońca jest stosunkowo zimno,
a to za sprawą mocnego i stałego wiatru. wzdłuż poszarpanych klifów nie ma zbyt wiele roślinności, a jedyne
niskopienne chwasty mają dziwny brunatno-brązowy odcień. mniej więcej w połowie 30 km odcinka zjeżdżam w kierunku
wioski Azoia, która jest ostatnią europejską mieściną. za nią już tylko kilkukilometrowa górzysta przestrzeń i
dojeżdżamy do Przylądku Roca (Cabo da Roca), który to punkt o
współrzędnych geograficznych: 38°46'N, 9°30' jest najdalej na zachód wysuniętym skrawkiem kontynentalnej
Europy. dla mnie -- idealistycznego podróżnika, ma to wymiar szczególny. dotarcie do tych samotnych klifów
przypomina o osiągnięciu pewnej granicy, sprzyja uzmysłowieniu sobie potęgi natury, jest punktem, z którego można
już tylko zawracać.
znajduje się tu tablica, a na niej słowa Luísa de Camoesa: Aqui.. Onde a terra se acaba e
o mar começa.. (tu, gdzie kończy się ląd, a morze rozpoczyna..) jest też oznaczenie współrzędnych
geograficznych oraz tekst: Ponta mais ocidental do continente Europeu, żeby nie było złudzeń, w którym
miejscu się znajdujemy. to tutaj właśnie zaskoczona Agata przyjęła pierścionek, a pozytywnego płaczu było co nie
miara..
jadąc dalej na południe mijamy plażę Guincho (Praia do Guincho) -- długą piaskową przestrzeń pośród poszarpanych skalnych klifów, która z uwagi na silne wiatry przez lata urosła do rangi królowej wietrznych plaż i stała się rajem dla surferów. świetnie rozwinięte drogi rowerowe sprzyjają turystyce, tak więc miejsce tętni życiem. po drodze formacje skalne opadają, a to pozwala nam zrobić kilka fajnych ujęć.
W Cascais jemy pierwszy morski posiłek tych wakacji, a na plaży odnajduję napis:
'Tarnowskie Góry z Górnikiem', czyli nasi już tu byli.. samo miejsce to typowa portugalska miejscowość wakacyjna,
a że my z założenia takie miejsca omijamy, to następnego ranka, po noclegu u przypadkowej kobiety i
śródziemnomorskim śniadaniu, wyruszamy dalej. tym razem na północ, w kierunku Obidos i Fatimy. tego kierunku
będziemy się trzymać przez kilka najbliższych dni..
trwa
kilkanaście minut. Sintra to jedno z wielu portugalskich miasteczek, które zostało wyróżnione przez świat i
znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. samo miasteczko oferuje kilka ładnie
utrzymanych, wąskich uliczek, jednak wystarczy pojechać kilka kilometrów dalej, aby odnaleźć miejsca zniewalające -- w niewielkiej odległości od siebie stoją tutaj trzy zamki; każdy w innym stylu i z innej
epoki.. tereny to górzyste, tak więc alternatywą dla kilkugodzinnej wspinaczki po pagórkach masywu Sintra jest szybki podjazd samochodem albo lokalnym autobusem, co też uczyniliśmy..zdecydowaliśmy się na obejrzenie pałacu Pena (Palácio da Pena) -- zajmującego najwyższe partie Serra de Sintra zamku, podobno jednego z symboli Portugalii. ten dziwaczny wytwór rodem z bajek został wzniesiony w latach 40-ych XIX w. na miejscu XV-wiecznego klasztoru Hieronimitów. kolorowe kopuły, zdobione balustrady, rozległe tarasy i widok na całą okolicę to główne atrakcje tego miejsca. po wejściu do środka zauważamy zdecydowany przerost formy nad treścią --
to podróż w czasie do
poprzedniego stulecia, gdyż wnętrza pałacu pozostawiono w takim stanie, w jakim opuściła je królewska rodzina.
wokół zamku jakiś dziwak zbudował rozległe ogrody, w których umieścił niezliczone gatunki orientalnych roślin,
nietypowych zwierząt, a także baseny, mostki, fontanny i inne cuda. tak nam się spodobało, że aż się tam
pogubiliśmy, przypominając sobie historię polskich turystów na Krecie, którzy zagubieni w wąwozie zmarli z braku
wody.. w opisie to kilka wierszy, ale po ogrodach chodziliśmy pół dnia, a można pewnie i dłużej.. mając w pamięci przestudiowany przewodnik, omijamy Zamek Maurów -- na takie miejsca poświęcimy kilka dni we wschodniej części kraju..a później, od północy, wzdłuż wybrzeży Atlantyku kierujemy się do Cascais drogą N247.
zachodnie wybrzeże Europy
to dość szczególne miejsce -- klimat jest tu w 100% zależny od oceanu, mimo mocnego słońca jest stosunkowo zimno,
a to za sprawą mocnego i stałego wiatru. wzdłuż poszarpanych klifów nie ma zbyt wiele roślinności, a jedyne
niskopienne chwasty mają dziwny brunatno-brązowy odcień. mniej więcej w połowie 30 km odcinka zjeżdżam w kierunku
wioski Azoia, która jest ostatnią europejską mieściną. za nią już tylko kilkukilometrowa górzysta przestrzeń i
dojeżdżamy do Przylądku Roca (Cabo da Roca), który to punkt o
współrzędnych geograficznych: 38°46'N, 9°30' jest najdalej na zachód wysuniętym skrawkiem kontynentalnej
Europy. dla mnie -- idealistycznego podróżnika, ma to wymiar szczególny. dotarcie do tych samotnych klifów
przypomina o osiągnięciu pewnej granicy, sprzyja uzmysłowieniu sobie potęgi natury, jest punktem, z którego można
już tylko zawracać.
znajduje się tu tablica, a na niej słowa Luísa de Camoesa: Aqui.. Onde a terra se acaba e
o mar começa.. (tu, gdzie kończy się ląd, a morze rozpoczyna..) jest też oznaczenie współrzędnych
geograficznych oraz tekst: Ponta mais ocidental do continente Europeu, żeby nie było złudzeń, w którym
miejscu się znajdujemy. to tutaj właśnie zaskoczona Agata przyjęła pierścionek, a pozytywnego płaczu było co nie
miara..jadąc dalej na południe mijamy plażę Guincho (Praia do Guincho) -- długą piaskową przestrzeń pośród poszarpanych skalnych klifów, która z uwagi na silne wiatry przez lata urosła do rangi królowej wietrznych plaż i stała się rajem dla surferów. świetnie rozwinięte drogi rowerowe sprzyjają turystyce, tak więc miejsce tętni życiem. po drodze formacje skalne opadają, a to pozwala nam zrobić kilka fajnych ujęć.
W Cascais jemy pierwszy morski posiłek tych wakacji, a na plaży odnajduję napis:
'Tarnowskie Góry z Górnikiem', czyli nasi już tu byli.. samo miejsce to typowa portugalska miejscowość wakacyjna,
a że my z założenia takie miejsca omijamy, to następnego ranka, po noclegu u przypadkowej kobiety i
śródziemnomorskim śniadaniu, wyruszamy dalej. tym razem na północ, w kierunku Obidos i Fatimy. tego kierunku
będziemy się trzymać przez kilka najbliższych dni..kategoria: podróże link bezpośredni
trekearth meeting..
12.10.2007; 17.06
będąc w Lizbonie po raz pierwszy udało mi się spotkać z innymi fotografami skupionymi wokół platformy trekearth.com. w stałym kontakcie byłem z Luisem Afonso, który to cierpliwie i dokładnie tłumaczył najważniejsze miejsca, czyli tzw. must-seen, w swoim kraju. okazało się, że podczas mojego pobytu tam zorganizował spotkanie z 5 innymi portugalskimi pasjonatami, więc naturalną rzeczą było skorzystanie z możliwości poznania innych osób..
oprócz organizatora, Agaty i mnie, poznaliśmy Airesa, który znaczną część swojego życia spędził wdrażając projekty informatyczne w południowej Polsce. Ricardo pojawił się wraz z żoną, która opowiedziała nam o swoich podróżach po krajach azjatyckich. Pedro mówił raczej niewiele, ale miał taki sam sprzęt nikonowski, jak ja -- równy więc z niego chłop. Goncalo opowiadał o Lizbonie, wyjaśniał zawiłe kwestie portugalskiej mentalności i obyczajów.. wzorem spotkań ubiegłych, Luis zaproponował spacer z aparatami -- udaliśmy się wąskimi uliczkami w stronę zamku pstrykając i wymieniając się pomysłami na dobre kadry. zabawa trwała ok 3 godzin i strasznie miło było poznać ludzi znanych dotąd wyłącznie poprzez kabel internetowy. ludzi, dla których fotografia również jest, mniejszą lub większą, pasją..
oprócz organizatora, Agaty i mnie, poznaliśmy Airesa, który znaczną część swojego życia spędził wdrażając projekty informatyczne w południowej Polsce. Ricardo pojawił się wraz z żoną, która opowiedziała nam o swoich podróżach po krajach azjatyckich. Pedro mówił raczej niewiele, ale miał taki sam sprzęt nikonowski, jak ja -- równy więc z niego chłop. Goncalo opowiadał o Lizbonie, wyjaśniał zawiłe kwestie portugalskiej mentalności i obyczajów.. wzorem spotkań ubiegłych, Luis zaproponował spacer z aparatami -- udaliśmy się wąskimi uliczkami w stronę zamku pstrykając i wymieniając się pomysłami na dobre kadry. zabawa trwała ok 3 godzin i strasznie miło było poznać ludzi znanych dotąd wyłącznie poprzez kabel internetowy. ludzi, dla których fotografia również jest, mniejszą lub większą, pasją..
kategoria: pasje link bezpośredni
Portugalia cz. 1. -- życie w stolicy..
11.10.2007; 17.57
W Lizbonie spędziliśmy łącznie niespełna 3 dni. piątek wieczorem i nocą to pierwsze spojrzenie na miasto oraz zabawy z resztą kibiców. sobota to luźniejsze spacery, a także zdumiewające, jak dla mnie, refleksje. stolica Portugalii nie jest cudem XXI wieku. ba, nie byłaby nawet wyróżniającym się miastem wieku XX-go. częściowym wytłumaczeniem moich wrażeń może być złe nastawienie: spodziewałem się raju, upałów i pięknego miasta na końcu Europy. a zobaczyłem coś innego, coś co na pierwszy rzut oka
przypomina zaniedbany Lwów, sytuując się jakieś 200 lat za Pragą i 100 za Krakowem.. nastrojowe wąskie, strome uliczki owszem są, prości, zwykli ludzie także, ale wszystko to jakoś niepoprawnie opakowane..brudne ulice i zaniedbane budynki to nie wszystko. sklepy, szczególnie te małe, prywatne, prezentują się tak ubogo, że przypominają te z naszej epoki PRL-u. na półkach jest niby wiele, ale jakoś tak dziwnie szeroko porozstawiane, co potęguje uczucie niedostatku. nie ma tu miejsc porównywalnych do naszych 'Żabek', na świetle chyba się oszczędza, nie ma nawet sklepów przy stacjach benzynowych. gołym okiem widać, że średniowieczne miasto zatrzymało się w pewnym momencie swojego rozwoju, że leniwa mentalność miejscowych nie jest opinią przesadzoną.
w niedzielę, po piłkarskiej gorączce, skupiamy się na zabytkach. stare miasto nie ma jednak w sobie niczego olśniewającego i czym więcej szlajamy się po brukowanych uliczkach, tym
więcej brudnych i zaniedbanych miejsc spotykamy. XIX-wieczna katedra Sé ładnie prezentuje się od strony ulicy, a w środku mieszają się różnorodne style architektoniczne. z zamku Św. Jerzego (Castle of Sao Jorge) rozpościera się fantastyczna panorama miasta, jednak ciepłe powietrze wraz ze spalinami milionów samochodów skutecznie ograniczają widoki.. podobać się może nowoczesna dzielnica skupiona wokół Parku Narodów (Parque das Naçoes, gdzie zainwestowano kupę kasy, ale gdzie wydane euro naprawdę widać. piękne hale zbudowane na targi Expo w roku 98, fontanny, wieże i, przede wszystkim, 17 kilometrowy most Vasco da Gama).. przy wyjeździe z miasta można obejrzeć bardzo ciekawą Wieżę Belem (Torre de Belém) -- to właśnie tu zapatrzony w atlantycki zachód słońca pozbyłem się moich akcesoriów fotograficznych..
ludzie to rozdział specyficzny. generalnie na plus -- w stolicy po angielsku mówi większość, a do tego są mili i przyjacielscy. z właścicielami sklepów i restauracyjek rozmawiamy o meczu -- wszyscy z uśmiechem i kurtuazyjnie życzą nam (i sobie jednocześnie) powodzenia.. gdziekolwiek nie spyta się kogoś o drogę, służą pomocą. miejscowi są dość charakterystyczni, a ich stosunek do czasu, obowiązków, jedzenia i przyjemności w ogóle, budzi kontrowersje. są zdecydowanie inni niż dokładni Niemcy, ekstrawaganccy Francuzi, czy zburaczali Angole. są uśmiechnięci, poruszają się leniwie, a, jak zapewniał nas mój dobry kolega z czasów wymiany studenckiej -- Tiago, pieniądze lecą im przez palce na każdym kroku. i może to właśnie jest powodem ich bieżącej pozycji w świecie i pogłębiającej się przepaści w stosunku do sąsiedniej Hiszpanii.. przygotowując się do wyjazdu przeczytałem gdzieś w necie bardzo ciekawą opinię, którą po powrocie, w 100% potwierdzam. otóż Portugalia dalej będzie przejadać unijne pieniądze i nadal będzie wiodła beztroski żywot kraju swojskiego, peryferyjnego i zaściankowego, z 10% analfabetów, takiego ubogiego krewnego Hiszpanii, która unijnych pieniędzy nie przejadła, zainwestowała, pobudowała się i dziś jest już Zachodem pełną gębą. a Portugalia -- nie. tu wciąż czas płynie wolniej, nikomu się specjalnie nie spieszy, zawsze znajdzie się chwila, żeby stanąć i pokontemplować odwieczny taniec dostojnych fal Atlantyku. a od tego zaczęła się właśnie wielka przygoda morska Portugalczyków kilka stuleci temu. bo Portugalczycy -- aż trudno w to dziś uwierzyć -- mieli kiedyś swoje wielkie pięć minut w historii..kategoria: podróże link bezpośredni
sprawy, wydarzenia, wyzwania..
10.10.2007; 17.38
krótki wypad do PL obfitował w ważne wydarzenia. po pierwsze Magdalena, moja najbliższa kuzynka złączyła się przysięgą z Aleksandrem, a potem oboje żyli długo i szczęśliwie.. zabawa w zabrzańskiej restauracji 'pod kasztanami' była huczna i długa, a młodzi wyglądali na szczęśliwych. być może z faktu, że grający 700 m dalej Górnik pokonał sosnowieckie Zagłębie 4 do 2, a być może z powodu zdobycia wymarzonego partnera na całe życie.. wszyscy życzyliśmy im wszystkiego najlepszego :)
po drugie stałem się posiadaczem ziemskim. mój własny 24 arowy skrawek ziemi znajduje się w Milówce, 125 km od Gliwic, w samym sercu Beskidu Żywieckiego. piękne położenie w dolinie Milowskiego Potoku, na zielonym szlaku prowadzącym na Halę Boraczą sprawia, że aż chcę już wracać do Polski.. z jednej strony pokryte lasami wzgórze, z drugiej szumiący potok. z trzeciej podobno denerwująca sąsiadka, ale nikt nie obiecywał, że wszystko wyjdzie idealnie. sama Milówka (rozsławiona nie tylko w Polsce przez braci Golców) położona jest 450m nad poziomem morza, w dolinie rzeki Soły. rozciąga się stąd malowniczy widok na górskie szczyty i hale: Barania Góra (1220m), Hala Boracza (851m), Sucha Góra (1040m) oraz Prusów 1010m) i dlatego jest doskonałym punktem wypadowym na piesze bądź rowerowe wycieczki w góry..
wkrótce wszystkie wydarzenia pojawią się na fotoblogu. cierpliwi (podobno) będą wynagrodzeni..
po drugie stałem się posiadaczem ziemskim. mój własny 24 arowy skrawek ziemi znajduje się w Milówce, 125 km od Gliwic, w samym sercu Beskidu Żywieckiego. piękne położenie w dolinie Milowskiego Potoku, na zielonym szlaku prowadzącym na Halę Boraczą sprawia, że aż chcę już wracać do Polski.. z jednej strony pokryte lasami wzgórze, z drugiej szumiący potok. z trzeciej podobno denerwująca sąsiadka, ale nikt nie obiecywał, że wszystko wyjdzie idealnie. sama Milówka (rozsławiona nie tylko w Polsce przez braci Golców) położona jest 450m nad poziomem morza, w dolinie rzeki Soły. rozciąga się stąd malowniczy widok na górskie szczyty i hale: Barania Góra (1220m), Hala Boracza (851m), Sucha Góra (1040m) oraz Prusów 1010m) i dlatego jest doskonałym punktem wypadowym na piesze bądź rowerowe wycieczki w góry..
wkrótce wszystkie wydarzenia pojawią się na fotoblogu. cierpliwi (podobno) będą wynagrodzeni..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Portugalia - Polska, czyli wyjazd dziesięciolecia..
28.09.2007; 18.30
operacja Portugalia rozpoczęła się od biało-czerwonej Lizbony. a właściwie biało-czerwonego Londynu,
Dublinu, Amsterdamu, Madrytu i wielu innych miast, skąd Polacy wybierali się na mecz. z Gatwicka
lecieliśmy z 7 innymi kibicami, którzy nieśmiała próbę przyśpiewek zaprezentowali już na lotnichu, czym
wprawili w osłupienie strażników i wszędobylskich skośnookich. Lizbona nocą nie wygląda źle (w
przeciwieństwie do Lizbony za dnia o czym w następnych notkach) -- subtelnie oświetlona szachownica
staromiejskich uliczek, gdzieniegdzie puby, parasole i skwery będące wizytówką Portugalii. pierwszym
wrażeniem były chodniki -- wyłożono je specyficznym rodzajem kamienia, który w kontakcie z butami
przechodniów zyskuje połysk. przypadkowy proces polerowania trwa latami i rzeczywiście można odnieść
wrażenie, że spaceruje się po lodzie. a czasem po lustrze. no, ale miało być o meczu: noc z piątku na
sobotę to powolne zjeżdżanie się polskich fanów. ok 22 spotykamy się na centralnym placu miasta: Praça
do Comércio. śpiewamy kilka piosenek i udajemy się w poszukiwanie wolnych jeszcze lokalów. nie ma tego
zbyt dużo, ale po pewnym czasie większość Polaków gromadzi się w ścisłym centrum i do późnych godzin
rannych uzmysławia Lizbończykom, kto jest najlepszy na świecie. nie ma agresji, a przez gardła przelewa
się browar o wartości 12? za litra..
następnego dnia kilka setek Polaków urasta do kilku tysięcy. to już nie odosobnione grupki, a całe pochody biało-czerwonych przebierańców. przyznam, że otoczka tego meczu była porównywalna do naszego najazdu na Dortmund podczas ubiegłorocznych MŚ, choć tutaj to aż 3000 km od kraju. fantastycznie zorganizowani, w miarę kulturalni i rozśpiewani Polacy byli wizytówką stolicy Portugalii, a przebywający tu turyści otwierali ze zdumienia usta. po pewnym czasie śpiewały z nami miejscowe dziewczyny, turyści z Argentyny i sprzedawca maskotek z zachodniej Afryki. sypały się frytki i lało się piwo. kelnerki nie nadążały z wymianą kufli, a oklepaną piosenkę 'Polska Biało-Czerwoni' śpiewał nawet upośledzony motorniczy archaicznego tramwaju numer 28. zacne facjaty uwiecznione na portugalskich pomnikach zyskały nowe, dwukolorowe szaty, a w lokalnym McD WC pękał w szwach.. było tłumnie i gwarno, choć i tak się dziwię, że nikt nie pływał w ogromnej fontannie przy stacji metra Restauradores. tradycyjnie dostało się też Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej -- najbardziej twardogłowej i do tego wciąż 'prężnie' działającej spośród PRL-owskich organizacji..
na stadion udaliśmy się z Agatą jedną z linii metra i tu osobista niespodzianka. stanął nade mną starszy facet w naszych barwach. 10 minut rozmawialiśmy, po czym on w końcu przyznał, że łączą go dobre stosunki ze Stasiem Oślizło, ale jeszcze lepsze z Lucjanem Brychczy. później wyciągnął wizytówkę i ubrał swój oficjalny strój -- to Andrzej Bobowski, czyli BOBO, król polskich kibiców! spotkaliśmy się w Dortmundzie, mamy wspólną fotkę na moim fotoblogu, a ja go nie poznałem.. 20 minut jeszcze rozmawiamy koło stadionu, po czym wbijamy się na polski sektor.. Polacy na stadionie to głównie ludzie młodzi, zarówno kobiety jak i mężczyźni w ok. 75% ludzie czasowo mieszkający za granicą. krzyczymy ile się da już przed meczem, a moment odśpiewania hymnu państwowego na zawsze pozostanie w mojej pamięci. drzemy ryja głośno i tak jak przypuszczałem zupełnie zagłuszamy 10-krotnie większą grupę miejscowych. niezorganizowane dzieciaki wydobywały z siebie dziwny bełkot tylko wówczas, gdy pociągnął ich spiker (puuuurtuuuugaaaal) oraz gdy piłkę czarowała modelka Ronaldo. gdy Lewandowski zdobywa bramkę szaleństwo sięga zenitu, a moja noga irracjonalnie dopiero wtedy zaczyna się trząść (mam taką akcję, że jak się denerwuję to skacze mi prawa noga i, poważnie, nie potrafię tego zatrzymać). 'gramy u siebie', 'cała Lizbona jest dzisiaj biało-czerwona' czy 'jesteśmy z wami, Polacy jesteśmy z wami' niosło się pod dachami wspaniałego stadionu Estadio da Luz, domu Benfiki Lizbona. druga połowa to huśtawka nastrojów i nasze zwątpienie, gdy przy stanie 2-1 nasi wciąż mieli problem z przekroczeniem połowy boiska. wszystko kończy się wspaniale po bramce niezawodnego Jacka, a my wpadamy w euforię, bo wiemy już, że tego cennego wyniku nikt nam już nie odbierze! po meczu podziękowanie piłkarzy i długie nocne śpiewy w totalnie biało-czerwonej tego dnia stolicy Portugalii. było pięknie i przyznam, że czegoś takiego w mojej 15-letniej karierze kibica nie dane mi było jeszcze przeżyć.. może kiedyś z Górnikiem w Lidze Mistrzów?
moja zewnętrzna galeria z tego meczu dostępna jest TUTAJ.
następnego dnia kilka setek Polaków urasta do kilku tysięcy. to już nie odosobnione grupki, a całe pochody biało-czerwonych przebierańców. przyznam, że otoczka tego meczu była porównywalna do naszego najazdu na Dortmund podczas ubiegłorocznych MŚ, choć tutaj to aż 3000 km od kraju. fantastycznie zorganizowani, w miarę kulturalni i rozśpiewani Polacy byli wizytówką stolicy Portugalii, a przebywający tu turyści otwierali ze zdumienia usta. po pewnym czasie śpiewały z nami miejscowe dziewczyny, turyści z Argentyny i sprzedawca maskotek z zachodniej Afryki. sypały się frytki i lało się piwo. kelnerki nie nadążały z wymianą kufli, a oklepaną piosenkę 'Polska Biało-Czerwoni' śpiewał nawet upośledzony motorniczy archaicznego tramwaju numer 28. zacne facjaty uwiecznione na portugalskich pomnikach zyskały nowe, dwukolorowe szaty, a w lokalnym McD WC pękał w szwach.. było tłumnie i gwarno, choć i tak się dziwię, że nikt nie pływał w ogromnej fontannie przy stacji metra Restauradores. tradycyjnie dostało się też Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej -- najbardziej twardogłowej i do tego wciąż 'prężnie' działającej spośród PRL-owskich organizacji..
na stadion udaliśmy się z Agatą jedną z linii metra i tu osobista niespodzianka. stanął nade mną starszy facet w naszych barwach. 10 minut rozmawialiśmy, po czym on w końcu przyznał, że łączą go dobre stosunki ze Stasiem Oślizło, ale jeszcze lepsze z Lucjanem Brychczy. później wyciągnął wizytówkę i ubrał swój oficjalny strój -- to Andrzej Bobowski, czyli BOBO, król polskich kibiców! spotkaliśmy się w Dortmundzie, mamy wspólną fotkę na moim fotoblogu, a ja go nie poznałem.. 20 minut jeszcze rozmawiamy koło stadionu, po czym wbijamy się na polski sektor.. Polacy na stadionie to głównie ludzie młodzi, zarówno kobiety jak i mężczyźni w ok. 75% ludzie czasowo mieszkający za granicą. krzyczymy ile się da już przed meczem, a moment odśpiewania hymnu państwowego na zawsze pozostanie w mojej pamięci. drzemy ryja głośno i tak jak przypuszczałem zupełnie zagłuszamy 10-krotnie większą grupę miejscowych. niezorganizowane dzieciaki wydobywały z siebie dziwny bełkot tylko wówczas, gdy pociągnął ich spiker (puuuurtuuuugaaaal) oraz gdy piłkę czarowała modelka Ronaldo. gdy Lewandowski zdobywa bramkę szaleństwo sięga zenitu, a moja noga irracjonalnie dopiero wtedy zaczyna się trząść (mam taką akcję, że jak się denerwuję to skacze mi prawa noga i, poważnie, nie potrafię tego zatrzymać). 'gramy u siebie', 'cała Lizbona jest dzisiaj biało-czerwona' czy 'jesteśmy z wami, Polacy jesteśmy z wami' niosło się pod dachami wspaniałego stadionu Estadio da Luz, domu Benfiki Lizbona. druga połowa to huśtawka nastrojów i nasze zwątpienie, gdy przy stanie 2-1 nasi wciąż mieli problem z przekroczeniem połowy boiska. wszystko kończy się wspaniale po bramce niezawodnego Jacka, a my wpadamy w euforię, bo wiemy już, że tego cennego wyniku nikt nam już nie odbierze! po meczu podziękowanie piłkarzy i długie nocne śpiewy w totalnie biało-czerwonej tego dnia stolicy Portugalii. było pięknie i przyznam, że czegoś takiego w mojej 15-letniej karierze kibica nie dane mi było jeszcze przeżyć.. może kiedyś z Górnikiem w Lidze Mistrzów?
moja zewnętrzna galeria z tego meczu dostępna jest TUTAJ.
kategoria: podróże link bezpośredni
misja Portugalia -- mapa podróży
25.09.2007; 22.00
misja Portugalia dobiegła końca -- było to 16 pełnych wrażeń dni, podczas których objechaliśmy ważniejsze miejsca we wszystkich rejonach kraju. nasza Toyotka Auris zrobiła łącznie 2150 km zaliczając na swojej trasie wąskie uliczki największych miast, skaliste wybrzeże Atlantyku, kręte malownicze drogi wzdłuż rzeki Douro, niesamowite górskie wioski i zamki pasma Serra da Estrela i pobliskich wyżyn, cudownie puste przestrzenie Alentejo i wreszcie upalne i piękne plaże Algarve.. była też świadkiem wspaniałych wschodów i zachodów słońca i, przede wszystkim, moich z Agatką zaręczyn! postaram się systematycznie wrzucać dokładny opis, nasze wrażenia i zdjęcia z wyprawy po Portugalii. teraz na szybko prezentuję mapę oraz miejsca, które odwiedziliśmy. liczby obok miejsc określają kolejne spędzane tam dni.. pierwsze 3 dni spędziliśmy w Lizbonie zwiedzając miasto i dopingując Polaków w fantastycznym od strony polskiego kibica meczu z miejscowymi. w 4 dniu naszym oczom ukazała się Sintra oraz Cabo da Roca -- najdalej na zachód wysunięty kraniec kontynentalnej Europy. to miejsce pasjonujące i magiczne, szczególnie dla nas. kolejne dni to droga na północ w kierunku Fatimy. po drodze zaliczamy wioskę rybacką Peniche oraz fascynujące miasteczko zamkowe Obidos. nocleg w Fatimie, a następny dzień to wrażenia związane z klasztorem w Batalhi oraz ruinami największej rzymskiej osady -- Conimgrigą. później przez 3 dni zwiedzamy uniwersytecką Coimbrę oraz znane ze wspaniałych win -- Porto. właśnie w Porto spotykamy się z Tiagiem, moim dobrym kumplem z czasów wymiany na Politechnice. następnego dnia suniemy malowniczymi i krętymi trasami wzdłuż rzeki Douro, a noc zastaje nas już w Guardzie -- pierwszym spośród wielu miasteczek-grodów wzdłuż granicy z Hiszpanią. kolejne dni to zjazd na południe i zwiedzanie chyba najwspanialszych miejsc w tym kraju -- starych jak świat osad-fortyfikacji, w której czas jakby się zatrzymał, a średniowiecze przypomina o sobie na każdym kroku.. po malowniczych góskich wrażeniach czekał nas szybki zjazd nad ocean, jednak rejon Alantejo przez który przejeżdżaliśmy zachwycił mnie malowniczością (i jednostajnością) krajobrazu, w którym dominowały gaje oliwne i drzewa korkowe. ostatnie 5 dni naszej wycieczki to rozgrzane słońcem Algarve, czyli plaże i niewielkie osady rybackie..
było pięknie, choć pechowo. w 3 dniu wyprawy straciłem moją torbę fotograficzną ze wszystkimi akcesoriami, w tym z polaryzatorem, który miał być w Portugalii hitem sezonu :( miał zapewnić fantastyczne zdjęcia, a .. wyszło jak zawsze. w ósmym dniu w Porto zawinęli nam samochód na lawetę, a jego odbiór z parkingu policyjnego kosztował nas.. za dużo. w międzyczasie chłopaki zaliczyli niespodziewany kontakt ze znakiem drogowym, a co za tym idzie przeorali cały prawy bok swojego auta. podsumowując: mnóstwo wrażeń, zróżnicowane okolice i .. nadmiarowe koszty. to w skrócie, wkrótce szersza relacja :)
kategoria: podróże link bezpośredni
o tym, że warto żyć..
22.09.2007; 18.01
22 wrzesień, końcówka lata. siedzę na betonowym skwerze w miejscowości Loule w samym sercu Algarve -- z laptopa łapię bezprzewodowy internet, polskie radio Warszawa i pan Wroński na bieżąco mówi mi, co słychać w meczu Górnika z Odrą. lato się kończy, ale 30 stopniowy upał niemiłosiernie leje się na moją głowę, bo ciało mam schowane za palmą. misia przy mnie trwa na posterunku, bo nie znalazła żadnej śródziemnomorskiej sukienki, po którą ją wysłałem. przed sobą mamy ocean i jego lazurową wodę, na plaży parasole trzcinowe, pod nimi turyści, głównie z Anglii i Niemiec.. nad głowami co 2 minuty latają samoloty startującego z lotniska w pobliskim Faro..
i gooooool, 17.25 czasu miejscowego i Górniczek prowadzi 1-0!
i aż szkoda, że to ostatni dzień naszej pięknej portugalskiej przygody. i aż żal wracać do Anglii i Polski, bo takie piękne tu słońce. choć z drugiej strony w pełnym słońcu także ciężko -- ciało piecze po całodniowym leżeniu na plaży i nawet 10-krotne wchodzenie do czystej wody oceanu nie ratuje sytuacji. jak tylko zabrzmi ostatni gwizdek w meczu Mojej Drużyny, to zabiorę Małą na grillowane sardynki i sałatkę.. ahh, piękny jest świat na samym końcu Europy..
i gooooool, 17.25 czasu miejscowego i Górniczek prowadzi 1-0!
i aż szkoda, że to ostatni dzień naszej pięknej portugalskiej przygody. i aż żal wracać do Anglii i Polski, bo takie piękne tu słońce. choć z drugiej strony w pełnym słońcu także ciężko -- ciało piecze po całodniowym leżeniu na plaży i nawet 10-krotne wchodzenie do czystej wody oceanu nie ratuje sytuacji. jak tylko zabrzmi ostatni gwizdek w meczu Mojej Drużyny, to zabiorę Małą na grillowane sardynki i sałatkę.. ahh, piękny jest świat na samym końcu Europy..
kategoria: podróże link bezpośredni
A Portuguesa
7.09.2007; 9.57
przyszła już pora spakować zabawki, aparat, przewodniki, biało-czerwoną koszulkę i ruszyć na koniec Europy. pora na własne oczy zobaczyć temperament Portugalczyków -- ich stosunek do jedzenia, obowiązków i przyjemności, punktualności i czasu w ogóle. może uda się napisać coś z trasy -- biorę laptopa, a ten zwykle dość subtelnie wyszukuje wirujące w powietrzu sieci otwarte.. do zobaczenia 23. sierpnia..
Bohaterowie mórz, szlachetne plemię,
Dzielny i nieśmiertelny narodzie,
Wybiła godzina, byś uniosła się na nowo
Portugalska chwało.
Z mglistej pamięci,
O, ojczyzno, słyszymy głosy
Naszych wielkich praojców,
Które wiodą cię do zwycięstwa.
Ref.: Do broni! Do broni!
Na lądzie i morzu!
Do broni! Do broni!
Do walki o naszą ojczyznę!
Marsz ku kulom nieprzyjaciół!
Bohaterowie mórz, szlachetne plemię,
Dzielny i nieśmiertelny narodzie,
Wybiła godzina, byś uniosła się na nowo
Portugalska chwało.
Z mglistej pamięci,
O, ojczyzno, słyszymy głosy
Naszych wielkich praojców,
Które wiodą cię do zwycięstwa.
Ref.: Do broni! Do broni!
Na lądzie i morzu!
Do broni! Do broni!
Do walki o naszą ojczyznę!
Marsz ku kulom nieprzyjaciół!
kategoria: podróże link bezpośredni
dla takich chwil warto żyć..
4.09.2007; 15.19
wyjazd zbliża się wielkimi krokami. po przejrzeniu dwóch przewodników i setek stron w necie jestem już tak nakręcony słonecznymi wakacjami, że aspekt sportowy zszedł na 3 plan. a przecież mecz Portugalów z biało-czerwonymi Orłami już w sobotę, a moja Kłobucczanka ma już dla nas 2 bilety na Estadio da Luz! fora sportowe aż huczą rozmów naszych rodaków o inwazji na Portugalię. pojawiła się informacja, że przygotowano dla nas 7500 tys. biletów, co byłoby liczbą porównywalną z ilością Polaków na ostatnim meczu z Anglią w Manchesterze. sobota zapowiada się więc bardzo obiecująco. ja zaczynam swój dzień już w piątek o 16, kiedy w koszulce z orłem na piersi wsiądę do samolotu linii TAP Portugal lecącego z Londynu Gatwick do Lisbony. wieczorem szykuje się męska impreza z rodakami, a w sobotę odbieram Agatę, która także zaopatrzyła się już w koszulkę naszej reprezentacji. około południa w sobotę polscy fani spotykają się na centralnym placu miasta -- Plaza del Comercio (Praça do Comercio), by tam wspólnie przygotowywać się do spektaklu. atmosfera będzie podgrzewana śpiewami i złotymi trunkami, a gromkie Polskaaaaa Biało-Czerwoni nie raz rozniesie się po wąskich brukowanych uliczkach portugalskiej stolicy. później marsz na stadion Benfiki, a nerwowe oczekiwanie zakończy kulminacyjny moment życia każdego kibica -- moment odśpiewania hymnu naszego kraju przez tysiące polskich gardeł. to właśnie dla Mazurka Dąbrowskiego i jego odśpiewania na obczyźnie -- dla takich chwil warto żyć..
a strona sportowa tego przedsięwzięcia? ważna owszem, choć nawet przy wyniku 3-0 dla miejscowych nikt nie odbierze nam tych emocji towarzyszących wyjazdowemu meczowi ukochanej reprezentacji.. będziemy się starali, wiem, że mistrzu Leo przygotuje specjalną taktykę i o ile nie przegramy, będziemy już bardzo blisko pierwszych w historii finałów Mistrzostw Europy. a przecież Misiek w Austrii już czeka na nasz przyjazd na mistrzostwa, więc nie możemy zrobić mu zawodu..
Do Przodu Polsko!
a strona sportowa tego przedsięwzięcia? ważna owszem, choć nawet przy wyniku 3-0 dla miejscowych nikt nie odbierze nam tych emocji towarzyszących wyjazdowemu meczowi ukochanej reprezentacji.. będziemy się starali, wiem, że mistrzu Leo przygotuje specjalną taktykę i o ile nie przegramy, będziemy już bardzo blisko pierwszych w historii finałów Mistrzostw Europy. a przecież Misiek w Austrii już czeka na nasz przyjazd na mistrzostwa, więc nie możemy zrobić mu zawodu..
Do Przodu Polsko!
kategoria: pasje link bezpośredni
NoName slides..
1.09.2007; 19.36
prezentacja wykonana dla gliwickiego zespołu muzycznego NoName. tym razem nie oszczędzałem na kompresji, tak więc wersja 640x480 waży 17mb. poniżej wkleiłem wersję skadrowaną do szerokości mojej strony, tak więc może wydawać się nieco kanciata.. pełna wersja prezentacji na stronie www.nonameband.prv.pl. zdjęcia nie moje, muzyka także należy do zespołu:
kategoria: pasje link bezpośredni
South Downs trip
31.08.2007; 11.10
nasłuchując informacji o sytuacji w polskiej polityce można się załamać. coraz bardziej utwierdzam się w tezie, że rządzą nami ludzie, którzy odstają od szeroko pojętego kanonu zdrowia psychicznego. rządzą nami ludzie o skłonnościach paradoidalnych, kraj się nie rozwija, a pozostałe państwa UE patrzą na nas jak na idiotów. prace nad EURO nie posuwają się do przodu ani o krok, firmy bukmacherskie już przyjmują zakłady, czy Polska straci prawo do organizacji Mistrzostw Europy. banda nieudaczników i zakompleksionych karierowiczów powoduje, że na zachodzie już teraz postrzega się Polskę na równi z Białorusią.. Martin, Niemiec z mojej firmy, wysłał mi ostatnio link do wypowiedzi europosła Giertycha, w którym porównuje rządy kanclerz Angeli Merkel do wybryków Hitlera sprzed ponad 50 lat. Martin się oburzył, a po moim objaśnieniu sytuacji przyznał, że nie wiedział, iż takie osądy to odosobnione słowa niektórych polityków. media zachodnie uogólniają, przez co typowy chudy Niemiec nie zdaje sobie sprawy z aktualnej sytuacji w naszym kraju i myśli, że każdy Polak jest anormalny. taki właśnie funkcjonujący w świadomości społecznej uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz rzeczywistości nazywa się fachowo stereotypem. ja miałem już okazję przekonać się, że Rumuni są całkiem normalnym narodem, dobrze, że teraz mam okazję prostować stereotypy, które kształtują postrzeganie Polski w bardziej rozwiniętych krajach..
jakby na przekór temu wszystkiemu zabrałem się ze statywem na wzgórza South Downs. byłem tam ostatni raz w lutym, a ciepłe powietrze pozwalało otrząsnąć się i skupić na czymś fajniejszym, niż polityka. podziwiałem paralotniarzy, którzy jakby wbrew prawom fizyki wzbijali się w powietrze kołując nad nami i unosząc się nierzadko przez 15-20 minut! przyszły mi na myśl słowa Einsteina, który powiedział kiedyś, że czasami wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, a wtedy przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to robi. tak pewnie musiało być z tym sportem i wykonywanymi przez paralotniarzy lotami żaglowymi. zamieniłem z jednym takim hardcorowcem kilka zdań, a na pytanie: 'czy to niebezpieczne?' odpowiedział innym pytaniem: 'a uprawiałeś kiedyś niezabezpieczony seks?'. ja mówię, że i owszem, a on na to: 'oo widzisz, to to jest niebezpieczna sprawa'.. tak więc: everything's relative..
wypad podsumowałem małą panoramką:

jakby na przekór temu wszystkiemu zabrałem się ze statywem na wzgórza South Downs. byłem tam ostatni raz w lutym, a ciepłe powietrze pozwalało otrząsnąć się i skupić na czymś fajniejszym, niż polityka. podziwiałem paralotniarzy, którzy jakby wbrew prawom fizyki wzbijali się w powietrze kołując nad nami i unosząc się nierzadko przez 15-20 minut! przyszły mi na myśl słowa Einsteina, który powiedział kiedyś, że czasami wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, a wtedy przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to robi. tak pewnie musiało być z tym sportem i wykonywanymi przez paralotniarzy lotami żaglowymi. zamieniłem z jednym takim hardcorowcem kilka zdań, a na pytanie: 'czy to niebezpieczne?' odpowiedział innym pytaniem: 'a uprawiałeś kiedyś niezabezpieczony seks?'. ja mówię, że i owszem, a on na to: 'oo widzisz, to to jest niebezpieczna sprawa'.. tak więc: everything's relative..
wypad podsumowałem małą panoramką:

kategoria: podróże link bezpośredni
Eastbourne
29.08.2007; 10.26
miasteczko Eastbourne na południowym krańcu Wielkiej Brytanii ma w sobie coś urzekającego. właściwie to nie wiadomo co: kurort nie przejawia takiej siły przebicia jak Brighton, choć
oczywiście żyje z turystów i zostawianych przez nich pieniędzy z podobizną królowej. główną atrakcją miasteczka położonego w hrabstwie East Sussex jest plaża oraz skupiona przy niej zabudowa układająca się w długą na kilka kilometrów nadmorską promenadę. geograficznie miasto mieści się na południowym końcu obszaru South Downs (down w tym przypadku pochodzi od staroangielskiego dun, co oznacza wzgórze), czyli pagórkowatych zielonych terenów rozciągających się aż od pierwszych zabudowań Londynu.
Eastbourne nie przyciąga ludzi młodych -- kluby nocne są tu rzadkością, więc trzeba traktować to miejsce jak nasz Ciechocinek, czyli miasteczko spotkań ludzi starszych. wikipedia kojarzy z Eastbourne dwie postacie: Alesitera Crowleya -- najbardziej zdeprawowanego człowieka świata, oraz Johna Bodkina Adamsa -- lekarza, seryjnego mordercę, podejrzewanego o uśmiercenie 163 swoich pacjentów..
W świecie miasto rozsławiają dwa wydarzenia: profesjonalny turniej tenisowy oraz najbardziej znane w UK pokazy samolotowe. International Women's Open to turniej na kortach trawiastych, który bezpośrednio poprzedza wielkoszlemowy Wimbledon. grała tam w tym roku także nasza Agnieszka Radwańska, ale odpadła już 2 II rundzie z późniejszą zwyciężczynią -- Justin Henin. drugie wydarzenie
to 4-dniowy pokaz lotniczy Eastbourne Airshow, na który zjeżdża co roku kilkanaście tysięcy gapiów. wybrałem się na to cudo w tym roku z Marasem -- spędziliśmy cały dzień celując naszymi obiektywami w przelatujące cuda, a rozpiętość prezentowanych maszyn była, moim zdaniem, największym atutem pokazu. na dzień dobry zaprezentowała się drużyna Red Arrows,
czyli Zespół Akrobacyjny Królewskich Sił Powietrznych Wielkiej Brytanii. później były znane wojskowe myśliwce Hawk, dwu śmigłowy helikopter Chinook, brytyjskie Tucano oraz akrobacyjne Tutory. mi najbardziej podobały się dwupłatowce rodem z II wojny światowej, choć
zaimprowizowana bitwa powietrzna z niemieckimi Albatrosami (która, jakżeby inaczej, zakończyła się ku uciesze miejscowych zwycięstwem Sił Jej Królewskiej Mości :), nie była już tak okazała. było też wiele innych pokazów, ale wszystko przebiły dwa wydarzenia: pokaz myśliwca Eurofighter Typhoon oraz Jumbo Jeta 747, który ..
wyłonił się zza wzgórz Beachy Head niczym szybowiec, czy paralotnia. warto było dać się przewiać, bo swoisty ryk silników i zapach spalanego paliwa to coś fantastycznie niepowtarzalnego..
oczywiście żyje z turystów i zostawianych przez nich pieniędzy z podobizną królowej. główną atrakcją miasteczka położonego w hrabstwie East Sussex jest plaża oraz skupiona przy niej zabudowa układająca się w długą na kilka kilometrów nadmorską promenadę. geograficznie miasto mieści się na południowym końcu obszaru South Downs (down w tym przypadku pochodzi od staroangielskiego dun, co oznacza wzgórze), czyli pagórkowatych zielonych terenów rozciągających się aż od pierwszych zabudowań Londynu.
Eastbourne nie przyciąga ludzi młodych -- kluby nocne są tu rzadkością, więc trzeba traktować to miejsce jak nasz Ciechocinek, czyli miasteczko spotkań ludzi starszych. wikipedia kojarzy z Eastbourne dwie postacie: Alesitera Crowleya -- najbardziej zdeprawowanego człowieka świata, oraz Johna Bodkina Adamsa -- lekarza, seryjnego mordercę, podejrzewanego o uśmiercenie 163 swoich pacjentów..
W świecie miasto rozsławiają dwa wydarzenia: profesjonalny turniej tenisowy oraz najbardziej znane w UK pokazy samolotowe. International Women's Open to turniej na kortach trawiastych, który bezpośrednio poprzedza wielkoszlemowy Wimbledon. grała tam w tym roku także nasza Agnieszka Radwańska, ale odpadła już 2 II rundzie z późniejszą zwyciężczynią -- Justin Henin. drugie wydarzenie
to 4-dniowy pokaz lotniczy Eastbourne Airshow, na który zjeżdża co roku kilkanaście tysięcy gapiów. wybrałem się na to cudo w tym roku z Marasem -- spędziliśmy cały dzień celując naszymi obiektywami w przelatujące cuda, a rozpiętość prezentowanych maszyn była, moim zdaniem, największym atutem pokazu. na dzień dobry zaprezentowała się drużyna Red Arrows,
czyli Zespół Akrobacyjny Królewskich Sił Powietrznych Wielkiej Brytanii. później były znane wojskowe myśliwce Hawk, dwu śmigłowy helikopter Chinook, brytyjskie Tucano oraz akrobacyjne Tutory. mi najbardziej podobały się dwupłatowce rodem z II wojny światowej, choć
zaimprowizowana bitwa powietrzna z niemieckimi Albatrosami (która, jakżeby inaczej, zakończyła się ku uciesze miejscowych zwycięstwem Sił Jej Królewskiej Mości :), nie była już tak okazała. było też wiele innych pokazów, ale wszystko przebiły dwa wydarzenia: pokaz myśliwca Eurofighter Typhoon oraz Jumbo Jeta 747, który ..
wyłonił się zza wzgórz Beachy Head niczym szybowiec, czy paralotnia. warto było dać się przewiać, bo swoisty ryk silników i zapach spalanego paliwa to coś fantastycznie niepowtarzalnego..kategoria: podróże link bezpośredni
co się stało z naszą klasą?
10.08.2007; 16.43
każdy chyba zna 'Naszą Klasę' Jacka Kaczmarskiego -- piosenkę piękną i od lat prawdziwą. od jakiegoś czasu działa w sieci serwis www.nasza-klasa.pl, który jest rozwiązaniem wszystkich naszych kłopotów z rozjeżdżającymi się po świecie przyjaciółmi. tyle lat minęło, z tyloma ludźmi kontakt się urwał. w dobie ogólnodostępnego internetu serwis jest szansą na odnalezienie wszystkich tych znajomych ze szkolnych lat, o których od dawna nic nie wiemy. tak więc dzieciaki z podstawówki nr 36 w Gliwicach, młodzieży z LO nr IX w Gl., magistro-inżynierowie z Wydziału Organizacji i Zarządzania Politechniki Śląskiej -- odzywać się!
kategoria: zapiski link bezpośredni
z cyklu: kultowe cytaty..
31.07.2007; 12.32
jakoś tak się zawsze składało, że wszędzie miałem blisko. do przedszkola rzut beretem, do podstawówki i liceum to samo. studia to co prawda 5km do Zabrza, ale już Helion znowu był blisko, a obecnie, idąc do NCsoft na godz 9.30, wychodzę o 9.32.. dla tych, którym nigdzie nigdy nie jest blisko, kultowy cytat z 'Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz' Barei:
'Ja, to proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony. Bo golę się wieczorem,śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
- No, ubierasz się pan.
- W płaszcz, jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
- A fakt.
- Do PKS mam 5 kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
- I zdążasz pan?
- Nie... ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni, to jest godzinka... i potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w Elektryczny do stadionu. A potem to już mam z górki. Bo tak. W 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, znaczy w robocie i jest za piętnaście siódma to jeszcze mam kwadrans to sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu... I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać.'
'Ja, to proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony. Bo golę się wieczorem,śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
- No, ubierasz się pan.
- W płaszcz, jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
- A fakt.
- Do PKS mam 5 kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
- I zdążasz pan?
- Nie... ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni, to jest godzinka... i potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w Elektryczny do stadionu. A potem to już mam z górki. Bo tak. W 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, znaczy w robocie i jest za piętnaście siódma to jeszcze mam kwadrans to sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu... I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać.'
kategoria: cudze link bezpośredni
miara spalania kombajnisty i ziemskie sprawy..
24.07.2007; 15.55
a jak mam dość to dla uspokojenia czasem spoglądam na Onet. i to głównie dla komentarzy, bo newsy bardziej rzeczowo i mniej komercyjnie przedstawione są na portalu Gazety. zainteresowany kupnem ziemi spoglądam na pytanie czytelnika:
co to jest 5,5dt/ha? [decytony/hektar, czyli 100kg -- kwintal]
i życzliwa odpowiedź innego przychylnego:
to miara spalania kombajnisty na Bizonie. 5 i pół dużych tyskich na hektar skoszonego pola..
mamy pomocnych i wesołych rodaków.. :)
innym razem koleś chwali się, że kupił ziemię za 3 zł, a teraz sprzedał za 80 zł/m2. no i zadaje czytelnikom pytanie? ile zarobiłem na tej inwestycji?
sprytniejszy jakiś wyrwał się przed szereg i mówi, że: 77 zł.
ale drugi, bardziej dociekliwy pyta: przez ile lat tą ziemię trzeba trzymać w doniczce? czy dodawane były dżdżownice? trzeci, jeszcze lepszy pyta: gdzie kupiłeś takie duże doniczki?
co to jest 5,5dt/ha? [decytony/hektar, czyli 100kg -- kwintal]
i życzliwa odpowiedź innego przychylnego:
to miara spalania kombajnisty na Bizonie. 5 i pół dużych tyskich na hektar skoszonego pola..
mamy pomocnych i wesołych rodaków.. :)
innym razem koleś chwali się, że kupił ziemię za 3 zł, a teraz sprzedał za 80 zł/m2. no i zadaje czytelnikom pytanie? ile zarobiłem na tej inwestycji?
sprytniejszy jakiś wyrwał się przed szereg i mówi, że: 77 zł.
ale drugi, bardziej dociekliwy pyta: przez ile lat tą ziemię trzeba trzymać w doniczce? czy dodawane były dżdżownice? trzeci, jeszcze lepszy pyta: gdzie kupiłeś takie duże doniczki?
kategoria: humor link bezpośredni
Portsmouth, czyli pan już tu był..
23.07.2007; 15.27
(na początek należy zapodać sobie melodię dla zapewnienia klimatu)
zimne północne wiatry zagnały mnie 80 km na zachód -- do Portsmouth w hrabstwie Hampshire. przeciętnemu Polakowi ów miasto kojarzy się (nie mylić z ignorantami, którym, niczym Amerykanom, nie kojarzy się z niczym) z potężnym portem marynarki wojennej, odgrywającym kolosalną rolę podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. jednak już znacznie wcześniej miasto przeszło do legend będąc główną bazą dla imperialnej wówczas floty Zjednoczonego Królestwa -- wystarczy wspomnieć sławną bitwę pod Trafalgarem (21 paź 1805, w której flota brytyjska rozgromiła zjednoczone siły francusko-hiszpańskie i śmierć dowódcy eskadry angielskiej, admirała Nelsona). największym skarbem miasta jest więc historyczny port (historic dockyard) wraz z historycznymi zabudowaniami i infrastrukturą oraz nowoczesną przebudową, na którą w ostatnich latach wydano ponad 300mln funtów.
spacer po porcie stawia przed naszymi oczami wszystko to, czym żyli przed laty ludzie morza. mamy tu
stocznię, suchy dok, magazyny, porozrzucane tu i
ówdzie części statków, muzea, morskie restauracje, pomniki uznanych osób, centra multimedialne, no i
przede wszystkim statki. do najbardziej znanych należą:
:: HMS Warrior -- zbudowany w 1860 roku, pierwszy światowy statek oceaniczny nazwany statkiem wojennym (battleship). więcej informacji w wikipedii.
:: HMS Victory -- zbudowany w latach 1759-1765, 104-działowy liniowiec wsławiony w bitwie pod Trafalgarem. więcej informacji w wikipedii.
:: wrak Mary Rose -- największy XVI-wieczny okręt królewskiej floty wojennej w Wielkiej Brytanii. zbudowany w latach 1509-10, posiadał aż 91 armat, zatonął niespodziewanie 19 lipca 1545 roku i do roku 1982 (!!) spoczywał na dnie cieśniny Solent, znajdującej się pomiędzy wyspą Wight i Anglią. na początku lat siedemdziesiątych okręt został odnaleziony, a w 1982 roku wyciągnięty na powierzchnię..
wstęp do portu jest darmowy, ale już zwiedzanie muzeów i statków jest płatne, a cena biletu na
wszystkie atrakcje wynosi tyle, ile kosztował mój marcowy lot do Polski :) tak czy inaczej wbiliśmy się w kilka miejsc na, jak to mówi Łuki, krzywy ryj. oprócz tej prostackiej metody udało nam się znaleźć jeden bilet, a wchodząc na jego podstawie do jednego z muzeów pani na bramce delikatnie mi zwróciła uwagę, że .. 'pan już tu był'. równie grzecznie udałem zdziwionego, przeprosiłem panią (ona mnie, niczym wytrawna Brytyjka, również) i wyszedłem..
następnie wjechaliśmy (bilet: 6 funtów) na górę 170 metrowej wieży widokowej Spinnaker tower, z której rozciąga się niezapomniany widok na Portsmouth (i kilka innych przyległych miasteczek), port, zatokę i wyspę Isle of Wight. widok przecudowny, który mogę porównać, jak na razie, tylko z widokiem z góry Empire State Building oraz z najwyższego tarasu widokowego wieży Eiffela. wieża przypomina wydęty wiatrem żagiel, co wg architekta Scotta Wilsona ma symbolizować morską historię miasta. więcej informacji o tej wspaniałej budowli dostępnych jest, jak zwykle, w wikipedii. później przeszliśmy się miłymi portowymi uliczkami, oglądając architekturę mieszkalno-magazynową oraz puby -- pozostałości sprzed kilkuset lat morskich opowieści.
do Portsmouth wrócę na pewno -- po pierwsze, aby pokazać to miejsce innym, a po drugie, gdyż odchodzą stąd promy na wyspę Isle of Wight, na którą planuję się wybrać jeszcze tego lata na dwa weekendowe dni. warto również pospacerować wąskimi staroportowymi uliczkami miasta, obejrzeć stary fort obronny, powspominać żeglarskie dzieje w którymś z lokalnych, starych jak świat, pubów. i czasem posłuchać, co szanty mówią o tym pełnym wrażeń miejscu, bo oprócz nieśmiertelnych 'hiszpańskich dziewczyn' miasto jest wspominane w wielu innych morskich piosenkach..
zimne północne wiatry zagnały mnie 80 km na zachód -- do Portsmouth w hrabstwie Hampshire. przeciętnemu Polakowi ów miasto kojarzy się (nie mylić z ignorantami, którym, niczym Amerykanom, nie kojarzy się z niczym) z potężnym portem marynarki wojennej, odgrywającym kolosalną rolę podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. jednak już znacznie wcześniej miasto przeszło do legend będąc główną bazą dla imperialnej wówczas floty Zjednoczonego Królestwa -- wystarczy wspomnieć sławną bitwę pod Trafalgarem (21 paź 1805, w której flota brytyjska rozgromiła zjednoczone siły francusko-hiszpańskie i śmierć dowódcy eskadry angielskiej, admirała Nelsona). największym skarbem miasta jest więc historyczny port (historic dockyard) wraz z historycznymi zabudowaniami i infrastrukturą oraz nowoczesną przebudową, na którą w ostatnich latach wydano ponad 300mln funtów.
'Portsmouth'
Do Portsmouth do Portsmouth To piękne miasto jest Tam wypijemy wina dzban i zabawimy się Za dzielny statek co nas wiódł Szklanice wznieśmy też Gdy forsę puścimy pójdziemy w nowy rejs
Do Portsmouth do Portsmouth To piękne miasto jest Tam wypijemy wina dzban i zabawimy się Za dzielny statek co nas wiódł Szklanice wznieśmy też Gdy forsę puścimy pójdziemy w nowy rejs
:: HMS Warrior -- zbudowany w 1860 roku, pierwszy światowy statek oceaniczny nazwany statkiem wojennym (battleship). więcej informacji w wikipedii.
:: HMS Victory -- zbudowany w latach 1759-1765, 104-działowy liniowiec wsławiony w bitwie pod Trafalgarem. więcej informacji w wikipedii.
:: wrak Mary Rose -- największy XVI-wieczny okręt królewskiej floty wojennej w Wielkiej Brytanii. zbudowany w latach 1509-10, posiadał aż 91 armat, zatonął niespodziewanie 19 lipca 1545 roku i do roku 1982 (!!) spoczywał na dnie cieśniny Solent, znajdującej się pomiędzy wyspą Wight i Anglią. na początku lat siedemdziesiątych okręt został odnaleziony, a w 1982 roku wyciągnięty na powierzchnię..
'Royal Oak'
Trzy spaliliśmy, trzy poszły na dno, Trzy dały dęba, gdy trwała ta noc. A ostatni pryzem na hol wziętym był, By w Portsmouth świadczyć o układzie sił.
Trzy spaliliśmy, trzy poszły na dno, Trzy dały dęba, gdy trwała ta noc. A ostatni pryzem na hol wziętym był, By w Portsmouth świadczyć o układzie sił.
następnie wjechaliśmy (bilet: 6 funtów) na górę 170 metrowej wieży widokowej Spinnaker tower, z której rozciąga się niezapomniany widok na Portsmouth (i kilka innych przyległych miasteczek), port, zatokę i wyspę Isle of Wight. widok przecudowny, który mogę porównać, jak na razie, tylko z widokiem z góry Empire State Building oraz z najwyższego tarasu widokowego wieży Eiffela. wieża przypomina wydęty wiatrem żagiel, co wg architekta Scotta Wilsona ma symbolizować morską historię miasta. więcej informacji o tej wspaniałej budowli dostępnych jest, jak zwykle, w wikipedii. później przeszliśmy się miłymi portowymi uliczkami, oglądając architekturę mieszkalno-magazynową oraz puby -- pozostałości sprzed kilkuset lat morskich opowieści.
'Czarnobrody kapitan'
Z Portsmouth ogłosił nagrodę za nasz bryg, Złoto za naszą śmierć. Więc żywy dziś nie wyjdzie nikt, Kto Teacha pragnął mieć.
Z Portsmouth ogłosił nagrodę za nasz bryg, Złoto za naszą śmierć. Więc żywy dziś nie wyjdzie nikt, Kto Teacha pragnął mieć.
kategoria: podróże link bezpośredni
z cyklu: życie na obczyźnie..
19.07.2007; 23.25
idę z Willem -- kolegą z NCsoftu z działu QA..
- where do you come from? - pytam wychodząc z firmy.
- Man.. I was born here, in Brighton. ya see that building, ovrthere? - pokazuje palcem na budynek na przeciwległym wzgórzu.
- yeap - odpowiadam.
- that's hospital, I was born there -- mówi z zadowoleniem.
- and me.. I was born right there -- pokazuję palcem w kierunku południowo-wschodnim.
- yyyyy, whaeyt? - nie załapał. swoją drogą uwielbiam to brytyjskie przeciągane 'what?'.
- yeah! right there. 998 miles from Brighton..
- ehyhyhy..
- ehehehe..
*****
wracam ze sklepu, a tu na trawniku przed moim oknem pospolite ruszenie. jakieś 50 osób giba się na różne strony, dookoła cisza, nic nie słychać. podchodzę bliżej -- oni tańczą.. WTF? -- taka pierwsza myśl. po chwili zrozumiałem, że to anonimowe spotkanie, tzw. Flash mob (jakich coraz więcej organizuje się przez internet), gdzie przypadkowi ludzie umawiają się na .. daną czynność, przychodzą, wykonują ją i idą swoją drogą. tym razem było to tańczenie boso na trawie w centrum Brighton, koniecznie w słuchawkach, do przyniesionej przez siebie muzyki.. chwilę się pokiwali (niektórzy poważni, inni weseli, jeszcze inni rozmarzeni), po czym się rozeszli i impreza się skończyła..
- where do you come from? - pytam wychodząc z firmy.
- Man.. I was born here, in Brighton. ya see that building, ovrthere? - pokazuje palcem na budynek na przeciwległym wzgórzu.
- yeap - odpowiadam.
- that's hospital, I was born there -- mówi z zadowoleniem.
- and me.. I was born right there -- pokazuję palcem w kierunku południowo-wschodnim.
- yyyyy, whaeyt? - nie załapał. swoją drogą uwielbiam to brytyjskie przeciągane 'what?'.
- yeah! right there. 998 miles from Brighton..
- ehyhyhy..
- ehehehe..
*****
wracam ze sklepu, a tu na trawniku przed moim oknem pospolite ruszenie. jakieś 50 osób giba się na różne strony, dookoła cisza, nic nie słychać. podchodzę bliżej -- oni tańczą.. WTF? -- taka pierwsza myśl. po chwili zrozumiałem, że to anonimowe spotkanie, tzw. Flash mob (jakich coraz więcej organizuje się przez internet), gdzie przypadkowi ludzie umawiają się na .. daną czynność, przychodzą, wykonują ją i idą swoją drogą. tym razem było to tańczenie boso na trawie w centrum Brighton, koniecznie w słuchawkach, do przyniesionej przez siebie muzyki.. chwilę się pokiwali (niektórzy poważni, inni weseli, jeszcze inni rozmarzeni), po czym się rozeszli i impreza się skończyła..
kategoria: humor link bezpośredni
przegięcie..
12.07.2007; 16.00
podczas ostatniego wypadu do Royal Tunbridge Wells przeszedłem samego siebie. zawsze idę tam, gdzie
inni dojść nie potrafią -- nie cofam się przed przeciwnościami, nie uwzględniam barier, zawsze szukam
najlepszej pozycji do pstryknięcia zdjęcia. tym razem jednak lekko przegiąłem..
Tunbridge Wells West jest pierwszą stacją na linii zabytkowej kolejki parowej zwanej Spa Valley Railway. odrestaurowana kolej biegnie trasą na zachód, do miasteczka Groombridge. po drodze znajduje się przystanek High Rocks, miejsce znane z niezłych skałek wspinaczkowych. postanowiłem zrobić fotkę kolei, gdzieś na trasie przejazdu.. sama stacja w Tunbridge Wells nie pozwala na wiele -- peron jest wąski, a ja chciałem ustawić się gdzieś, gdzie widać większą przestrzeń. niestety poza miastem kolej biegnie gęstym lasem, więc musiałem kombinować. jakaś babka powiedziała mi, żebym szedł tą tu dróżką, bo dalej na bank będzie jakaś polana. no to poszedłem. po minięciu ostatnich zabudowań dróżka wciąż się zwężała, roślinność stawała się coraz bardziej bujna i uniemożliwiała przejście. ale szedłem. po pewnym czasie coś poruszyło się zza krzaka, a kilkanaście metrów dalej wyskoczyło na ścieżkę. sarna. stanęła na ścieżce, podobnie jak ja i zaczęliśmy się sobie przyglądać. trwało to dobrą chwilę: ona wpatrzona we mnie, ja z aparatem w plecaku wciąż nieruchomo. i trwaliśmy tak, jak w transie, jak gdyby żadne z nas nigdy nie widziało podobnego osobnika. po chwili sarna zdecydowała się spokojnie zagłębić w las i znowu byłem sam na swojej zwężającej się ścieżce. po przejściu kilkuset metrów ścieżka się skończyła -- najnormalniej w świecie zniknęła. w zamian pojawiła się ściana z roślinności, coś na wzór 5 metrowego żywopłotu, kompletnie uniemożliwiając dalszą wędrówkę. skręciłem w lewo, przedarłem się przez krzaki, ale po 10 metrach pokrzyw, bluszczu i innej dżunglowej roślinności zawróciłem. w krótkich spodenkach i bez żadnej broni w walce z natarczywą zielenią nie miałem szans. zawróciłem, lecz po jakieś minucie słyszę pociąg. zbliża się, zbliża i .. jest, przejechał jakieś 100 m od miejsca w którym stałem. nic nie widziałem, ale charakterystyczny pisk kolei parowej wywarł na mnie duże wrażenie, więc postanowiłem przedrzeć się przez te krzaki i dotrzeć w pobliże torów.. być tak blisko i zrezygnować to grzech. po kolejnej kilkumetrowej walce z zielenią byłem już nieźle podrapany -- do tego doszła mała górka, wpół zgięty, z liśćmi na całym ciele wyglądałem jak żołnierz amerykański walczący gdzieś w Wietnamie. skąd oni w Anglii wzięli taką roślinność? nic, idę, a w zasadzie czołgam się dalej: za chwilę pokrzywy sięgały mi już do pasa, ostre liany szarpały za wszystkie możliwe części ubrania, ale twardo walczę przy pomocy kija i mimo że doszczętnie pokłuty -- najgorsze za mną. po 2 metrach -- cholera, płot. stary drewniany płot, o wysokości jednego metra. skoczyłem, zahaczyłem kolanem, leci krew, wpadłem w dół, teraz pokrzywy sięgają mi już do szyi, kolce wbijają mi się w uda, jakiś wąż uciekł przed moją stopą. ja pierdolę, gdzie ja się wepchałem.. uff, przeszedłem, idę dalej. po 30 metrach -- strumyk. kurwa tutaj strumyk? szerokość lekko ponad metr, dość głęboki, niestety obydwa jego brzegi nachylone pod kątem 45 stopni, obrośnięte jakimś zielonym badziewiem uniemożliwiają rozpęd. stałem tak z 2 minuty, ale nie ma nawet którędy wracać. w końcu skaczę i jest, udało się, choć wiszę bezwładnie na stromym brzegu, trzymam się trawy, ręce ucierpiały, ale żyję i co najważniejsze -- kilka kolejnych godzin spędzę w suchych butach. idę dalej, koniec pola. ściana jeszcze bardziej szczelna niż poprzednio. myślę sobie: Wojtek Cejrowski przedziera się na boso przez dżunglę, a ja sobie nie poradzę w cywilizowanej Anglii? idę, gruby kij na początku pomaga, ale gdy wszedłem między poziome gałęzie drzew, wspierane pokrzywami, jakie zdarzało mi się widzieć tylko w dzieciństwie i .. bluszczem o grubości palca z centymetrowymi kolcami wijącym się wszędzie, musiałem sobie radzić samemu. już coraz bardziej nerwowo deptam wszystko co zielone, nie zwracam uwagę na zakrwawioną nogę, nie czuję już nawet kolejnych ukłuć pokrzyw. twardo i mechanicznie poruszam się naprzód z prędkością 1 metra na minutę. po pewnym czasie załamany planuję jednak zawrócić -- no nie da się, przecież nie jestem nienormalny, nie da się. ale zawrócić tym bardziej się nie da -- kolce trzymają moje włosy, koszulkę, uda. samych nóg nie czuję, nieprzyjemne mrowienie przypomina o 50 kg ostrych jak żyletka pokrzyw. kawałek gwoździa z płotu wciąż wystaje z kolana. stoję tak kilka minut, przecież nie będę tu nocował. idę dalej. tym razem nieczuły na ból, poświęcając koszulkę, raniąc ręce, przechodzę. uff, udało się, choć zakrwawione nogi nie służą mi już tak jak poprzednio. dotarłem do torów, teraz żeby tylko ten jebany pociąg jechał, bo mnie szlag trafi. siedzę tak 20 minut i słyszę -- jedzie. noo, chociaż pot i krew na coś się przydały. wychodzę na tory, robie kilka fotek, a z pociągu machają mi maszyniści. odmachuję im w przyjacielskim geście, choć za chwilę domniemywam sobie, że oni wcale mi nie machają, a próbują przegonić z torów! schodzę więc na bok i robię zdjęcia zza krzaka. pociąg zwalnia, w końcu zatrzymuje się koło mnie i takiego opierdolu jaki od nich zebrałem nie pamiętam od 20 lat, kiedy zebrałem niezłe wciry od taty za to, że nie chciałem odkurzać mieszkania i kazałem mu samemu to sobie zrobić. do tego wrzeszczą po angielsku, wszyscy pasażerowie w oknach -- 'he wanteeeeed to commit sucide!!!!', słyszę westchnięcia. maszyniści się drą, straszą kryminałem, mówią coś o jakimś Train Parku, a ja fotki tylko chciałem zrobić.. w końcu przeganiają mnie zupełnie i pociąg rusza. ja oczywiście wracam na tory i robię kilka dobrych ujęć zabytkowego pociągu, z tyłu podziwiając kłęby pary jaka mu towarzyszyła..
przegiąłem, wiem. ale najważniejsze są wrażenia, których tego dnia było pełno.. :)
Tunbridge Wells West jest pierwszą stacją na linii zabytkowej kolejki parowej zwanej Spa Valley Railway. odrestaurowana kolej biegnie trasą na zachód, do miasteczka Groombridge. po drodze znajduje się przystanek High Rocks, miejsce znane z niezłych skałek wspinaczkowych. postanowiłem zrobić fotkę kolei, gdzieś na trasie przejazdu.. sama stacja w Tunbridge Wells nie pozwala na wiele -- peron jest wąski, a ja chciałem ustawić się gdzieś, gdzie widać większą przestrzeń. niestety poza miastem kolej biegnie gęstym lasem, więc musiałem kombinować. jakaś babka powiedziała mi, żebym szedł tą tu dróżką, bo dalej na bank będzie jakaś polana. no to poszedłem. po minięciu ostatnich zabudowań dróżka wciąż się zwężała, roślinność stawała się coraz bardziej bujna i uniemożliwiała przejście. ale szedłem. po pewnym czasie coś poruszyło się zza krzaka, a kilkanaście metrów dalej wyskoczyło na ścieżkę. sarna. stanęła na ścieżce, podobnie jak ja i zaczęliśmy się sobie przyglądać. trwało to dobrą chwilę: ona wpatrzona we mnie, ja z aparatem w plecaku wciąż nieruchomo. i trwaliśmy tak, jak w transie, jak gdyby żadne z nas nigdy nie widziało podobnego osobnika. po chwili sarna zdecydowała się spokojnie zagłębić w las i znowu byłem sam na swojej zwężającej się ścieżce. po przejściu kilkuset metrów ścieżka się skończyła -- najnormalniej w świecie zniknęła. w zamian pojawiła się ściana z roślinności, coś na wzór 5 metrowego żywopłotu, kompletnie uniemożliwiając dalszą wędrówkę. skręciłem w lewo, przedarłem się przez krzaki, ale po 10 metrach pokrzyw, bluszczu i innej dżunglowej roślinności zawróciłem. w krótkich spodenkach i bez żadnej broni w walce z natarczywą zielenią nie miałem szans. zawróciłem, lecz po jakieś minucie słyszę pociąg. zbliża się, zbliża i .. jest, przejechał jakieś 100 m od miejsca w którym stałem. nic nie widziałem, ale charakterystyczny pisk kolei parowej wywarł na mnie duże wrażenie, więc postanowiłem przedrzeć się przez te krzaki i dotrzeć w pobliże torów.. być tak blisko i zrezygnować to grzech. po kolejnej kilkumetrowej walce z zielenią byłem już nieźle podrapany -- do tego doszła mała górka, wpół zgięty, z liśćmi na całym ciele wyglądałem jak żołnierz amerykański walczący gdzieś w Wietnamie. skąd oni w Anglii wzięli taką roślinność? nic, idę, a w zasadzie czołgam się dalej: za chwilę pokrzywy sięgały mi już do pasa, ostre liany szarpały za wszystkie możliwe części ubrania, ale twardo walczę przy pomocy kija i mimo że doszczętnie pokłuty -- najgorsze za mną. po 2 metrach -- cholera, płot. stary drewniany płot, o wysokości jednego metra. skoczyłem, zahaczyłem kolanem, leci krew, wpadłem w dół, teraz pokrzywy sięgają mi już do szyi, kolce wbijają mi się w uda, jakiś wąż uciekł przed moją stopą. ja pierdolę, gdzie ja się wepchałem.. uff, przeszedłem, idę dalej. po 30 metrach -- strumyk. kurwa tutaj strumyk? szerokość lekko ponad metr, dość głęboki, niestety obydwa jego brzegi nachylone pod kątem 45 stopni, obrośnięte jakimś zielonym badziewiem uniemożliwiają rozpęd. stałem tak z 2 minuty, ale nie ma nawet którędy wracać. w końcu skaczę i jest, udało się, choć wiszę bezwładnie na stromym brzegu, trzymam się trawy, ręce ucierpiały, ale żyję i co najważniejsze -- kilka kolejnych godzin spędzę w suchych butach. idę dalej, koniec pola. ściana jeszcze bardziej szczelna niż poprzednio. myślę sobie: Wojtek Cejrowski przedziera się na boso przez dżunglę, a ja sobie nie poradzę w cywilizowanej Anglii? idę, gruby kij na początku pomaga, ale gdy wszedłem między poziome gałęzie drzew, wspierane pokrzywami, jakie zdarzało mi się widzieć tylko w dzieciństwie i .. bluszczem o grubości palca z centymetrowymi kolcami wijącym się wszędzie, musiałem sobie radzić samemu. już coraz bardziej nerwowo deptam wszystko co zielone, nie zwracam uwagę na zakrwawioną nogę, nie czuję już nawet kolejnych ukłuć pokrzyw. twardo i mechanicznie poruszam się naprzód z prędkością 1 metra na minutę. po pewnym czasie załamany planuję jednak zawrócić -- no nie da się, przecież nie jestem nienormalny, nie da się. ale zawrócić tym bardziej się nie da -- kolce trzymają moje włosy, koszulkę, uda. samych nóg nie czuję, nieprzyjemne mrowienie przypomina o 50 kg ostrych jak żyletka pokrzyw. kawałek gwoździa z płotu wciąż wystaje z kolana. stoję tak kilka minut, przecież nie będę tu nocował. idę dalej. tym razem nieczuły na ból, poświęcając koszulkę, raniąc ręce, przechodzę. uff, udało się, choć zakrwawione nogi nie służą mi już tak jak poprzednio. dotarłem do torów, teraz żeby tylko ten jebany pociąg jechał, bo mnie szlag trafi. siedzę tak 20 minut i słyszę -- jedzie. noo, chociaż pot i krew na coś się przydały. wychodzę na tory, robie kilka fotek, a z pociągu machają mi maszyniści. odmachuję im w przyjacielskim geście, choć za chwilę domniemywam sobie, że oni wcale mi nie machają, a próbują przegonić z torów! schodzę więc na bok i robię zdjęcia zza krzaka. pociąg zwalnia, w końcu zatrzymuje się koło mnie i takiego opierdolu jaki od nich zebrałem nie pamiętam od 20 lat, kiedy zebrałem niezłe wciry od taty za to, że nie chciałem odkurzać mieszkania i kazałem mu samemu to sobie zrobić. do tego wrzeszczą po angielsku, wszyscy pasażerowie w oknach -- 'he wanteeeeed to commit sucide!!!!', słyszę westchnięcia. maszyniści się drą, straszą kryminałem, mówią coś o jakimś Train Parku, a ja fotki tylko chciałem zrobić.. w końcu przeganiają mnie zupełnie i pociąg rusza. ja oczywiście wracam na tory i robię kilka dobrych ujęć zabytkowego pociągu, z tyłu podziwiając kłęby pary jaka mu towarzyszyła..
przegiąłem, wiem. ale najważniejsze są wrażenia, których tego dnia było pełno.. :)
kategoria: podróże link bezpośredni
Kentish Tour de France
11.07.2007; 17.26
najbardziej znany światowy wyścig kolarski -- Tour de France, wzorem lat poprzednich wyjeżdża poza kraj ojczysty i zahacza o inne europejskie państwa. tegoroczna edycja rozpoczęła się w sobotę w Londynie, a po etapie czasowym przyszła pora na pierwszą jazdę szosową -- na południe w kierunku Francji. nafaszerowane sterydami chłopaki jechały do historycznego miasta Cantenbury, a ja przeciąłem ich tor nieco wcześniej, w miasteczku Tonbridge w hrabstwie Kent..
pierwsza zaskakująca sprawa: tłok w pociągach. wbrew temu co mówi Wiewióra (a co podobno pisali we francuskich gazetach), Angole tłumnie stawili się na trasie wyścigu, choć oczywiście nie mam pojęcia ile osób dopinguje kolarzy we Francji. w pociągach tłok, pot, przekleństwa i gorączkowe spojrzenia -- głównie przez to, że jajogłowi Angole nie wiedzą, że należy się przesunąć w stronę środka składu. wydaje mi się, że nie znają takiego pojęcia, jak zapełnione środki komunikacyjne i osobiście wiele dałbym, aby ujrzeć ich w pociągu z Katowic do Gliwic w godzinie szczytu.. miasteczka na trasie przejazdu pełne. trzeba im przyznać, że organizacja wspaniała: festyny, występy, prezenty, wsparcie informacyjne, ulotki, na każdym kroku woda..
jakieś 2h przed kolarzami trasa wyścigu zapełnia się tzw. public caravanem -- różnymi dziwnymi pojazdami, głównie sponsorów wyścigu. zewsząd muzyka, tańce i zrzucane z platform upominki. fajnie to wyglądało, ale trzeba przyznać, że 100% jadącej kolumny to samochody francuskie. widać oprawa weszła Żabojadom w krew i z roku na rok są coraz lepsi. to nie pierwszy rok, w który wyścig pojawił się na terenach Wielkiej Brytanii i widać to było po miejscowych, ryczących na nastolatki skaczące na platformach jak my na stadionie Górnika.. po caravanie postanowiłem opuścić miłe Tonbridge i udać się drogą przejazdu wyścigu w stronę Royal Tunbridge Wells, jakieś 10km. i właśnie po opuszczeniu miasteczka zobaczyłem piękną i subtelną różnicę. otóż wszystkie mijane wiochy wypełnione były Angolami, którzy na ten dzień wyprowadzali się z domu na ulicę. na chodnikach ustawiane były krzesła, stoły i grille. na płotach powiewały brytyjskie flagi, obficie lało się wino. widać było, że dla mieszkańców wiosek na trasie przejazdu to duże święto i każdy -- młody, stary, interesujący się kolarstwem, czy nie -- postanowił wziąć w nim udział..
sam przejazd trwał sekundy. najpierw pięciu kolarzy z grupy uciekinierów, po jakichś pięciu minutach przemknął cały peleton. za dużo z tego momentu nie pamiętam, bo skupiłem się na pstrykaniu zdjęć. po 20 sekundach było po wszystkim -- that's it, jak powiedziała jedna ze stojących obok mnie starszych pań. po przejeździe peletonu mijali mnie jeszcze amatorscy kolarze, którzy przemierzali trasę wyścigu po swoich bardziej znanych idolach. trasa opustoszała, ale bawiący się Angole przez długie godziny piekli kiełbaski, tłumnie wypełniali klimatyczne puby, ciesząc się fenomenem dnia.. plusy na hrabstwa Kent są podobno ogromne. najwyżej ceni się rozległe relacje i reklamę tego regionu -- Kent nazywane jest Ogrodem Anglii (Garden of England), a piękne widoki i rozległe zielone przestrzenie mają przyciągnąć turystów, którzy do tej pory skupiali się na Londynie. miejscowi zdawali sobie sprawę, jak medialne to wydarzenie, ale myślę, że takie momenty są głęboko zakorzenione w ich mentalność. część z mojej pieszej wędrówki przeszedłem z Nowozelandczykiem, który opowiadał, że cała otoczka wygląda fajnie, ale u nich, życie rodzinno-przyjacielskie jest kilka razy bardziej rozwinięte. nie chciałem mu mówić, jak to wygląda w moim kraju..
pierwsza zaskakująca sprawa: tłok w pociągach. wbrew temu co mówi Wiewióra (a co podobno pisali we francuskich gazetach), Angole tłumnie stawili się na trasie wyścigu, choć oczywiście nie mam pojęcia ile osób dopinguje kolarzy we Francji. w pociągach tłok, pot, przekleństwa i gorączkowe spojrzenia -- głównie przez to, że jajogłowi Angole nie wiedzą, że należy się przesunąć w stronę środka składu. wydaje mi się, że nie znają takiego pojęcia, jak zapełnione środki komunikacyjne i osobiście wiele dałbym, aby ujrzeć ich w pociągu z Katowic do Gliwic w godzinie szczytu.. miasteczka na trasie przejazdu pełne. trzeba im przyznać, że organizacja wspaniała: festyny, występy, prezenty, wsparcie informacyjne, ulotki, na każdym kroku woda..
jakieś 2h przed kolarzami trasa wyścigu zapełnia się tzw. public caravanem -- różnymi dziwnymi pojazdami, głównie sponsorów wyścigu. zewsząd muzyka, tańce i zrzucane z platform upominki. fajnie to wyglądało, ale trzeba przyznać, że 100% jadącej kolumny to samochody francuskie. widać oprawa weszła Żabojadom w krew i z roku na rok są coraz lepsi. to nie pierwszy rok, w który wyścig pojawił się na terenach Wielkiej Brytanii i widać to było po miejscowych, ryczących na nastolatki skaczące na platformach jak my na stadionie Górnika.. po caravanie postanowiłem opuścić miłe Tonbridge i udać się drogą przejazdu wyścigu w stronę Royal Tunbridge Wells, jakieś 10km. i właśnie po opuszczeniu miasteczka zobaczyłem piękną i subtelną różnicę. otóż wszystkie mijane wiochy wypełnione były Angolami, którzy na ten dzień wyprowadzali się z domu na ulicę. na chodnikach ustawiane były krzesła, stoły i grille. na płotach powiewały brytyjskie flagi, obficie lało się wino. widać było, że dla mieszkańców wiosek na trasie przejazdu to duże święto i każdy -- młody, stary, interesujący się kolarstwem, czy nie -- postanowił wziąć w nim udział..
sam przejazd trwał sekundy. najpierw pięciu kolarzy z grupy uciekinierów, po jakichś pięciu minutach przemknął cały peleton. za dużo z tego momentu nie pamiętam, bo skupiłem się na pstrykaniu zdjęć. po 20 sekundach było po wszystkim -- that's it, jak powiedziała jedna ze stojących obok mnie starszych pań. po przejeździe peletonu mijali mnie jeszcze amatorscy kolarze, którzy przemierzali trasę wyścigu po swoich bardziej znanych idolach. trasa opustoszała, ale bawiący się Angole przez długie godziny piekli kiełbaski, tłumnie wypełniali klimatyczne puby, ciesząc się fenomenem dnia.. plusy na hrabstwa Kent są podobno ogromne. najwyżej ceni się rozległe relacje i reklamę tego regionu -- Kent nazywane jest Ogrodem Anglii (Garden of England), a piękne widoki i rozległe zielone przestrzenie mają przyciągnąć turystów, którzy do tej pory skupiali się na Londynie. miejscowi zdawali sobie sprawę, jak medialne to wydarzenie, ale myślę, że takie momenty są głęboko zakorzenione w ich mentalność. część z mojej pieszej wędrówki przeszedłem z Nowozelandczykiem, który opowiadał, że cała otoczka wygląda fajnie, ale u nich, życie rodzinno-przyjacielskie jest kilka razy bardziej rozwinięte. nie chciałem mu mówić, jak to wygląda w moim kraju..
kategoria: podróże link bezpośredni
sunrise
07.07.2007; 19.37
siódmego siódmego siódmego po raz pierwszy w UK zrealizowałem wizję obejrzenia wschodu słońca. nocnym wstawaniem straszyłem długo i nie dziwię się, że współlokatorzy nie wierzyli, że tym razem mi się uda. doszło nawet do zakładu o rzeczy mężczyźnie w domu najbardziej potrzebne -- z Kamilą o naleśniki, a z Amelią o ciasto (po czym z zakładu niewiasty się wycofały). jak zawsze wierzyła we mnie Agata. tak ambicjonalnie nastawiony w ogóle nie poszedłem spać, bo o 00.45 lokalnego czasu Polacy walczyli w MŚ U21 z szybkimi jak Anglik podczas picia Koreańczykami, a później, na 2h i tak już nie było sensu. poszedłem z aparatem, statywem i kawą. i jak zwykle wschód mnie nie rozczarował -- swoją wyjątkowością zaraża mnie zawsze. czy to w Polsce przy rannym łowieniu ryb, czy w Norwegii budząc się gdzieś na odludziu między fiordami, czy w Stanach, po nocy spędzonej na pustyni. wschód jest piękny, wyjątkowy i klimatyczny i nie ma nawet sensu wymyślać jakichś zgrabnych historii, jakichś wydarzeń zaspakajających wyobraźnię.. ważny moment utrwaliłem na poniższej panoramie złożonej z 9 ujęć (600x700px -- 766kb).


kategoria: pasje link bezpośredni
MCV Fives Tournament
06.06.2007; 17.36
wzięliśmy udział w turnieju piłkarskim MCV Fives (the Market for home Computing
& Video Games) rozgrywanym w Londynie. turniej odbywa się co roku, a startują w
nim reprezentacje firm skupionych wokół branży gier komputerowych. w tym roku
startowało prawie 60 drużyn z tak znanych firm jak EA sports, Sierra (Vivendi),
Nintendo, Sega, Sports Interactive, Eidos, Activision, Atari, Codemasters
Studios czy Xbox UK. miejscem rozgrywania meczy jest jeden z ośrodków piłkarskich w dzielnicy Tottenham na
północy Londynu.. już na samym początku spotykam kolesia w koszulce Legii, jak się okazuje grał w turnieju jako bramkarz, a później zaczynam rozmowę z jednym z graczy z zespołu firmy Volatile, który okazuje się .. Polakiem. z Olesna. obiecał mi fotki z turnieju, bo miał wspaniały obiektyw o ogniskowej 100-400mm!
nasz demokratycznie wybrany team (fotka w lipcowym fotoblogu) składał się z 7 mega kopaczy:
Mike -- Anglik, organizator i nasz kapitan, kilka lat temu wygrał ten turniej..
David -- Anglik, pseudonim Clemo, potężny obrońca, totalnie wyluzowany 35-latek..
Luic -- Francuz, niski i szybki niczym Maradona i tak jak on dysponujący potężnym strzałem z lewej nogi..
Foucaulda -- Francuz, nasza bramkarska ostoja..
Martin -- Niemiec, mistrz piłkarski w .. konsolowej Pro Evolution Soccer..
Alex -- Niemiec, długowłosy fan Herthy Berlin..
i ja -- ostatnia nadzieja Białych ze wschodniej części kontynentu..
trafiliśmy do silnej grupy 8 i niestety sportowo nie poszło nam najlepiej. przegraliśmy pierwszy mecz 3-5 z teamem Next Rounds on Me (chłopaki pochodzą z firmy produkującej piwo Cobra, która sponsorowała turniej), mimo iż po 3 minutach prowadziliśmy 3-0 w pełni kontrolując to co działo się na boisku. później pokonujemy zespół Volatile 3-2, a następnie zostajemy rozgromieni 2-7 przez późniejszego zwycięzcę całego turnieju, reprezentację Mercury Games. ta ekipa to profesjonaliści: 4 Murzynów i Biały bramkarz, grają zawodowo w dobrej lidze, a kuzyn jednego z graczy gra Preston North End, w .. angielskiej Division One. na pocieszenie pozostaje mi piękny gol, który wbiłem mistrzom .. lewą nogą. w decydującym meczu grupowym dostajemy baty 0-4 od drużyny Rocksteady i dalej walczymy w niższej połówce. w tej drabince awansujemy do ćwierćfinału, gdzie po walce w strugach padającego deszczu i niekorzystnym sędziowaniu przegrywamy 3-4 z zespołem Rodent.. Łącznie w turnieju strzeliłem 4 bramki.
turniej zajebisty, a zabawa niesamowita. warto wziąć udział w spotkaniu ludzi z tak wielu firm, które do tej pory znało się tylko z nazwy. wiele gier, które niestrudzenie katowałem od wczesnych lat dziewięćdziesiątych napisane były przez firmy, z którymi spotkałem się na boisku. widać, że branża gier komputerowych ma się dobrze, choć z drugiej strony widać coraz większe odbicie w kierunku konsoli. turniej organizowany był przez producenta XBOX-a 360 -- konsoli siódmej generacji. mimo że zawodnicy w grze komputerowej strzelają coraz piękniej, coraz brutalniej faulują, a sędzia zachowuje się jak holywoodzki aktor, warto wyjść czasem na trawę (mimo że sztuczną) i pokopać trochę live. bo piłka to piękna sprawa, a do tego zdecydowanie bardziej łączy, niż dzieli..
nasz demokratycznie wybrany team (fotka w lipcowym fotoblogu) składał się z 7 mega kopaczy:
Mike -- Anglik, organizator i nasz kapitan, kilka lat temu wygrał ten turniej..
David -- Anglik, pseudonim Clemo, potężny obrońca, totalnie wyluzowany 35-latek..
Luic -- Francuz, niski i szybki niczym Maradona i tak jak on dysponujący potężnym strzałem z lewej nogi..
Foucaulda -- Francuz, nasza bramkarska ostoja..
Martin -- Niemiec, mistrz piłkarski w .. konsolowej Pro Evolution Soccer..
Alex -- Niemiec, długowłosy fan Herthy Berlin..
i ja -- ostatnia nadzieja Białych ze wschodniej części kontynentu..
trafiliśmy do silnej grupy 8 i niestety sportowo nie poszło nam najlepiej. przegraliśmy pierwszy mecz 3-5 z teamem Next Rounds on Me (chłopaki pochodzą z firmy produkującej piwo Cobra, która sponsorowała turniej), mimo iż po 3 minutach prowadziliśmy 3-0 w pełni kontrolując to co działo się na boisku. później pokonujemy zespół Volatile 3-2, a następnie zostajemy rozgromieni 2-7 przez późniejszego zwycięzcę całego turnieju, reprezentację Mercury Games. ta ekipa to profesjonaliści: 4 Murzynów i Biały bramkarz, grają zawodowo w dobrej lidze, a kuzyn jednego z graczy gra Preston North End, w .. angielskiej Division One. na pocieszenie pozostaje mi piękny gol, który wbiłem mistrzom .. lewą nogą. w decydującym meczu grupowym dostajemy baty 0-4 od drużyny Rocksteady i dalej walczymy w niższej połówce. w tej drabince awansujemy do ćwierćfinału, gdzie po walce w strugach padającego deszczu i niekorzystnym sędziowaniu przegrywamy 3-4 z zespołem Rodent.. Łącznie w turnieju strzeliłem 4 bramki.
turniej zajebisty, a zabawa niesamowita. warto wziąć udział w spotkaniu ludzi z tak wielu firm, które do tej pory znało się tylko z nazwy. wiele gier, które niestrudzenie katowałem od wczesnych lat dziewięćdziesiątych napisane były przez firmy, z którymi spotkałem się na boisku. widać, że branża gier komputerowych ma się dobrze, choć z drugiej strony widać coraz większe odbicie w kierunku konsoli. turniej organizowany był przez producenta XBOX-a 360 -- konsoli siódmej generacji. mimo że zawodnicy w grze komputerowej strzelają coraz piękniej, coraz brutalniej faulują, a sędzia zachowuje się jak holywoodzki aktor, warto wyjść czasem na trawę (mimo że sztuczną) i pokopać trochę live. bo piłka to piękna sprawa, a do tego zdecydowanie bardziej łączy, niż dzieli..
kategoria: zapiski link bezpośredni
słowotwórstwo
28.06.2007; 10.48
pracujemy obecnie nad Eye of the North -- pierwszym oficjalnym dodatkiem do Guild Wars. dopiero zaczynamy lokalizację produktu, ale w natłoku różnorodnych tekstów związanych z grą i jej reklamą już teraz pracujemy nad odpowiednim słownictwem. hmm, właściwie słowotwórstwem, gdyż nazw własnych jest stosunkowo niewiele. mała próbka z naszych mailowych dialogów -- dyskusja dotyczy wroga o angielskiej nazwie 'jellies':
tmx: a Ty co myślisz o żelowcach? mi się podoba bardziej niż galaretowce.
tomkow-tłumacz: nie przekonuje mnie żadna nazwa, obie mają takie humorystyczne zabarwienie. z drugiej strony jellies brzmią mi równie zabawnie. wysilam się teraz na jakieś pseudonaukowe analizy żelu i galarety, ale nie umiem wskazać niczego co by to jednoznacznie rozróżniało. próbowałem też pójść w stronę zoologii, w kierunku jellyfish, ale to meduza, która jest jamochłonem, no i kojarzy się z czymś co żyje w wodzie, a więc nie bardzo tutaj. kierując się tylko brzmieniem wybiorę żelowce..
i tak to mniej więcej na tym etapie wygląda. nie muszę chyba dodawać, że cokolwiek wymyślimy to i tak dla większości graczy będzie to nazwa nieprawidłowa, niepasująca, komiczna, i zdecydowanie nieklimatyczna. bo tak oto powstaje nowy język: ponglisz komputerowy, w którym o wiele łatwiej przecież powiedzieć, że na ewencie zdobyłem 3 skille monka, niż podczas festiwalu zdobyłem 3 umiejętności mnicha. fun, fun..
tmx: a Ty co myślisz o żelowcach? mi się podoba bardziej niż galaretowce.
tomkow-tłumacz: nie przekonuje mnie żadna nazwa, obie mają takie humorystyczne zabarwienie. z drugiej strony jellies brzmią mi równie zabawnie. wysilam się teraz na jakieś pseudonaukowe analizy żelu i galarety, ale nie umiem wskazać niczego co by to jednoznacznie rozróżniało. próbowałem też pójść w stronę zoologii, w kierunku jellyfish, ale to meduza, która jest jamochłonem, no i kojarzy się z czymś co żyje w wodzie, a więc nie bardzo tutaj. kierując się tylko brzmieniem wybiorę żelowce..
i tak to mniej więcej na tym etapie wygląda. nie muszę chyba dodawać, że cokolwiek wymyślimy to i tak dla większości graczy będzie to nazwa nieprawidłowa, niepasująca, komiczna, i zdecydowanie nieklimatyczna. bo tak oto powstaje nowy język: ponglisz komputerowy, w którym o wiele łatwiej przecież powiedzieć, że na ewencie zdobyłem 3 skille monka, niż podczas festiwalu zdobyłem 3 umiejętności mnicha. fun, fun..
kategoria: humor link bezpośredni
do czego zdolni są architekci..
26.06.2007; 00.02
do czego zdolni są architekci? do rysowania!, powie ktoś i pewnie będzie miał rację. do projektowania!, rzuci ktoś drugi, któremu także ciężko będzie zaprzeczyć. do twórczego, niekonwencjonalnego i artystycznego, choć w pełni logicznego myślenia, spokojnie odpowie ktoś bardziej światowy i oczaruje swoją odpowiedzią wszystkich pozostałych..
kiedy w 1930 roku amerykański architekt Alfred Mosher Butts zaczął myśleć nad stworzeniem nowej gry nikt nie mógł przypuszczać, że tak oto rodzi się jedna z najwspanialszych logicznych gier planszowych wszech czasów. podobnie jak klasyczna Monopoly, także gra Scrabble, bo o niej mowa, powstawała z pobudek depresyjnych. oto 30-letni architekt pozbawiony jest pracy -- trwa wielki kryzys gospodarczy, a przecież z czegoś trzeba żyć. kiedyś wpadło mu w ręce opowiadanie Edgara Allana Poe 'Złoty żuk', którego fabuła opiera się na poszukiwaniach pewnego ukrytego skarbu. bohater musiał złamać szyfr, w którym literom alfabetu odpowiadały pewne znaki. po przeczytaniu książki Butts dość długo myślał nad nowym projektem, a że miał zacięcie do anagramów i krzyżówek, w logicznym instynkcie wymyślił grę bazującą na układanych z losowych liter wyrazach. stworzenie absolutnie nowej gry wymagało oczywiście dopracowania zasad, ale bezrobotny architekt miał przecież mnóstwo wolnego czasu. gra początkowo przeznaczona była wyłącznie na język angielski, jednak szybko upowszechniła się na całym świecie (mimo iż pierwsze próby sprzedania produktu zupełnie nie wypaliły)..
po wielu, wielu latach (jak to zwykle u nas, hehe, bywa) gra przybyła do Polski. od początku lat 80-tych próbowano różnych wersji, aż w końcu w roku 1986 powstało polskie Scrabble jakie znamy obecnie. no cóż -- tu małe stopniowanie napięcia -- nie do końca. w dobie internetu prawa do zabawy online, a dokładniej do samej nazwy i zasad wykupiła polska hetera internetowa -- spółka Onet.pl. oznaczało to tyle, że wszystkie mniejsze serwisy oferujące wśród swoich gier Scrabble, były zmuszone do ich usunięcia. problem udało się ominąć Markowi Futredze, absolwentowi jednej z warszawskich uczelni informatycznych. na swoim portalu stworzył NOWĄ grę, którą nazwał 'Literaki ;-)' i z powodzeniem rozpowszechnił ją wśród Polaków. zasady podobne, trochę inna plansza, inne ułożenie pól premiowanych, a przez to inna punktacja..
historia zatoczyła wielkie koło i oto znów jesteśmy wśród architektów. w zabawę wprowadziłem moją Agatkę, która podobnie jak prekursor tej gry także potrafi myśleć twórczo -- w końcu także jest architektem. w Literaki ;-) (emotikona jest częścią nazwy) online grywamy wieczorami i co warte podkreślenia, mój mały Geniusz robi ogromne postępy. ja bawię się w to już ponad 5 lat. ona, jakieś 2 miesiące. nasze pojedynki słowne są zacięte, a co najważniejsze bardzo wyrównane. właściwie bardzo rzadko zdarza się, aby ktoś wygrał jednego wieczora wszystkie gry. na początku trochę złościła się, że czasem ją sprawdzam (to cecha literaków: sprawdzając dane słowo narażamy się na utratę kolejki, jeśli danego wyrazu nie ma w alternatywnym słowniku ortograficznym zawierającym ok 3 mln słów), ale teraz sama już nie daje mi poszaleć. pyta, blokuje i neguje, nie dając mi szans na utworzenie jakiegoś słownego farfocla :) myślę, że jeszcze trochę pogramy (tak do sierpnia) i będę miażdżony równo. ale wtedy może zaproponuję szachy? ;)
a skąd sama nazwa Scrabble? zupełnie przez przypadek. gra długo nie miała swojej opatentowanej nazwy, a gdy już się do tego zabrano, zupełnie nie wiedziano jak ten nowy fascynujący produkt powinien być nazywany. autor i kilku przyjaciół przeprowadziło klasyczną burzę mózgów, podczas której, ktoś zaproponował słowo 'scrabble'. pomysłów było znacznie więcej, ale sprawdzając w amerykańskim biurze patentowym okazało się, że tylko 'scrabble' nie jest jeszcze opatentowaną nazwą. i tak musiało już zostać.. ku chwale i radości światowych graczy..
kiedy w 1930 roku amerykański architekt Alfred Mosher Butts zaczął myśleć nad stworzeniem nowej gry nikt nie mógł przypuszczać, że tak oto rodzi się jedna z najwspanialszych logicznych gier planszowych wszech czasów. podobnie jak klasyczna Monopoly, także gra Scrabble, bo o niej mowa, powstawała z pobudek depresyjnych. oto 30-letni architekt pozbawiony jest pracy -- trwa wielki kryzys gospodarczy, a przecież z czegoś trzeba żyć. kiedyś wpadło mu w ręce opowiadanie Edgara Allana Poe 'Złoty żuk', którego fabuła opiera się na poszukiwaniach pewnego ukrytego skarbu. bohater musiał złamać szyfr, w którym literom alfabetu odpowiadały pewne znaki. po przeczytaniu książki Butts dość długo myślał nad nowym projektem, a że miał zacięcie do anagramów i krzyżówek, w logicznym instynkcie wymyślił grę bazującą na układanych z losowych liter wyrazach. stworzenie absolutnie nowej gry wymagało oczywiście dopracowania zasad, ale bezrobotny architekt miał przecież mnóstwo wolnego czasu. gra początkowo przeznaczona była wyłącznie na język angielski, jednak szybko upowszechniła się na całym świecie (mimo iż pierwsze próby sprzedania produktu zupełnie nie wypaliły)..
po wielu, wielu latach (jak to zwykle u nas, hehe, bywa) gra przybyła do Polski. od początku lat 80-tych próbowano różnych wersji, aż w końcu w roku 1986 powstało polskie Scrabble jakie znamy obecnie. no cóż -- tu małe stopniowanie napięcia -- nie do końca. w dobie internetu prawa do zabawy online, a dokładniej do samej nazwy i zasad wykupiła polska hetera internetowa -- spółka Onet.pl. oznaczało to tyle, że wszystkie mniejsze serwisy oferujące wśród swoich gier Scrabble, były zmuszone do ich usunięcia. problem udało się ominąć Markowi Futredze, absolwentowi jednej z warszawskich uczelni informatycznych. na swoim portalu stworzył NOWĄ grę, którą nazwał 'Literaki ;-)' i z powodzeniem rozpowszechnił ją wśród Polaków. zasady podobne, trochę inna plansza, inne ułożenie pól premiowanych, a przez to inna punktacja..
historia zatoczyła wielkie koło i oto znów jesteśmy wśród architektów. w zabawę wprowadziłem moją Agatkę, która podobnie jak prekursor tej gry także potrafi myśleć twórczo -- w końcu także jest architektem. w Literaki ;-) (emotikona jest częścią nazwy) online grywamy wieczorami i co warte podkreślenia, mój mały Geniusz robi ogromne postępy. ja bawię się w to już ponad 5 lat. ona, jakieś 2 miesiące. nasze pojedynki słowne są zacięte, a co najważniejsze bardzo wyrównane. właściwie bardzo rzadko zdarza się, aby ktoś wygrał jednego wieczora wszystkie gry. na początku trochę złościła się, że czasem ją sprawdzam (to cecha literaków: sprawdzając dane słowo narażamy się na utratę kolejki, jeśli danego wyrazu nie ma w alternatywnym słowniku ortograficznym zawierającym ok 3 mln słów), ale teraz sama już nie daje mi poszaleć. pyta, blokuje i neguje, nie dając mi szans na utworzenie jakiegoś słownego farfocla :) myślę, że jeszcze trochę pogramy (tak do sierpnia) i będę miażdżony równo. ale wtedy może zaproponuję szachy? ;)
a skąd sama nazwa Scrabble? zupełnie przez przypadek. gra długo nie miała swojej opatentowanej nazwy, a gdy już się do tego zabrano, zupełnie nie wiedziano jak ten nowy fascynujący produkt powinien być nazywany. autor i kilku przyjaciół przeprowadziło klasyczną burzę mózgów, podczas której, ktoś zaproponował słowo 'scrabble'. pomysłów było znacznie więcej, ale sprawdzając w amerykańskim biurze patentowym okazało się, że tylko 'scrabble' nie jest jeszcze opatentowaną nazwą. i tak musiało już zostać.. ku chwale i radości światowych graczy..
kategoria: zapiski link bezpośredni
ni hao z rana..
25.06.2007; 17.35
Ni hao Jie -- wypowiadam w języku mandaryńskim witając się rano w firmie. dzien dobri Tomash słyszę w odpowiedzi. multikulturowość jest fajna, ale czym dłużej mam kontakt z innymi kulturami, tym więcej poważnych różnic dostrzegam..
Jie trafiła do NCsoftu jakiś miesiąc po mnie. biegle mówi po francusku, angielsku i w kilku dialektach języka chińskiego, potrafi porozumieć się także po koreańsku. dosyć dobrze się dogadujemy, może dlatego, że trafiliśmy na pewną zwartą społeczność i poniekąd, jako nowym, najprościej było nam się porozumieć. rozmowa idzie dobrze przy dyskusji o pogodzie, jeśli jednak poruszamy poważniejsze tematy, w moją chińską koleżankę wstępuje nowa siła. siła potężna, która za wszelką cenę chce mi przekazać, że to ONI, nie MY, mają rację. formułuje w ten sposób pewien podział między kulturą jej mocarstwa, a zachodnio-europejskim kapitalizmem. podczas pobytu we Francji nasłuchała się podobno negatywnych newsów o jej kraju, stąd jej wzrost patriotyzmu. największe zgrzyty towarzyszą naszym rozmowom o polityce: Jie jest gorącą zwolenniczką komunistycznych rzadów i w ogóle nie dociera do niej fakt, że Li Peng nakazał rozjechać czołgami tysiąc młodych ludzi, co na placu koczowali. wychowana w typowej chińskiej kulturze wyznaje filozofię Maoizmu i jest zdania, że w tak dużym kraju i przy tak zróżnicowanej społeczności, nie można zastosować niczego lepszego niż ich chińska odmiana markizmo-leninizmu. a nawet gdyby można było, to i tak tego robić nie należy, zgodnie ze słowami Hu Jintao, aktualnego prezydenta Chin i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin. różnice dotyczą jednak wszystkich płaszczyzn życia: Jie ma na przykład chłopaka Francuza -- chłopaka, który rzucił dla niej swoją pracę, swój kraj i przyjechał do UK. ona jednak nie bardzo chce go przyjąć, gdyż wg. obowiązującej kultury, Chinka powinna mieć męża Chińczyka. a już na pewno nie może z nim mieszkać przed ślubem. to wola jej rodziców, ale wola, którą ona musi, i chce, uszanować..
ja też mam jej do powiedzenia conieco o naszym pięknym kraju. zawsze uważałem się za patriotę, więc generalnie nie krytykuję. raczej relacjonuję, co niestety przy obecnych rządach i napiętej sytuacji w Europie raczej z obiektywizmem nie ma wiele wspólnego. do tego mnogość partii, lewe strony, prawe, lepsi, gorsi, bardziej religijni, mniej, wysypujący zborze, zbierający na pielęgniarki -- dla chińskiego konserwatywnego umysłu wydaje się to być zbyt dużą abstrakcją. jednak jak wielkie nie byłyby różnice między nami, pogadać i ponarzekać można zawsze. właściwie to chyba o to chodzi..
kiedyś wspomniałem jej, że pewnego dnia odwiedzę Chiny. bo ciekawa kultura, Plac Tiananmen, Wielki Mur i takie tam inne. a ona na to, że właściwie to ona nie wie, po co ja chcę przyjeżdżać. place są wszędzie, Chińczycy też już prawie wszędzie, a Wielki Mur w większości został naprawiony, wyczyszczony i otynkowany. i że przypomina nowoczesną białą ścianę, jakich pełno wszędzie. nie ma co oglądać jednym słowem..
Jie trafiła do NCsoftu jakiś miesiąc po mnie. biegle mówi po francusku, angielsku i w kilku dialektach języka chińskiego, potrafi porozumieć się także po koreańsku. dosyć dobrze się dogadujemy, może dlatego, że trafiliśmy na pewną zwartą społeczność i poniekąd, jako nowym, najprościej było nam się porozumieć. rozmowa idzie dobrze przy dyskusji o pogodzie, jeśli jednak poruszamy poważniejsze tematy, w moją chińską koleżankę wstępuje nowa siła. siła potężna, która za wszelką cenę chce mi przekazać, że to ONI, nie MY, mają rację. formułuje w ten sposób pewien podział między kulturą jej mocarstwa, a zachodnio-europejskim kapitalizmem. podczas pobytu we Francji nasłuchała się podobno negatywnych newsów o jej kraju, stąd jej wzrost patriotyzmu. największe zgrzyty towarzyszą naszym rozmowom o polityce: Jie jest gorącą zwolenniczką komunistycznych rzadów i w ogóle nie dociera do niej fakt, że Li Peng nakazał rozjechać czołgami tysiąc młodych ludzi, co na placu koczowali. wychowana w typowej chińskiej kulturze wyznaje filozofię Maoizmu i jest zdania, że w tak dużym kraju i przy tak zróżnicowanej społeczności, nie można zastosować niczego lepszego niż ich chińska odmiana markizmo-leninizmu. a nawet gdyby można było, to i tak tego robić nie należy, zgodnie ze słowami Hu Jintao, aktualnego prezydenta Chin i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin. różnice dotyczą jednak wszystkich płaszczyzn życia: Jie ma na przykład chłopaka Francuza -- chłopaka, który rzucił dla niej swoją pracę, swój kraj i przyjechał do UK. ona jednak nie bardzo chce go przyjąć, gdyż wg. obowiązującej kultury, Chinka powinna mieć męża Chińczyka. a już na pewno nie może z nim mieszkać przed ślubem. to wola jej rodziców, ale wola, którą ona musi, i chce, uszanować..
ja też mam jej do powiedzenia conieco o naszym pięknym kraju. zawsze uważałem się za patriotę, więc generalnie nie krytykuję. raczej relacjonuję, co niestety przy obecnych rządach i napiętej sytuacji w Europie raczej z obiektywizmem nie ma wiele wspólnego. do tego mnogość partii, lewe strony, prawe, lepsi, gorsi, bardziej religijni, mniej, wysypujący zborze, zbierający na pielęgniarki -- dla chińskiego konserwatywnego umysłu wydaje się to być zbyt dużą abstrakcją. jednak jak wielkie nie byłyby różnice między nami, pogadać i ponarzekać można zawsze. właściwie to chyba o to chodzi..
kiedyś wspomniałem jej, że pewnego dnia odwiedzę Chiny. bo ciekawa kultura, Plac Tiananmen, Wielki Mur i takie tam inne. a ona na to, że właściwie to ona nie wie, po co ja chcę przyjeżdżać. place są wszędzie, Chińczycy też już prawie wszędzie, a Wielki Mur w większości został naprawiony, wyczyszczony i otynkowany. i że przypomina nowoczesną białą ścianę, jakich pełno wszędzie. nie ma co oglądać jednym słowem..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
stopem przez Sussex
18.06.2007; 15.54
wczorajszy wypad pognał mnie aż na koniec East Sussex, do samej granicy z
hrabstwem Kent. w planach miałem kierunek dokładnie odwrotny: chciałem obejść, a
raczej objechać całą Isle of Wight przy Portsmouth. kupiłem już nawet mapę, ale
sobota była deszczowa, więc został tylko jeden dzień..
za 14 funtów kupiłem bilet na pociąg w dwie strony na trasie Brighton -- Rye. Rye (czyt. 'raj') to niewielke malownicze miasteczko o historycznym znaczeniu i charakterze. pięknie odnowione zachowało charakter osady z XI (!!) wieku, żyje głównie z turystów nadciągających zarówno lądem (przez Rye przechodzi stary szlak wytyczony jeszcze przez Rzymian), jak i morzem. Rye leżało kiedyś nad samym kanałem, obecnie wody cofnęły się o ok 3km i zamek (znany pod nazwą Ypres tower), który przed wiekami strzegł południowego brzegu Sussex (a później Normanów, których do zdobycia południowych ziemi Wielkiej Brytanii poprowadził Wilhelm Zdobywca), obecnie strzeże .. rozciągających się aż po horyzont pól. główne zabytki miasteczka skupione są przy Marmaid street -- wykładanej grubym kamieniem wąskiej uliczce, ponoć z 1066 roku; należą do nich głównie puby, które w większości odrestaurowano na wzór swoich pierwowzorów z przeszłości. do Rye planuję wrócić pod koniec lipca tego roku, kiedy odbędzie się tam festyn Oblężenia Rye (The Siege of Rye) -- inscenizacja średniowiecznego oblężenia zamku, turnieje rycerskie, zawody łuczników i inne tego typu ciekawe zabawy..
drugim punktem programu był oddalony o 20 km od Rye zamek w Bodiam. postanowiłem, że po raz pierwszy w UK pokonam tę trasę .. autostopem -- częściowo poszukując wrażeń, częściowo nie mając innego wyjścia, gdyż nie kursuje tam ani pociąg ani autobus. wychodząc z Rye drogą numer A268 na północ po ok 2 minutach machania zdobywam pierwszy samochód. miłe małżeństwo w starszym wieku podwozi mnie pod sam zamek, znacznie nadkładając drogi, gdyż sami mieszkają w zupełnie innym kierunku. cały problem, a może właśnie przyjemność (cóż, na pewno wyzwanie) w podróżowaniu na stopa leży w konieczności wywarcia miłego wrażenia na swoim kierowcy. pisał już o tym Kerouac w On the road, a później Kinga Choszcz w Prowadził nas los -- pierwsze kilka minut (a może sekund?) należy poświęcić na uspokojenie i upewnienie kierowcy, że nie zrobił błędu zapraszając do własnej bryki obcego autostopowicza. umiejętność zjednania sobie ludzi podczas krótkiej rozmowy decyduje o atmosferze jazdy, a czasem może zapewnić dodatkowe bonusy, jak w moim przypadku..
zamek w Bodiam można zaliczyć do kwintesencji zamkowości: cały otoczony fosą, z wieżą na każdym z boków, otoczony wysokim murem.. nic dziwnego, że w głosowaniu dzieci na najpiękniejszy brytyjski zamek zwyciężył właśnie ten. podobnie jak inne zamki na południu Anglii, także ten powstał w średniowieczu w celu obrony przed najazdami hord rozwydrzonych Francuzów. oprócz kupy kamieni warto zwrócić uwagę na most (przed setkami lat były to 3 zwodzone mosty) prowadzacy ponad fosą oraz na .. ryby w owej fosie pływające: wyglądało mi to to na karpie, ale tak strasznie spasione, że czegoś podobnego w mojej długiej karierze wędkarskiej nie złowiłem nigdy). przed zamkiem spotkałem kolesia z Nikonem D200 na statywie i takim samym jak mój obiektywie. no i się zaczęła dyskusja o fotografii, miejscach wartych opstrykania, trikach i sposobach łapania ostrości. co ciekawe, gość mieszka w Burgess Hill, a sklep, w którym kupiłem akcesoria fotograficzne należy do jego przyjaciela.. opstrykałem jeszcze zamek z małego wzgórza z winnym gronem i ruszyłem w drogę powrotną, w stronę Hastings.
tym razem przeszedłem ok 4km do skrzyżowania drogi z Bodiam z Junction Rd, która leci bezpośrednio na południe kończąc się nad samym wybrzeżem w Hastings. tutaj zeszło mi na machanie dobre pół godziny -- w końcu zatrzymał się gościu i podwiózł mnie do samego dworca kolejowego. od razu wiedziałem, że jest wporzo -- na przednim siedzeniu miał plecak i trekkowe buty. okazało się, że zajmuje się wspinaczką, Polskę zna tylko z tatrzańskich szczytów, a jego ulubionym miejscem wspinaczkowym jest czeski Liberec. rozmawialiśmy o sytuacji gospodarczej naszych krajów, o roli Polaków w rozwoju UK, o podróżach, mentalności i jeździe na stopa. W Hastings ruiny zamku były już zamknięte więc z kubkiem mocnej kawy wpakowałem się do pociągu w powrotną podróż planując już miejsca na kolejne, znacznie dalsze wypady! fotki z wyjazdu w lipcowym fotoblogu.
za 14 funtów kupiłem bilet na pociąg w dwie strony na trasie Brighton -- Rye. Rye (czyt. 'raj') to niewielke malownicze miasteczko o historycznym znaczeniu i charakterze. pięknie odnowione zachowało charakter osady z XI (!!) wieku, żyje głównie z turystów nadciągających zarówno lądem (przez Rye przechodzi stary szlak wytyczony jeszcze przez Rzymian), jak i morzem. Rye leżało kiedyś nad samym kanałem, obecnie wody cofnęły się o ok 3km i zamek (znany pod nazwą Ypres tower), który przed wiekami strzegł południowego brzegu Sussex (a później Normanów, których do zdobycia południowych ziemi Wielkiej Brytanii poprowadził Wilhelm Zdobywca), obecnie strzeże .. rozciągających się aż po horyzont pól. główne zabytki miasteczka skupione są przy Marmaid street -- wykładanej grubym kamieniem wąskiej uliczce, ponoć z 1066 roku; należą do nich głównie puby, które w większości odrestaurowano na wzór swoich pierwowzorów z przeszłości. do Rye planuję wrócić pod koniec lipca tego roku, kiedy odbędzie się tam festyn Oblężenia Rye (The Siege of Rye) -- inscenizacja średniowiecznego oblężenia zamku, turnieje rycerskie, zawody łuczników i inne tego typu ciekawe zabawy..
drugim punktem programu był oddalony o 20 km od Rye zamek w Bodiam. postanowiłem, że po raz pierwszy w UK pokonam tę trasę .. autostopem -- częściowo poszukując wrażeń, częściowo nie mając innego wyjścia, gdyż nie kursuje tam ani pociąg ani autobus. wychodząc z Rye drogą numer A268 na północ po ok 2 minutach machania zdobywam pierwszy samochód. miłe małżeństwo w starszym wieku podwozi mnie pod sam zamek, znacznie nadkładając drogi, gdyż sami mieszkają w zupełnie innym kierunku. cały problem, a może właśnie przyjemność (cóż, na pewno wyzwanie) w podróżowaniu na stopa leży w konieczności wywarcia miłego wrażenia na swoim kierowcy. pisał już o tym Kerouac w On the road, a później Kinga Choszcz w Prowadził nas los -- pierwsze kilka minut (a może sekund?) należy poświęcić na uspokojenie i upewnienie kierowcy, że nie zrobił błędu zapraszając do własnej bryki obcego autostopowicza. umiejętność zjednania sobie ludzi podczas krótkiej rozmowy decyduje o atmosferze jazdy, a czasem może zapewnić dodatkowe bonusy, jak w moim przypadku..
zamek w Bodiam można zaliczyć do kwintesencji zamkowości: cały otoczony fosą, z wieżą na każdym z boków, otoczony wysokim murem.. nic dziwnego, że w głosowaniu dzieci na najpiękniejszy brytyjski zamek zwyciężył właśnie ten. podobnie jak inne zamki na południu Anglii, także ten powstał w średniowieczu w celu obrony przed najazdami hord rozwydrzonych Francuzów. oprócz kupy kamieni warto zwrócić uwagę na most (przed setkami lat były to 3 zwodzone mosty) prowadzacy ponad fosą oraz na .. ryby w owej fosie pływające: wyglądało mi to to na karpie, ale tak strasznie spasione, że czegoś podobnego w mojej długiej karierze wędkarskiej nie złowiłem nigdy). przed zamkiem spotkałem kolesia z Nikonem D200 na statywie i takim samym jak mój obiektywie. no i się zaczęła dyskusja o fotografii, miejscach wartych opstrykania, trikach i sposobach łapania ostrości. co ciekawe, gość mieszka w Burgess Hill, a sklep, w którym kupiłem akcesoria fotograficzne należy do jego przyjaciela.. opstrykałem jeszcze zamek z małego wzgórza z winnym gronem i ruszyłem w drogę powrotną, w stronę Hastings.
tym razem przeszedłem ok 4km do skrzyżowania drogi z Bodiam z Junction Rd, która leci bezpośrednio na południe kończąc się nad samym wybrzeżem w Hastings. tutaj zeszło mi na machanie dobre pół godziny -- w końcu zatrzymał się gościu i podwiózł mnie do samego dworca kolejowego. od razu wiedziałem, że jest wporzo -- na przednim siedzeniu miał plecak i trekkowe buty. okazało się, że zajmuje się wspinaczką, Polskę zna tylko z tatrzańskich szczytów, a jego ulubionym miejscem wspinaczkowym jest czeski Liberec. rozmawialiśmy o sytuacji gospodarczej naszych krajów, o roli Polaków w rozwoju UK, o podróżach, mentalności i jeździe na stopa. W Hastings ruiny zamku były już zamknięte więc z kubkiem mocnej kawy wpakowałem się do pociągu w powrotną podróż planując już miejsca na kolejne, znacznie dalsze wypady! fotki z wyjazdu w lipcowym fotoblogu.
kategoria: podróże link bezpośredni
multimedialnie z wesela..
15.06.2007; 21.30
żeby nikt nie zarzucił, że witryna tomxx.net jest mało multimedialna, przygotowałem małą prezentację flashową z wesela Hani i Łukasza. wersja 320x240 waży 8mb, więc cierpliwość buforowania wskazana. jak również głośniki:
wersja w wyższej rozdzielczości -- 640x480 znajduje się tutaj.
wersja w wyższej rozdzielczości -- 640x480 znajduje się tutaj.
kategoria: pasje link bezpośredni
portugalia
14.06.2007; 13.33
w międzyczasie Crio zapodał nam bilety na wrześniową Portugalię. wylot z Gatwicka do Lizbony w piątek, 6 września, tak aby zdążyć jeszcze ponapinać się w biało-czerwonych barwach przed meczem Portugalia - Polska na Estadio da Luz. powrót już z Faro, 23. września w niedzielę. Agatka poleci z Wawy przez Barcelonę, z powrotem z Faro z przesiadką we Frankfurcie. kombinacja lotów była przemyślana i niejako ułoży nam pobyt w krainie byłego Imperium Morskiego. najpierw objazdówka po kraju, być może przekroczenie na północy granicy z Hiszpanią, a później odpoczynek i zwiedzanie cudownych plaż regionu Algarve. oj będzie się działo..
kategoria: podróże link bezpośredni
Game & Watch
13.06.2007; 13.30
dzisiaj w windzie Kevin zaprezentował swoją geekowską koszulkę z nadrukiem klasycznej przedkomputerowej gierki w formie przenośnej konsolki -- modelu znanego u nas głównie z rozwiązań braci ze Wschodu, w postaci Zbierania Jajek czy Wilka i Zająca. sęk w tym, że byłem pewny, że to Rosjanie wymyślili to legendarne urządzonko -- jakoś pasowało mi to dzieło do wizji rozwoju ZSRR w latach osiemdziesiątych. po krótkiej, acz zażartej kłótni w wyniku której poruszyliśmy proweniencję pierwszych rozwiązań elektronicznych, GameBoy'ów i pierwszych 8-bitowych gier komputerowych musiałem przyznać rację zjednoczonym w walce siłom angielsko-francuskim, którzy uważali, że ten typ gier został stworzony przez Nintendo. sprawdziłem i mają chłopaki rację: projekt nazywał się Game & Watch i został stworzony przez inżyniera Gunpei Yokoi z firmy Nintendo w roku 1980. przez 11 lat powstało 51 różnych gierek w tym znane z komputerów Donkey Kong i Mario Bros. tak więc zuchwali Rosjanie z firmy Elektronika zaliczyli kolejną podróbę rozwiązania japońskiego i mimo że zalali nią pół świata, kopia zawsze zostanie kopią..
btw. miałem kiedyś taką gierkę. rodzice zapodali mi ją w roku 1989 podczas naszej pierwszej wyprawy na Krym. pamiętam, że byłem dumny jak paw, grałem dużo, biłem rekordy, przekręcałem licznik. a potem dostałem pierwszy komputer i nic już nie było takie jak wcześniej..
btw. miałem kiedyś taką gierkę. rodzice zapodali mi ją w roku 1989 podczas naszej pierwszej wyprawy na Krym. pamiętam, że byłem dumny jak paw, grałem dużo, biłem rekordy, przekręcałem licznik. a potem dostałem pierwszy komputer i nic już nie było takie jak wcześniej..
kategoria: pasje link bezpośredni
żyć w odosobnieniu..
11.06.2007; 17.45
wykorzystałem chwilę wolnego czasu, aby wyskoczyć za miasto. uderzyłem do Parku Stanmer, który jest największym kompleksem zieleni w okolicach Brighton, znanym z przestrzeni i .. przez 200 lat ukrytej przed światem wioski. Park założono w XVIII wieku, ale aż do roku 1947, kiedy to wykupiło go miasto, był on własnością prywatną. pierwszy budynek powstał w 1720 roku, a co najciekawsze dzisiaj nadal żyją tam ludzie -- potomkowie pierwszych założycieli. żyją w totalnym odosobnieniu, coś jak wioski w niedostępnych partiach Skandynawii, zachowując oczywiście wszystkie wymagane proporcje.. wioska składa się więc z jednej ulicy z pięknymi brytyjskimi domkami po obyudwu stronach i ze wspaniale utrzymanymi ogródkami. jest jedna knajpka, jedna budka telefoniczna i jeden zabytkowy kamienny kościół. obecnie mieszka tu 20 rodzin, których pełną listę można znaleźć na ścianie owego kościoła. żyją sobie samotnie, do sklepu jeżdżą raz w tygodniu, stworzyli hermetyczną społeczność, która kiedyś bazowała na gospodarce rolnej, a obecnie bazuje na .. sąsiedzkich relacjach. w weekendowe popołudnia sprzedają książki na zaimprowizowanych odpustach (najpierw oferują książkę za funta, a później za funta można wypełnić książkami całą plastikową torbę), organizują śluby (w pięknym zamkopodobnym Stanmer House), a także pokazują zabytki wioski, wśród których oprócz kościoła bryluje kilkusetletni budynek z 70 metrową studnią i archaicznym mechanizmem przystosowanym do wykorzystania zwierząt..
i wszystko byłoby ładnie pięknie, gdyby nie fakt, że na przeciwległych obszarach Parku miasto organizuje koncerty i imprezy. powstał Music Park 2007 for music lovers, na których to koncertach wystąpi za kilka dni m.in. Ronan Keating. zaawansowani wiekowo mieszkańcy wioski będą sobie mogli poskakać. jeśli oczywiście kupią sobie bilety..
i wszystko byłoby ładnie pięknie, gdyby nie fakt, że na przeciwległych obszarach Parku miasto organizuje koncerty i imprezy. powstał Music Park 2007 for music lovers, na których to koncertach wystąpi za kilka dni m.in. Ronan Keating. zaawansowani wiekowo mieszkańcy wioski będą sobie mogli poskakać. jeśli oczywiście kupią sobie bilety..
kategoria: podróże link bezpośredni
england again..
23.05.2007; 16.24
i już po polsko-czeskim tygodniu, aż się wracać nie chciało.. piękny jest nasz
kraj w maju, wysiadając o 4 nad ranem z samochodu pod swoim blokiem uderzył we
mnie zapach kwitnących klonów -- coś czego w UK się nie spotyka. tydzień to
niewiele, szczególnie, że pierwszy weekend spędziłem w Pradze, pijąc za zdrowie
kawalera Łukiego, a w drugi też piliśmy, tyle, że za zdrowie już-nie-kawalera
Łukiego i Hanny -- juz nie panny, na ich weselisku w podgliwickim Kleszczowie. oj
działo się, teraz pewnie powstaną legendy naszej zabawy, a moje fotki skutecznie
przypomną fajne czasy..
tydzień minął a wczoraj miał miejsce najważniejszy mecz sezonu dla mojego Klubu, mecz życia, mecz, który miał zadecydować o przyszłości Górnika na wiele lat. graliśmy z Wisłą Płock i jasne było, że przegrywający to spotkanie klub leci do drugiej ligi. dla Górnika walczącego o pozyskanie strategicznego inwestora -- niemieckiego giganta ubezpieczeniowego Allianz spadek byłby przekreśleniem wszelkich nadzieji na zbudowanie silnej drużyny i oznaczałby tułanie się po drugiej lidze przez następnych kilka sezonów. po raz kolejny jednak okazało się, że Bóg jest zabrzaninem -- wygraliśmy z przyjaciółmi z Płocka 2-0, ale ile nerwów kosztowało to kibiców na stadionie i mnie przy programie 1 Polskiego Radia, wiemy tylko my. palpitacje serca z powodu gry naszych gwiazdorów skutecznie skrócą życie niejednego z piłkarskich kibiców, których jak zwykle na stadionie było kilkanaście tysięcy. dzisiaj wszyscy podkreślają, że 'obie drużyny grały bardzo ostrożnie, a że umiejętności jednej i drugiej na kolana nie powalają, największe wrażenie ?- po raz kolejny w Zabrzu -? zrobili kibice. stadion był niemal pełny, doping dla Górnika kapitalny. ?- zagraj jak za dawnych lat ?- śpiewali fani..'. jest się z czego cieszyć, bo nie będzie śmiesznych derbów ze śmiesznym piastem, a prawdziwe śląskie derby z powracającym do ekstraklasy chorzowskim Ruchem. byle tylko Górnik znów był wielki, bo kolejnej walki o utrzymanie psychicznie nie zniosę..
jakby tego było mało, dzisiaj mamy finał Ligi Mistrzów. i nie ma już zachowawczości, kalkulacji i faworyzowania bogatszych (kazikowe: 'Liga Mistrzów, Liga Mistrzów, kto odpadnie ten zostaje..'), bo to FINAŁ. finał finałów, rewanż po pamiętnym meczu w roku 2005, kiedy Jurek Dudek został bohaterem połowy Brytoli (Liverpoolowi kibicuje o wiele więcej ludzi niż Chelsea i Arsenalowi razem wziętym) broniąc karne i zdobywając puchar. dzisiaj będę miał okazję zobaczyć finał z udziałem brytyjskiej drużyny w brytyjskim pubie, więc będzie się działo, o ile oczywiście do jednego z pubów się wcisnę.. mówiąc o kibicach czy to polskich, czy angielskich, nie nietaktem byłoby niezacytownie słów Jurka Dudka, który w pełni zdaje sobie sprawę z wagi istnienia fanów i ich wpływu na swoich kopaczy:
życzę wielu pozytywnych emocji dzisiaj..
tydzień minął a wczoraj miał miejsce najważniejszy mecz sezonu dla mojego Klubu, mecz życia, mecz, który miał zadecydować o przyszłości Górnika na wiele lat. graliśmy z Wisłą Płock i jasne było, że przegrywający to spotkanie klub leci do drugiej ligi. dla Górnika walczącego o pozyskanie strategicznego inwestora -- niemieckiego giganta ubezpieczeniowego Allianz spadek byłby przekreśleniem wszelkich nadzieji na zbudowanie silnej drużyny i oznaczałby tułanie się po drugiej lidze przez następnych kilka sezonów. po raz kolejny jednak okazało się, że Bóg jest zabrzaninem -- wygraliśmy z przyjaciółmi z Płocka 2-0, ale ile nerwów kosztowało to kibiców na stadionie i mnie przy programie 1 Polskiego Radia, wiemy tylko my. palpitacje serca z powodu gry naszych gwiazdorów skutecznie skrócą życie niejednego z piłkarskich kibiców, których jak zwykle na stadionie było kilkanaście tysięcy. dzisiaj wszyscy podkreślają, że 'obie drużyny grały bardzo ostrożnie, a że umiejętności jednej i drugiej na kolana nie powalają, największe wrażenie ?- po raz kolejny w Zabrzu -? zrobili kibice. stadion był niemal pełny, doping dla Górnika kapitalny. ?- zagraj jak za dawnych lat ?- śpiewali fani..'. jest się z czego cieszyć, bo nie będzie śmiesznych derbów ze śmiesznym piastem, a prawdziwe śląskie derby z powracającym do ekstraklasy chorzowskim Ruchem. byle tylko Górnik znów był wielki, bo kolejnej walki o utrzymanie psychicznie nie zniosę..
jakby tego było mało, dzisiaj mamy finał Ligi Mistrzów. i nie ma już zachowawczości, kalkulacji i faworyzowania bogatszych (kazikowe: 'Liga Mistrzów, Liga Mistrzów, kto odpadnie ten zostaje..'), bo to FINAŁ. finał finałów, rewanż po pamiętnym meczu w roku 2005, kiedy Jurek Dudek został bohaterem połowy Brytoli (Liverpoolowi kibicuje o wiele więcej ludzi niż Chelsea i Arsenalowi razem wziętym) broniąc karne i zdobywając puchar. dzisiaj będę miał okazję zobaczyć finał z udziałem brytyjskiej drużyny w brytyjskim pubie, więc będzie się działo, o ile oczywiście do jednego z pubów się wcisnę.. mówiąc o kibicach czy to polskich, czy angielskich, nie nietaktem byłoby niezacytownie słów Jurka Dudka, który w pełni zdaje sobie sprawę z wagi istnienia fanów i ich wpływu na swoich kopaczy:
'piłkarze mogą odejść z klubu, mogą zawiesić buty na kołku i zakończyć kariery,
ale kibice są z drużyną na zawsze, na dobre i na złe. udało się nam dać kibicom to
na co zasłużyli.'
kategoria: pasje link bezpośredni
home, sweet home
11.05.2007; 17.24
no to spadam. bo tu zimno i pada, i zimno i pada na to miejsce na zachodzie Europy i lecę na wschód, tam gdzie kraj ojczysty, a waluta to polski złoty. lecę, póki jeszcze mam 26 na karku. do poniedziałku Praga, a później Gliwice do oporu!
kategoria: podróże link bezpośredni
z forum giełdowego
10.05.2007; 23.41
spodobała mi się życiowa wypowiedź jednego kolesia na forum giełdowym portalu Money.pl:
'a jutro coś kupię i jak wzrośnie to Wam powiem, że kupiłem. a jak spadnie to nie powiem, że kupiłem, a jak kupię i spadnie to Wam powiem, że kupuję, żebyście kupili i jak dzięki Wam wzrośnie to Wam nie powiem, że sprzedałem, bo byście byli źli. a tak nic nie będziecie wiedzieli :)'
poparł to szelmowskim uśmieszkiem, pewnie siedzi na kasie i jest zadowolony. na giełdzie ostatnio strach, ale co tam, ja sobie lecę do kaczolandu i zostawiam ten problem innym..
'a jutro coś kupię i jak wzrośnie to Wam powiem, że kupiłem. a jak spadnie to nie powiem, że kupiłem, a jak kupię i spadnie to Wam powiem, że kupuję, żebyście kupili i jak dzięki Wam wzrośnie to Wam nie powiem, że sprzedałem, bo byście byli źli. a tak nic nie będziecie wiedzieli :)'
poparł to szelmowskim uśmieszkiem, pewnie siedzi na kasie i jest zadowolony. na giełdzie ostatnio strach, ale co tam, ja sobie lecę do kaczolandu i zostawiam ten problem innym..
kategoria: humor link bezpośredni
sprawy..
07.05.2007; 21.09
przerwa techniczna nastąpiła na stronie.. a w rzeczywistości wydarzenie goni wydarzenie..
po raz pierwszy w życiu byłem bezdomny. nie polecam nikomu bezdomności za granicą -- chyba, że ma się znajomych, którzy poświęcą kawałek dywanu i pomogą na kilka nocy. w pracy zamieszanie -- zaczęliśmy prace nad piewszym dodatkiem do Guild Wars: Eye of The North, do 31. sierpnia, kiedy ma nastąpić premiera będzie raczej ciężko.. na giełdzie sukcesy: dzięki decyzji o Euro 2012 i kilku innym układom gospodarczym zrobiłem na akcjach Mostostalu Zabrze ponad 85% stopę zwrotu. i to w ok miesiąc. teraz pakuję w budowlankę całą szerokość portfela brokerskiego i spokojnie czekam na rozwój wypadków.. sprzęt fotograficzny już prawie skompletowany: na Nikona dostałem od mojej drugiej połowy torbę, sam zapodałem baterię i solidny statyw Manfrotto. brakuje tylko filtra polaryzującego, który jest mocno wskazany przy błękicie nieba portugalskiego. a Górnik przegrywa wszystko, jak leci, a naczelną zasadą naszych obrońców jest puszczenie 3 bramek w meczu. tak fatalnej wiosny nie pamiętam i cała nadzieja w Allianzie, że odmieni nasz smutny od lat los..
ostatnie 9 dni to odwiedziny Agaty -- spanie, jedzenie, wypady, fotografia, filmy, rozmowy, znowu spanie. czasem praca i zakupy. Anglia wypadła korzystnie, choć, jak zawsze na początku, panujące tu zwyczaje musiały budzić emocje. ostatni weekend spędziliśmy u Any w Londynie -- dwa dni szlajania się po tym zdecydowanie-za-bardzo-rozpieprzonym mieście podsumowało jej wizytę u mnie. fajnie było, choć najlepsze oczywiście było zasypianie i wspólne budzenie się.. ja lecę do Polski już w piątek, więc dłonie w górę, kto znajdzie chwilę na wspólne piwo. zostaję do 20. maja, ale czasu za dużo nie będzie, bo 19. ślub Łukiego i Hani, a wcześniej wieczór kawalerski Pana Młodego w Pradze..
a teraz siedzę w pustym pokoju i patrzę na białe ściany. nie powiesiłem żadnych zdjęć, nie oznaczyłem tego miejsca. jedyne, co w miarę przypomina mój dom to sterta książek -- kilka o programowaniu, kilka fotograficznych, a reszta o podróżach po dalekich lądach. fajna praca, świetna okolica, ale czasu brak, by to wszystko ogarnąć, by opisać, udokumentować. choć obiecuję poprawę. zacznę od przebudowania fotobloga mojej strony, częściowo dlatego, że ilość fotografii rośnie lawinowo i chcąc się tym wszystkim cieszyć za kilkanaście lat muszę już teraz pomyśleć nad innymi zasadami.. no to miłej wiosny.
po raz pierwszy w życiu byłem bezdomny. nie polecam nikomu bezdomności za granicą -- chyba, że ma się znajomych, którzy poświęcą kawałek dywanu i pomogą na kilka nocy. w pracy zamieszanie -- zaczęliśmy prace nad piewszym dodatkiem do Guild Wars: Eye of The North, do 31. sierpnia, kiedy ma nastąpić premiera będzie raczej ciężko.. na giełdzie sukcesy: dzięki decyzji o Euro 2012 i kilku innym układom gospodarczym zrobiłem na akcjach Mostostalu Zabrze ponad 85% stopę zwrotu. i to w ok miesiąc. teraz pakuję w budowlankę całą szerokość portfela brokerskiego i spokojnie czekam na rozwój wypadków.. sprzęt fotograficzny już prawie skompletowany: na Nikona dostałem od mojej drugiej połowy torbę, sam zapodałem baterię i solidny statyw Manfrotto. brakuje tylko filtra polaryzującego, który jest mocno wskazany przy błękicie nieba portugalskiego. a Górnik przegrywa wszystko, jak leci, a naczelną zasadą naszych obrońców jest puszczenie 3 bramek w meczu. tak fatalnej wiosny nie pamiętam i cała nadzieja w Allianzie, że odmieni nasz smutny od lat los..
ostatnie 9 dni to odwiedziny Agaty -- spanie, jedzenie, wypady, fotografia, filmy, rozmowy, znowu spanie. czasem praca i zakupy. Anglia wypadła korzystnie, choć, jak zawsze na początku, panujące tu zwyczaje musiały budzić emocje. ostatni weekend spędziliśmy u Any w Londynie -- dwa dni szlajania się po tym zdecydowanie-za-bardzo-rozpieprzonym mieście podsumowało jej wizytę u mnie. fajnie było, choć najlepsze oczywiście było zasypianie i wspólne budzenie się.. ja lecę do Polski już w piątek, więc dłonie w górę, kto znajdzie chwilę na wspólne piwo. zostaję do 20. maja, ale czasu za dużo nie będzie, bo 19. ślub Łukiego i Hani, a wcześniej wieczór kawalerski Pana Młodego w Pradze..
a teraz siedzę w pustym pokoju i patrzę na białe ściany. nie powiesiłem żadnych zdjęć, nie oznaczyłem tego miejsca. jedyne, co w miarę przypomina mój dom to sterta książek -- kilka o programowaniu, kilka fotograficznych, a reszta o podróżach po dalekich lądach. fajna praca, świetna okolica, ale czasu brak, by to wszystko ogarnąć, by opisać, udokumentować. choć obiecuję poprawę. zacznę od przebudowania fotobloga mojej strony, częściowo dlatego, że ilość fotografii rośnie lawinowo i chcąc się tym wszystkim cieszyć za kilkanaście lat muszę już teraz pomyśleć nad innymi zasadami.. no to miłej wiosny.
kategoria: zapiski link bezpośredni
wielkanocne podróżowanie..
09.04.2007; 20.00
cztery wolne dni pozwoliły mi wreszcie ruszyć się za miasto -- odwiedziłem kilka
fantastycznych miejsc, w skrócie: 300km samochodem, 30km pieszo, ok 400 fotek. po
kolei:
Netley Abbey, hrabstwo Hampshire
abbey to opactwo, czyli zespół historycznych budowli przeznaczenia religijnego wznoszonych przed wiekami przez mnichów. pierwszym tego typu urokliwym miejscem, na które się natknąłem w Anglii były ruiny w miasteczku Netley, niedaleko Southampton. zespół budynków wznoszonych ok. roku 1239 składał się oczywiście z kościoła oraz z mniejszych zabudowań, które łącznie składały się na dużych rozmiarów klasztor. do roku 1700 Netley Abbey było zamieszkiwane, później, gdy miejsce zostało porzucone, rozpoczęła się kariera jednego z najpiękniejszych na południu Anglii obiektu fotograficznego. eksploracja tego miejsca to jak wędrówka w czasie: porusza się po małych niezadaszonych pomieszczeniach, przechodzi się przez kolejne drzwi, mija toalety, pomieszczenia pracy, szpital, by wreszcie dojść do ogromnego miejsca, które kiedyś było świątynią. jest w tym coś niesamowitego -- samotna wędrówka przez opustoszałe ruiny, przy święcącym słońcu, po zielonym trawiastym dywanie. wspaniałe gotyckie łuki, gdzieniegdzie z murów kwitnąco wyrastają żółte kwiaty, a przez jedno z pomieszczeń nadal przepływa strumień -- pozostałość pomysłu gwarantującego budowli stały dostęp do krystalicznej wody.. miejsce fantastyczne i jak napisali w przewodniku: hidden in a leafy corner that seems worlds away from the suburbs of Southampton that surround it..
omijając Southampton na które jeszcze pzyjdzie czas udaliśmy się do Winchesteru. to piękne średniowieczne miasteczko, gdzie naszym celem była Winchester Great Hall z historycznym Okrągłym Stołem kojarzonym głównie z rycerzami Króla Artura. gdy jednak okazało się, że to fake i że obraz stołu został namalowany w roku 1522 miejsce to opuściliśmy skupiając się na obiedzie i znanej, wzniesionej w XI wieku katedrze. była ona świątynią Zakonu Benedyktynów, pozostała od czasu Reformacji macierzystym kościołem Diecezji Winchesterskiej i domem dla społeczności ludzi, którzy pracują dla chwały Boga i dla tworzenia lepszego świata. całkiem ciekawie prezentują się tereny przykościelne zwane 'the Close', gdzie wśród zieleni odpoczywają turyści jedząc i pijąc wśród grobów różnych średniowiecznych postaci. przekomicznie wyglądała scena młodzieżowego pijaństwa siedzącej okrakiem na grobach ekipy..
wieczór Wielkiego Piątku zarezerwowaliśmy sobie dla Stonehenge w hrabstwie Wiltshire -- dla surowych kamiennych bloków, które od lat otacza aura odwiecznej tajemniczości. kto i kiedy wzniósł tą budowlę? w jakim celu podjęto się tak trudnej jak na owe czasy pracy? teorii dotyczących Kamiennych Kręgów (z języka staro-angielskiego: stan oznaczało kamień (ang. stone), a hencg -- otaczać (ang. hinge)) powstały setki, niektóre poparte naukowymi badaniami, a inne zupełnie niedorzeczne. dowiedziono, że Stonehenge powstawał przez kilkaset lat ery megalitu, począwszy od roku 2950 pne, jednak miejsce na którym powstała budowla zyskało znaczenie kulturowe jeszcze wcześniej -- świadczą o tym liczne groby w okolicy. sama budowla składała się z dwóch kręgów ułożonych w kształcie podkowy -- jej oś wskazuje wschód Słońca w okresie przesilenia letniego oraz kierunek zachodu Słońca podczas przesilenia zimowego. pierwsza grupa kamieni pochodzi z okolic Marlborough (35 km stąd), druga -- aż z płd-wsch. Walii, 250 km od Stonehenge. wiele powstających przez lata teorii dowodzi, że miejsce i sam kształt Kręgów świadczą o ogromnej wiedzy mieszkańców Ziemii sprzed 5000 lat, że dokładnie zbadano ruchy Księżyca, że znano terminy zaćmień Słońca, znano wszystkie (!) planety układu słonecznego, potrafiono przewidywać kulminacyjne dla życia na Ziemi momenty w roku.. okazuje się bowiem, że pradawna astronomia stanowiła istotną część życia społecznego i systemu światopoglądowego..
mój pierwszy 'kontakt' ze Stonehenge to gra komputerowa Moonstone z 1993 roku, która zawładnęła moim umysłem. po latach udało mi się wreszcie dotrzeć na tą wietrzną równinę w okolicy miasta Salisbury i choć oficjalnie na teren budowli nie wszedłem -- Stonehenge zrobiło na mnie duże wrażenie. napisano, że Stonehenge ma ogromny dar do rozczarowywania odwiedzających -- dwie ruchliwe autostrady, komercyjny parking, itp. dla mnie jednak było coś wspaniałego w fakcie, że stoję nieopodal (przeskoczyliśmy z ziomalami przez płot i leżąc na starym jak świat kurhanie pstrykaliśmy fotki) tak znanej i tajemniczej budowli. co myśleli jej twórcy? czy zdawali sobie sprawę, że tworzą coś historycznego? czy wiedzieli, że 5 tysięcy lat później ludzkość wciąż będzie miała problemy z rozwikłaniem ich zagadki? pewnie nie wiedzieli, że pewnego kwietniowego wieczoru taki jeden zwykły tomxx, który urodził się 1500 km od tego miejsca, przyjrzy się ich dziełu, przeczeka na trawie do zachodu słońca, by później w skupieniu zrobić fantastyczne zdjęcia.. pewnie nie wiedzieli, pewnie nie myśleli wówczas o tym, mieli inne zmartwienia..
kolejny dzień upłynął mi na wędrówce wzdłuż South Down trail. to jeden z najpiękniejszych i najefektowniejszych szlaków turystycznych w Anglii. to trasa, która oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności -- to get away from it all, jak mawiają miejscowi. rozciąga się na długości ponad 100km południowego wybrzeża Wielkiej Brytanii od Eastbourne do Winchesteru, charakteryzując się malowniczymi trawiastymi przestrzeniami, pofałdowaniem terenu i potężnymi wapiennymi śnieżnobiałymi klifami. trasa może być pokonana pieszo w ok. tydzień, konno lub rowerem w 2 dni (na całej długości występują liczne schroniska). począwszy od kurortu Eastbourne (który, jak każdy szanujący się angielski kurort wyposażony jest w ogromne molo), kierując się na zachód szlak pokrywa się ze starymi ścieżkami i drogami, niestety jest to tak popularne miejsce, że częstotliwość występowania istnień ludzkich zbliżona jest do naszych Tatr w długi weekend majowy. ja przeszedłem szlakiem ok 12km, do parku krajobrazowego przy klifach zwanych Seven Sisters. jednak najpiękniejszym momentem wędrówki jest..
Beachy Head -- malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się 162m nad poziom morza. miejsce to nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego gdzie oznaczała Przepiękny Przyczółek. znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni 'spanish ladies', czy jak kto woli -- 'hiszpańskie dziewczyny':
po naszemu trochę inaczej, jednak kultowo i pięknie:
legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (czyli Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma jasnymi światłami, które widoczne są do 26 mil morskich od brzegu, na skutek erozji znajduje się już 17m od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka.. choć nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem to na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji -- myślę nawet, że nie tylko ja, wystarczy spojrzeć na całą masę odwiedzających to miejsce turystów. wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno biało-czerwonego budynku..
Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób -- ja zauważyłem 3 krzyże, na dwóch były imiona: Michael i Maggie.
Netley Abbey, hrabstwo Hampshire
abbey to opactwo, czyli zespół historycznych budowli przeznaczenia religijnego wznoszonych przed wiekami przez mnichów. pierwszym tego typu urokliwym miejscem, na które się natknąłem w Anglii były ruiny w miasteczku Netley, niedaleko Southampton. zespół budynków wznoszonych ok. roku 1239 składał się oczywiście z kościoła oraz z mniejszych zabudowań, które łącznie składały się na dużych rozmiarów klasztor. do roku 1700 Netley Abbey było zamieszkiwane, później, gdy miejsce zostało porzucone, rozpoczęła się kariera jednego z najpiękniejszych na południu Anglii obiektu fotograficznego. eksploracja tego miejsca to jak wędrówka w czasie: porusza się po małych niezadaszonych pomieszczeniach, przechodzi się przez kolejne drzwi, mija toalety, pomieszczenia pracy, szpital, by wreszcie dojść do ogromnego miejsca, które kiedyś było świątynią. jest w tym coś niesamowitego -- samotna wędrówka przez opustoszałe ruiny, przy święcącym słońcu, po zielonym trawiastym dywanie. wspaniałe gotyckie łuki, gdzieniegdzie z murów kwitnąco wyrastają żółte kwiaty, a przez jedno z pomieszczeń nadal przepływa strumień -- pozostałość pomysłu gwarantującego budowli stały dostęp do krystalicznej wody.. miejsce fantastyczne i jak napisali w przewodniku: hidden in a leafy corner that seems worlds away from the suburbs of Southampton that surround it..
omijając Southampton na które jeszcze pzyjdzie czas udaliśmy się do Winchesteru. to piękne średniowieczne miasteczko, gdzie naszym celem była Winchester Great Hall z historycznym Okrągłym Stołem kojarzonym głównie z rycerzami Króla Artura. gdy jednak okazało się, że to fake i że obraz stołu został namalowany w roku 1522 miejsce to opuściliśmy skupiając się na obiedzie i znanej, wzniesionej w XI wieku katedrze. była ona świątynią Zakonu Benedyktynów, pozostała od czasu Reformacji macierzystym kościołem Diecezji Winchesterskiej i domem dla społeczności ludzi, którzy pracują dla chwały Boga i dla tworzenia lepszego świata. całkiem ciekawie prezentują się tereny przykościelne zwane 'the Close', gdzie wśród zieleni odpoczywają turyści jedząc i pijąc wśród grobów różnych średniowiecznych postaci. przekomicznie wyglądała scena młodzieżowego pijaństwa siedzącej okrakiem na grobach ekipy..
wieczór Wielkiego Piątku zarezerwowaliśmy sobie dla Stonehenge w hrabstwie Wiltshire -- dla surowych kamiennych bloków, które od lat otacza aura odwiecznej tajemniczości. kto i kiedy wzniósł tą budowlę? w jakim celu podjęto się tak trudnej jak na owe czasy pracy? teorii dotyczących Kamiennych Kręgów (z języka staro-angielskiego: stan oznaczało kamień (ang. stone), a hencg -- otaczać (ang. hinge)) powstały setki, niektóre poparte naukowymi badaniami, a inne zupełnie niedorzeczne. dowiedziono, że Stonehenge powstawał przez kilkaset lat ery megalitu, począwszy od roku 2950 pne, jednak miejsce na którym powstała budowla zyskało znaczenie kulturowe jeszcze wcześniej -- świadczą o tym liczne groby w okolicy. sama budowla składała się z dwóch kręgów ułożonych w kształcie podkowy -- jej oś wskazuje wschód Słońca w okresie przesilenia letniego oraz kierunek zachodu Słońca podczas przesilenia zimowego. pierwsza grupa kamieni pochodzi z okolic Marlborough (35 km stąd), druga -- aż z płd-wsch. Walii, 250 km od Stonehenge. wiele powstających przez lata teorii dowodzi, że miejsce i sam kształt Kręgów świadczą o ogromnej wiedzy mieszkańców Ziemii sprzed 5000 lat, że dokładnie zbadano ruchy Księżyca, że znano terminy zaćmień Słońca, znano wszystkie (!) planety układu słonecznego, potrafiono przewidywać kulminacyjne dla życia na Ziemi momenty w roku.. okazuje się bowiem, że pradawna astronomia stanowiła istotną część życia społecznego i systemu światopoglądowego..
mój pierwszy 'kontakt' ze Stonehenge to gra komputerowa Moonstone z 1993 roku, która zawładnęła moim umysłem. po latach udało mi się wreszcie dotrzeć na tą wietrzną równinę w okolicy miasta Salisbury i choć oficjalnie na teren budowli nie wszedłem -- Stonehenge zrobiło na mnie duże wrażenie. napisano, że Stonehenge ma ogromny dar do rozczarowywania odwiedzających -- dwie ruchliwe autostrady, komercyjny parking, itp. dla mnie jednak było coś wspaniałego w fakcie, że stoję nieopodal (przeskoczyliśmy z ziomalami przez płot i leżąc na starym jak świat kurhanie pstrykaliśmy fotki) tak znanej i tajemniczej budowli. co myśleli jej twórcy? czy zdawali sobie sprawę, że tworzą coś historycznego? czy wiedzieli, że 5 tysięcy lat później ludzkość wciąż będzie miała problemy z rozwikłaniem ich zagadki? pewnie nie wiedzieli, że pewnego kwietniowego wieczoru taki jeden zwykły tomxx, który urodził się 1500 km od tego miejsca, przyjrzy się ich dziełu, przeczeka na trawie do zachodu słońca, by później w skupieniu zrobić fantastyczne zdjęcia.. pewnie nie wiedzieli, pewnie nie myśleli wówczas o tym, mieli inne zmartwienia..
kolejny dzień upłynął mi na wędrówce wzdłuż South Down trail. to jeden z najpiękniejszych i najefektowniejszych szlaków turystycznych w Anglii. to trasa, która oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności -- to get away from it all, jak mawiają miejscowi. rozciąga się na długości ponad 100km południowego wybrzeża Wielkiej Brytanii od Eastbourne do Winchesteru, charakteryzując się malowniczymi trawiastymi przestrzeniami, pofałdowaniem terenu i potężnymi wapiennymi śnieżnobiałymi klifami. trasa może być pokonana pieszo w ok. tydzień, konno lub rowerem w 2 dni (na całej długości występują liczne schroniska). począwszy od kurortu Eastbourne (który, jak każdy szanujący się angielski kurort wyposażony jest w ogromne molo), kierując się na zachód szlak pokrywa się ze starymi ścieżkami i drogami, niestety jest to tak popularne miejsce, że częstotliwość występowania istnień ludzkich zbliżona jest do naszych Tatr w długi weekend majowy. ja przeszedłem szlakiem ok 12km, do parku krajobrazowego przy klifach zwanych Seven Sisters. jednak najpiękniejszym momentem wędrówki jest..
Beachy Head -- malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się 162m nad poziom morza. miejsce to nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego gdzie oznaczała Przepiękny Przyczółek. znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni 'spanish ladies', czy jak kto woli -- 'hiszpańskie dziewczyny':
The first land we sighted was called the Dodman,
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
A potem znów żagle na masztach rozkwitną,
Kurs szyper wyznaczy do Portland i Wight,
I znów stara łajba potoczy się ciężko
Przez fale w kierunku na Beachie, Fairlee Light.
Kurs szyper wyznaczy do Portland i Wight,
I znów stara łajba potoczy się ciężko
Przez fale w kierunku na Beachie, Fairlee Light.
legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (czyli Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma jasnymi światłami, które widoczne są do 26 mil morskich od brzegu, na skutek erozji znajduje się już 17m od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka.. choć nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem to na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji -- myślę nawet, że nie tylko ja, wystarczy spojrzeć na całą masę odwiedzających to miejsce turystów. wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno biało-czerwonego budynku..
Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób -- ja zauważyłem 3 krzyże, na dwóch były imiona: Michael i Maggie.
kategoria: podróże link bezpośredni
on the road..
01.04.2007; 10.55
tej książki szukałem latami.. jeśli jest bowiem jakakolwiek pozycja podróżnicza, która ukazuje przemierzanie
zachodu Stanów Zjednoczonych w tak niekonwencjonalny sposób, która jest głosem ówczesnych młodych ludzi, ich
reprezantacją, ucieczką od codziennych problemów, to na pewno jest to 'on the road' Jacka Kerouaca. książka
kultowa, osadzona w realiach powojennych, swoista realizacja Amerykańskiego Snu o Wolności, wiesz, Route 66,
Kalifornia i te klimaty.. nie czytałem tego przed moją wyprawą na Zachód, bo moje poszukiwania tej pozycji
były, delikatnie mówiąc, nieudolne i nieskuteczne. tutaj w Anglii zauważyłem natomiast występowanie narodowego
fioła na punkcie książek używanych. sobotnia wyprzedaż książek na chodnikach bocznych uliczek, dziesiątki
antykwariatów z półkami na zewnątrz, markety książkowe na plaży -- wszędzie drukowany papier, choć osobiście
wątpię, aby Angole byli tak zaczytanym narodem. przeszukując liczne tytuły zawsze pytałem o 'w drodze', bo
przeżywam ostatnio drugą młodość zgłębiania literatury podróżniczej. pechowo nikt tej książki nigdy nie miał..
aż do wczoraj, gdy gościu z zaprzyjaźnionego antyriatu wyciągnął rękę robiąc pół kroku w prawo i naturalnym
ruchem podał mi poszukiwany tytuł za darmowe wręcz 2.95. wyobrażam sobie, że wyglądałem przekomicznie: w
zasadzie pytanie to było tak częste, że wcale nie spodziewałem się sukcesu, a tu koleś robi coś
najnormalniejszego na świecie, jakby każdego dnia podawał komuś 'on the road', wiedząc gdzie dokładnie leży,
jak wygląda i co znajduje się na 135 stronie. dokładnie jakby sam kiedyś przemierzył rozgrzane słońcem
bezdroża Dzikiego Zachodu.. zabieram się więc za lekturę -- oryginał zobowiązuje.
***
wrzuciłem nowe klimaty na fotoblog -- jeszcze większość z cyfrówki, ale już udaje mi się pstrykać więcej ludzkich twarzy. w końcu może zrealizuje podział: ludzie i momenty na 'fotoblogu', miejsca w 'podróżach'. z lustrem biegam każdego dnia, to potężna maszyna, do której dopiero JA muszę się dostosować i przyzwyczaić, bo to zupełnie inny świat niż w standardowym cyfrzaku. wczoraj uciekł mi fantastyczny moment -- modelowy wręcz klimat na zajebistą fotkę: wieczorna plaża, czerwona kula słońca nad samym horyzontem, ekipa z amatorską kamerą filmową na solidnym statywie kręci film; reszta ekipy (występująca w roli aktorów) tańczy przed zachodzącym słońcem, jakaś laska z lampką szampana, jakiś koleś za nimi gra na gitarze. kręcili sobie film, a ja miałem przy sobie aparat -- taki moment zwany idealnym. niestety spieszyłem się strasznie, bo mało co już było widać, a zostawiłem 4 kilometry dalej na plaży małą część mojego obiektywu :) wiedziałem gdzie wchodziłem na plażę, wiedziałem gdzie z niej schodziłem i jakimś cudem, po 10 krokach wśród kamieni ową część odnalazłem..
***
a w piątek stuknęły nam z Agatą 2 latka -- 731 dni razem -- dzięki za wszystko Misiaku :*
***
wrzuciłem nowe klimaty na fotoblog -- jeszcze większość z cyfrówki, ale już udaje mi się pstrykać więcej ludzkich twarzy. w końcu może zrealizuje podział: ludzie i momenty na 'fotoblogu', miejsca w 'podróżach'. z lustrem biegam każdego dnia, to potężna maszyna, do której dopiero JA muszę się dostosować i przyzwyczaić, bo to zupełnie inny świat niż w standardowym cyfrzaku. wczoraj uciekł mi fantastyczny moment -- modelowy wręcz klimat na zajebistą fotkę: wieczorna plaża, czerwona kula słońca nad samym horyzontem, ekipa z amatorską kamerą filmową na solidnym statywie kręci film; reszta ekipy (występująca w roli aktorów) tańczy przed zachodzącym słońcem, jakaś laska z lampką szampana, jakiś koleś za nimi gra na gitarze. kręcili sobie film, a ja miałem przy sobie aparat -- taki moment zwany idealnym. niestety spieszyłem się strasznie, bo mało co już było widać, a zostawiłem 4 kilometry dalej na plaży małą część mojego obiektywu :) wiedziałem gdzie wchodziłem na plażę, wiedziałem gdzie z niej schodziłem i jakimś cudem, po 10 krokach wśród kamieni ową część odnalazłem..
***
a w piątek stuknęły nam z Agatą 2 latka -- 731 dni razem -- dzięki za wszystko Misiaku :*
kategoria: zapiski link bezpośredni
stała się jasność..
27.03.2007; 16.58
śliczny, cudowny, ładny, błyskotliwy, zawodowy, olśniewający, błyskawiczny, efektowny, doskonały, idealny, imponujący, perfekcyjny, zwinny, wspaniały, doniosły, bajerancki, bombowy, fajowy, odlotowy, morowy, szałowy, wypasiony, wystrzałowy, rzetelny, solidny, lśniący, promienny, fachowy, wytrawny, profesjonalny, szybki, pewny, sprawdzony, niezawodny, zaufany, mocny, równy, autorytatywny i błyszczący Nikon D80 wraz z obiektywem Nikon DX VR 18-200 mm F3.5-5.6G stał się moją własnością..
i stała się jasność..
i stała się jasność..
kategoria: pasje link bezpośredni
dureń
24.03.2007; 23.58
dzisiaj oprócz sukcesów sportowych: wspaniałego Adama i skutecznych piłkarczyków, mieliśmy w państwie naszym początek śledztwa w sprawie zniewagi (nie mylić ze zniesławieniem) któregoś z prezydentów. oskarżonemu byłemu elektrykowi, którego, nota bene, także należy zwać prezydentem, w myśl przepisu art. 135 Kodeksu karnego grozi surowa kara: 'kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3'. sprawa już jest głośna, a podstawowym tropem ma być badanie pochodzenie i znaczenia słowa 'dureń', jakiego w omawianej zniewadze użyto.. na jednym z publicznych for nie zawiedli oczywiście internauci, wrzasku było co nie miara, ale jeden komentarz rozbił mnie totalnie. autorowi przypomniał się kawał rodem z dalekiego wschodu. a może bardziej: o zachowaniu naszych Braci ze wschodu:
Waniusza chodzil po wsi i powtarzał: car to dureń.
zlapał go policmajster i wlecze do cyrkulu.
Waniusza mowi: ale mnie chodziło o cara niemieckiego!
na to policmajster: nie wymigasz sie Waniusza. juz my dobrze wiemy, który car jest durniem..
no bo, zastanawiając się dłużej, prezydencki tytuł dzierży się dozgonnie, to kto powiedział, że Wałęsa wypowiadał się o Kaczyńskim? choć podobno prokuratura dokładnie wie, o którego prezydenta chodziło. wiadomo, uderz w stół, a dureń sam się odezwie..
Waniusza chodzil po wsi i powtarzał: car to dureń.
zlapał go policmajster i wlecze do cyrkulu.
Waniusza mowi: ale mnie chodziło o cara niemieckiego!
na to policmajster: nie wymigasz sie Waniusza. juz my dobrze wiemy, który car jest durniem..
no bo, zastanawiając się dłużej, prezydencki tytuł dzierży się dozgonnie, to kto powiedział, że Wałęsa wypowiadał się o Kaczyńskim? choć podobno prokuratura dokładnie wie, o którego prezydenta chodziło. wiadomo, uderz w stół, a dureń sam się odezwie..
kategoria: humor link bezpośredni
tekst cudzy: Drew Lerman, Magiczne miasto
22.03.2007; 00.00
zabawna rzecz to dorastanie. przez całe życie jesteś przekonany, że świat jest jakiś tam, a tu raptem, nie wiadomo skąd wszystko się zmienia. zaczynasz zdawać sobie sprawę, że być może rodzice nie są wszechwiedzący, że władza jest skorumpowana, że twoi przodkowie to mordercy. pewnego dnia odkrywasz, że umrzesz -- a potem, któż to wie? początkowo dociera to do ciebie stopniowo; dostrzegasz, że świat wcale nie jest taki, jak mówili. kiedy zacierają się ślady prania mózgu, możesz tylko chcieć, żeby powstał w nim jakiś nowy napis.
(..)
..prawdziwe pytanie brzmi -- co z tym robić? co zrobić, by uniknąć sytuacji, kiedy pewnego dnia odkrywasz, że skończyłeś trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat i zaczynasz zastanawiać się, co zrobiłeś ze swoim życiem?
(..)
..prawdziwe pytanie brzmi -- co z tym robić? co zrobić, by uniknąć sytuacji, kiedy pewnego dnia odkrywasz, że skończyłeś trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat i zaczynasz zastanawiać się, co zrobiłeś ze swoim życiem?
kategoria: cudze link bezpośredni
zwycięstwo!
20.03.2007; 12.34
mój team wygrał turniej Comic Relief. jak można się tego było spodziewać -- dodałbym, gdybym był próżny, a że staram się nie być, to nie dodam.. odegrałem w tym sukcesie całkiem dużą rolę, zarówno pozytywną, jak i negatywną.
fajna zabawa, 4 drużyny, a na trybunach m.in. szef wszystkich szefów* naszej firmy. w pierwszym meczu graliśmy z silnymi Francuzami i nawet już przegrywaliśmy 0-1, ale wykazałem się instynktem strzeleckim i po moich dwóch golach wygraliśmy 2-1. w kolejnym meczu jeszcze trudniejszy przeciwnik -- miejscowi Angole. zagraliśmy klasycznie po niemiecku, solidnie z tyłu, twardo w środku pola. po błędzie przeciwników huknąłem z połowy boiska, wpadło i wygraliśmy 1-0 gwarantując sobie tym samym awans do finału. w ostatnim meczu graliśmy już na luzie, ja sobie postrzelałem i bez problemów pokonaliśmy zespół The Convicts 3-1, ale co to za sukces ograć bandę Australijczyków i Nowozelandczyków wspieranych Hiszpanem i Walijczykiem..
w meczu o trzecie miejsce Francuzi zremisowali z Australijczykami 1-1 (po czym obie strony zeszły z boiska zadowolone), a wielki finał, jak to się często dzieje na międzynarodowych imprezach, rozczarował. więcej było walki, typowej kopaniny boiskowej niż pięknej gry i mecz skończył się wynikiem 0-0, a o wygranej zadecydowały karne. ja przestrzeliłem, ale ziomale niemieccy strzelali pewnie i wygraliśmy 3-2 zdobywając tytuł pierwszego Mistrza NCsoft Corporation :-)
po turnieju w małej brytyjskiej knajpce przy Fostersie przeżywaliśmy każdą akcję, analizując naszą grę, bramki i niewykorzystane sytuacje..
* założycielem europejskiej siedziby naszej koreańskiej korporacji jest Geoff Heath -- facet około 70-tki, milioner i podróżnik. ma jakiś dar zarabiania pieniędzy, podobno każda firma, którą zarządzał osiągnęła sukces, a sam Geoff ostatnio zajmuje się tak nieprzyziemnymi sprawami jak opłynięcie świata na własnym jachcie, czy licencja pilota małej awionetki..
fajna zabawa, 4 drużyny, a na trybunach m.in. szef wszystkich szefów* naszej firmy. w pierwszym meczu graliśmy z silnymi Francuzami i nawet już przegrywaliśmy 0-1, ale wykazałem się instynktem strzeleckim i po moich dwóch golach wygraliśmy 2-1. w kolejnym meczu jeszcze trudniejszy przeciwnik -- miejscowi Angole. zagraliśmy klasycznie po niemiecku, solidnie z tyłu, twardo w środku pola. po błędzie przeciwników huknąłem z połowy boiska, wpadło i wygraliśmy 1-0 gwarantując sobie tym samym awans do finału. w ostatnim meczu graliśmy już na luzie, ja sobie postrzelałem i bez problemów pokonaliśmy zespół The Convicts 3-1, ale co to za sukces ograć bandę Australijczyków i Nowozelandczyków wspieranych Hiszpanem i Walijczykiem..
w meczu o trzecie miejsce Francuzi zremisowali z Australijczykami 1-1 (po czym obie strony zeszły z boiska zadowolone), a wielki finał, jak to się często dzieje na międzynarodowych imprezach, rozczarował. więcej było walki, typowej kopaniny boiskowej niż pięknej gry i mecz skończył się wynikiem 0-0, a o wygranej zadecydowały karne. ja przestrzeliłem, ale ziomale niemieccy strzelali pewnie i wygraliśmy 3-2 zdobywając tytuł pierwszego Mistrza NCsoft Corporation :-)
po turnieju w małej brytyjskiej knajpce przy Fostersie przeżywaliśmy każdą akcję, analizując naszą grę, bramki i niewykorzystane sytuacje..
* założycielem europejskiej siedziby naszej koreańskiej korporacji jest Geoff Heath -- facet około 70-tki, milioner i podróżnik. ma jakiś dar zarabiania pieniędzy, podobno każda firma, którą zarządzał osiągnęła sukces, a sam Geoff ostatnio zajmuje się tak nieprzyziemnymi sprawami jak opłynięcie świata na własnym jachcie, czy licencja pilota małej awionetki..
kategoria: pasje link bezpośredni
Comic Relief
16.03.2007; 12.10
dziwna sprawa. szedłem sobie ulicą i po drugiej stronie ujrzałem człowieka w kominiarce. wiesz, w takiej czarnej, z wyciętymi oczyma, jakiej się używa w klasycznym napadzie na bank. myślę sobie: wtf, co koleś w kominiarce robi na głównej ulicy Brighton idąc sobie spokojnie po chodniku? dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że to Murzyn. i wcale nie ma kominiarki. dziwna sprawa, jak już zauważyłem na początku, bo nigdy mi się takie coś nie przytrafiło: ja swoje, rzeczywistość swoje, a mój umysł zmęczony pracą przed komputerem co innego. chyba potrzebuję TEGO weekendu..
***
mamy dzisiaj w Anglii Comic Relief Day 2007. to taki fajny dzień, kiedy robi się różne dziwne rzeczy, aby zebrać jak największą ilość funtów dla biednych dzieci.. Get involved with The Big One for Red Nose day and help create a world free from poverty and support Comic Relief. to inaczej Dzień Czerwonego Nosa -- ludzie w firmie biegają w dziwnych strojach (z czerwonymi, lub bez, nosami), a jednej koleś cały (caluteńki!!) wysmarował się czerwoną farbą i zbierał kasę na ciasto, które podobno sam piecze. naszą inicjatywą jest, jakby inaczej, halowy turniej piłkarski oraz typowanie jego zwycięzców. mamy 4 zespoły: Francuzi, Brytole, 4 Niemców i ja oraz reszta świata pod szyldem The Commonwealth (53 byłe kolonie brytyjskie zjednoczone w unii pod jednym szyldem). co do mojego zespołu, to zdecydował czynnik geograficzny. musieliśmy tylko wymyśleć jakąś nazwę w miarę płynnie łączącą nasze 2 kraje. padło kilkanaście pomysłów (wśród których Blitzkrieg był dłuższy czas na czele, ale w końcu zmieniliśmy, aby jacyś Francuzi nie poczuli się urażeni, bo mnie to rybka..), a zwyciężyła, fantastyczna moim zdaniem nazwa: Germanowicz. ideał wręcz, teraz pozostaje tylko wygrać poniedziałkowy turniej..
***
mamy dzisiaj w Anglii Comic Relief Day 2007. to taki fajny dzień, kiedy robi się różne dziwne rzeczy, aby zebrać jak największą ilość funtów dla biednych dzieci.. Get involved with The Big One for Red Nose day and help create a world free from poverty and support Comic Relief. to inaczej Dzień Czerwonego Nosa -- ludzie w firmie biegają w dziwnych strojach (z czerwonymi, lub bez, nosami), a jednej koleś cały (caluteńki!!) wysmarował się czerwoną farbą i zbierał kasę na ciasto, które podobno sam piecze. naszą inicjatywą jest, jakby inaczej, halowy turniej piłkarski oraz typowanie jego zwycięzców. mamy 4 zespoły: Francuzi, Brytole, 4 Niemców i ja oraz reszta świata pod szyldem The Commonwealth (53 byłe kolonie brytyjskie zjednoczone w unii pod jednym szyldem). co do mojego zespołu, to zdecydował czynnik geograficzny. musieliśmy tylko wymyśleć jakąś nazwę w miarę płynnie łączącą nasze 2 kraje. padło kilkanaście pomysłów (wśród których Blitzkrieg był dłuższy czas na czele, ale w końcu zmieniliśmy, aby jacyś Francuzi nie poczuli się urażeni, bo mnie to rybka..), a zwyciężyła, fantastyczna moim zdaniem nazwa: Germanowicz. ideał wręcz, teraz pozostaje tylko wygrać poniedziałkowy turniej..
kategoria: zapiski link bezpośredni
podróżologia teoretyczna
11.03.2007; 20.06
co bardziej spostrzegawczy zauważyli, że druga odsłona mojej witryny zmieniła numer roboczy na dwa. tomxx 2.2.
zmiany subtelne, ale ważne, nadające pewien kierunek na przyszłość. zdecydowałem się na wprowadzenie działu
poświęconego linkom internetowym -- zaledwie z dwóch tematów, ale coraz bardziej ważnych -- odnośnikom do
stron podróżniczych i fotograficznych. z jednej strony chcę zebrać w jednym miejscu odwiedzane przeze mnie
witryny, z drugiej to czasami pewna forma wymiany, takie kółko wzajemnego wsparcia ludzi o tych samych
zainteresowaniach..
Wielka Brytania uwalnia umysł. to tutaj po raz pierwszy przyszła mi do głowy podróż dookoła świata. ekonomicznie poradziłbym sobie bez problemu, Agatka pewnie też by się zgodziła. gorzej z czasem -- dopiero rozpocząłem pracę w korporacji, więc teraz nie. ale kiedy? później? PÓŹNIEJ może być za późno, a taka podróż trwa przynajmniej pełny rok. firmy sprzedają co prawda bilety lotnicze RTW (round the world), ale to lekkie oszukiwania siebie samego: tu chodzi przede wszystkim o podróżowanie przyziemne. autostopem, pociągiem, lokalnymi pociągami. być świadkiem przyziemnych wydarzeń, lokalnych nieporozumień, miejscowej kultury.. może dlatego wśród linków mojej strony znajduje się kilka stron polskich podróżników RTW. polecam czytadło do poduszki -- polecam także uwolnienie Waszych umysłów..
kolejna myśl: cholernie żałuję lenistwa i niespisywania moich dotychczasowych wrażeń z odbytych podróży. uciekło już tyle ciekawych momentów -- te ważniejsze chwile tysiące kilometrów od domu nadal są w głowie, ale na jak długo? czemu nie spisałem wrażeń z mojej pierwszej w pełni niekontrolowanej wycieczki po Europie? dotarliśmy co prawda tylko do Holandii, ale COŚ się działo, nie mieliśmy gdzie spać, przebyliśmy na rowerach teren całej południowej Holandii! dlaczego nie zdecydowałem się na uwiecznienie dwumiesięcznej tułaczki po Skandynawii? kamping na południu Norwegii, potem mieszkanie za free w cudzym mieszkaniu, podczas, gdy właściciele nadal mieszkali na biwaku? albo cudowna podróż Marka Cinquecento na północ, do Trondheim. niezliczone góry, fjordy i norweskie miasteczka.. w końcu błąd podstawowy: gdzie były moje wrażenia z czterech i pół miesięcy za Wielką Wodą? dlaczego nie spisałem naszej wersji realizacji American Dream? od Atlantyku i od wodospadu Niagara, czyli granicy z Kanadą, do Pacyfiku i do San Diego, czyli do granicy z Meksykiem? tysiące przemierzanych mil, wiatr we włosach, muzyka, palące słońce, pustynie, kaniony, doliny i dziki zachód? wielka przygoda nie powinna być zapomniana, choć z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie, aby przeżyć ją ponownie.. może się jeszcze wezmę za spisanie tych chwil -- coś tam mi utkwiło, resztę pamiętają pewnie współtowarzysze.
i tym oto podróżniczo-fotograficznym akcentem wita nas wiosna. dzisiaj po raz pierwszy leżałem na plaży. słonko świeciło, a Wojtek Cejrowski z kart swojej książki opowiadał mi o swoich przygodach po drugiej stronie Globu.. miłej wiosny więc :)
Wielka Brytania uwalnia umysł. to tutaj po raz pierwszy przyszła mi do głowy podróż dookoła świata. ekonomicznie poradziłbym sobie bez problemu, Agatka pewnie też by się zgodziła. gorzej z czasem -- dopiero rozpocząłem pracę w korporacji, więc teraz nie. ale kiedy? później? PÓŹNIEJ może być za późno, a taka podróż trwa przynajmniej pełny rok. firmy sprzedają co prawda bilety lotnicze RTW (round the world), ale to lekkie oszukiwania siebie samego: tu chodzi przede wszystkim o podróżowanie przyziemne. autostopem, pociągiem, lokalnymi pociągami. być świadkiem przyziemnych wydarzeń, lokalnych nieporozumień, miejscowej kultury.. może dlatego wśród linków mojej strony znajduje się kilka stron polskich podróżników RTW. polecam czytadło do poduszki -- polecam także uwolnienie Waszych umysłów..
kolejna myśl: cholernie żałuję lenistwa i niespisywania moich dotychczasowych wrażeń z odbytych podróży. uciekło już tyle ciekawych momentów -- te ważniejsze chwile tysiące kilometrów od domu nadal są w głowie, ale na jak długo? czemu nie spisałem wrażeń z mojej pierwszej w pełni niekontrolowanej wycieczki po Europie? dotarliśmy co prawda tylko do Holandii, ale COŚ się działo, nie mieliśmy gdzie spać, przebyliśmy na rowerach teren całej południowej Holandii! dlaczego nie zdecydowałem się na uwiecznienie dwumiesięcznej tułaczki po Skandynawii? kamping na południu Norwegii, potem mieszkanie za free w cudzym mieszkaniu, podczas, gdy właściciele nadal mieszkali na biwaku? albo cudowna podróż Marka Cinquecento na północ, do Trondheim. niezliczone góry, fjordy i norweskie miasteczka.. w końcu błąd podstawowy: gdzie były moje wrażenia z czterech i pół miesięcy za Wielką Wodą? dlaczego nie spisałem naszej wersji realizacji American Dream? od Atlantyku i od wodospadu Niagara, czyli granicy z Kanadą, do Pacyfiku i do San Diego, czyli do granicy z Meksykiem? tysiące przemierzanych mil, wiatr we włosach, muzyka, palące słońce, pustynie, kaniony, doliny i dziki zachód? wielka przygoda nie powinna być zapomniana, choć z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie, aby przeżyć ją ponownie.. może się jeszcze wezmę za spisanie tych chwil -- coś tam mi utkwiło, resztę pamiętają pewnie współtowarzysze.
i tym oto podróżniczo-fotograficznym akcentem wita nas wiosna. dzisiaj po raz pierwszy leżałem na plaży. słonko świeciło, a Wojtek Cejrowski z kart swojej książki opowiadał mi o swoich przygodach po drugiej stronie Globu.. miłej wiosny więc :)
kategoria: pasje link bezpośredni
starzy znajomi. wykreowała nas piłka.
07.03.2007; 12.53
z weekendu w Polsce wróciłem z wrażeniami i .. przeziębieniem. a ogólnie wiadomo, że na chore gardło najlepsze
jest zimne piwo, więc postanowiłem się wczoraj wybrać do knajpy na mecz Ligi Mistrzów. rozgrywki to elitarne, a
do tego niesamowicie prestiżowe. przepraszam, że piszę o sprawach tak oczywistych, jak wyższosć Ligi Mistrzów
nad czymkolwiek innym, ale mam dwa powody, w tym jeden ważny. po pierwsze, grał Liverpool, a takiej okazji
podziwiania angielskich fanów w akcji przegapić nie należało. po drugie, znacznie ważniejsze, na meczu tym
spotkałem starego dobrego kumpla. Łukasz wyjechał do Brighton 5 lat temu, minęły więc lata od naszego
ostatniego spotkania. był czas na wspomnienia, gdyż... hmm, ale po kolei:
Tomek Wałdoch. przyszedł do Górnika w 1989 roku, miał wówczas 19 lat. wysoki, utalentowany, bez reszty
oddany klubowi obrońca, od razu uzyskał miejsce w składzie silnego wówczas klubu. z uwagi na swoje
zaangażowanie i sumienność szybko też zyskał szacunek kibiców. zrobił później całkiem sporą karierę grając w
lidze niemieckiej w Bochum i Schalke Gelsenkirchen, choć oczywiście wtedy nie mogliśmy o tym wiedzieć. Tomek
był pierwszym moim piłkarskim idolem i to jego autograf wystałem po jednym z meczów Górnika. rozmawialiśmy, coś
się mnie zapytał, ale byłem zbyt stremowany, aby coś mądrego z siebie wydusić. i tak to się mniej więcej
zaczęło..
autografy. miałem już podpis mojego idola, należało zdobywać kolejne. na początku na luźnych kartkach,
później wraz z kumplami zaopatrzyliśmy się w odpowiednie zeszyty. każda drużyna miała swoje miejsce, z
telegazety spisywaliśmy składy, a potem z nieśmiałością zafascynowanego dziecka podchodziliśmy do piłkarzy: 'mogę prosić o autograf? proszę znaleźć siebie na liście'.
infantylnie, ale na tyle skutecznie, że po kilku sezonach mieliśmy autografy całej polskiej ligi i kilku gwiazd
międzynarodowych. polska reprezentacja grała wówczas wszystkie mecze w Zabrzu, więc w naszych zeszytach
pojawiły się podpisy takich graczy jak Zidane, Karembeu, Lama, Bierhoff, Hässler, Möller, Klinsmann, Hagi,
Popescu, Rosenthal.. byliśmy blisko Wielkiej Piłki, rozpoznawaliśmy twarze, a co najlepsze, po pewnym czasie
rozpoznawano nas. było to dla nas spore przeżycie, być wśród ludzi o których się pisze, którzy występują w
telewizorni. potrafiliśmy się nawet nielegalnie wkręcać na konferencje prasowe. fajne to były czasy..
Przemo, Łukasz i ja, wtedy jeszcze zdecydowanie nie tomxx. Przemo elokwentny, przybył na Śląsk skądś z Mazur, często udawał komentatora sportowego, z
czego my mieliśmy niezły ubaw, nigdy nie było mu zimno. Łukasz narwany, w wieku kilkunastu lat wyleciał przez
przednią szybę syreny, którą gdzieś po polach jeździli w 10 osób. do dzisiaj ma bliznę na lewym policzku. i ja,
chyba najbardziej oddany 'sprawie', choć rok od nich starszy. co prawda byli także inni, raz więcej, raz mniej
ich jeździło i zbierało autografy, lecz tak naprawdę istniała tylko nasza trójka. po latach nasze drogi się
rozeszły i do zeszłego tygodnia nie miałem z nimi kontaktu..
najpierw odezwał się Przemek. wygooglował moją stronę, trochę poczytał, pościemniał, że fajne fotki, pogratulował wierności ideałom. jak można się było tego spodziewać jest prawnikiem, po kolei zalicza ścieżki swojej kariery, osiadł we Wrocławiu -- mieście niesamowitego wzrostu gospodarczego i kolosalnych inwestycji. żartowałem, żeby piął się w górę, bo prędzej czy później będę potrzebował fachowej porady prawnej.
a Łukasza spotkałem wczoraj w pubie. wysoki, metr dziewięćdziesiąt, modnie obstrzyżony, w koszulce Liverpoolu, z Carlsbergiem w ręce. śpiewał z innymi kibicami i na dzień dobry kazał mi przypomnieć, któremu z brytyjskich klubów kibicował 10 lat temu. potwierdziłem, że właśnie Liverpoolowi. od kilku lat za granicą, co widać w zachowaniu. zrobił kurs ochroniarski i dzisiaj zna większość smutnych gości stojących na bramkach pubów i dyskotek tego miasta. jest zadowolony, modnie ubrany, podróżuje po świecie, do Polski na dłużej się nie wybiera..
trochę miałem im za złe, że zaczęli, jak chorągiewki, kibicować Piastowi Gliwice. ale taka była wóczas moda w
naszym mieście -- klub reaktywowano, wielu kibiców zaczęło ich otwarcie wspierać, a Górnik przeżywał słabszy
sportowo okres. ale to czasy minione. mam nadzieję, że przyjdzie nam się jeszcze kiedyś w trójkę wspólnie napić
piwa -- bo w okresie dynamicznie zmniejszającego się świata jest to bardzo prawdopodobne. tak sobie czasem
myślę o tej mojej Europie, jako o miejscu, w którym mimo pokonywanych odległości i granic, mimo zmieniających
się języków człowiek ma poczucie, jakby podróżował z Knurowa do Sośnicy. ludzkość wpadła na mnóstwo
przełomowych i fajnych pomysłów. koło, żarówka, spaghetti, westerny, gry komputerowe czy najgenialniejszy
spośród nich wszystkich -- tanie linie lotnicze -- zebrało się tego od groma, można by wyliczać przynajmniej do
pierwszego sędziowskiego gwizdka dzisiejszego meczu Ligi Mistrzów o 20.45. o przepraszam, u mnie o 19.45. Milan
- Celtic. gorąco polecam ;)
Miałem dziesięć lat,
Gdy usłyszał o nim świat..
Gdy usłyszał o nim świat..
Pocztówkowy szał,
Każdy z nas ich pięćset miał..
Każdy z nas ich pięćset miał..
Było nas trzech,
W każdym z nas inna krew,
Ale jeden przyświecał nam cel..
W każdym z nas inna krew,
Ale jeden przyświecał nam cel..
najpierw odezwał się Przemek. wygooglował moją stronę, trochę poczytał, pościemniał, że fajne fotki, pogratulował wierności ideałom. jak można się było tego spodziewać jest prawnikiem, po kolei zalicza ścieżki swojej kariery, osiadł we Wrocławiu -- mieście niesamowitego wzrostu gospodarczego i kolosalnych inwestycji. żartowałem, żeby piął się w górę, bo prędzej czy później będę potrzebował fachowej porady prawnej.
a Łukasza spotkałem wczoraj w pubie. wysoki, metr dziewięćdziesiąt, modnie obstrzyżony, w koszulce Liverpoolu, z Carlsbergiem w ręce. śpiewał z innymi kibicami i na dzień dobry kazał mi przypomnieć, któremu z brytyjskich klubów kibicował 10 lat temu. potwierdziłem, że właśnie Liverpoolowi. od kilku lat za granicą, co widać w zachowaniu. zrobił kurs ochroniarski i dzisiaj zna większość smutnych gości stojących na bramkach pubów i dyskotek tego miasta. jest zadowolony, modnie ubrany, podróżuje po świecie, do Polski na dłużej się nie wybiera..
Poróżniła nas,
Za jej Poli Raksy twarz,
Każdy by się zabić dał..
Za jej Poli Raksy twarz,
Każdy by się zabić dał..
kategoria: pasje link bezpośredni
approved!
01.03.2007; 17.01
właśnie wyszedłem z rozmowy podsumowującej mój okres próbny -- trial period -- w korporacji. i dwie takie małe radosne niespodziewanki:
1) nie zostałem zwolniony..
2) dostałem podwyżkę!
well, it's good to be a king :]
1) nie zostałem zwolniony..
2) dostałem podwyżkę!
well, it's good to be a king :]
kategoria: zapiski link bezpośredni
korea hardcore
01.03.2007; 14.10
ekipa NCsoftu to ekscentryczni ludzie. na porządku dziennym jest strzelanina firmowa z plastikowej broni, a sam szef wszystkich szefów na przyjęciu firmowym (wszyscy w garniturach) rozpoczął wojnę na kulki papierowe. po chwili rzucała się cała sala. co prawda alkoholu się tu nie pija (yo yo yo helion friends!!), ale i tak jest wesoło.. zdarzają się jednak jednostki, które o większy ekscentryzm posądzać nie wypada. no właśnie.. można się naciąć..
na przykład Koreańczyk, jeden z trójki pracujących u nas skośnookich. chłopak ułożony, spokojny, powiedzieć można smutny.. Azjata o wzroku skierowanym w podłogę, o chodzie równym jak obywatele państwa komunistycznego, powściągliwy w poglądach, sympatyczny w rozmowie choć chłodny z aparycji. no to tyle o pierwszym wrażeniu, teraz druga strona:
Paha jest muzykiem. artystą metalowym, kompozytorem i solistą. co jakiś czas rozsyła po firmie informacje o swoich nowych produkcjach, a ostatnio na swoją stronę wrzucił nawet film z hard-rockowej imprezy, w której wymiatał, jak jego ziomale w wojnie z wrogiem z północy. zaprszam na stronę główną artysty: http://www.pahamusic.com
na przykład Koreańczyk, jeden z trójki pracujących u nas skośnookich. chłopak ułożony, spokojny, powiedzieć można smutny.. Azjata o wzroku skierowanym w podłogę, o chodzie równym jak obywatele państwa komunistycznego, powściągliwy w poglądach, sympatyczny w rozmowie choć chłodny z aparycji. no to tyle o pierwszym wrażeniu, teraz druga strona:
Paha jest muzykiem. artystą metalowym, kompozytorem i solistą. co jakiś czas rozsyła po firmie informacje o swoich nowych produkcjach, a ostatnio na swoją stronę wrzucił nawet film z hard-rockowej imprezy, w której wymiatał, jak jego ziomale w wojnie z wrogiem z północy. zaprszam na stronę główną artysty: http://www.pahamusic.com
kategoria: zapiski link bezpośredni
o kibicowaniu słów kilka..
27.02.2007; 17.09
liga angielska jest jedną z najsilniejszych i najbardziej medialnych na świecie. jeśli 15
tys. kibiców na meczu Górnika można nazwać zaangażowaniem, to to co tutaj wyprawia się
każdego weekendu to istny fanatyzm. na meczu Premiership jeszcze nie byłem, natomiast
każdego tygodnia staram się wybrać na jakiś mecz do pubu. pub jest odzwierciedleniem
stadionu, drugim domem, miejscem spotkań kibiców, którymi tutaj, w Wielkiej Brytanii jest
prawie każdy..
Anglia od wielu lat słynęła z bezwzględności i brutalności ruchu kibicowskiego. to tu rozwinęły się grupy chuligańskie -- tzw. footbal firms, które pod szyldem danego klubu terroryzowały kraj przy okazji (lub bez okazji) meczu swojej drużyny. Chelsea miała swój firm Headhunters, West Ham United miał Inter City Firm, fanatycy Millwall skupiali się w ramach grupy Bushwhackers. dochodziło do walk, napadów, strumieniami lała się krew, ulice londynu przestały być bezpieczne, walki na stadionach były codziennością. pomysł poszedł w świat, a późniejsze zaangażowanie fanów holenderskich czy polskich jest tego następstwem..
kres tych wydarzeń nastał w roku 1985. wówczas, 29 maja na stadionie Heysel w Brukseli rozgrywano finałowy mecz rozgrywek dzisiejszej Ligi Mistrzów, w którym brytyjski Liverpool grał z włoskim Juventusem. zamieszki, które wybuchły przed spotkaniem pochłonęły życie 39 włoskich fanów, a kluby angielskie zostały na 5 lat wykluczone z rozgrywek międzynarodowych. do boju wkroczyła premier Wielkiej Brytanii -- Margaret Thatcher, która stosując drastyczne metody postanowiła zrobić porządek z chuliganami na Wyspach. zaostrzono kary, zarówno ograniczenia wolności, jak i finansowe, wprowadzono monitoring oraz zakazy stadionowe. kluby były zmuszone do poprawy infrastruktury stadionowej, fanów angielskich nie wpuszczano na mecze swojej drużyny w całej Europie.. 20 lat później w Wielkiej Brytanii pojawiłem się ja..
dzisiejsza piłka nożna w Anglii to także religia. zmienił się natomiast sposób kibicowania. na meczach jest spokojnie, chuligani zostali zmarginalizowani, zaczęto myśleć pozytywnie. pub podczas meczu jest podzielony -- kibice wspólnie oglądają widowisko, większość ubrana jest w barwy swojego zespołu. nikogo na ulicy nie dziwi kibic w koszulce Liverpoolu, szaliku Manchesteru, czy czapeczce Chelsea. kibice nauczyli się egzystować we wspólnocie, co u nas jest jeszcze nie do pomyślenia. w knajpach strumieniami leje się piwo, znajomi z pracy, czy sąsiedzi wybierają się na mecz ubrani w barwy przeciwnych drużyn. w pubach na dywanie siedzą ich dziewczyny, faceci drą mordy do telewizora aby choć trochę pomóc swojemu zespołowi. jest atmosfera.. nadal są śpiewy, nawet obrażające przeciwne drużyny, ale nie jest to powód, aby w ruch poszły pięści. w ostatnią niedzielę byłem w lokalnym pubie na meczu Arseanlu z Chelsea. w pewnym momencie pobili się sami piłkarze, co na usta kibiców przywołało uśmiech, a nie objawy agresji.. po meczu Brighton Albion z Millwall policja poprowadziła 1000 osobową grupę kibiców gości przez środek fanów miejscowej drużyny. były śpiewy, były wrzaski, nie było natomiast agresji:
z niemożliwej do zmiany subkultury kibica brytyjskiego pozostały tylko słowa piosenki,
pozostała pamięć po kilkudziesięciu latach terroru. w Polsce sytuacja także ulegnie
zmianie. i to już wkrótce. tak jak w Niemczech, Francji czy Hiszpanii. kibice zmnądrzeją.
piszę te słowa na kilka dni przed inauguracją kolejnej rundy naszej piłkarskiej
ekstraklasy. 1500 km nie jest już problemem i punktualnie o 14.00 w niedzielę będę stał
wspólnie z innymi, wymachiwał szalikiem i krzyczał, aż stracę głos..
i tak to mniej więcej wygląda..
Anglia od wielu lat słynęła z bezwzględności i brutalności ruchu kibicowskiego. to tu rozwinęły się grupy chuligańskie -- tzw. footbal firms, które pod szyldem danego klubu terroryzowały kraj przy okazji (lub bez okazji) meczu swojej drużyny. Chelsea miała swój firm Headhunters, West Ham United miał Inter City Firm, fanatycy Millwall skupiali się w ramach grupy Bushwhackers. dochodziło do walk, napadów, strumieniami lała się krew, ulice londynu przestały być bezpieczne, walki na stadionach były codziennością. pomysł poszedł w świat, a późniejsze zaangażowanie fanów holenderskich czy polskich jest tego następstwem..
kres tych wydarzeń nastał w roku 1985. wówczas, 29 maja na stadionie Heysel w Brukseli rozgrywano finałowy mecz rozgrywek dzisiejszej Ligi Mistrzów, w którym brytyjski Liverpool grał z włoskim Juventusem. zamieszki, które wybuchły przed spotkaniem pochłonęły życie 39 włoskich fanów, a kluby angielskie zostały na 5 lat wykluczone z rozgrywek międzynarodowych. do boju wkroczyła premier Wielkiej Brytanii -- Margaret Thatcher, która stosując drastyczne metody postanowiła zrobić porządek z chuliganami na Wyspach. zaostrzono kary, zarówno ograniczenia wolności, jak i finansowe, wprowadzono monitoring oraz zakazy stadionowe. kluby były zmuszone do poprawy infrastruktury stadionowej, fanów angielskich nie wpuszczano na mecze swojej drużyny w całej Europie.. 20 lat później w Wielkiej Brytanii pojawiłem się ja..
dzisiejsza piłka nożna w Anglii to także religia. zmienił się natomiast sposób kibicowania. na meczach jest spokojnie, chuligani zostali zmarginalizowani, zaczęto myśleć pozytywnie. pub podczas meczu jest podzielony -- kibice wspólnie oglądają widowisko, większość ubrana jest w barwy swojego zespołu. nikogo na ulicy nie dziwi kibic w koszulce Liverpoolu, szaliku Manchesteru, czy czapeczce Chelsea. kibice nauczyli się egzystować we wspólnocie, co u nas jest jeszcze nie do pomyślenia. w knajpach strumieniami leje się piwo, znajomi z pracy, czy sąsiedzi wybierają się na mecz ubrani w barwy przeciwnych drużyn. w pubach na dywanie siedzą ich dziewczyny, faceci drą mordy do telewizora aby choć trochę pomóc swojemu zespołowi. jest atmosfera.. nadal są śpiewy, nawet obrażające przeciwne drużyny, ale nie jest to powód, aby w ruch poszły pięści. w ostatnią niedzielę byłem w lokalnym pubie na meczu Arseanlu z Chelsea. w pewnym momencie pobili się sami piłkarze, co na usta kibiców przywołało uśmiech, a nie objawy agresji.. po meczu Brighton Albion z Millwall policja poprowadziła 1000 osobową grupę kibiców gości przez środek fanów miejscowej drużyny. były śpiewy, były wrzaski, nie było natomiast agresji:
No one likes us, No one likes us
No one likes us, We don't care
We are Millwall
Super Millwall
We are Millwall from The Den
No one likes us, We don't care
We are Millwall
Super Millwall
We are Millwall from The Den
To My -- chłopcy z Górnika,
zna nas cała liga,
za Górnik, za nasz KS,
pójdziemy aż po życia kres!
zna nas cała liga,
za Górnik, za nasz KS,
pójdziemy aż po życia kres!
i tak to mniej więcej wygląda..
kategoria: pasje link bezpośredni
wynocha! get out!
23.02.2007; 17.25
mój szef w mailu do całego działu:
For the lucky ones who have nothing left to deliver today, you're more than welcome to leave earlier today.
For the others, please make sure to come late on Monday morning!
no to idę. na zasłużony dwudniowy odpoczynek :P
For the lucky ones who have nothing left to deliver today, you're more than welcome to leave earlier today.
For the others, please make sure to come late on Monday morning!
no to idę. na zasłużony dwudniowy odpoczynek :P
kategoria: zapiski link bezpośredni
lewes
20.02.2007; 14.24
Lewes to historyczne miasteczko we wschodnim Sussex, leży nad rzeką Ouse, jakieś 10 mil na
północny wschód od Brighton. podróż piętrowym autobusem trwa ok pół godziny, dojechać tam można
liniami 28, 28a lub 29 za 2 funty w jedną stronę -- ja wybrałem 29, co nie było rozwiązaniem ani
lepszym, ani gorszym. choć, gdy się tak powazniej zastanowić, to trafił się wporzo kierowca, z którym
można było chwilę pogadać, jechał pewnie i wcale nie zwalniał tam gdzie teoretycznie powinien..
znalazłem się tam więc 17. lutego bez jakiegoś większego planu, bez ustalonego harmonogramu
dnia.
na moście przy głównej ulicy na wprost browaru Harvey stali kolesie o zmęczonych twarzach i tradycyjnie czekali, aż dzień przyniesie jakąś okazję albo niespodziankę. dwóch odważniejszych wystukiwało coś na bębenku, jakaś dziewczyna w berecie próbowała śpiewać. pod tym względem uliczni artyści nie róznią się za bardzo od tych w innych krajach. było też kilku meneli ubranych w to, co znaleźli lub w to co ukradli. choć to nie było najważniejsze. najważniejszym był fakt, że przez miasto przemawiała historia..
nazwa Lewes wywodzi się z anglosaksońskiego słowa 'hlew', co oznacza wzgórze. rzeczywiście miasteczko położone jest na wzgórzu i jak głosi wieść stugębna, wywodzi się z czasów, gdy spokojna wówczas wieś leżała na dnie doliny, a kamienne kościółki na pagórkach czuwały nad jej pomyślnością. w roku 1264 miała tu miejsce jedna z ważniejszych bitew tamtych lat -- już wtedy nad miastem górował potężny zamek, a badania dowodzą, że niektóre z dzisiejszych kościołów także już istniały. dzisiejsze Towarzystwo Archeologiczne ma masę roboty.
ja skupiłem się na chodzeniu wąskimi brukowanymi uliczkami i podziwianiu starych domków. zrobiłem kilka fotek starego miejskiego zegaru i udałem się w stronę zamku i przyzamkowego muzeum. budynek był wypełniony wszelakimi pamiątkami, bilety sprzedawała młoda, niezbyt urodziwa dziewczyna. zapytała, czy jestem studentem, oczywiście odpowiedziałem, że jestem. sprzedała mi bilet ulgowy za 4.2 i zaprosiła na show, strasznie sie przy tym denerwujac. gdy zapytałem o jaki show chodzi, to wyjaśniła, że świetlny (light show), ale ze kilka świateł nie dziala.. była poważna i wyglądała na głęboko wierzącą w swoją misję i wpływ historii tego miejsca na losy świata.. muzeum przedstawiało kilkutysięczne losy ludzkości tych ziem, począwszy od ery kamienia, poprzez wynalazki ery brązu, żelaza i rewolucji przemysłowej. wykopaliska celtyckie przedstawiały pierwsze bronie, narzędzia i inne takie pierdoły, które zwykle przewijają się w tego typu miejscach..
sam zamek to dość dobrze utrzymana budowla, ciepły wiatr na baszcie miło zapowiadał pierwsze oznaki wiosny. widok był fajny, z jednej strony na część południową w stronę morza, z drugiej na wzgórze i pozostałą część miasteczka. baszta wypełniona jest licznymi rysunkami, militarnym ekwipunkiem średniowiecznym i licznymi strojami, które można nawet przymierzać. nie próbowałem wciskać się w te suknie, bo nie lubię koronek.. na dziedzińcu znajduje się rosyjskie działo z 1800-któregoś roku. nie pasuje do tego miejsca i nie wiadomo jakim cudem się tu znalazło. tzn wiadomo, bo była tabliczka, ale nie doczytałem, bo mi się sikać chciało..
najważniejszym, chyba, duchem Lewes są liczne kościoły. jest ich sporo, jak na takie małe miasteczko.. a wśród nich przykościelne cmentarzyki. przystanąłem na jakiś czas i poświęciłem kilka chwil na odczytanie dat z nagrobków. 1795, 1828, 1919, 2001. nie było to smutne miejsce, choć bardzo nostalgiczne. krzyże pokryte kilkudziesięcioletnim zółtawym mchem, kamienne tablice najczęściej poprzechylane, tak jakby uciekający czas chciał podkreślić rolę pamięci w naszym życiu. w moich fotkach z tego miejsca wykorzystalem sepię, to pomaga w stworzeniu atmosfery, sztucznie dodaje lat, skłania do refleksji. ale to nie było smutne -- nagrobki czasem 10 (!) metrów od domów prawdopodobnie są dla miejscowych zbyt neutralne, zbyt normalne. zresztą jest to jedyny sposób na to, by sens życia nie podciął nam nóg, jak w 'Time', kultowej piosence Pink Floydów..
w każdym razie warto czasem zastanowić się nad czasem.. wszystkie te pagórki, rzeki, kamienie.. ten
zamek, kościoły, wykopane z ziemi narzędzia. tyle już przeżyły, tylu wydarzeń były świadkami i będą
znacznie dłużej, gdy mnie już tu nie będzie, odporne na zmiany pór roku i pogodę..
na moście przy głównej ulicy na wprost browaru Harvey stali kolesie o zmęczonych twarzach i tradycyjnie czekali, aż dzień przyniesie jakąś okazję albo niespodziankę. dwóch odważniejszych wystukiwało coś na bębenku, jakaś dziewczyna w berecie próbowała śpiewać. pod tym względem uliczni artyści nie róznią się za bardzo od tych w innych krajach. było też kilku meneli ubranych w to, co znaleźli lub w to co ukradli. choć to nie było najważniejsze. najważniejszym był fakt, że przez miasto przemawiała historia..
nazwa Lewes wywodzi się z anglosaksońskiego słowa 'hlew', co oznacza wzgórze. rzeczywiście miasteczko położone jest na wzgórzu i jak głosi wieść stugębna, wywodzi się z czasów, gdy spokojna wówczas wieś leżała na dnie doliny, a kamienne kościółki na pagórkach czuwały nad jej pomyślnością. w roku 1264 miała tu miejsce jedna z ważniejszych bitew tamtych lat -- już wtedy nad miastem górował potężny zamek, a badania dowodzą, że niektóre z dzisiejszych kościołów także już istniały. dzisiejsze Towarzystwo Archeologiczne ma masę roboty.
ja skupiłem się na chodzeniu wąskimi brukowanymi uliczkami i podziwianiu starych domków. zrobiłem kilka fotek starego miejskiego zegaru i udałem się w stronę zamku i przyzamkowego muzeum. budynek był wypełniony wszelakimi pamiątkami, bilety sprzedawała młoda, niezbyt urodziwa dziewczyna. zapytała, czy jestem studentem, oczywiście odpowiedziałem, że jestem. sprzedała mi bilet ulgowy za 4.2 i zaprosiła na show, strasznie sie przy tym denerwujac. gdy zapytałem o jaki show chodzi, to wyjaśniła, że świetlny (light show), ale ze kilka świateł nie dziala.. była poważna i wyglądała na głęboko wierzącą w swoją misję i wpływ historii tego miejsca na losy świata.. muzeum przedstawiało kilkutysięczne losy ludzkości tych ziem, począwszy od ery kamienia, poprzez wynalazki ery brązu, żelaza i rewolucji przemysłowej. wykopaliska celtyckie przedstawiały pierwsze bronie, narzędzia i inne takie pierdoły, które zwykle przewijają się w tego typu miejscach..
sam zamek to dość dobrze utrzymana budowla, ciepły wiatr na baszcie miło zapowiadał pierwsze oznaki wiosny. widok był fajny, z jednej strony na część południową w stronę morza, z drugiej na wzgórze i pozostałą część miasteczka. baszta wypełniona jest licznymi rysunkami, militarnym ekwipunkiem średniowiecznym i licznymi strojami, które można nawet przymierzać. nie próbowałem wciskać się w te suknie, bo nie lubię koronek.. na dziedzińcu znajduje się rosyjskie działo z 1800-któregoś roku. nie pasuje do tego miejsca i nie wiadomo jakim cudem się tu znalazło. tzn wiadomo, bo była tabliczka, ale nie doczytałem, bo mi się sikać chciało..
najważniejszym, chyba, duchem Lewes są liczne kościoły. jest ich sporo, jak na takie małe miasteczko.. a wśród nich przykościelne cmentarzyki. przystanąłem na jakiś czas i poświęciłem kilka chwil na odczytanie dat z nagrobków. 1795, 1828, 1919, 2001. nie było to smutne miejsce, choć bardzo nostalgiczne. krzyże pokryte kilkudziesięcioletnim zółtawym mchem, kamienne tablice najczęściej poprzechylane, tak jakby uciekający czas chciał podkreślić rolę pamięci w naszym życiu. w moich fotkach z tego miejsca wykorzystalem sepię, to pomaga w stworzeniu atmosfery, sztucznie dodaje lat, skłania do refleksji. ale to nie było smutne -- nagrobki czasem 10 (!) metrów od domów prawdopodobnie są dla miejscowych zbyt neutralne, zbyt normalne. zresztą jest to jedyny sposób na to, by sens życia nie podciął nam nóg, jak w 'Time', kultowej piosence Pink Floydów..
And you run and you run to catch up with the sun, but it's sinking
And racing around to come up behind you again
The sun is the same in a relative way, but you're older
Shorter of breath and one day closer to death
And racing around to come up behind you again
The sun is the same in a relative way, but you're older
Shorter of breath and one day closer to death
kategoria: podróże link bezpośredni
TrekEarth
14.02.2007; 16.28
wśród całej gamy internetowych portali fotograficznych przeważają takie, w których sztuka, jakkolwiek szeroko pojęta, jest wyznacznikiem poprawności zdjęcia. powoduje to pewne zachwianie oceny, gdyż nie od dziś wiadomo, że najpiękniej uchwycony stół, który dla jednych jest arcydziełem fotograficznym, dla innych będzie modelowym przykładem złego ujęcia, a dla jeszcze innych: stertą niepomalowanych desek. nie mogąc się odnaleźć w takiej sytuacji olałem wszelkie PLfoto-podobne miejsca i skupiłem się na fotografii podróżniczej..
ponad rok temu zetknąłem się z portalem TrekEarth -- www.trekearth.com, potocznie zwanym Trekiem.. i odnalazłem to, co chodziło mi po głowie..
Trek jest miejscem, które w założeniu ma przybliżać fotografom świat, prezentując miejsca, kulturę i społeczeństwo danego obszaru. kategorie tematyczne schodzą tu na drugi plan, gdyż pierwszym staje się podział świata na kontynenty. państwa dzielą się na obszary, obszary dzielą się na regiony, wśród których wyróżnia się poszczególne miasta. myślę sobie, że nie ma lepszej drogi poznania miejsca w które planujemy się wybrać, niż zagłębienie się w trekowy katalog geograficzny. i nie ma znaczenia czy wybieramy się do Madrytu, małego miasteczka w woj. lubuskim, czy wioski gdzieś w dzikiej dżungli Gwatemali. społeczność Treka jest wszędzie, około tysiąca fotek dziennie przybliża kulturę miejsca, pokazuje jego najlepsze i najgorsze strony.. ważnym jest, że nie jest to społeczność zamknięta -- a oferowane zdjęcia i przyjazne wskazówki zawarte w komentarzach są świetną szkołą fotografowania..
przez pewien czas nie łączyłem Treka z moją stroną. jednak jest to już tak często odwiedzane przeze mnie miejsce, że myślę, iż wypada wstawić odnośnik mojego profilu i zaprosić do oglądnięcia stworzonej galerii..
ponad rok temu zetknąłem się z portalem TrekEarth -- www.trekearth.com, potocznie zwanym Trekiem.. i odnalazłem to, co chodziło mi po głowie..
Trek jest miejscem, które w założeniu ma przybliżać fotografom świat, prezentując miejsca, kulturę i społeczeństwo danego obszaru. kategorie tematyczne schodzą tu na drugi plan, gdyż pierwszym staje się podział świata na kontynenty. państwa dzielą się na obszary, obszary dzielą się na regiony, wśród których wyróżnia się poszczególne miasta. myślę sobie, że nie ma lepszej drogi poznania miejsca w które planujemy się wybrać, niż zagłębienie się w trekowy katalog geograficzny. i nie ma znaczenia czy wybieramy się do Madrytu, małego miasteczka w woj. lubuskim, czy wioski gdzieś w dzikiej dżungli Gwatemali. społeczność Treka jest wszędzie, około tysiąca fotek dziennie przybliża kulturę miejsca, pokazuje jego najlepsze i najgorsze strony.. ważnym jest, że nie jest to społeczność zamknięta -- a oferowane zdjęcia i przyjazne wskazówki zawarte w komentarzach są świetną szkołą fotografowania..
przez pewien czas nie łączyłem Treka z moją stroną. jednak jest to już tak często odwiedzane przeze mnie miejsce, że myślę, iż wypada wstawić odnośnik mojego profilu i zaprosić do oglądnięcia stworzonej galerii..
kategoria: pasje link bezpośredni
SIDy z tamtych lat..
30.01.2007; 16.51
Crio podał mi dzisiaj namiary na radio internetowe grające remiksy utworów znanych z kultowego komputera Commodore 64. samo słuchanie tych cudownych 8-bitowych dźwięków wydobywających się z układu SID niejednemu wyciśnie nostalgiczne łezki. niejednemu rozpoczynającemu wówczas -- na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych swoją przygodę z komputerami i komputerowymi grami. mógłbym się po raz kolejny rozczulić i napisać notkę tylko o grach, bo to wspomnienie łamania joysticków w tych cudownych latach nadal we mnie tkwi. może kiedyś zbiorę się i opiszę najbardziej kultowe gry, może porobię zrzuty ekranu i sięgnę głębiej do historii. zresztą takich jak ja zapaleńców jest mnóstwo -- nadal istnieją działające grupy scenowe, które z C64 wyduszają wydawałoby się niemożliwe.. a to pomaga w przypominaniu ludzkości, że 'komputer' nie zawsze utożsamiany był z Windowsem, internetem i Onetem.. pomaga w przypomnieniu wspaniałych momentów, kolejnych pokonywanych leveli, kolekcjonowania diamentów, owoców, czy zwykłej radości z przejścia gry..
wracając do radia: możecie sobie to odpalić w dowolnej streamującej aplikacji, adres: http://217.75.106.194:8000
dzisiaj na ten przykład leciały lekko zmiksowane utwory z gier Defender of the Crown, Druid, Commando, The Last Ninja, IK+ czu Boulder Dash.. polecam gorąco.
wracając do radia: możecie sobie to odpalić w dowolnej streamującej aplikacji, adres: http://217.75.106.194:8000
dzisiaj na ten przykład leciały lekko zmiksowane utwory z gier Defender of the Crown, Druid, Commando, The Last Ninja, IK+ czu Boulder Dash.. polecam gorąco.
kategoria: pasje link bezpośredni
Ryszard Kapuściński -- 1932 - 2007
24.01.2007; 22.02
odszedł od nas wczoraj król reportażu. Ryszard Kapuściński, miał 77 lat.
zostawił nam swoje książki, myśli i spostrzeżenia. wielokrotnie nagradzany, doczekał tłumaczenia swoich dzieł na kilkadziesiąt języków. wczorajsza śmierć była szeroko opisywanym wydarzeniem prawie we wszystkich najważniejszych gazetach na całym świecie.
początkowo miałem mu za złe, że odwiedzał tak dla mnie dalekie, niedostępne miejsca.. w głowie nie mogły mi się pomieścić.. Afryka, Ameryka Lacińska, Azja.. kontynenty różnic kulturalnych, wielkiej biedy, chorej polityki. setki religii, tysiące wyznań. gdy już jechał/leciał/płynął czy szedł to zwykle daleko. nie 500 km, a 3000, 5000, czy 10 000 km od domu. błąkał się po świecie obserwując, spisując i fotografując momenty i miejsca -- każdego dnia ta sama plątanina dróg, tablic z nazwami miejscowości, krajów i ludzkich istnień. i nie zwalniał, nigdy. a gdy wracał.. choć on nie wracał, bo jeśli już wracał to tylko po to, aby wyruszyć w drogę ponownie. by błąkać się po obcych ziemiach wydawałoby się bez konkretnego planu. choć oczywiście plan miał zawsze. opowiadał nie tyle o geografii, co o ukształtowaniu świata, o kulturze, polityce, socjologii, prawie, obyczajach i układach rządzących państwami. jego podróże wymykały się geografii, biegły swoim torem, śladami baśni i lokalnych legend. sama idea odwiedzanych miejsc wielokrotnie brała górę nad ich sensem.
sam o sobie napisał kiedyś:
'swoje podróże po świecie rozpocząłem blisko pół wieku temu. spędziłem w nich, wędrując przez wszystkie kontynenty - ponad dwadzieścia lat. prawie cały ten czas upłynął mi w tzw. Trzecim Świecie, w krajach Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. dlaczego sprawy i losy tego właśnie świata stały się moim głównym tematem? dwa były co najmniej tego powody - jeden emocjonalny, drugi merytoryczny.
częściowo to właśnie dzięki jego książkom -- zaczytywanym na śmierć podczas długich studenckich nocy pozycjom, zrodziła się we mnie fascynacja podróżnicza. myślę, że to częściowo jemu powinni podziękować moi rodzice, że wyjechałem z kraju, że chcę oglądać, zwiedzać, szukać i podziwiać. że kocham podróże, że wcale nie dotarcie na miejsce, ale sama droga, samo wyruszenie z domu dodaje mi sił, elektryzuje i napędza.. że czasem zrobię jakieś zdjęcie, czasem coś napiszę. skromnie, po swojemu, ale z kawałkiem Kapuścińskiego w głowie..
'zbytnie siedzenie na miejscu może nagromadzić w człowieku zabójcze złogi emocjonalne - kiśnięcia, stęchlizny, zmruszenia, pleśnie. to znak, że trzeba pomyśleć o drodze, wyruszyć w podróż, poczuć wiatr, odetchąć świeżym powietrzem.'
Ryszard Kapuściński "Lapidarium IV"
zostawił nam swoje książki, myśli i spostrzeżenia. wielokrotnie nagradzany, doczekał tłumaczenia swoich dzieł na kilkadziesiąt języków. wczorajsza śmierć była szeroko opisywanym wydarzeniem prawie we wszystkich najważniejszych gazetach na całym świecie.
początkowo miałem mu za złe, że odwiedzał tak dla mnie dalekie, niedostępne miejsca.. w głowie nie mogły mi się pomieścić.. Afryka, Ameryka Lacińska, Azja.. kontynenty różnic kulturalnych, wielkiej biedy, chorej polityki. setki religii, tysiące wyznań. gdy już jechał/leciał/płynął czy szedł to zwykle daleko. nie 500 km, a 3000, 5000, czy 10 000 km od domu. błąkał się po świecie obserwując, spisując i fotografując momenty i miejsca -- każdego dnia ta sama plątanina dróg, tablic z nazwami miejscowości, krajów i ludzkich istnień. i nie zwalniał, nigdy. a gdy wracał.. choć on nie wracał, bo jeśli już wracał to tylko po to, aby wyruszyć w drogę ponownie. by błąkać się po obcych ziemiach wydawałoby się bez konkretnego planu. choć oczywiście plan miał zawsze. opowiadał nie tyle o geografii, co o ukształtowaniu świata, o kulturze, polityce, socjologii, prawie, obyczajach i układach rządzących państwami. jego podróże wymykały się geografii, biegły swoim torem, śladami baśni i lokalnych legend. sama idea odwiedzanych miejsc wielokrotnie brała górę nad ich sensem.
sam o sobie napisał kiedyś:
'swoje podróże po świecie rozpocząłem blisko pół wieku temu. spędziłem w nich, wędrując przez wszystkie kontynenty - ponad dwadzieścia lat. prawie cały ten czas upłynął mi w tzw. Trzecim Świecie, w krajach Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. dlaczego sprawy i losy tego właśnie świata stały się moim głównym tematem? dwa były co najmniej tego powody - jeden emocjonalny, drugi merytoryczny.
częściowo to właśnie dzięki jego książkom -- zaczytywanym na śmierć podczas długich studenckich nocy pozycjom, zrodziła się we mnie fascynacja podróżnicza. myślę, że to częściowo jemu powinni podziękować moi rodzice, że wyjechałem z kraju, że chcę oglądać, zwiedzać, szukać i podziwiać. że kocham podróże, że wcale nie dotarcie na miejsce, ale sama droga, samo wyruszenie z domu dodaje mi sił, elektryzuje i napędza.. że czasem zrobię jakieś zdjęcie, czasem coś napiszę. skromnie, po swojemu, ale z kawałkiem Kapuścińskiego w głowie..
'zbytnie siedzenie na miejscu może nagromadzić w człowieku zabójcze złogi emocjonalne - kiśnięcia, stęchlizny, zmruszenia, pleśnie. to znak, że trzeba pomyśleć o drodze, wyruszyć w podróż, poczuć wiatr, odetchąć świeżym powietrzem.'
Ryszard Kapuściński "Lapidarium IV"
kategoria: zapiski link bezpośredni
beacon
18.01.2007; 16.53
przemierzając południowe wybrzeże Wielkiej Brytanii, wychodząc z Dover i kierując się na zachód w stronę Portsmouth, dojdzie się do Brighton. utrzymując kierunek zachodni miniemy Marinę, następnie molo Palace Pier, a przy odrobinie wysiłku także pałac Royal Pavilion. co wytrwalsi miną oceanarium Sea Life Centre, zamknięte od 1975 roku molo West Pier, wielki skwer poświęcony pamięci którejś z koronowanych głów brytyjskich, boisko do koszykówki, miejsce do gry w bule, dochodząc wreszcie do małej osady rybackiej. ci bardziej światowi dotrą w końcu do Hove -- miasta, które wspólnie z Brighton tworzy wcale nie małą nadmorską aglomerację. miną liczne hotele, miną przystań surferów, mały park wodny, kolorowe budki plażowe, by przy jeszcze większym wysiłku dotrzeć do plaży piaszczystej. i właśnie tam, w miejscu gdzie kończą się kamienie, postanowiono przypomnieć historię..
postawiono średniowieczną latarnię morską zwaną BEACON, jedną z tych, które w roku 1588 uformowały sławną brytyjską narodową sieć sygnałów świetlnych, których głównym zadaniem było wczesne ostrzeganie ludności cywilnej i wojska przed zbliżającą się Grande y Felicísima Armada, czyli Wielką Armadą Hiszpańską. 19. czerwca 1988 roku Jego Ekscelencja Jim Buttimer postawił tu replikę takiej latarni morskiej, aby w ten sposób upamiętnić 400-rocznice tego wydarzenia. oczywiście latarnia morska jest tu pojęciem na wyrost -- w rzeczywistości postawiona replika składa się z drewnianego słupa zakończonego metalowym 'koszem' wypełnionym materiałami palnymi.. zastanawiam się, jak wyglądała praca operatora takiej latarni -- od ciągłego wypatrywania się w rozległe wody oceanu można było oszaleć, a była to praca odpowiedzialna. w końcu to ważny punkt średniowiecznej obrony kraju..
replikę latarni umieszczę w lutowym fotoblogu..
postawiono średniowieczną latarnię morską zwaną BEACON, jedną z tych, które w roku 1588 uformowały sławną brytyjską narodową sieć sygnałów świetlnych, których głównym zadaniem było wczesne ostrzeganie ludności cywilnej i wojska przed zbliżającą się Grande y Felicísima Armada, czyli Wielką Armadą Hiszpańską. 19. czerwca 1988 roku Jego Ekscelencja Jim Buttimer postawił tu replikę takiej latarni morskiej, aby w ten sposób upamiętnić 400-rocznice tego wydarzenia. oczywiście latarnia morska jest tu pojęciem na wyrost -- w rzeczywistości postawiona replika składa się z drewnianego słupa zakończonego metalowym 'koszem' wypełnionym materiałami palnymi.. zastanawiam się, jak wyglądała praca operatora takiej latarni -- od ciągłego wypatrywania się w rozległe wody oceanu można było oszaleć, a była to praca odpowiedzialna. w końcu to ważny punkt średniowiecznej obrony kraju..
replikę latarni umieszczę w lutowym fotoblogu..
kategoria: podróże link bezpośredni
helion team..
12.01.2007; 10.40
podczas gdy Romek i bracia Kaczyńscy probują nam udowodnić, ze ludzie dzielą się na dobrych (ci chodzą do kościoła, głoszą skrajnie prawicowe poglądy i głośno rozliczają sie z przeszłością) i na złych (ci zdecydowanie wywodzą sie z SLD, są nowocześni i proamerykańscy, choć to komuchy), ja myślę, że świat jest jednak nieco bardziej skomplikowany..
na przykład moi ziomale z helionu, ani skrajnie dobrzy, ani bardzo źli, jadą na poświąteczny wyjazd pijacki. śmiesznie jest, jak co roku. początek mojej rozmowy z Pawłem:
tmx: - co tam słychać w wielkim świecie?
pawlo: - w wielkim świecie nie mam za chuja pojęcia, za to u nas w kurwidole kroi się wyjazd 19.01 na picie pod Kraków..
po dokładniejszej lustracji sprawy okazało się, że zapowiedziano już, że:
na spotkanie noworoczne możesz dojechać (oraz wrócić) specjalnym bezpiecznym autobusem z trzeźwym kierowcą. W szczególności polecam tę formę powrotu z imprezy osobom, które lubią się dobrze bawić..
specjalnym zainteresowaniem cieszą się zawody w obstawianie godziny, kiedy padnie Świeżak. John pada zawsze, koniecznie przed północą, koniecznie przed wszystkimi. Pawlo kontynuuje:
tak nawiasem to jest obstawka w redakcji i może stawiać na to do której Świeżak wytrzyma, głosuje się na półgodzinne odcinki lub do każdej pełnej godziny..
on sam nie może głosować..
za to ja postawiłem, że do 2 i Magda powiedziała, że koleżeńsko to okej, ale w biznesie to ja raczej bym przepadł, bo nie myśle zdroworozsądkowo..
na ostatnim wyjeździe, około 11:30 jeden z RKPów (slang redakcyjny, Redaktor Książki Polskiej), kazał Świeżakowi podczas "przechadzki" przynieść sobie śledzia. powiedział: 'wiesz co Świeżak, zamiast dupczyć o jakichś sztukach walki poleciałbyś mi po śledzia'. nasz idol coś tam na to wymamrotał, że 'jakiego kurwa śledzia', ale po drugiej prośbie RKPa oddalił się w pole, żeby już do rana nie powrócić..
I miss you, helion team..
na przykład moi ziomale z helionu, ani skrajnie dobrzy, ani bardzo źli, jadą na poświąteczny wyjazd pijacki. śmiesznie jest, jak co roku. początek mojej rozmowy z Pawłem:
tmx: - co tam słychać w wielkim świecie?
pawlo: - w wielkim świecie nie mam za chuja pojęcia, za to u nas w kurwidole kroi się wyjazd 19.01 na picie pod Kraków..
po dokładniejszej lustracji sprawy okazało się, że zapowiedziano już, że:
na spotkanie noworoczne możesz dojechać (oraz wrócić) specjalnym bezpiecznym autobusem z trzeźwym kierowcą. W szczególności polecam tę formę powrotu z imprezy osobom, które lubią się dobrze bawić..
specjalnym zainteresowaniem cieszą się zawody w obstawianie godziny, kiedy padnie Świeżak. John pada zawsze, koniecznie przed północą, koniecznie przed wszystkimi. Pawlo kontynuuje:
tak nawiasem to jest obstawka w redakcji i może stawiać na to do której Świeżak wytrzyma, głosuje się na półgodzinne odcinki lub do każdej pełnej godziny..
on sam nie może głosować..
za to ja postawiłem, że do 2 i Magda powiedziała, że koleżeńsko to okej, ale w biznesie to ja raczej bym przepadł, bo nie myśle zdroworozsądkowo..
na ostatnim wyjeździe, około 11:30 jeden z RKPów (slang redakcyjny, Redaktor Książki Polskiej), kazał Świeżakowi podczas "przechadzki" przynieść sobie śledzia. powiedział: 'wiesz co Świeżak, zamiast dupczyć o jakichś sztukach walki poleciałbyś mi po śledzia'. nasz idol coś tam na to wymamrotał, że 'jakiego kurwa śledzia', ale po drugiej prośbie RKPa oddalił się w pole, żeby już do rana nie powrócić..
I miss you, helion team..
kategoria: humor link bezpośredni
deszczowa środa i wrząca woda..
11.01.2007; 15.35
przesadziłem z nocnym oglądaniem serialu Prison Break, który, co trzeba podkreślić, wciągnął mnie bez granic. genialnością dorównuje LOST-owi, a szybkością akcji zdecydowanie go przewyższa. no więc serial w nocy, kilka godzin snu, deszczowy poranek, ból głowy i ranny komputer. mieszanka wybuchowa. udało mi się dociągnąć do lunchu, biegnąc do domu zlało mnie po raz drugi, a otwierając drzwi do klatki, huknąłem jakiegoś Angola, który grzebał w koszu na listy, zawieszonym z drugiej strony drzwi. huknąłem go aż strzeliło. skłamałem, że mi przykro, on skłamał, że nic mu nie jest. a w domu...
już wcześniej miałem o tym napisać.. sparzyłem dłonie pod kranem. z niewiadomych przyczyn Brytyjczycy bardzo często montują podwójne krany. osobny do zimnej wody, osobny do ciepłej. woda ciepła jest wodą wrzącą, woda zimna jest lodowata, więc mycie twarzy w takim cudzie wymaga nie lada sprytu, jest seriuos challenge, jak mawiają miejscowi.. wypytałem kiedyś jednego Anglika z mojej firmy, który twierdzi, że pomysł double spout taps pochodzi jeszcze z początku epoki rozwoju przemysłowego i że oni zawsze napuszczają wodę do zlewu. naturalnie nie bardzo rozumieją nasze problemy i na ustawiczne nagabywania dlaczego nie można byłoby połączyć dwóch kranów odpowiadają rozbrajająco, że inaczej się nie da ponieważ ciepła woda i zimna płyną osobnymi rurami. na szczeście jest kilka sekund, zanim woda dojdzie do swoich skrajnych temperatur, więc często to wystarcza. jeśli się nie zdąży, trzeba się hartować: nabrać w dłonie wody lodowatej, następnie kilka kropel wody wrzącej i w tak sprytnie skonstruowanej mieszance można się opłukać. co ciekawe, prysznice są już 'normalne', kontynentalne..
już wcześniej miałem o tym napisać.. sparzyłem dłonie pod kranem. z niewiadomych przyczyn Brytyjczycy bardzo często montują podwójne krany. osobny do zimnej wody, osobny do ciepłej. woda ciepła jest wodą wrzącą, woda zimna jest lodowata, więc mycie twarzy w takim cudzie wymaga nie lada sprytu, jest seriuos challenge, jak mawiają miejscowi.. wypytałem kiedyś jednego Anglika z mojej firmy, który twierdzi, że pomysł double spout taps pochodzi jeszcze z początku epoki rozwoju przemysłowego i że oni zawsze napuszczają wodę do zlewu. naturalnie nie bardzo rozumieją nasze problemy i na ustawiczne nagabywania dlaczego nie można byłoby połączyć dwóch kranów odpowiadają rozbrajająco, że inaczej się nie da ponieważ ciepła woda i zimna płyną osobnymi rurami. na szczeście jest kilka sekund, zanim woda dojdzie do swoich skrajnych temperatur, więc często to wystarcza. jeśli się nie zdąży, trzeba się hartować: nabrać w dłonie wody lodowatej, następnie kilka kropel wody wrzącej i w tak sprytnie skonstruowanej mieszance można się opłukać. co ciekawe, prysznice są już 'normalne', kontynentalne..
kategoria: zapiski link bezpośredni
pitahaya
06.01.2007; 14.07
maras przytaszczył dziś do domu jedną sztukę owocu Hylocereus undatus. skąd wziął, do końca nie wiadomo.. Hylocereus owy, zwany potocznie smoczym owocem, lub w innych częściach świata: pitaya, pitahaya, huo lóng guo, strawberry pear, nanettikafruit lub thanh long to owoc z rodziny kaktusowych, wywodzący się z Poudniowej i Centralnej Ameryki. różne jego odmiany znane są także w Wietnamie, Malezji i innych państwach poudniowo-wschodniej Azji. co ciekawe kwiat tej rośliny kwitnie tylko nocą, przez co nazywany jest Księżycowym Kwiatem lub Królową Nocy..
sam owoc wygląda jak kalarepa, tyle że o skórze w kolorze karmazynowym. wewnątrz jest biały z czarnymi pestkami -- miąższ zbliżony jest do kiwi, tyle, że o bardziej neutralnym smaku. nigdy wcześniej go nie jadłem, ale po krótkiej lustracji Sieci wychodzi mi niezbicie, że w Polsce na jego bazie produkowany jest sok Pysio w butelce 0,32l..
sam owoc wygląda jak kalarepa, tyle że o skórze w kolorze karmazynowym. wewnątrz jest biały z czarnymi pestkami -- miąższ zbliżony jest do kiwi, tyle, że o bardziej neutralnym smaku. nigdy wcześniej go nie jadłem, ale po krótkiej lustracji Sieci wychodzi mi niezbicie, że w Polsce na jego bazie produkowany jest sok Pysio w butelce 0,32l..
kategoria: zapiski link bezpośredni
najmniejsze państwo świata
05.01.2007; 13.10
znalazłem dzisiaj w polskiej wikipedii informację ciekawszą od większości brytyjskich newsów dnia, na
czele z aktualną pogodą i suknią królowej. otóż wyczytałem, że najmniejszym państwem świata jest
Sealandia. to quasi-państwo położone jest na .. betonowej platformie przeciwlotniczej o wymiarach 40
na 140 metrów, zbudowanej w czasie wojny na wodach wokół Wielkiej Brytanii. po wojnie konstrukcja
opustoszała, a zajął ją emerytowany oficer armii brytyjskiej -- Roy Bates, i powołując się na zapisy w
prawie międzynarodowym o 'porzuconej własności' ogłosił ją 'Księstwem Sealandii'. :)
państwo liczy kilka osób, mają własną konstytucję, flagę, godło i hymn. wydają paszporty oraz prawa jazdy, choć jeżdżenie na platformie samochodem jest niemożliwe. mają własną gospodarkę (wydawanie znaczków pocztowych, rejestracja działalności gospodarczych i dzierżawa miejsca na serwery internetowe).. jednym słowem, mają wszystko.. więcej informacji znajdziecie tutaj.
państwo liczy kilka osób, mają własną konstytucję, flagę, godło i hymn. wydają paszporty oraz prawa jazdy, choć jeżdżenie na platformie samochodem jest niemożliwe. mają własną gospodarkę (wydawanie znaczków pocztowych, rejestracja działalności gospodarczych i dzierżawa miejsca na serwery internetowe).. jednym słowem, mają wszystko.. więcej informacji znajdziecie tutaj.
kategoria: zapiski link bezpośredni
idealizm i jego przeciwieństwo..
04.01.2007; 15.06
przed wyjazdem na Wyspy czytałem trochę o moim nowym lądzie, szukałem informacji o fajnych miejscach w nadziei na klimatyczne wyprawy. w 'Turystyce' -- sobotnim dodatku Gazety Wyborczej przeczytałem na przykład bardzo ciekawy artykuł o Walii. autor pisał troche po mojemu, czyli w nastroju pochwalno-wielebnym, trochę nostalgicznym, czasem humorystycznym. po czystej geografii i opisie najbardziej znanych zabytków Cardiff skupił się na nieznanych skrawkach tej historycznej celtyckiej krainy. poruszał sprawę odrębności Walijczyków, ich wkład w rozwój kraju; pisał także o swoich wrażeniach z wypraw do małych miasteczek, wiosek nawet. jedno takie miejsce wybrał jako przykład, jak to nazwał: 'wzorcowej walijskiej wycieczki'. pisał, że gdy już przyjedziemy do takiej wioski to oprócz lokalnych zabytków musimy koniecznie odwiedzić miejscowy pub. tam, gdy przy barze zdradzimy, że jesteśmy Polakami zyskamy sobie nowych przyjaciół wśród miejscowych rolników, napijemy się lokalnego piwa, usłyszymy historie z dawno minionych, zamierzchłych czasów, zostaniemy wprowadzeni w kulturę miejsca i jego obyczaje. być może dowiemy się o kilku mieszkańcach, którzy mają polskie korzenie, których dziadkowie walczyli w Anglii w ramach tworzonych tu dywizjonów lotniczych w trakcie II wojny światowej. pisał dalej autor, że miejscowi pewnie zaproszą nas do swojego domu, poczęstują posiłkiem, przenocują. że będą nam wdzięczni, że odwiedziliśmy ich dom.. fajnie pisał autor, no nie?
jakiś czas temu, przy piwie w Brighton, rozmawiałem z jednym Angolem z Birmingham, miasta leżącego w bliskim sąsiedztwie Walii. gdy wspomniałem mu o mojej lekturze, najpierw upewnił się, że z niego nie żartuję, a gdy zaprzeczyłem, zaczął się głośno, gardłowo i długo śmiać. po opanowaniu sytuacji wyjaśnił, że autor pisze bzdury. że kto jak kto, ale mieszkańcy brytyjskich Midlandów to banda konserwatywnych i zamkniętych w sobie egoistów. że w pubie małego miasteczka turyści nie są mile widziani, że miejscowi w życiu nie będą chcieli z nami rozmawiać, a i po twarzy możemy dostać. że walijscy rolnicy to gruboskórni brytole, wcale nieskorzy do poznawania obcych ludzi. ale w jednym mój angielski kolega zgodził się z autorem: że walijscy wieśniacy, to prawdziwy duch Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii. tyle, że negatywny to duch..
w każdym razie nie ma co się łamać. gdy w końcu się tam wybiorę, napiszę jak jest naprawdę. bo lokalnego niepasteryzowanego piwa wręcz trzeba spróbować..
jakiś czas temu, przy piwie w Brighton, rozmawiałem z jednym Angolem z Birmingham, miasta leżącego w bliskim sąsiedztwie Walii. gdy wspomniałem mu o mojej lekturze, najpierw upewnił się, że z niego nie żartuję, a gdy zaprzeczyłem, zaczął się głośno, gardłowo i długo śmiać. po opanowaniu sytuacji wyjaśnił, że autor pisze bzdury. że kto jak kto, ale mieszkańcy brytyjskich Midlandów to banda konserwatywnych i zamkniętych w sobie egoistów. że w pubie małego miasteczka turyści nie są mile widziani, że miejscowi w życiu nie będą chcieli z nami rozmawiać, a i po twarzy możemy dostać. że walijscy rolnicy to gruboskórni brytole, wcale nieskorzy do poznawania obcych ludzi. ale w jednym mój angielski kolega zgodził się z autorem: że walijscy wieśniacy, to prawdziwy duch Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii. tyle, że negatywny to duch..
w każdym razie nie ma co się łamać. gdy w końcu się tam wybiorę, napiszę jak jest naprawdę. bo lokalnego niepasteryzowanego piwa wręcz trzeba spróbować..
kategoria: podróże link bezpośredni
new year
02.01.2007; 14.51
travel home for Christmas..
miałem napisać w notce świątecznej, a tak muszę napisać: travel new home after Christmas.. udało mi się spędzić w Polsce 10 dni, spotkać się z kilkoma osobami, wypić kilka piw i powyginać się na sylwestrze. po raz pierwszy w życiu otrzymałem też życzenia w języku naszych sąsiadów:
nech certi od Vas smolu odnesu a choroby stratia Vasu adresu. Velke prijmy, male dane a sexu tak primerane pocas celeho roku praje.
cokolwiek miano na myśli, tego samego Wam życzę. w tym roku nie robię żadnych postanowień noworocznych, świat kręci się tak szybko, że pozwolę mu się porwać i żyć aktualną chwilą. tzn mam jedno postanowienie: podróżniczo-przygodowe. planujemy przejechać wzdłuż i wszerz Portugalię. ale to dopiero koło września..
miałem napisać w notce świątecznej, a tak muszę napisać: travel new home after Christmas.. udało mi się spędzić w Polsce 10 dni, spotkać się z kilkoma osobami, wypić kilka piw i powyginać się na sylwestrze. po raz pierwszy w życiu otrzymałem też życzenia w języku naszych sąsiadów:
nech certi od Vas smolu odnesu a choroby stratia Vasu adresu. Velke prijmy, male dane a sexu tak primerane pocas celeho roku praje.
cokolwiek miano na myśli, tego samego Wam życzę. w tym roku nie robię żadnych postanowień noworocznych, świat kręci się tak szybko, że pozwolę mu się porwać i żyć aktualną chwilą. tzn mam jedno postanowienie: podróżniczo-przygodowe. planujemy przejechać wzdłuż i wszerz Portugalię. ale to dopiero koło września..
kategoria: podróże link bezpośredni
przekonania
19.12.2006; 23.16
wkurzam się, gdy Polak mówi źle o Polsce. wygląda to źle, brzmi fałszywie i źle mówi o człowieku. napatrzył się jeden z drugim, jak jest za granicą i z przekonaniem, że nowy kraj jest JEGO krajem, nawija, jak to TAM na wschodzie jest zimno, jak brzydko, biednie, wręcz głodowo. w zastraszającym tempie rośnie odsetek naszych rodaków za granicą, którym się pomieszało w głowach. owszem, to głównie buce, chłopaki, którzy porzucili swoje dresy i dyskoteki w polskich miastach na budowę w miastach na Wyspach. ale świat na nas patrzy właśnie przez ten pryzmat, bo krzykacze są głośni, zdesperowani i niebezpieczni.
sytuacja ma się inaczej, gdy spotyka się międzynarodowe towarzystwo. wtedy chętnie, otwarcie i z premedytacją prześcigamy się w absurdach. bo w gruncie rzeczy lubię, gdy ktoś przyznaje się do słabości narodowych. i to nie z chęci wykorzystania. to budzi sympatię i zawsze chce się odwzajemnić czymś z lokalnego podwórka.. wówczas podchodzą inni, z uśmiechem potwierdzają, że 'przekonania' i 'uprzedzenia' to temat codzienny w multikulturalnym towarzystwie.. i sypią swoje historie..
sytuacja ma się inaczej, gdy spotyka się międzynarodowe towarzystwo. wtedy chętnie, otwarcie i z premedytacją prześcigamy się w absurdach. bo w gruncie rzeczy lubię, gdy ktoś przyznaje się do słabości narodowych. i to nie z chęci wykorzystania. to budzi sympatię i zawsze chce się odwzajemnić czymś z lokalnego podwórka.. wówczas podchodzą inni, z uśmiechem potwierdzają, że 'przekonania' i 'uprzedzenia' to temat codzienny w multikulturalnym towarzystwie.. i sypią swoje historie..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
Paryż
17.12.2006; 21.09
weekend w Paryżu to w dużej mierze zasługa tanich linii lotniczych. w dawnych czasach półtora tysiąca kilometrów w
linii prostej oznaczało dla człowieka mniej więcej tyle, że zabraknie mu sił na powrót. teraz można teoretycznie
wybrać się drugi koniec Europy i wrócić tego samego dnia płacąc za przelot tyle, co za taksówkę w dużym
mieście..
miasto: zespół miejski Paryża zamieszkuje ponad 11 mln mieszkańców, same miasto ok 2 mln. podzielono je na 20 dzielnic, a historyczne centrum Paryża stanowi wyspa Île de la Cité na Sekwanie, na której położona jest katedra Notre-Dame. tak ogromna struktura wymaga przemyślanego środka transportu -- w Paryżu króluje metro: działa kilkanaście linii, we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkie możliwe dzielnice, ale co najważniejsze: wszędzie można się dostać bardzo szybko.. bilety nie są tanie, my zapłaciliśmy 36 euro za bilet 3 dniowy ważny na 5 stref, czyli dokładnie tyle aby zwiedzić wszystko (bilet obejmuje przejazd metrem i koleją podmiejską 'RER'). przemierzaliśmy przeciągnięte do granic możliwości miasto, rozpieprzoną, wręcz zwielokrotnioną francuską stolicę, ale trwało to 6 czy 7 razy krócej, niż sugeruje rozsądek, niż wskazywałby na to rachunek kilometrów, pociągów i miejsc..
pierwsze wrażenie: ogromne. z jednej strony można powiedzieć miasto jak każde. bo jak wszędzie Turcy wywijają nożami w swoich budkach z kebabami, Polacy śpią w namiotach na nabrzeżu, Niemcy są głośni, Hiszpanie zadowoleni, Japońcy robią fotki, a Ruscy mają sygnety. z drugiej jednak strony na każdym kroku widać tu pomysł i historię. miasto jest czyste i zadbane; kamienice jakby świeżo otynkowane i pomalowane, choć jednorodne. wszystko ma swój sens, swoje miejsce, widać organizację i pomysł.. ludzie: metro jest miejscem, gdzie spotyka się ludzi reprezentujących wszystkie grupy społeczne. byliśmy pozytywnie zaskoczeni Francuzami. na każdym kroku widać tu dystynkcję, widać wytworność i elegancję w sposobie zachowania. na każdym kroku ktoś za coś cię przeprasza, jest dużo uśmiechu. tak jak w innych miastach zachodniej Europy widać dużą tolerancję, choć dziwnie to brzmi po jakimś roku od francuskich zamieszek na tle rasowym.. miejscowi wydali mi się pozytywnie nastawieni do obcych, choć oczywiście od każdej reguły są wyjątki. gorzej z językiem, choć młodzi ludzie najczęściej znają angielski. zdarzało się jednak i tak, że zaczepiony Francuz odpowiadał nam po swojemu, mówił długo i w ogóle się nie przejmował, że my nic nie rozumiemy. my odpowiadaliśmy po angielsku, także się nie przejmując. słuchał uważnie i znowu odpowiadał po swojemu. a ja pojawiłem się tam z czterema francuskimi słowami w głowie. i 8 hiszpańskimi, choć wiedzialem, że do niczego się nie przydadzą.. zabytki: jest ich za dużo. jak na jeden weekend, a nawet na dwa. te najbardziej popularne, jak Luwr (Musée du Louvre), wieża Eiffla (Tour Eiffel), Łuk Triumfalny (Arc de Triomphe) czy katedra Notre-Dame (Cathédrale Notre Dame de Paris) zobaczyć jednak należy. owszem, w samym Luwrze można spędzić nie weekend, a całe dwa tygodnie, choć standardowe wycieczki turystyczne prowadzą jedynie śladami największych arecydzieł tego muzeum. my spędziliśmy w Luwrze jakieś 8 godzin, skupiliśmy się na starożytnej Grecji i Egipcie oraz na najbardziej znanych dziełach malarstwa i rzeźby, jak Nike z Samotraki, Wenus z Milo i oczywiście Mona Lisa, która wydała mi się trochę .. mała.
z kolei katedra Notre Dame, tak jak się spodziewaliśmy tonęła w powodzi turystów. z jednej strony przemawiała historia, z drugiej w najlepsze trwała promocja jakiegoś napoju, z głośników leciał miejscowy hip-hop, a francuscy chłopcy na łyżworolkach slalomowali między ustawionymi słupkami, wcielając się w wyobraźni w swoich braci zza oceanu. warto wejść do środka oraz wjechać na wieże (to te od dzwonnika) skąd widać fajną panoramę miasta..
symbol Paryża, wieżę zaprojektowaną przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffela oglądaliśmy dwukrotnie: w nocy w piątek i rano w niedzielę. w piątek wysiedliśmy na Pont Mirabeau, gdzie panorama Pól Marsowych z oświetloną wieżą po środku robi kolosalne wrażenie. na moście Pont d'Iéna musieliśmy uciekać, bo całą szerokością chodnika, kilkoma rzędami sunęli na nas czarnoskórzy sprzedawcy kiczowatych pamiątek. mieli tylko wieże Eiffla, ale za to we wszystkich kolorach tęczy, w różnych odmianach metalu i plastiku, podświetlane, malowane, stojące, wiszące i Bóg wie jakie jeszcze. w niedzielę wjechaliśmy na górę. kolejki długie, bilet po 13 E, ale widoki wspaniałe. do tego przejaśniło się, wyszło słońce, można było robić fotki -- takie światło zdarza się tylko jesienią, tylko po burzy. Eiffel od środka to plątanina drutów i pajęczyna kolejowych szyn ustawiona pionowo. ale robi ogromne wrażenie. na 3 platformach porozrzucane są punkty widokowe, kafejki i sklepiki. jest też małe muzeum, gdzie można obejrzeć kilkunastominutowy film na temat obiektu.
no ale najpiękniejszy jest chyba zwykły spacer ulicami Paryża. warto się zgubić, zejść z utartych turystycznych szlaków. warto przejść się wzdłuż Sekwany (La Seine), bo tutaj nawet nuda przybiera formy nieco bardziej wyrafinowane. warto postać na moście (a jest ich tu wiele) i popatrzeć jak płynie woda. bo przecież woda jaka właśnie tu płynie parę dni temu była jeszcze na Wyżynie Langres a za kilkanaście godzin wpadnie do kanału La Manche.. spacer jest fajny, choć nam najczęściej przyszLo uciekać przed deszczem, bo tego weekendu na Sekwanę, na zabytki, na mosty, na wszystko runęło oberwanie chmury. padało na wszystko, bo przyroda także jest demokratką. ale to był listopad, miesiąc jesienny, miesiąc jak każdy inny i mimo takich warunków, uparcie i pokrętnie zwiedzaliśmy kolejne dzielnice, takie jak Saint-Germain, Bastille czy La Défense, z monstrualnym nowoczesnym Łukiem triumfalnym..
takie luźne podróżowanie po ogromnym mieście męczy, ale ma też swoje olbrzymie plusy, jak choćby możliwość ujrzenia prawdziwego ducha metropolii. wracając z Montmarte weszliśmy na tłumnie okupowaną naziemną stację metra. stali tam biali i czarni, ludzie w garniturach i w dresach, stały panienki i kolejarze, stali cwaniacy i sprzedawcy, stali ci, którym się spieszyło i ci, którym było wszystko jedno. jedym slowem, stali wszyscy i wszyscy patrzyli gdzieś w dal, w głąb nocy. wtedy i my, zmęczeni stanęliśmy i zaczeliśmy się patrzeć. komiczna sytuacja trwała jakies 15 minut, było to najdłuższe oczekiwanie na przyjazd metra. jedyne co można było usłyszeć to głośne gardłowe śmiechy grupki Murzynów..
podsumowując, Paryż zwiedzić warto, choćby na weekend. jak na razie to najpiękniejsze miasto w jakim byłem..
miasto: zespół miejski Paryża zamieszkuje ponad 11 mln mieszkańców, same miasto ok 2 mln. podzielono je na 20 dzielnic, a historyczne centrum Paryża stanowi wyspa Île de la Cité na Sekwanie, na której położona jest katedra Notre-Dame. tak ogromna struktura wymaga przemyślanego środka transportu -- w Paryżu króluje metro: działa kilkanaście linii, we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkie możliwe dzielnice, ale co najważniejsze: wszędzie można się dostać bardzo szybko.. bilety nie są tanie, my zapłaciliśmy 36 euro za bilet 3 dniowy ważny na 5 stref, czyli dokładnie tyle aby zwiedzić wszystko (bilet obejmuje przejazd metrem i koleją podmiejską 'RER'). przemierzaliśmy przeciągnięte do granic możliwości miasto, rozpieprzoną, wręcz zwielokrotnioną francuską stolicę, ale trwało to 6 czy 7 razy krócej, niż sugeruje rozsądek, niż wskazywałby na to rachunek kilometrów, pociągów i miejsc..
pierwsze wrażenie: ogromne. z jednej strony można powiedzieć miasto jak każde. bo jak wszędzie Turcy wywijają nożami w swoich budkach z kebabami, Polacy śpią w namiotach na nabrzeżu, Niemcy są głośni, Hiszpanie zadowoleni, Japońcy robią fotki, a Ruscy mają sygnety. z drugiej jednak strony na każdym kroku widać tu pomysł i historię. miasto jest czyste i zadbane; kamienice jakby świeżo otynkowane i pomalowane, choć jednorodne. wszystko ma swój sens, swoje miejsce, widać organizację i pomysł.. ludzie: metro jest miejscem, gdzie spotyka się ludzi reprezentujących wszystkie grupy społeczne. byliśmy pozytywnie zaskoczeni Francuzami. na każdym kroku widać tu dystynkcję, widać wytworność i elegancję w sposobie zachowania. na każdym kroku ktoś za coś cię przeprasza, jest dużo uśmiechu. tak jak w innych miastach zachodniej Europy widać dużą tolerancję, choć dziwnie to brzmi po jakimś roku od francuskich zamieszek na tle rasowym.. miejscowi wydali mi się pozytywnie nastawieni do obcych, choć oczywiście od każdej reguły są wyjątki. gorzej z językiem, choć młodzi ludzie najczęściej znają angielski. zdarzało się jednak i tak, że zaczepiony Francuz odpowiadał nam po swojemu, mówił długo i w ogóle się nie przejmował, że my nic nie rozumiemy. my odpowiadaliśmy po angielsku, także się nie przejmując. słuchał uważnie i znowu odpowiadał po swojemu. a ja pojawiłem się tam z czterema francuskimi słowami w głowie. i 8 hiszpańskimi, choć wiedzialem, że do niczego się nie przydadzą.. zabytki: jest ich za dużo. jak na jeden weekend, a nawet na dwa. te najbardziej popularne, jak Luwr (Musée du Louvre), wieża Eiffla (Tour Eiffel), Łuk Triumfalny (Arc de Triomphe) czy katedra Notre-Dame (Cathédrale Notre Dame de Paris) zobaczyć jednak należy. owszem, w samym Luwrze można spędzić nie weekend, a całe dwa tygodnie, choć standardowe wycieczki turystyczne prowadzą jedynie śladami największych arecydzieł tego muzeum. my spędziliśmy w Luwrze jakieś 8 godzin, skupiliśmy się na starożytnej Grecji i Egipcie oraz na najbardziej znanych dziełach malarstwa i rzeźby, jak Nike z Samotraki, Wenus z Milo i oczywiście Mona Lisa, która wydała mi się trochę .. mała.
z kolei katedra Notre Dame, tak jak się spodziewaliśmy tonęła w powodzi turystów. z jednej strony przemawiała historia, z drugiej w najlepsze trwała promocja jakiegoś napoju, z głośników leciał miejscowy hip-hop, a francuscy chłopcy na łyżworolkach slalomowali między ustawionymi słupkami, wcielając się w wyobraźni w swoich braci zza oceanu. warto wejść do środka oraz wjechać na wieże (to te od dzwonnika) skąd widać fajną panoramę miasta..
symbol Paryża, wieżę zaprojektowaną przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffela oglądaliśmy dwukrotnie: w nocy w piątek i rano w niedzielę. w piątek wysiedliśmy na Pont Mirabeau, gdzie panorama Pól Marsowych z oświetloną wieżą po środku robi kolosalne wrażenie. na moście Pont d'Iéna musieliśmy uciekać, bo całą szerokością chodnika, kilkoma rzędami sunęli na nas czarnoskórzy sprzedawcy kiczowatych pamiątek. mieli tylko wieże Eiffla, ale za to we wszystkich kolorach tęczy, w różnych odmianach metalu i plastiku, podświetlane, malowane, stojące, wiszące i Bóg wie jakie jeszcze. w niedzielę wjechaliśmy na górę. kolejki długie, bilet po 13 E, ale widoki wspaniałe. do tego przejaśniło się, wyszło słońce, można było robić fotki -- takie światło zdarza się tylko jesienią, tylko po burzy. Eiffel od środka to plątanina drutów i pajęczyna kolejowych szyn ustawiona pionowo. ale robi ogromne wrażenie. na 3 platformach porozrzucane są punkty widokowe, kafejki i sklepiki. jest też małe muzeum, gdzie można obejrzeć kilkunastominutowy film na temat obiektu.
no ale najpiękniejszy jest chyba zwykły spacer ulicami Paryża. warto się zgubić, zejść z utartych turystycznych szlaków. warto przejść się wzdłuż Sekwany (La Seine), bo tutaj nawet nuda przybiera formy nieco bardziej wyrafinowane. warto postać na moście (a jest ich tu wiele) i popatrzeć jak płynie woda. bo przecież woda jaka właśnie tu płynie parę dni temu była jeszcze na Wyżynie Langres a za kilkanaście godzin wpadnie do kanału La Manche.. spacer jest fajny, choć nam najczęściej przyszLo uciekać przed deszczem, bo tego weekendu na Sekwanę, na zabytki, na mosty, na wszystko runęło oberwanie chmury. padało na wszystko, bo przyroda także jest demokratką. ale to był listopad, miesiąc jesienny, miesiąc jak każdy inny i mimo takich warunków, uparcie i pokrętnie zwiedzaliśmy kolejne dzielnice, takie jak Saint-Germain, Bastille czy La Défense, z monstrualnym nowoczesnym Łukiem triumfalnym..
takie luźne podróżowanie po ogromnym mieście męczy, ale ma też swoje olbrzymie plusy, jak choćby możliwość ujrzenia prawdziwego ducha metropolii. wracając z Montmarte weszliśmy na tłumnie okupowaną naziemną stację metra. stali tam biali i czarni, ludzie w garniturach i w dresach, stały panienki i kolejarze, stali cwaniacy i sprzedawcy, stali ci, którym się spieszyło i ci, którym było wszystko jedno. jedym slowem, stali wszyscy i wszyscy patrzyli gdzieś w dal, w głąb nocy. wtedy i my, zmęczeni stanęliśmy i zaczeliśmy się patrzeć. komiczna sytuacja trwała jakies 15 minut, było to najdłuższe oczekiwanie na przyjazd metra. jedyne co można było usłyszeć to głośne gardłowe śmiechy grupki Murzynów..
podsumowując, Paryż zwiedzić warto, choćby na weekend. jak na razie to najpiękniejsze miasto w jakim byłem..
kategoria: podróże link bezpośredni
być jak..
11.12.2006; 23.43
I do not try to dance better than anyone else. I only try to dance better than myself.. -- Mikhail Baryshnikov..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
fotoblog
10.12.2006; 19.05
z pewnym opóźnieniem dodałem nowe fotki do grudniowego fotobloga. podziękujcie tomowi z firmy UX Systems za miły hosting, teraz nowości będą pojawiały się już bez poślizgów.. minione tygodnie to głównie pożegnania, więc ludzie odegrali w nich znaczące role. później jest pewien przeskok w nowe miejsce. zrezygnowałem z fotek samego miasta, skupiłem się na okolicy. wrzuciłem więc wczorajsze fotki wybrzeża w okolicy miasteczka Seaford, zresztą .. sami zobaczycie..
kategoria: pasje link bezpośredni
kolejne wrażenia..
5.12.2006; 22.41
każdego dnia Wielka Brytania przedstawia mi definicję swojej pogody. i nie chodzi o to, że pada, bo pada wszędzie. tu jednak, jak na jakimś górskim szczycie, pogoda zmienia się co kilka minut. dzisiaj rano na przykład lało poziomo..
wiatr był tak silny, deszcz tak rzęsisty, że przez moment miałem obawy, czy szyby w oknach wytrzymają. i padało tak sobie kilka minut, po czym.. wyszło słońce, na niebie, na małą chwilę pojawił się błękit. pomyślałem: to dobry
moment na wyjście do firmy. wyszedłem i .. wszedłem do pracy przemoczony, od blond włosów, do nowych butów z
Kłobucka. a moja kurtka, zamiast chronić od deszczu, zachowuje się jak gąbka, więc najwyższy czas poszukać czegoś bardziej odpowiedniego na tą szerokość geograficzną..
wciąż mam problemy z kierunkiem ruchu pojazdów. jako że samochodem tutaj ani nie jeżdżę, ani tym bardziej go nie posiadam, mój problem dotyczy wyłącznie chodnika i przejść na drugą stronę jezdni. za cholerę nie mogę zapamiętać w którą stronę powinienem spojrzeć przy przekraczaniu ulicy. to niby proste: w przeciwną niż u nas. ale to proste nie jest, mylę się notorycznie, a aby nie zginąć tu marnie pod kołami rozpędzonego autobusu, patrzę jak oszalały na wszystkie kierunki. oni mają taki dziwny system, niby droga ma dwa pasy, ale za tymi pasami jest jakiś szczególny odcinek drogi jednokierunkowej. plus jest taki, że tu nikt nie czeka na zielone światło, przechodzi się zawsze i wszędzie tam, gdzie droga jest wolna. lewostronny ruch dotyczy także chodnika; kilka razy zderzyłem się już z innymi pieszymi, bo oni twardo stąpają po swojej stronie i nie są skłonni pomóc obcokrajowcowi. o tępym wpatrywaniu się w witryny sklepowe nie ma więc mowy..
w pracy super: coraz więcej znajomości, zwiększa się grupa twarzy przeze mnie rozpoznawalnych, pamiętam nawet te skomplikowane światowe imiona, jak Foucauld, Cintzia czy May.. wczoraj po raz pierwszy grałem z NCsoft team na hali w piłkę -- w drużynie z brytyjczykiem, dwoma niemcami i francuzem, który kilka lat mieszkał na Węgrzech. dzisiaj już tłumaczyłem, choć z ważniejszych zadań należy wspomnieć o konferencji telefonicznej (kilka sekund nad tym sformułowaniem myślałem, bo przecież prościej powiedzieć: phone conf) z chłopakami ze Seattle na temat odmiennych reguł gramatycznych j. polskiego, a z rzeczy śmieszniejszych o przygotowywaniu słownika wyrazów zabronionych do najnowszej edycji gry Guild Wars. amerykańcom nie przyszło do głowy skomplikowanie polskiej gramatyki, przez co nie uwzględnili w kodzie programu możliwości występowania odmian. mamy więc zwroty w stylu: ciężki tarcza czy kryształowy zbroja.. przy bad language filter miałem natomiast straszny ubaw, tu także nikt nie spodziewał się tak ogromnych możliwości poetyckiej naszego języka. nie zdawali sobie sprawy, że mamy tyle seksualnych określeń i taką różnorodność znaczeniową znanej już ze starożytności 'kurwy'. musiałem także wyodrębnić pozycję blokowanego członu w wyrazie lub w całym zdaniu. przykładowo: ustalając blokadę zaczynającą się od: 'jeb' uwzględniłbym zarówno 'jebany', jak i 'jebaj się' czy 'jebię'. ale przeszło by już: 'pojebany', czy 'zajebana'. taka językowa zabawa :)
z technicznego punktu widzenia, mam tu najszybszy komputer świata, a pracuje się na dwóch monitorach, bo to pomaga w wydajności..:P
wciąż mam problemy z kierunkiem ruchu pojazdów. jako że samochodem tutaj ani nie jeżdżę, ani tym bardziej go nie posiadam, mój problem dotyczy wyłącznie chodnika i przejść na drugą stronę jezdni. za cholerę nie mogę zapamiętać w którą stronę powinienem spojrzeć przy przekraczaniu ulicy. to niby proste: w przeciwną niż u nas. ale to proste nie jest, mylę się notorycznie, a aby nie zginąć tu marnie pod kołami rozpędzonego autobusu, patrzę jak oszalały na wszystkie kierunki. oni mają taki dziwny system, niby droga ma dwa pasy, ale za tymi pasami jest jakiś szczególny odcinek drogi jednokierunkowej. plus jest taki, że tu nikt nie czeka na zielone światło, przechodzi się zawsze i wszędzie tam, gdzie droga jest wolna. lewostronny ruch dotyczy także chodnika; kilka razy zderzyłem się już z innymi pieszymi, bo oni twardo stąpają po swojej stronie i nie są skłonni pomóc obcokrajowcowi. o tępym wpatrywaniu się w witryny sklepowe nie ma więc mowy..
w pracy super: coraz więcej znajomości, zwiększa się grupa twarzy przeze mnie rozpoznawalnych, pamiętam nawet te skomplikowane światowe imiona, jak Foucauld, Cintzia czy May.. wczoraj po raz pierwszy grałem z NCsoft team na hali w piłkę -- w drużynie z brytyjczykiem, dwoma niemcami i francuzem, który kilka lat mieszkał na Węgrzech. dzisiaj już tłumaczyłem, choć z ważniejszych zadań należy wspomnieć o konferencji telefonicznej (kilka sekund nad tym sformułowaniem myślałem, bo przecież prościej powiedzieć: phone conf) z chłopakami ze Seattle na temat odmiennych reguł gramatycznych j. polskiego, a z rzeczy śmieszniejszych o przygotowywaniu słownika wyrazów zabronionych do najnowszej edycji gry Guild Wars. amerykańcom nie przyszło do głowy skomplikowanie polskiej gramatyki, przez co nie uwzględnili w kodzie programu możliwości występowania odmian. mamy więc zwroty w stylu: ciężki tarcza czy kryształowy zbroja.. przy bad language filter miałem natomiast straszny ubaw, tu także nikt nie spodziewał się tak ogromnych możliwości poetyckiej naszego języka. nie zdawali sobie sprawy, że mamy tyle seksualnych określeń i taką różnorodność znaczeniową znanej już ze starożytności 'kurwy'. musiałem także wyodrębnić pozycję blokowanego członu w wyrazie lub w całym zdaniu. przykładowo: ustalając blokadę zaczynającą się od: 'jeb' uwzględniłbym zarówno 'jebany', jak i 'jebaj się' czy 'jebię'. ale przeszło by już: 'pojebany', czy 'zajebana'. taka językowa zabawa :)
z technicznego punktu widzenia, mam tu najszybszy komputer świata, a pracuje się na dwóch monitorach, bo to pomaga w wydajności..:P
kategoria: zapiski link bezpośredni
first day..
1.12.2006; 23.31
pierwszy dzień w nowej pracy wypadł obiecująco. mnóstwo muszę się jeszcze nauczyć, ale jak mawiał Einstein (a może Sokrates?), czym więcej się uczysz, tym więcej zauważasz możliwości doskonalenia się. najważniejsze, że mój angielski nie jest taki zły, a najmilsze, że przyjęto mnie serdecznie. na firmowym intranecie poświęcono mi nawet całego newsa (!!). oto przeklejony on:
News
Welcome Tomasz Ankudowicz
08:06:00, 01 December 2006 | News / Announcements
Posted by James Spafford
Hiring one Tom / Thomas wasn’t enough for NCsoft. Two Toms only wet the appetite, and the recent acquisition of the third Tom still wasn’t enough to quench NCsoft’s thirst for Tom.
That’s why we hired Tomasz. He may spell his name slightly differently but do not be fooled, this is another of the same breed, and our Tom count is now at a mighty 4.
Tomasz hails from Poland, where he has worked in or trained in many, many areas including HR management, retail, IT services, programming, networking and localisation. And it’s that last one that’s the key – because today Tomasz joins us as a Localisation Linguistic Manager. What’s that? I don’t know. But luckily (and thankfully seeing as he hired him) David Bonin does: “he’ll be managing the linguistic resources for Eastern European Territories, with maybe some translation thrown in” well that clears that up then!
I asked Tomasz’s good friend Marek for some interesting info on him, maybe some dirt.
“He’s interested in many things, from programming, through chess, football, cutting my hair off, when I’m drunk, traveling, reading books, chess, football, chess & etc. Oh one more thing! Both me & him are heavily addicted to sunflower seeds..[..]”
and I guess that clears that up too!
a po pracy uroczyście nawaliłem się Guinessem i dwoma Grolschami. maras mówi, że takie szybkie tempo to wina morskiego powietrza, ja myślę, że to przez ten stres. w każdym razie, było miło. dobranoc.
News
Welcome Tomasz Ankudowicz
08:06:00, 01 December 2006 | News / Announcements
Posted by James Spafford
Hiring one Tom / Thomas wasn’t enough for NCsoft. Two Toms only wet the appetite, and the recent acquisition of the third Tom still wasn’t enough to quench NCsoft’s thirst for Tom.
That’s why we hired Tomasz. He may spell his name slightly differently but do not be fooled, this is another of the same breed, and our Tom count is now at a mighty 4.
Tomasz hails from Poland, where he has worked in or trained in many, many areas including HR management, retail, IT services, programming, networking and localisation. And it’s that last one that’s the key – because today Tomasz joins us as a Localisation Linguistic Manager. What’s that? I don’t know. But luckily (and thankfully seeing as he hired him) David Bonin does: “he’ll be managing the linguistic resources for Eastern European Territories, with maybe some translation thrown in” well that clears that up then!
I asked Tomasz’s good friend Marek for some interesting info on him, maybe some dirt.
“He’s interested in many things, from programming, through chess, football, cutting my hair off, when I’m drunk, traveling, reading books, chess, football, chess & etc. Oh one more thing! Both me & him are heavily addicted to sunflower seeds..[..]”
and I guess that clears that up too!
a po pracy uroczyście nawaliłem się Guinessem i dwoma Grolschami. maras mówi, że takie szybkie tempo to wina morskiego powietrza, ja myślę, że to przez ten stres. w każdym razie, było miło. dobranoc.
kategoria: zapiski link bezpośredni
już w brighton
30.11.2006; 21.16
mgła ustąpiła. jestem w Brighton już drugi dzień, ale dzień zlewa się z nocą, śpię w dziwnych porach, niekoniecznie
gdy ciemno na zewnątrz.. dojazd do Nowego Domu był sporym wysiłkiem, szczególnie dlatego, że nadwagę mojego bagażu określono na .. 830 zł.
jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, aby sprawdzić gdzie tak naprawdę znajduje się ta wioska Luton z przylondy ńskim lotniskiem. dlatego zdziwiłem się, gdy jadąc szaro-niebieskim bezpośrednim pociągiem linii First Capital Connect do Brighon, minąłem sławny London Bridge nad Tamizą. to pociąg podmiejski, porównywalny z tymi naszymi niebiesko-żółtymi relacji Gliwice - Załęże, ten jednak by czysty, pachnący i nowoczesny. i sunął po torach tak gładko, że mijane zielone łąki i oświetlane złotymi wstążkami słońca angielskie miasteczka przesuwały się płynnie jak w jakimś filmie. niebo, drzewa, domy, ziemia. i zobaczyłem innych Angoli, niż tych, których pamiętałem z pierwszej wizyty w UK. mężczyźni w garniturach z palmptopami w rękach, kobiety pachnące z porannymi wydaniami Times'a prezentowali się, muszę powiedzieć, poważnie i elegancko. wszyscy wysiedli w centralnym Londynie, dziesiątki, setki anonimowych postaci zaczynało swój normalny dzień, a ja przeżywałem swoje pierwsze chwile na nowym lądzie. zostałem w pociągu prawie sam..
w Nowym Domu mam już swój kąt, mam swój materac i swój czas.. dzisiaj dokonałem swoich pierwszych zakupów, pierwszy raz nie zrozumiałem się z kasjerką w sklepie, pierwszy raz włóczyłem się po plaży, pozornie bez celu. to miasto z wielkim metalowym pomnikiem angielskiego pączka na plaży, z ogromnym molem, gdzie podręcznikowo wręcz zarabia się pieniądze i z dwupiętrowymi autobusami firmy Brighton & Hove Bus and Coach Company. jest tu uniwersytet, stąd pewnie ogromna liczba młodych ludzi na ulicach, cała masa dealerów telefonii komórkowej i bezrobotni, na rogach uliczek sprzedający otrzymane od urzędu pracy gazety. są kościoły z białego kamienia i luksusowa dzielnica Marina, gdzie pod dom podpływa się jachtem i parkuje się go w ogródku, tak łatwo, jak rower na przydomowym stojaku. są piwa, których nigdy nie piłem, a na kawie widnieje ostrzeżenie: coffee is a source of antioxidants. i myślę sobie, przed moim pierwszym dniem pracy, że na razie jest dobrze. dopóki nie śnię po angielsku i nie kibicuję reprezentacji Anglii jest dobrze.
jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, aby sprawdzić gdzie tak naprawdę znajduje się ta wioska Luton z przylondy ńskim lotniskiem. dlatego zdziwiłem się, gdy jadąc szaro-niebieskim bezpośrednim pociągiem linii First Capital Connect do Brighon, minąłem sławny London Bridge nad Tamizą. to pociąg podmiejski, porównywalny z tymi naszymi niebiesko-żółtymi relacji Gliwice - Załęże, ten jednak by czysty, pachnący i nowoczesny. i sunął po torach tak gładko, że mijane zielone łąki i oświetlane złotymi wstążkami słońca angielskie miasteczka przesuwały się płynnie jak w jakimś filmie. niebo, drzewa, domy, ziemia. i zobaczyłem innych Angoli, niż tych, których pamiętałem z pierwszej wizyty w UK. mężczyźni w garniturach z palmptopami w rękach, kobiety pachnące z porannymi wydaniami Times'a prezentowali się, muszę powiedzieć, poważnie i elegancko. wszyscy wysiedli w centralnym Londynie, dziesiątki, setki anonimowych postaci zaczynało swój normalny dzień, a ja przeżywałem swoje pierwsze chwile na nowym lądzie. zostałem w pociągu prawie sam..
w Nowym Domu mam już swój kąt, mam swój materac i swój czas.. dzisiaj dokonałem swoich pierwszych zakupów, pierwszy raz nie zrozumiałem się z kasjerką w sklepie, pierwszy raz włóczyłem się po plaży, pozornie bez celu. to miasto z wielkim metalowym pomnikiem angielskiego pączka na plaży, z ogromnym molem, gdzie podręcznikowo wręcz zarabia się pieniądze i z dwupiętrowymi autobusami firmy Brighton & Hove Bus and Coach Company. jest tu uniwersytet, stąd pewnie ogromna liczba młodych ludzi na ulicach, cała masa dealerów telefonii komórkowej i bezrobotni, na rogach uliczek sprzedający otrzymane od urzędu pracy gazety. są kościoły z białego kamienia i luksusowa dzielnica Marina, gdzie pod dom podpływa się jachtem i parkuje się go w ogródku, tak łatwo, jak rower na przydomowym stojaku. są piwa, których nigdy nie piłem, a na kawie widnieje ostrzeżenie: coffee is a source of antioxidants. i myślę sobie, przed moim pierwszym dniem pracy, że na razie jest dobrze. dopóki nie śnię po angielsku i nie kibicuję reprezentacji Anglii jest dobrze.
kategoria: podróże link bezpośredni
nowa ojczyzna
29.11.2006; 00.43
[..] na wszystko jeszcze raz popatrzę..
i ruszę drogą, gdzieś .. [..]
wylatuję za 5 godzin. o ile mgła odejdzie precz..
paryż zajebisty, wkrótce relacja..
i ruszę drogą, gdzieś .. [..]
wylatuję za 5 godzin. o ile mgła odejdzie precz..
paryż zajebisty, wkrótce relacja..
kategoria: podróże link bezpośredni
porządki, pakowanie, przemyślenia..
22.11.2006; 00.30
ten tydzień spędziłem na pożegnaniach. najpierw pożegnałem się z pamiątkami dzieciństwa, które od kilkunastu lat
zalegały na dnach wszystkich możliwych szuflad w moim pokoju. do kosza poleciały więc książki, plakaty i karty.
przez lata wynoszone z pubów i dyskotek kufle, popielniczki, ulotki i plakietki. wystane, czesto na mrozie autografy
piłkarzy, pamiątkowe zeszyty piłkarskie i zdjęcia kibiców. dziesiątki pierwszych, przegrywanych na dwukasetowcach
taśm zespołów mojej młodości, poleciały nawet oryginalne albumy Kultu i T.Love'u, o co nigdy wcześniej bym siebie
nie posądził. swój żywot zakończyło kilkanaście luźnych części komputerowych (wśród których atrakcją była 8MB kość
pamięci SIMM i pamiętająca pierwsze PC-ty karta grafiki S3 Virge) oraz komputer, który nie umiał udowodnić swojej
przydatności w XXI wieku. poleciała ogromna większość notatek ze studiów, jedynie przydatne w całej tej rozleglej
edukacji okazały się materiały z j. niemieckiego, który to postanawiam sobie odświeżyć. poleciała w końcu spora część moich ubrań, myślę sobie, że niemała część jakiejś zapadłej afrykańskiej wioski znalazłaby w tym coś dla siebie na
niejedną burzę piaskową.. pożegnałem się także z prowadzoną od 6 lat siecią komputerową SportNet. heh, dużo radości
z tego miałem, choć nie raz przyszło mi skakać na mrozie naprawiając kable. przez 6 długich lat byłem królem
internetu na mojej dzielnicy..
pożegnałem się także z przyjaciółmi. z różnych przyczyn nie było wszystkich, ale ci co byli jak zwykle dali radę. ostatnie dwa lata to masa nowych znajomości, głównie związanych z Wydawnictwem. nauczyłem się, że nie można być lubianym przez wszystkich. i nie należy, a wręcz nie wolno próbować tego zmieniać i starać się zbyt mocno. zrozumiałem także co mnie wkurza u ludzi.. nie wytrzymuję, gdy ktoś powtarza to, co już raz powiedział, mimo że już za pierwszym razem przyznało mu się rację. zdarzają się tacy, co to po raz trzeci coś powtarzają, ale ilu ich jest to nie wiem, bo po drugim razie przestaję ich słuchać. marudom mówimy stanowcze nie.
w ogóle to odnalazłem w historii mojej strony notkę sprzed roku i 9 miesięcy, w której pisałem:
wtedy byłem bliski wyjazdu, teraz wyjazd realizuję..
i jeszcze słowo o najnowszych przemyśleniach. przenoszę się dla dwóch spraw: dla przygody i dla rozwoju. przygody, bo inna rzeczywistość odmieni moje postrzeganie świata, a europejskie zarobki przybliżą mnie do moich wymarzonych podróży. mam zamiar być wszędzie. i dla rozwoju, bo zacznę śnić po angielsku, poznam nowych ludzi, więcej czasu poświęcę fotografii i programowaniu, no i, co chyba najważniejsze, wreszcie się usamodzielnię. wyczytałem, że w zmianach pracy liczą się trendy i częstotliwość. mówi się, że istnieją dwa poważne błędy, jakie może popełnić młody człowiek zaczynający karierę -- zbyt częste zmienianie pracy oraz nie zmienianie pracy wystarczająco często. mówiąc o pracy i rozwoju, zawsze przypomina mi się pewna zamierzchła anegdota filmowa:
kiedyś Jan Himelsbach dostał propozycję roli w zachodnim filmie, ale po namyśle ją odrzucił. wyjaśniając powiedział: ja się nauczę angielskiego, a oni jeszcze gotowi odwołać produkcję. i co wtedy? zostanę jak ten chuj z tym angielskim!
pożegnałem się także z przyjaciółmi. z różnych przyczyn nie było wszystkich, ale ci co byli jak zwykle dali radę. ostatnie dwa lata to masa nowych znajomości, głównie związanych z Wydawnictwem. nauczyłem się, że nie można być lubianym przez wszystkich. i nie należy, a wręcz nie wolno próbować tego zmieniać i starać się zbyt mocno. zrozumiałem także co mnie wkurza u ludzi.. nie wytrzymuję, gdy ktoś powtarza to, co już raz powiedział, mimo że już za pierwszym razem przyznało mu się rację. zdarzają się tacy, co to po raz trzeci coś powtarzają, ale ilu ich jest to nie wiem, bo po drugim razie przestaję ich słuchać. marudom mówimy stanowcze nie.
w ogóle to odnalazłem w historii mojej strony notkę sprzed roku i 9 miesięcy, w której pisałem:
wzruszam się czasami rozglądając się po swoim
pokoju. spędziłem w tej małej klitce prawie każdą noc swojego życia. uczucia pewności nie zabijają sporadyczne
przemeblowania, ściany pamiętają wszystko co ważne z ostatniego ćwierćwiecza. kiedyś były na nich ślady po starych
plakatach, zrywanych i zawieszanych w miarę jak dojrzewały i zmieniały się moje pasje: piłkarze, gwiazdy rocka, znów
piłkarze, a z czasem piękne, opalone dziewczyny. ślady te odmierzały mijające lata równie precyzyjnie jak wzrost
znaczony ołówkiem na szafie. z czasem zabrakło i szafy i plakatów. pozostały głęboko w pamięci.
wtedy byłem bliski wyjazdu, teraz wyjazd realizuję..
i jeszcze słowo o najnowszych przemyśleniach. przenoszę się dla dwóch spraw: dla przygody i dla rozwoju. przygody, bo inna rzeczywistość odmieni moje postrzeganie świata, a europejskie zarobki przybliżą mnie do moich wymarzonych podróży. mam zamiar być wszędzie. i dla rozwoju, bo zacznę śnić po angielsku, poznam nowych ludzi, więcej czasu poświęcę fotografii i programowaniu, no i, co chyba najważniejsze, wreszcie się usamodzielnię. wyczytałem, że w zmianach pracy liczą się trendy i częstotliwość. mówi się, że istnieją dwa poważne błędy, jakie może popełnić młody człowiek zaczynający karierę -- zbyt częste zmienianie pracy oraz nie zmienianie pracy wystarczająco często. mówiąc o pracy i rozwoju, zawsze przypomina mi się pewna zamierzchła anegdota filmowa:
kiedyś Jan Himelsbach dostał propozycję roli w zachodnim filmie, ale po namyśle ją odrzucił. wyjaśniając powiedział: ja się nauczę angielskiego, a oni jeszcze gotowi odwołać produkcję. i co wtedy? zostanę jak ten chuj z tym angielskim!
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
tekst cudzy, gdybym wtedy wiedział to, co wiem teraz
12.11.2006; 21.54
gdybym mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, odważyłabym się popełnić więcej błędów. odprężyłabym się, rozluźniła. byłabym głupsza niż tym razem. mniej rzeczy brałabym na poważnie i wykorzystywałabym więcej szans. odbyłabym więcej podróży, wspięłabym się na więcej szczytów i przepłynęłabym więcej rzek. jadłabym więcej lodów, a mniej fasolki. pewnie miałabym więcej prawdziwych kłopotów, ale za to mniej urojonych.
widzisz, jestem jedną z tych osób, które zawsze są rozsądne i przytomne, godzina po godzinie, dzień po dniu. och, miałam też swoje piękne chwile, ale gdyby przyszło mi robić wszystko od nowa, miałabym ich więcej. prawdę mówiąc, nie próbowałabym niczego innego - tylko przeżywać chwile, jedną po drugiej, zamiast tylu czekających mnie lat.
należę do osób, które nigdzie nie ruszają się bez termometru, butelki z gorącą wodą, płaszcza i spadochronu. gdybym mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, biegałabym boso wczesną wiosną i nie zakładałabym butów do późnej jesieni. częściej chodziłabym na tańce. częściej jeździła na karuzeli. zbierałabym więcej stokrotek.
widzisz, jestem jedną z tych osób, które zawsze są rozsądne i przytomne, godzina po godzinie, dzień po dniu. och, miałam też swoje piękne chwile, ale gdyby przyszło mi robić wszystko od nowa, miałabym ich więcej. prawdę mówiąc, nie próbowałabym niczego innego - tylko przeżywać chwile, jedną po drugiej, zamiast tylu czekających mnie lat.
należę do osób, które nigdzie nie ruszają się bez termometru, butelki z gorącą wodą, płaszcza i spadochronu. gdybym mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, biegałabym boso wczesną wiosną i nie zakładałabym butów do późnej jesieni. częściej chodziłabym na tańce. częściej jeździła na karuzeli. zbierałabym więcej stokrotek.
kategoria: cudze link bezpośredni
Italia cz. IV -- Wenecja. by Misia Moja..
02.11.2006; 23.46
ostatni niezdobyty przez nas bastion włoskiej przygody podeszliśmy od strony morza. statkiem turystycznym z miejscowości Fusina (tu na kampingu zostawiliśmy nasz samochód), nie dbając o bilet, wraz z innymi nam podobnymi zapaleńcami podpłynęliśmy do tej jednej z najsłynniejszych wysp, do najbardziej zachwycającego po dzień dzisiejszy i największego pomnika architektury na świecie. niegdyś rządy sprawowali tu wielcy Dożowie, a bagnista laguna z okolicznymi wysepkami dawała idealne schronienie przed najazdami i napadami plemion Germańskich.
Wenecja pochłonęła nas już od portu w dzielnicy Del Academica. było wczesne popołudnie kończącego się powoli lata, gdy zaczęliśmy się przeciskać się przez wąskie uliczki tego państwa w mieście. uliczki pełne uroku i nostalgii za minionymi czasami świetności, gdyż przed podbojami kolonialnymi Wenecja stanowiła jedno z największych i najsilniejszych w Europie miast.
Wenecja podzielona jest na 6 dzielnic, zwanych sestieri. przechadzając się po malowniczych mostkach łączących sieć 118 wysepek, docieraliśmy do większych placyków gdzie w tamtych czasach skupiało się życie miasta. kanały tworzą sieć 'ulic', a kursujące po nich tramwaje wodne (zwane vaporetto) stanowią jedyny, ale bardzo dobry środek transportu. podobno Wenecję można przejść w ciągu godziny. i poniekąd jest to prawda. idąc za tłumem turystów wzdłuż głównych ciągów pieszych można z dumą i poczuciem spełnionego obowiązku opstrykać najważniejsze budynki i znane z widokówek miejsca. ale to grzech! magia Wenecji oczarowuje każdego i warto jej się na chwilę poddać i pozwolić by sama poprowadziła w zakątki znane tylko wenecjanom. warto choć przez chwilę poczuć ducha tego miejsca, pooddychać powietrzem pełnym glonów, posiedzieć przy opuszczonym kościółku nad kanałem La Grande, tam gdzie nie ma tłumu turystów, tylko tacy jak my zagubieni na chwile pasjonaci..
do Placu Świętego Marka dotarliśmy po zmroku. ulice opustoszały a zapalone światła ukazały ciepłe wnętrza starych kamienic. niesamowite uczucie przechadzać się nocą po tym wymarłym (gdyż większość właścicieli domów mieszka na lądzie), a jednak tętniącym życiem mieście. coś porównywalnego do przechadzania się o północy po Time Square w Nowym Jorku, kiedy zamiast spać, jak większość Twoich rodaków na drugim kontynencie, Ty spacerujesz po tym biznesowym centrum świata i przez chwile patrzysz z góry na te wszystkie polskie popisy i ani trochę nie chce Ci się tutaj wracać.
udało się nam pooddychać tym powietrzem, udało się posiedzieć na stopniu przy wejściu do czyjegoś domu i popatrzeć jak życie się tu toczy. powzdychać do siebie nawzajem na Moście Westchnień (Ponte dei Sospiri) też się udało.. i przeżyć całą tą podróż się udało.. a później wrócić znajomym statkiem bez biletu do samochodu.. się udało.
Wenecja podzielona jest na 6 dzielnic, zwanych sestieri. przechadzając się po malowniczych mostkach łączących sieć 118 wysepek, docieraliśmy do większych placyków gdzie w tamtych czasach skupiało się życie miasta. kanały tworzą sieć 'ulic', a kursujące po nich tramwaje wodne (zwane vaporetto) stanowią jedyny, ale bardzo dobry środek transportu. podobno Wenecję można przejść w ciągu godziny. i poniekąd jest to prawda. idąc za tłumem turystów wzdłuż głównych ciągów pieszych można z dumą i poczuciem spełnionego obowiązku opstrykać najważniejsze budynki i znane z widokówek miejsca. ale to grzech! magia Wenecji oczarowuje każdego i warto jej się na chwilę poddać i pozwolić by sama poprowadziła w zakątki znane tylko wenecjanom. warto choć przez chwilę poczuć ducha tego miejsca, pooddychać powietrzem pełnym glonów, posiedzieć przy opuszczonym kościółku nad kanałem La Grande, tam gdzie nie ma tłumu turystów, tylko tacy jak my zagubieni na chwile pasjonaci..
do Placu Świętego Marka dotarliśmy po zmroku. ulice opustoszały a zapalone światła ukazały ciepłe wnętrza starych kamienic. niesamowite uczucie przechadzać się nocą po tym wymarłym (gdyż większość właścicieli domów mieszka na lądzie), a jednak tętniącym życiem mieście. coś porównywalnego do przechadzania się o północy po Time Square w Nowym Jorku, kiedy zamiast spać, jak większość Twoich rodaków na drugim kontynencie, Ty spacerujesz po tym biznesowym centrum świata i przez chwile patrzysz z góry na te wszystkie polskie popisy i ani trochę nie chce Ci się tutaj wracać.
udało się nam pooddychać tym powietrzem, udało się posiedzieć na stopniu przy wejściu do czyjegoś domu i popatrzeć jak życie się tu toczy. powzdychać do siebie nawzajem na Moście Westchnień (Ponte dei Sospiri) też się udało.. i przeżyć całą tą podróż się udało.. a później wrócić znajomym statkiem bez biletu do samochodu.. się udało.
kategoria: podróże link bezpośredni
miesiąc ostatni..
02.11.2006; 00.21
wyścig z czasem nabiera barw.. Paryż za 3 tygodnie, Brighton za 4. właściwie to gdzie się nie spojrzę, tam niewyjaśnione sprawy. nazbierało się ich trochę za dużo, a zamknięcie firmy, kont bankowych, odstąpienie SportNetu i wymiana dokumentów to te najważniejsze. czas nigdy nie był moim sprzymierzeńcem, ale będę robił wszystko, aby ze wszystkim się uporać. obym tylko nie wyszedł na tym jak car Mikołaj II, który także ze wszystkim chciał dobrze, a w końcu go zastrzelili..
święto dla niektórych skończyło się wyjątkowo niemiło. otóż przed chwilą dopiero ugaszono pożar na moim osiedlu -- zalkoholizowany pan w średnim wieku, czyli właściciel palącego się mieszkania za wszelką cenę nie chciał go opuszczać, choć strażacy przystawiali 20-metrową drabinę. a w końcu gdy wyszedł, to zrobiła się taka awantura, że tylko interwencja uzbrojonych strażaków zapobiegła niechybnemu linczowi. porobiłem trochę fotek, bo 5-metrowy ogień z okna wygląda dość ciekawie, choć pewnie znowu nasze lokalne gazety nie będą zainteresowane newsami z mojej wystrzelonej w kosmos dzielnicy..
święto dla niektórych skończyło się wyjątkowo niemiło. otóż przed chwilą dopiero ugaszono pożar na moim osiedlu -- zalkoholizowany pan w średnim wieku, czyli właściciel palącego się mieszkania za wszelką cenę nie chciał go opuszczać, choć strażacy przystawiali 20-metrową drabinę. a w końcu gdy wyszedł, to zrobiła się taka awantura, że tylko interwencja uzbrojonych strażaków zapobiegła niechybnemu linczowi. porobiłem trochę fotek, bo 5-metrowy ogień z okna wygląda dość ciekawie, choć pewnie znowu nasze lokalne gazety nie będą zainteresowane newsami z mojej wystrzelonej w kosmos dzielnicy..
kategoria: zapiski link bezpośredni
NCsoft
27.10.2006; 00.17
miała być spokojna jesień, a tu się nawyprawiało.. przenoszę się do Anglii.. NCsoft, moja nowa firma to jeden z największych na świecie producentów gier gatunku Massively Multiplayer Online RPG. została założona w Korei Płd w 1997 roku, obecnie posiada szereg oddziałów na całym świecie (m.in. Japonia, Chiny, Tajwan, Stany Zjednoczone), a moje miejsce w tej drabince to NCsoft Europe z siedzibą w Brighton. rozmowy trwały około miesiąca, ostatecznie zaproszono mnie na interview do Anglii, a że wcześniej Crio i Kropa spili mnie przepotężnie to wyluzowany dostałem ową pracę. będę zajmował się lokalizacją produktów spółki, głównie do języka polskiego.. zaczynam 1. grudnia.
w międzyczasie sprawiliśmy sobie ze Słońcem weekend w Paryżu -- lecimy 24. listopada, szykuje się fajna wycieczka. szkoda tylko, że nie mówimy w ich języku. btw. dawno nie byłem w kraju, w którym ciężko się będzie porozumieć..
plusy ostatnich tygodni to zaskakujące wręcz zachowanie przyjaciół, znajomych i współpracowników, którzy najpierw z uśmiechem gratulowali, a następnie ze smutkiem zastanawiali się, jak to będzie, kiedy mnie tu nie będzie. to miłe, ale na nostalgię przyjdzie jeszcze czas.. w końcu pewien etap mojego życia zostanie zakończony.. minusem będą samotne święta -- trochę to źle zorganizowałem, ale już trudno, jakoś to będzie..
wkrótce zaległa notka z Wenecji, a później już chyba opis i fotki z Paryża.
w międzyczasie sprawiliśmy sobie ze Słońcem weekend w Paryżu -- lecimy 24. listopada, szykuje się fajna wycieczka. szkoda tylko, że nie mówimy w ich języku. btw. dawno nie byłem w kraju, w którym ciężko się będzie porozumieć..
plusy ostatnich tygodni to zaskakujące wręcz zachowanie przyjaciół, znajomych i współpracowników, którzy najpierw z uśmiechem gratulowali, a następnie ze smutkiem zastanawiali się, jak to będzie, kiedy mnie tu nie będzie. to miłe, ale na nostalgię przyjdzie jeszcze czas.. w końcu pewien etap mojego życia zostanie zakończony.. minusem będą samotne święta -- trochę to źle zorganizowałem, ale już trudno, jakoś to będzie..
wkrótce zaległa notka z Wenecji, a później już chyba opis i fotki z Paryża.
kategoria: zapiski link bezpośredni
Polska - Portugalia
11.10.2006; 23.23
7. czerwca 1986, Monterrey, Polska – Portugalia 1:0. bramkę zdobył Włodzimierz Smolarek.
20 lat później..
11. października 2006, Chorzów, Polska - Portugalia 2-1. bramki dla nas zdobył Euzebiusz Smolarek.
w takich chwilach jesteśmy dumni z bycia Polakami!
20 lat później..
11. października 2006, Chorzów, Polska - Portugalia 2-1. bramki dla nas zdobył Euzebiusz Smolarek.
w takich chwilach jesteśmy dumni z bycia Polakami!
kategoria: zapiski link bezpośredni
Italia cz. III -- Mediolan za dnia
29.09.2006; 15.39
poranek jak zwykle słoneczny. szybko zebraliśmy się obiecując sobie poranną toaletę w McDonaldzie. śniadania tam sobie nie obiecywaliśmy, w końcu mieliśmy ze sobą jeszcze trochę polskiej zdrowej żywności. po szybkim płukanku, po którym jakiś zniesmaczony pan w pośpiechu opuścił restauracyjną toaletę, zasiedliśmy na głównym placu miasta. wspaniała jest, mówię Wam, taka poranna godzina w słońcu z kawą w ręku, spędzona tylko i wyłącznie na obserwowaniu turystów na Piazza del Duomo. o tak, poranna mocna kawa zdołała unormować naszą sytuację wewnętrzną. wszystko zepsuł jakiś Senegalczyk, który to z okrzykami: 'piece for whole world' i 'i love you' obwiązał nam ręce kolorowymi nitkami. ponoć na szczęście. i chyba szczęście nam przyniosły, bo wróciliśmy do domu cali i zdrowi, a to zawiązane coś noszę do dzisiaj. oczywiście nie był taki friendly z czystej przyjaźni, odważnie przypomniał nam kilka razy o 'donation', które w końcu dostał. jednak nie na tyle duże, by wyglądał na w pełni uradowanego..
Mediolan za dnia jest innym miastem. przede wszystkim jest bardzo zatłoczony. po drugie, głośny, chaotyczny i niezdarny, począwszy od sprzedawców różnych różności, przez czarnoskórych handlarzy i wszechobecnych, wychowanych na drugim końcu globusa japońskich turystów, po zawsze głodne gołębie. jest miastem -- pomnikiem, jednak miastem, w którym osobom nieprzyzwyczajonym mieszkałoby się ciężko.
zwiedzamy katedrę Duomo -- piękna na zewnątrz, okazuje się bardzo surowa w środku. ale wspaniała, majestatyczna. zimne ściany zdobione są jedynie cyklicznymi wystawami malarstwa, interesującymi obeliskami i szacownymi mumiami dawno minionych istnień. zwiedzamy kryptę, gdzie pochowano zasłużonych, głównie związanych z kościołem biskupów. po wyjściu przechadzamy się znanymi na całym świecie ulicami, m.in. Via Monte Napoleone. mijamy kościół Św. Ambrożego (La Basilica di Sant?Ambrogio) -- Św. Ambroży uznawany jest za patrona Mediolanu, a sami mieszkańcy miasta nazywają siebie Ambrosiani. dzień jego imienin (7 grudnia) świętuje się, rozpoczynając sezon operowy w La Scali i urządzając wokół kościoła wielki jarmark. szczątki św. Ambrożego spoczywają w tym kościele, choć po dawnej świątyni, w której najsłynniejszy nawrócony poganin, święty Augustyn, usłyszał po raz pierwszy jego kazanie, nie pozostał dziś ślad.. wstępujemy do butiku Ferrari, gdzie można dotknąć bolidu Formuły 1, pewnie Michaela Schumachera, choć pewny nie jestem. chwilę spokoju osiągamy w klasztornym refektarzu kościoła Santa Maria delle Grazie, który kryje słynną Ostatnią Wieczerzę Leonarda da Vinci. obrazu nie widzieliśmy, bo kolejną porcję turystów wpuszczano za kilka godzin, a my .. szliśmy na mecz! udajemy się jeszcze na drugi koniec centrum, aby obejrzeć Dworzec Główny (Statione Centrale) -- budowlę znaną z jednostronnego wjazdu pociągów na stację..
metrem przemieszczamy się w pobliże stadionu, gdzie lustrujemy sytuację. dzisiejszego wieczoru odbywa się tu Trofeo Tim, coś na wzór naszego Superpucharu, gdzie najlepsze drużyny z poprzedniego sezonu walczą w meczach każdy z każdym po 45 minut. dla mnie bomba! za jednym zamachem oglądam jeden z najsłynniejszych stadionów świata oraz 3 światowe drużyny: AC Milan, Inter i Juventus Turyn. i to za jedyne 10E. co ciekawe, przy kupnie biletu poproszono nas o ID, tak że na bilecie widniało ręcznie wypisane moje nazwisko.. podczas imprezy stadion zapełniony w 1/3, przyszło ok 25 tys. fanów: po jednej stronie czarno-niebiescy fani Interu, po drugiej czerwono-czarni tiffosi Milanu, na środku, ok 5 tysięczna grupa fanów z Turynu. dopytałem się szybko jak kształtują się relacje między obiema grupami z Mediolanu. o dziwo nie ma między nimi agresji. koleś z fan-clubu Interu opowiadał, że na meczach między sobą wyzwiska ograniczają się do zwykłego 'fuck you', natomiast pięści przygotowywane są na znienawidzonych kibiców Juve. i widać to na turnieju, wyzwiska sypią się gęsto; choć zrozumiałem tylko 'Juve Merda', to po zachowaniu kibiców można było wnioskować, że lubią się jak my z Ruchem Chorzów. doping robi ogromne wrażenie, a przecież trybuna najzagorzalszych fanów Milanu nie była wypełniona nawet w połowie. to dla mnie, kibica Górnika doświadczenie kluczowe: doping tysięcy gardeł wspierany przez niezależne, kilkuosobowe grupy bębniarzy, nieznane mi wcześniej melodie kibicowskich przyśpiewek i bogate oflagowanie. to zdecydowanie światowa czołówka kibicowania.
po kolejnej nocy udajemy się w kierunku Wenecji. olewamy Weronę, bo podobno Julia wcale nie była z nią związana, nie zajeżdżamy też do Padwy. na przyweneckim parkingu meldujemy się w południe..
Mediolan za dnia jest innym miastem. przede wszystkim jest bardzo zatłoczony. po drugie, głośny, chaotyczny i niezdarny, począwszy od sprzedawców różnych różności, przez czarnoskórych handlarzy i wszechobecnych, wychowanych na drugim końcu globusa japońskich turystów, po zawsze głodne gołębie. jest miastem -- pomnikiem, jednak miastem, w którym osobom nieprzyzwyczajonym mieszkałoby się ciężko.
zwiedzamy katedrę Duomo -- piękna na zewnątrz, okazuje się bardzo surowa w środku. ale wspaniała, majestatyczna. zimne ściany zdobione są jedynie cyklicznymi wystawami malarstwa, interesującymi obeliskami i szacownymi mumiami dawno minionych istnień. zwiedzamy kryptę, gdzie pochowano zasłużonych, głównie związanych z kościołem biskupów. po wyjściu przechadzamy się znanymi na całym świecie ulicami, m.in. Via Monte Napoleone. mijamy kościół Św. Ambrożego (La Basilica di Sant?Ambrogio) -- Św. Ambroży uznawany jest za patrona Mediolanu, a sami mieszkańcy miasta nazywają siebie Ambrosiani. dzień jego imienin (7 grudnia) świętuje się, rozpoczynając sezon operowy w La Scali i urządzając wokół kościoła wielki jarmark. szczątki św. Ambrożego spoczywają w tym kościele, choć po dawnej świątyni, w której najsłynniejszy nawrócony poganin, święty Augustyn, usłyszał po raz pierwszy jego kazanie, nie pozostał dziś ślad.. wstępujemy do butiku Ferrari, gdzie można dotknąć bolidu Formuły 1, pewnie Michaela Schumachera, choć pewny nie jestem. chwilę spokoju osiągamy w klasztornym refektarzu kościoła Santa Maria delle Grazie, który kryje słynną Ostatnią Wieczerzę Leonarda da Vinci. obrazu nie widzieliśmy, bo kolejną porcję turystów wpuszczano za kilka godzin, a my .. szliśmy na mecz! udajemy się jeszcze na drugi koniec centrum, aby obejrzeć Dworzec Główny (Statione Centrale) -- budowlę znaną z jednostronnego wjazdu pociągów na stację..
metrem przemieszczamy się w pobliże stadionu, gdzie lustrujemy sytuację. dzisiejszego wieczoru odbywa się tu Trofeo Tim, coś na wzór naszego Superpucharu, gdzie najlepsze drużyny z poprzedniego sezonu walczą w meczach każdy z każdym po 45 minut. dla mnie bomba! za jednym zamachem oglądam jeden z najsłynniejszych stadionów świata oraz 3 światowe drużyny: AC Milan, Inter i Juventus Turyn. i to za jedyne 10E. co ciekawe, przy kupnie biletu poproszono nas o ID, tak że na bilecie widniało ręcznie wypisane moje nazwisko.. podczas imprezy stadion zapełniony w 1/3, przyszło ok 25 tys. fanów: po jednej stronie czarno-niebiescy fani Interu, po drugiej czerwono-czarni tiffosi Milanu, na środku, ok 5 tysięczna grupa fanów z Turynu. dopytałem się szybko jak kształtują się relacje między obiema grupami z Mediolanu. o dziwo nie ma między nimi agresji. koleś z fan-clubu Interu opowiadał, że na meczach między sobą wyzwiska ograniczają się do zwykłego 'fuck you', natomiast pięści przygotowywane są na znienawidzonych kibiców Juve. i widać to na turnieju, wyzwiska sypią się gęsto; choć zrozumiałem tylko 'Juve Merda', to po zachowaniu kibiców można było wnioskować, że lubią się jak my z Ruchem Chorzów. doping robi ogromne wrażenie, a przecież trybuna najzagorzalszych fanów Milanu nie była wypełniona nawet w połowie. to dla mnie, kibica Górnika doświadczenie kluczowe: doping tysięcy gardeł wspierany przez niezależne, kilkuosobowe grupy bębniarzy, nieznane mi wcześniej melodie kibicowskich przyśpiewek i bogate oflagowanie. to zdecydowanie światowa czołówka kibicowania.
po kolejnej nocy udajemy się w kierunku Wenecji. olewamy Weronę, bo podobno Julia wcale nie była z nią związana, nie zajeżdżamy też do Padwy. na przyweneckim parkingu meldujemy się w południe..
kategoria: podróże link bezpośredni
Italia cz. II -- Mediolan nocą
29.09.2006; 14.12
Mediolan (łac. Mediolanum, wł. Milano, ang./fr. Milan, niem. Mailand) to metropolia. w samym miaście mieszka 1,2 mln
osób, a w zespole miejskim -- aż 4,3 mln. to spowodowało, że od wjazdu do miasta ok 23 minęło aż półtorej
godziny, zanim dotarliśmy do ścisłego centrum..
a samo centrum wywarło na mnie wrażenie. i nie chodzi wcale o wspaniałe arterie miejskie, pięciogwiazdkowe hotele czy wystawy sklepowe najważniejszych projektantów świata mody. chodzi o plac katedralny Piazza del Duomo, który w sensie symbolicznym i geometrycznym wyznacza środek miasta. złożyło się tak, że właściwie byliśmy tam sami. była noc ze środy na czwartek, gdzieniegdzie powracające do domów pojedyncze rozbawione osoby, kilku sprzątaczy przygotowywało centrum na poranny, w pełni niekontrolowany zalew masy turystów. pod pomnikiem Karola V w objęciach przemknęła jakaś parka. byliśmy sam na sam z historią: gotcka katedra Duomo (Duomo di Milano), pod którą pierwszy kamień położono w 1386 roku, a której wnętrze może pomieścić 40 000 osób jednocześnie. właściwie budowla ta istnieje od 5 wieku ne., jednak po zniszczeniach i pożarach odbudowano ją zmieniając wygląd w wieku XIV. oświetlona, bogato zdobiona katedra prezentuje się fantastycznie w ciszy kończącego się lata..
Galeria Viktora Emmanuela II (Galleria Vittorio Emanuele II), która stanowi połączenie między Piazza del Duomo i Piazza della Scala. ogromny łuk triumfalny zaprasza do środka, więc korzystamy, delektując się sklepieniem ze szkła i metalu oraz ogromną kopułą nad skrzyżowaniem korytarzy. to tutaj Gucci, Prada, Armani czy Versace prezentują te swoje specyficzne 'coś do okrycia', za co inni skłonni są płacić grube tysiące euro. to tutaj ja robię kilka ciekawych fotek, na które później być może popatrzy kilka osób.. oświetlony pasaż w formie krzyża przyciąga nocą jak magnes..
i w końcu Opera La Scala (Teatro alla Scala), na widok której przypomniały mi się czasy szkoły podstawowej. kiedyś, na geografii, bodajże w 6 klasie, przygotowywałem notkę o Mediolanie i wówczas to Pani Łoś, nasza wychowawczyni, zakodowała mi gdzieś na samym dnie mojej świadomości, że Opera La Scala jest ważna i każdy, przynajmniej raz w życiu musi ją zobaczyć. nic nie mówiła o wejściu do środka, zresztą i tak nie byłoby nas na to stać, a poza tym był środek nocy. w 13 lat później, stojąc z Agatką przed omawianą Operą pomyślałem sobie, że Pani Łoś przesadzała -- La Scala wygląda .. zwyczajnie, a sprowadzając Mediolan do rangi Gliwic, zachowując oczywiście wszystkie konieczne perspektywy, to nasza Operetka mogłaby się z nią równać.. no dobra, trochę przesadziłem. w końcu to miejsce, gdzie plejada słynnych śpiewaków olśniewa świat swymi głosami od blisko 200 lat. ale gmach mają niepozorny. na placu opery znajduje się także pomnik Leonarda da Vinci, który swoimi wynalazkami czaruje świat nieco dłużej..
po dwóch godzinach błądzenia oświetlonymi alejkami, po czasie spędzonym w skupieniu sam na sam z milczącą historią wróciliśmy do samochodu. miała być to pierwsza noc spędzona w aucie. oczywiście nietaktem byłoby nocowanie pod katedrą, więc trzeba było coś wymyśleć. ponownie do głosu doszedł mój kibicowski umysł, który wymyślił, że cicho i spokojnie będzie pod stadionem (San Siro, kiedy gra na nim Ac Milan lub Stadio Meazza, kiedy pojedynki na nim toczy Inter Mediolan). cóż, w rzeczywistości cicho i spokojnie nie było, stadionu strzegła włoska policja (Carabinieri), ale udało się znaleźć miły zakątek, w którym przeczekaliśmy do rana. to był długi dzień..
a samo centrum wywarło na mnie wrażenie. i nie chodzi wcale o wspaniałe arterie miejskie, pięciogwiazdkowe hotele czy wystawy sklepowe najważniejszych projektantów świata mody. chodzi o plac katedralny Piazza del Duomo, który w sensie symbolicznym i geometrycznym wyznacza środek miasta. złożyło się tak, że właściwie byliśmy tam sami. była noc ze środy na czwartek, gdzieniegdzie powracające do domów pojedyncze rozbawione osoby, kilku sprzątaczy przygotowywało centrum na poranny, w pełni niekontrolowany zalew masy turystów. pod pomnikiem Karola V w objęciach przemknęła jakaś parka. byliśmy sam na sam z historią: gotcka katedra Duomo (Duomo di Milano), pod którą pierwszy kamień położono w 1386 roku, a której wnętrze może pomieścić 40 000 osób jednocześnie. właściwie budowla ta istnieje od 5 wieku ne., jednak po zniszczeniach i pożarach odbudowano ją zmieniając wygląd w wieku XIV. oświetlona, bogato zdobiona katedra prezentuje się fantastycznie w ciszy kończącego się lata..
Galeria Viktora Emmanuela II (Galleria Vittorio Emanuele II), która stanowi połączenie między Piazza del Duomo i Piazza della Scala. ogromny łuk triumfalny zaprasza do środka, więc korzystamy, delektując się sklepieniem ze szkła i metalu oraz ogromną kopułą nad skrzyżowaniem korytarzy. to tutaj Gucci, Prada, Armani czy Versace prezentują te swoje specyficzne 'coś do okrycia', za co inni skłonni są płacić grube tysiące euro. to tutaj ja robię kilka ciekawych fotek, na które później być może popatrzy kilka osób.. oświetlony pasaż w formie krzyża przyciąga nocą jak magnes..
i w końcu Opera La Scala (Teatro alla Scala), na widok której przypomniały mi się czasy szkoły podstawowej. kiedyś, na geografii, bodajże w 6 klasie, przygotowywałem notkę o Mediolanie i wówczas to Pani Łoś, nasza wychowawczyni, zakodowała mi gdzieś na samym dnie mojej świadomości, że Opera La Scala jest ważna i każdy, przynajmniej raz w życiu musi ją zobaczyć. nic nie mówiła o wejściu do środka, zresztą i tak nie byłoby nas na to stać, a poza tym był środek nocy. w 13 lat później, stojąc z Agatką przed omawianą Operą pomyślałem sobie, że Pani Łoś przesadzała -- La Scala wygląda .. zwyczajnie, a sprowadzając Mediolan do rangi Gliwic, zachowując oczywiście wszystkie konieczne perspektywy, to nasza Operetka mogłaby się z nią równać.. no dobra, trochę przesadziłem. w końcu to miejsce, gdzie plejada słynnych śpiewaków olśniewa świat swymi głosami od blisko 200 lat. ale gmach mają niepozorny. na placu opery znajduje się także pomnik Leonarda da Vinci, który swoimi wynalazkami czaruje świat nieco dłużej..
po dwóch godzinach błądzenia oświetlonymi alejkami, po czasie spędzonym w skupieniu sam na sam z milczącą historią wróciliśmy do samochodu. miała być to pierwsza noc spędzona w aucie. oczywiście nietaktem byłoby nocowanie pod katedrą, więc trzeba było coś wymyśleć. ponownie do głosu doszedł mój kibicowski umysł, który wymyślił, że cicho i spokojnie będzie pod stadionem (San Siro, kiedy gra na nim Ac Milan lub Stadio Meazza, kiedy pojedynki na nim toczy Inter Mediolan). cóż, w rzeczywistości cicho i spokojnie nie było, stadionu strzegła włoska policja (Carabinieri), ale udało się znaleźć miły zakątek, w którym przeczekaliśmy do rana. to był długi dzień..
kategoria: podróże link bezpośredni
tekst cudzy, Nancy F. Koehn, Błędne rozumienie doskonałości
20.09.2006; 16.59
[..] zdałam sobie sprawę, że żyjemy w czasach, w których sukces definiowany jest tylko w jednym wymiarze: określonych osiągnięć w kategoriach pieniędzy, władzy, sławy, piękna albo połączenia tych elementów. rzadko wiemy cokolwiek o tych 'marnych' aspektach życia ludzi sukcesu albo o odcieniach szarości między sukcesem a porażką.
[..] próbowałam zrozumieć, dlaczego tak trudno jest zobaczyć kogoś, a zwłaszcza samych siebie w szerszy, bardziej zintegrowany i uczciwszy sposób. moim zdaniem problem tkwi w tym, że żyjąc w kulturze, która zachęca nas do ciągłego dążenia do doskonałości, wstydzimy się tego, że jesteśmy niedoskonali. wierzymy, że możemy (i powinniśmy) być doskonali, i uważamy, że naszym obowiązkiem jest stale dążyć do osiągnięcia tego stanu, dlatego gdy ponosimy porażkę, która jest przecież nieunikniona, jesteśmy zawstydzeni, rozczarowani i wycieńczeni.
w naszym społeczeństwie, a zwłaszcza w segmencie, w którym roi się od ludzi sukcesu, słabe punkty są niemile widziane, a posiadanie wad -- zakazane. dlatego też wszyscy skrzętnie ukrywają te cechy. w niektórych kontekstach samo przyznanie się do słabości albo do popełnienia błędu -- niech to będzie brak pewności siebie u mojego ojca albo złe posunięcie strategiczne dyrektora wyższego szczebla -- należy do rzadkości. a sukces, o którym mówi się dużo częściej, nabiera dodatkowego blasku. [..] będąc pod silnym wpływem mediów i ich czarno-białych ocen, nauczyliśmy się postrzegać sukces binarnie: albo jesteś człowiekiem sukcesu, albo nie.
[..] próbowałam zrozumieć, dlaczego tak trudno jest zobaczyć kogoś, a zwłaszcza samych siebie w szerszy, bardziej zintegrowany i uczciwszy sposób. moim zdaniem problem tkwi w tym, że żyjąc w kulturze, która zachęca nas do ciągłego dążenia do doskonałości, wstydzimy się tego, że jesteśmy niedoskonali. wierzymy, że możemy (i powinniśmy) być doskonali, i uważamy, że naszym obowiązkiem jest stale dążyć do osiągnięcia tego stanu, dlatego gdy ponosimy porażkę, która jest przecież nieunikniona, jesteśmy zawstydzeni, rozczarowani i wycieńczeni.
w naszym społeczeństwie, a zwłaszcza w segmencie, w którym roi się od ludzi sukcesu, słabe punkty są niemile widziane, a posiadanie wad -- zakazane. dlatego też wszyscy skrzętnie ukrywają te cechy. w niektórych kontekstach samo przyznanie się do słabości albo do popełnienia błędu -- niech to będzie brak pewności siebie u mojego ojca albo złe posunięcie strategiczne dyrektora wyższego szczebla -- należy do rzadkości. a sukces, o którym mówi się dużo częściej, nabiera dodatkowego blasku. [..] będąc pod silnym wpływem mediów i ich czarno-białych ocen, nauczyliśmy się postrzegać sukces binarnie: albo jesteś człowiekiem sukcesu, albo nie.
kategoria: cudze link bezpośredni
Italia, cz. I
14.09.2006; 08.54
Włochy przywitały nas słońcem..
najdogodniejszą linią tranzytową stanowiącą połączenie Niemiec z Włochami jest położona na wysokości 1370 m npm przełęcz Brenner. rozdziela ona Alpy Zillertalskie od Sztubajów (Stubaier Alpen) w Alpach Centralnych, a widoki są rzeczywiście niesamowite. przejście przez Brenner znane było już w starożytności, wykorzystywano je w średniowieczu, a obecnie przechodzi tędy autostrada A13 łącząca Innsbruck i Monachium z Weroną. na terenie Austrii jest to obecnie jedna z niewielu dróg dodatkowo płatnych -- za przejazd zapłaciliśmy 8E.
z autostrady Innsbruk-Brenner-Bozen zjechaliśmy na wyjeździe 'Trento centro', a dalsza droga w kierunku Riva del Gardana prowadzi już wąskimi górskimi drogami. wjechaliśmy do prowincji Trento -- do przepięknej kombinacja kultury, przyrody i włoskiego słońca przy Lago di Garda. jezioro Garda to największe jezioro w Italii, a położone na jego brzegach stare miasteczka są typowe dla tej okolicy. ich wąskie uliczki, piękna architektura, pociągające tarasy widokowe oraz słoneczny i łagodny klimat regionu przyciągają turystów, głównie Niemców. 'Kraj, w którym kwitną cytryny' -– pisał Goethe, zauroczony pięknem jeziora Garda..
Arco
zwiedzanie regionu należy rozpocząć od obejrzenia samego Arco, które jest pięknym miasteczkiem położonym nad rzeką Sarca. warto przejść się wąskimi przytulnymi uliczkami, obejrzeć placyk Piazza Tre Novembre i znajdujący się tam Kościół Kolegiacki. to najstarsza część miasta, wśród której wyróżniają się kolorowe kamieniczki oraz wystawy sklepikarzy prezentujące produkowane w większości w tym regionie wina. po przejściu 'części reprezentatywnej' warto udać się na południowy-wschód do miejsc, w których mieszkają zwykli Włosi, by brutalnie wedrzeć się w ich prywatność. tu już panuje kompletna cisza, co jakiś czas można spotkać dwoje rozmawiających sąsiadów, czasem jakieś dzieciaki taplające się w miejskiej fontannie czy kogoś mknącego na skuterze w nieznanym kierunku.. do znajdującego się na szczycie klifu zamku Arco prowadzi wąska kręta dróżka z setkami schodów. region ten już od czasów Rzymskich był silnie ufortyfikowany, a pozostałości zamków, murów i wartowni widać tu na każdym kroku. gdzieś na dole przeglądaliśmy kartki pocztowe, a wśród malowniczych zdjęć naszą uwagę przykuła jedna pocztówka, z pustą ławką oraz widokiem z góry na całe Arco. ławkę tą szukaliśmy przez godzinę, wędrując brukowanymi uliczkami, a następnie klucząc przez gaje oliwne. ale było warto: widok rzeczywiście jest wspaniały (go to fotoblog).. za samym miasteczkiem okolicę wypełniają plantacje winorośli oraz wysokie wzniesienie, a za nim już wody jeziora Garda.
aha, i lody, mają tu bardzo dobre lody.
niewątpliwie już sama podróż szosą wiodącą skalistym brzegiem jeziora Garda pozostanie na długo w pamięci. droga po zachdoniej stronie jeziora prowadzi przez liczne tunele, mosty i malownicze miasteczka. szczególnie warte polecenia jest miasteczko Limone sul Garda, którego mieszkańcy od wieków żyją bądź to z rybołóstwa (piękne nabrzeże) bądź z uprawy limonek i oliwek. obecnie w Limone znajduje się cała gama ekskluzywnych hoteli, do których zjeżdżają turyści z całej Europy.. jadąc dalej na południe wkraczamy w region Brescia, gdzie skręcamy na zachód udając się w stronę Mediolanu. specjalnie nie wjechaliśmy na autostradę, jednak jazda starą międzymiastową drogą jest ciężka -- to niewiele ponad 100 km, ale jedzie się długo z uwagi na bardzo częste ronda. od ciągłych skrętów w lewo zawieszenie samochodu wysiada, nie mówiąc już o kierowcy.. do Mediolanu wjeżdżamy ok 23, po godzinie kluczenia parkujemy przy samej katedrze Duomo..
najdogodniejszą linią tranzytową stanowiącą połączenie Niemiec z Włochami jest położona na wysokości 1370 m npm przełęcz Brenner. rozdziela ona Alpy Zillertalskie od Sztubajów (Stubaier Alpen) w Alpach Centralnych, a widoki są rzeczywiście niesamowite. przejście przez Brenner znane było już w starożytności, wykorzystywano je w średniowieczu, a obecnie przechodzi tędy autostrada A13 łącząca Innsbruck i Monachium z Weroną. na terenie Austrii jest to obecnie jedna z niewielu dróg dodatkowo płatnych -- za przejazd zapłaciliśmy 8E.
z autostrady Innsbruk-Brenner-Bozen zjechaliśmy na wyjeździe 'Trento centro', a dalsza droga w kierunku Riva del Gardana prowadzi już wąskimi górskimi drogami. wjechaliśmy do prowincji Trento -- do przepięknej kombinacja kultury, przyrody i włoskiego słońca przy Lago di Garda. jezioro Garda to największe jezioro w Italii, a położone na jego brzegach stare miasteczka są typowe dla tej okolicy. ich wąskie uliczki, piękna architektura, pociągające tarasy widokowe oraz słoneczny i łagodny klimat regionu przyciągają turystów, głównie Niemców. 'Kraj, w którym kwitną cytryny' -– pisał Goethe, zauroczony pięknem jeziora Garda..
Arco
zwiedzanie regionu należy rozpocząć od obejrzenia samego Arco, które jest pięknym miasteczkiem położonym nad rzeką Sarca. warto przejść się wąskimi przytulnymi uliczkami, obejrzeć placyk Piazza Tre Novembre i znajdujący się tam Kościół Kolegiacki. to najstarsza część miasta, wśród której wyróżniają się kolorowe kamieniczki oraz wystawy sklepikarzy prezentujące produkowane w większości w tym regionie wina. po przejściu 'części reprezentatywnej' warto udać się na południowy-wschód do miejsc, w których mieszkają zwykli Włosi, by brutalnie wedrzeć się w ich prywatność. tu już panuje kompletna cisza, co jakiś czas można spotkać dwoje rozmawiających sąsiadów, czasem jakieś dzieciaki taplające się w miejskiej fontannie czy kogoś mknącego na skuterze w nieznanym kierunku.. do znajdującego się na szczycie klifu zamku Arco prowadzi wąska kręta dróżka z setkami schodów. region ten już od czasów Rzymskich był silnie ufortyfikowany, a pozostałości zamków, murów i wartowni widać tu na każdym kroku. gdzieś na dole przeglądaliśmy kartki pocztowe, a wśród malowniczych zdjęć naszą uwagę przykuła jedna pocztówka, z pustą ławką oraz widokiem z góry na całe Arco. ławkę tą szukaliśmy przez godzinę, wędrując brukowanymi uliczkami, a następnie klucząc przez gaje oliwne. ale było warto: widok rzeczywiście jest wspaniały (go to fotoblog).. za samym miasteczkiem okolicę wypełniają plantacje winorośli oraz wysokie wzniesienie, a za nim już wody jeziora Garda.
aha, i lody, mają tu bardzo dobre lody.
niewątpliwie już sama podróż szosą wiodącą skalistym brzegiem jeziora Garda pozostanie na długo w pamięci. droga po zachdoniej stronie jeziora prowadzi przez liczne tunele, mosty i malownicze miasteczka. szczególnie warte polecenia jest miasteczko Limone sul Garda, którego mieszkańcy od wieków żyją bądź to z rybołóstwa (piękne nabrzeże) bądź z uprawy limonek i oliwek. obecnie w Limone znajduje się cała gama ekskluzywnych hoteli, do których zjeżdżają turyści z całej Europy.. jadąc dalej na południe wkraczamy w region Brescia, gdzie skręcamy na zachód udając się w stronę Mediolanu. specjalnie nie wjechaliśmy na autostradę, jednak jazda starą międzymiastową drogą jest ciężka -- to niewiele ponad 100 km, ale jedzie się długo z uwagi na bardzo częste ronda. od ciągłych skrętów w lewo zawieszenie samochodu wysiada, nie mówiąc już o kierowcy.. do Mediolanu wjeżdżamy ok 23, po godzinie kluczenia parkujemy przy samej katedrze Duomo..
kategoria: podróże link bezpośredni
liga mistrzów, kto odpadnie ten zostaje..
12.09.2006; 17.00
- tomxx, na czym leci Liga Mistrzów?
- na TVN Turbo..
- yhh?
- TVP ma prawa do skrótów i jednego spotkania tygodniowo.
- no to znowu trzeba będzie zamieszać w skrzynce na klatce..
- ??
- bo tam sprytny monter zainstalował moduł wycinający pasmo dla tych, którzy nie płacą abonamentu w kablówce. ale można wykręcić moduł łącząc całość 10cm kablem antenowym.. a najlepszy był mój kumpel: wykręcił moduł a całość na siłę przykręcił metalową obejmą, zrobioną w warsztacie na kopalni. monter kilka lat się męczył, żeby to odkręcić, a cała klatka oglądała telewizornię za free..
- na TVN Turbo..
- yhh?
- TVP ma prawa do skrótów i jednego spotkania tygodniowo.
- no to znowu trzeba będzie zamieszać w skrzynce na klatce..
- ??
- bo tam sprytny monter zainstalował moduł wycinający pasmo dla tych, którzy nie płacą abonamentu w kablówce. ale można wykręcić moduł łącząc całość 10cm kablem antenowym.. a najlepszy był mój kumpel: wykręcił moduł a całość na siłę przykręcił metalową obejmą, zrobioną w warsztacie na kopalni. monter kilka lat się męczył, żeby to odkręcić, a cała klatka oglądała telewizornię za free..
kategoria: humor link bezpośredni
Austria, relacja.
10.09.2006; 21.05
poruszanie się po tak niewielkim kraju, do tego poprzecinanego siecią idealnych autostrad, nie jest żadnym problemem. dziwne rozwiązanie zastosowano w samym Wiedniu, gdzie obwodnice prowadzą prawie przez centrum miasta. już po powrocie doczytałem, że jest to XIX wieczna staromiejska obwodnica (zwana Ringiem), a jadąc tą międzynarodową drogą łączącą wschodnią i zachodnią Europę mija się parlament, a liczne zabytki starego miasta można
obserwować zza szyby pojazdu. po przejechaniu Wiednia jest już z górki: na pierwszy ogień
poszedł Salzburg: wyjeżdżając ze stolicy uderzyliśmy na Linz, a później tą samą autostradą
do samego Salzburga. die Westautobahn (zachodnia autostrada) to najważniejsza droga w
Austrii, ciągnie się przez 301 km, tak więc sam Salzburg po jeździe ze średnią prędkością
120km/h osiąga się w 2,5h.
Salzburg
miasto zbudowane na filozofii Wolfganga Amadeusza Mozarta. to własnie tutaj, na Getreidegasse 9 urodził się i wychował słynny kompozytor. Salzburg czerpie z tego faktu od lat, a turystyka stanowi źródło największych dochodów tego 150-tysięcznego miasta. jak wszędzie indziej w Europie, ciężko znaleźć darmowe miejsce do parkowania: my zostawiliśmy auto w hotelu Sheraton za standarodwą stawkę 2,5E za godzinę. koniecznie należy zwiedzić prawy brzeg rzeki Salzach, gdzie rozciąga się stare miasto, czyli Altstadt. dominuje tu barokowa zabudowa wraz z wieloma kościołami. gdy wpadniecie w tłum turystów to znaczy, że dotarliście do Getreidegasse -- poróbcie kilka fotek przy Mozartshaus i idźcie szybko w stronę Salzburger Landestheater. mieliśmy to szczęście, że odbywała się premiera dramatu Mozarta 'LA Flinta Giardiniera' w trzech aktach.. przemknęliśmy wśród garniturów i ładnych kiecek, była też telewizja i szampan, ale byliśmy samochodem.. przyjrzeliśmy się z bliska kościołowi franciszkanów z XIII wieku, pałacowi arcybiskupów oraz katedrze salzburska z XVII wieku. na koniec udaliśmy się na wzgórze w stronę twierdzy Hohensalzburg z początku z XI wieku. rozciąga się stąd fantastyczny widok na całe miasto.
po kilku godzinach w mieście Mozarta ruszyliśmy do naszego celu, do Kufstein. co dziwne, aby w prostej linii dojechać do miasta w tym samym kraju musieliśmy ten kraj .. opuścić. autostrada prowadzi przez Niemcy, należy się kierować na Monachium i Innsbruck. po dwukrotnym przekroczeniu granic zameldowaliśmy się u Miśka, który odebrał nas spod siedziby swojej firmy.
Kufstein
małe przytulne miasteczko w kraju związkowym Tyrol, przy samej granicy z Niemcami. mieszka tu ok. 15 tys. mieszkańców, przepływa rzeka Inn, prawy alpejski dopływ Dunaju. warto zwiedzić rynek i przepiękną, klasyczną wręcz uliczkę Römerhofgasse (szczegóły w galerii). najbardziej znanym zabytkiem, podobno sławnym na całą zachodnią Europę jest die Festung Kufstein -- twierdza obronna z XIII wieku. znajduje się ona na wzgórzu, poprzez wspaniałe oświetlenie okazale prezentuje się szczególnie w nocy. Kufstein jest idealnym centrum wypadowym na liczne aplejskie szlaki. my weszliśmy na kilometrową (!!) górę Pendling, wspinaczka zajęła nam ok 3,5h. na szczycie rozpadało się, a chmury uniemożliwiły mi zrobienie dobrych fotek widokowych. w zamian wypiliśmy po Radlerze, miejscowym specyfiku, w którym połączono piwo z lemoniadą. innego dnia wjechaliśmy wyciągiem Kaiserlift (jedzie się ok. 30 minut za jedyne 8E/osoba) na wysokość ok 1500m, gdzie trawa jest bardziej zielona, nie ma elektryczności a zwierzęta dzwonią dzwonkami uwieszonymi u szyji. niestety znowu padało.
Innsbruck
z Kufstein do stolicy Tyrolu jest tylko 80 km. mieliśmy jednak pecha, bo po drodze pękła sobie przednia lewa opona w Clio siostry Anny. zabrałem się profesjonalnie za naprawę, ubrałem odblaskową kamizelkę, postawiłem trójkąt w przepisowych 100 metrach, a Agata pstrykała fotki. po 3 minutach zatrzymała się policja, uspokoiłem chłopaków, że sobie poradzimy.. nad samym Innsbruckiem góruje przebudowana w 2002 roku skocznia Bergisel -- jeden z obiektów Turnieju Czterech Skoczni. wjazd na górę jest płatny: bilet kosztuje 8E, ale po krótkich, acz zażartych negocjacjach przekonałem strażnika, że jesteśmy studentami i wpuścił nas po 5.5E! z tarasu widokowego na wieży rozciąga się fantastyczny widok, gdyż samo miasto położone jest w dolinie. ujrzeliśmy to, o czym co roku mówią nasi sprawozdawcy TVP -- zawodnik przed skokiem patrzy w dół i widzi .. cmentarz. przynajmniej nie mają daleko..
starówka zachowała średniowieczny układ urbanistyczny. warto przejść się zabytkowymi uliczkami, popatrzeć na liczne kafejki, fontanny i kolorowe kamieniczki. pełno tu malarzy, połykaczy ognia i .. skośnookich turystów. do najbardziej znanych zabytków należą (to z wikipedii) zamek cesarski Hofburg z XVI w. po przebudowie w XVIII w., w stylu rokokowym, kościół dworski (Hofkirche z XVI w.) z nagrobkiem cesarza Maksymiliana I oraz wieża miejska (Stadtturm) z XIV w. my olaliśmy wieżę, gdyż obok, na 7 piętrze znajduje się restauracja 360° z której widać lepiej, a do tego na wszystkie strony i za free. Innsbruck jest obecnie przebudowywany -- za niespełna dwa lata odbędą się tu mecze Mistrzostw Europy 2008, w których prawdopodobnie nie zagrają Polacy.
Salzburg
miasto zbudowane na filozofii Wolfganga Amadeusza Mozarta. to własnie tutaj, na Getreidegasse 9 urodził się i wychował słynny kompozytor. Salzburg czerpie z tego faktu od lat, a turystyka stanowi źródło największych dochodów tego 150-tysięcznego miasta. jak wszędzie indziej w Europie, ciężko znaleźć darmowe miejsce do parkowania: my zostawiliśmy auto w hotelu Sheraton za standarodwą stawkę 2,5E za godzinę. koniecznie należy zwiedzić prawy brzeg rzeki Salzach, gdzie rozciąga się stare miasto, czyli Altstadt. dominuje tu barokowa zabudowa wraz z wieloma kościołami. gdy wpadniecie w tłum turystów to znaczy, że dotarliście do Getreidegasse -- poróbcie kilka fotek przy Mozartshaus i idźcie szybko w stronę Salzburger Landestheater. mieliśmy to szczęście, że odbywała się premiera dramatu Mozarta 'LA Flinta Giardiniera' w trzech aktach.. przemknęliśmy wśród garniturów i ładnych kiecek, była też telewizja i szampan, ale byliśmy samochodem.. przyjrzeliśmy się z bliska kościołowi franciszkanów z XIII wieku, pałacowi arcybiskupów oraz katedrze salzburska z XVII wieku. na koniec udaliśmy się na wzgórze w stronę twierdzy Hohensalzburg z początku z XI wieku. rozciąga się stąd fantastyczny widok na całe miasto.
po kilku godzinach w mieście Mozarta ruszyliśmy do naszego celu, do Kufstein. co dziwne, aby w prostej linii dojechać do miasta w tym samym kraju musieliśmy ten kraj .. opuścić. autostrada prowadzi przez Niemcy, należy się kierować na Monachium i Innsbruck. po dwukrotnym przekroczeniu granic zameldowaliśmy się u Miśka, który odebrał nas spod siedziby swojej firmy.
Kufstein
małe przytulne miasteczko w kraju związkowym Tyrol, przy samej granicy z Niemcami. mieszka tu ok. 15 tys. mieszkańców, przepływa rzeka Inn, prawy alpejski dopływ Dunaju. warto zwiedzić rynek i przepiękną, klasyczną wręcz uliczkę Römerhofgasse (szczegóły w galerii). najbardziej znanym zabytkiem, podobno sławnym na całą zachodnią Europę jest die Festung Kufstein -- twierdza obronna z XIII wieku. znajduje się ona na wzgórzu, poprzez wspaniałe oświetlenie okazale prezentuje się szczególnie w nocy. Kufstein jest idealnym centrum wypadowym na liczne aplejskie szlaki. my weszliśmy na kilometrową (!!) górę Pendling, wspinaczka zajęła nam ok 3,5h. na szczycie rozpadało się, a chmury uniemożliwiły mi zrobienie dobrych fotek widokowych. w zamian wypiliśmy po Radlerze, miejscowym specyfiku, w którym połączono piwo z lemoniadą. innego dnia wjechaliśmy wyciągiem Kaiserlift (jedzie się ok. 30 minut za jedyne 8E/osoba) na wysokość ok 1500m, gdzie trawa jest bardziej zielona, nie ma elektryczności a zwierzęta dzwonią dzwonkami uwieszonymi u szyji. niestety znowu padało.
Innsbruck
z Kufstein do stolicy Tyrolu jest tylko 80 km. mieliśmy jednak pecha, bo po drodze pękła sobie przednia lewa opona w Clio siostry Anny. zabrałem się profesjonalnie za naprawę, ubrałem odblaskową kamizelkę, postawiłem trójkąt w przepisowych 100 metrach, a Agata pstrykała fotki. po 3 minutach zatrzymała się policja, uspokoiłem chłopaków, że sobie poradzimy.. nad samym Innsbruckiem góruje przebudowana w 2002 roku skocznia Bergisel -- jeden z obiektów Turnieju Czterech Skoczni. wjazd na górę jest płatny: bilet kosztuje 8E, ale po krótkich, acz zażartych negocjacjach przekonałem strażnika, że jesteśmy studentami i wpuścił nas po 5.5E! z tarasu widokowego na wieży rozciąga się fantastyczny widok, gdyż samo miasto położone jest w dolinie. ujrzeliśmy to, o czym co roku mówią nasi sprawozdawcy TVP -- zawodnik przed skokiem patrzy w dół i widzi .. cmentarz. przynajmniej nie mają daleko..
starówka zachowała średniowieczny układ urbanistyczny. warto przejść się zabytkowymi uliczkami, popatrzeć na liczne kafejki, fontanny i kolorowe kamieniczki. pełno tu malarzy, połykaczy ognia i .. skośnookich turystów. do najbardziej znanych zabytków należą (to z wikipedii) zamek cesarski Hofburg z XVI w. po przebudowie w XVIII w., w stylu rokokowym, kościół dworski (Hofkirche z XVI w.) z nagrobkiem cesarza Maksymiliana I oraz wieża miejska (Stadtturm) z XIV w. my olaliśmy wieżę, gdyż obok, na 7 piętrze znajduje się restauracja 360° z której widać lepiej, a do tego na wszystkie strony i za free. Innsbruck jest obecnie przebudowywany -- za niespełna dwa lata odbędą się tu mecze Mistrzostw Europy 2008, w których prawdopodobnie nie zagrają Polacy.
kategoria: podróże link bezpośredni
powrót
5.09.2006; 23.42
ahhh, piękne to były wakacje -- wróciłem radosny i zadowolony, a przy tym głowa widziała miejsc wiele, miejsc różnych, zdecydowanie innych niż te oglądane każdego dnia. plany zrealizowaliśmy -- w zasadzie Austria zaliczona w 100% wg planów, we Włoszech na skutek zmęczenia i baaaardzo mocnego słońca zrezygnowaliśmy z Padwy i Werony. w zamian mieliśmy większy luz w Wenecji i .. dzień beztroski na plaży Lido di Jesolo. materiału jest dużo, wkrótce wszystko opiszę po kolei, bo też przygód dziwnych nie brakowało. fotki 'się obrabiają', selekcjonują, układają i kasują -- coś z nich z pewnością będzie.. wkrótce nowe pixy w dziale z podróżami, natomiast fotoblog jestem zmuszony podzielić na wrześniową Austrię i, wyjątkowo, październikową Italię. jest tego zbyt dużo, by skazywać na zapomnienie na dnie mojego twardziela..
kategoria: podróże link bezpośredni
europa
25.08.2006; 18.38
podróż czas zacząć. w planie w kolejności: Salzburg, Kufstein, Innsbruck, a potem Mediolan, Padwa, Wenecja. w międzyczasie Como, Cortina d'Ampezzo i Wiedeń..
podobno mają tam zieloną trawę, fajne widoki i zwierzęta z dzwonkami u szyji..
podobno mają tam zieloną trawę, fajne widoki i zwierzęta z dzwonkami u szyji..
kategoria: podróże link bezpośredni
..
11.08.2006; 23.59
a gdy jest smutno, to kocha się zachody słońca..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
fajne, niefajne
7.08.2006; 22.16
dzisiaj po raz pierwszy po przerwie pojawiłem się w firmie. standardowo: 133 niezałatwione maile, do tego serwer się obraził na program pocztowy i po pobraniu, wiadomości nie były kasowane. skończyło się to siedmiokrotnym pobraniem poczty, czyli 931 niezałatwionymi sprawami. było to trochę zbyt wiele, jak na świeży umysł poniedziałkowy..
wracając do poprzedniego tygodnia, niefajne były 2 wydarzenia na drodze w okolicach Legnicy. najpierw minął mnie samochód z rowerem na dachu. podziwiałem spryt kierowcy, bo widać było, że bagażnik i mocowanie rowera wykonał samemu (mój rower wiozłem w bagażniku, po demontażu koła). będąc ok 100 metrów przede mną rower spadł pomysłowemu Dobromirowi z bagażnika i odbijając się kilkukrotnie w rytm bicia mojego serca wypadł poza drogę.. na szczęście mknąłem już wówczas z zawrotną prędkością 70 km/h i udało mi się wyhamować. drugie, bardziej niefajne wydarzenie, to krew na asfalcie. dużo krwi i dużo zwierzęcych szczątków. zderzył się biedny jeleń z jadącym chyba dość szybko samochodem; roztrzaskane auto w rowie, zwierzę martwe na zamkniętej drodze. ściszyłem muzykę, aby nie robić wsi. nawet 9 symfonia Beethowena byłaby wsią w tym momencie..
fajne wydarzenia to wschód słońca o 5 rano -- niektórzy twierdzą, że to najpiękniejsza pora dnia, kiedy powietrze jest rześkie, tafla jeziora nieruchoma, widoczność wspaniała i nie ma nikogo, kto mógłby zepsuć cudowne milczenie porannej przyrody. fajne są także podróże rowerem w nieznanych kierunkach, bez mapy. fajne jest rowerowe przekroczenie granic województwa, coś jakby imitacja granic państwowych. minięcie granicy: woj. lubuskie | woj. wielkopolskie przypomniało mi moje pierwsze wrażenie, gdy minąłem identyczny słupek odgradzający województwo śląskie od opolskiego. fajne są także rozmowy z miejscowymi, ale o tym było w poprzedniej notce.
fajne, w końcu, są powroty do domu, gdy ktoś na kogoś czeka..
wracając do poprzedniego tygodnia, niefajne były 2 wydarzenia na drodze w okolicach Legnicy. najpierw minął mnie samochód z rowerem na dachu. podziwiałem spryt kierowcy, bo widać było, że bagażnik i mocowanie rowera wykonał samemu (mój rower wiozłem w bagażniku, po demontażu koła). będąc ok 100 metrów przede mną rower spadł pomysłowemu Dobromirowi z bagażnika i odbijając się kilkukrotnie w rytm bicia mojego serca wypadł poza drogę.. na szczęście mknąłem już wówczas z zawrotną prędkością 70 km/h i udało mi się wyhamować. drugie, bardziej niefajne wydarzenie, to krew na asfalcie. dużo krwi i dużo zwierzęcych szczątków. zderzył się biedny jeleń z jadącym chyba dość szybko samochodem; roztrzaskane auto w rowie, zwierzę martwe na zamkniętej drodze. ściszyłem muzykę, aby nie robić wsi. nawet 9 symfonia Beethowena byłaby wsią w tym momencie..
fajne wydarzenia to wschód słońca o 5 rano -- niektórzy twierdzą, że to najpiękniejsza pora dnia, kiedy powietrze jest rześkie, tafla jeziora nieruchoma, widoczność wspaniała i nie ma nikogo, kto mógłby zepsuć cudowne milczenie porannej przyrody. fajne są także podróże rowerem w nieznanych kierunkach, bez mapy. fajne jest rowerowe przekroczenie granic województwa, coś jakby imitacja granic państwowych. minięcie granicy: woj. lubuskie | woj. wielkopolskie przypomniało mi moje pierwsze wrażenie, gdy minąłem identyczny słupek odgradzający województwo śląskie od opolskiego. fajne są także rozmowy z miejscowymi, ale o tym było w poprzedniej notce.
fajne, w końcu, są powroty do domu, gdy ktoś na kogoś czeka..
kategoria: zapiski link bezpośredni
wieści z wakacji
1.08.2006; 21.45
przemierzając na rowerze województwo lubuskie wzrok przyciągają nie tylko rozległe lasy, pola i jeziora. ciekawi są przede wszystkim miejscowi, opaleni i zarośnięci, w długich spodniach, koniecznie z rowerem u boku. gdy pytam takiego, dokąd prowadzi ta droga, odpowiadają od razu, bez zająknięcia, z bezgraniczną oczywistością w głosie i jakby pretensją, że tego nie wiem. jestem pewien, że na pytanie o stolicę Polski, nie odpowiedzieliby z takim przekonaniem i pewnością siebie..
kategoria: podróże link bezpośredni
sprostowanie
29.07.2006; 21.53
wracając do poprzedniej notki: żarty żartami, ale aktualna sytuacja polityczna nie wywołuje u mnie, człowieka bardzo podatnego nawet na marne dowcipy, nawet luźnego pokrewieństwa chichotu. jedyne co mnie śmieszy to zachowanie poznańskich studentów, którzy wymalowali na murze: Kaczyński! historia może ci wybaczy, ale u nas masz przejebane! nooo, to to jest śmieszne. pozdrowienia z wakacji!
kategoria: humor link bezpośredni
gorąca pseudowładza
27.07.2006; 23.23
och, ciężko się ostatnio u nas żyje. ciąży nam wszystkim sytuacja polityczna, prawie tak samo jak tegoroczne upały.. no ale z upałów mało kto się śmieje (a rolnikom zupełnie nie do śmiechu), natomiast z naszej władzy śmieją się już wszyscy. i nic dziwnego, że śmieje się komplet Polaków (tych u nas, ten milion na emigracji i nawet Crio w UK), gorzej, że śmieje się świat. Polska wreszcie stała się popularnym tematem programów telewizyjnych, ale wcale nie z powodu wzrostu PKB, niskiego bezrobocia czy sukcesów sportowych -- świat śmieje się z naszej władzy.. i.. wcale im się nie dziwię.
oglądając dowolny program publicystyczny jednego można być pewnym: słowa 'ja panu nie przerywałem' padną w programie minimum 15 razy, a minimum 5 razy z ust naszego pseudoprezydenta. zresztą on jest ostatnio aktorem wybitnym: kiedyś obraził się na redaktorkę Monikę Olejnik i zapowiedział, że nie będzie z nią rozmawiał przez całą swoją kadencję. ostatnio obraził się ponownie, tym razem za to, że jakiś niemiecki pismak nazwał go kartoflem. wkurzyła się nasza głowa państwa, że hej -- swoją obecnością nie zaszczycił nawet szczytu Weimerskiego.. kilka dni temu w trakcie wizyty u ratowników WOPR prezydent wygłosił subtelną kwestię 'Irasiad jest bardzo zdenerwowany', gdy jeden z ratowników powiedział do swojego psa: 'Ira, siad.'. Irasiad się zdenerwował, zdenerwowaliśmy się my wszyscy. społeczeństwo już nie wie nawet jak ma reagować na kolejne pomysły naszej wspaniałej koalicji rządzącej. bo oto minister Romek Giertych zapowiedział, że do szkoły wrócą niebieskie mundurki i jest to jedyny sposób na walkę z narkotyzacją polskiej oświaty. następnie ogłoszono, że wychowawca kolonijny powinien płacić alimenty za niechciane ciąże wśród kolonijnych małolatów. bo to, że rodzice nie wychowali swojej pociechy i ta puściła się z dopiero co poznanym 13-letnim kolegą nie jest problemem. problem stanowi wychowawca, który całej nocy nie przesiedział na korytarzu przez co gimnazjalistka będzie miała pociechę..
do tego dochodzą zmiany na niemal wszystkich państwowych posadach, a zmiana na stanowisku szefa radia BIS doczekała się już wcale nie mniejszych protestów, niż przeciw Giertychowi. oto rozgłośnia grająca dotąd klimaty off-owe i niszowe niekomercyjne kawałki dla inteligentnej częsci społeczeństwa zmienia swoją ramówkę -- odtąd radio będzie opierało się na zasadach komercyjnych znanych z dyskotekowych rozgłośni. wystosowano listy protestacyjne, ale oczywiście szans na odmianę nie ma żadnych.. PiS i reszta baranów zdaje sobie sprawę, że mogą niedociągnąć do kolejnych wyborów, więc kombinują jak mogą. doszło do tego, że próbują zmieniać nawet ordynację wyborczą, a wszystko po to, aby w wielkich miastach, gdzie LPR i Samoobrona mają łącznie może z 5% poparcia wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze. czyli głosując na PiS głosujesz na Samoobronę.. partię z minimalnym procentem poparcia przestaje w takim przypadku obowiązywać próg wyborczy i wszyscy są zadowoleni..
na skutek tego, iż Kaczyńscy nie zajmują się rządzeniem, tylko poszerzaniem swojej władzy, mamy falę emigracji. i nie wiem sam co robić. bo ja na nich przecież nie głosowałem..
na razie mam urlop.
oglądając dowolny program publicystyczny jednego można być pewnym: słowa 'ja panu nie przerywałem' padną w programie minimum 15 razy, a minimum 5 razy z ust naszego pseudoprezydenta. zresztą on jest ostatnio aktorem wybitnym: kiedyś obraził się na redaktorkę Monikę Olejnik i zapowiedział, że nie będzie z nią rozmawiał przez całą swoją kadencję. ostatnio obraził się ponownie, tym razem za to, że jakiś niemiecki pismak nazwał go kartoflem. wkurzyła się nasza głowa państwa, że hej -- swoją obecnością nie zaszczycił nawet szczytu Weimerskiego.. kilka dni temu w trakcie wizyty u ratowników WOPR prezydent wygłosił subtelną kwestię 'Irasiad jest bardzo zdenerwowany', gdy jeden z ratowników powiedział do swojego psa: 'Ira, siad.'. Irasiad się zdenerwował, zdenerwowaliśmy się my wszyscy. społeczeństwo już nie wie nawet jak ma reagować na kolejne pomysły naszej wspaniałej koalicji rządzącej. bo oto minister Romek Giertych zapowiedział, że do szkoły wrócą niebieskie mundurki i jest to jedyny sposób na walkę z narkotyzacją polskiej oświaty. następnie ogłoszono, że wychowawca kolonijny powinien płacić alimenty za niechciane ciąże wśród kolonijnych małolatów. bo to, że rodzice nie wychowali swojej pociechy i ta puściła się z dopiero co poznanym 13-letnim kolegą nie jest problemem. problem stanowi wychowawca, który całej nocy nie przesiedział na korytarzu przez co gimnazjalistka będzie miała pociechę..
do tego dochodzą zmiany na niemal wszystkich państwowych posadach, a zmiana na stanowisku szefa radia BIS doczekała się już wcale nie mniejszych protestów, niż przeciw Giertychowi. oto rozgłośnia grająca dotąd klimaty off-owe i niszowe niekomercyjne kawałki dla inteligentnej częsci społeczeństwa zmienia swoją ramówkę -- odtąd radio będzie opierało się na zasadach komercyjnych znanych z dyskotekowych rozgłośni. wystosowano listy protestacyjne, ale oczywiście szans na odmianę nie ma żadnych.. PiS i reszta baranów zdaje sobie sprawę, że mogą niedociągnąć do kolejnych wyborów, więc kombinują jak mogą. doszło do tego, że próbują zmieniać nawet ordynację wyborczą, a wszystko po to, aby w wielkich miastach, gdzie LPR i Samoobrona mają łącznie może z 5% poparcia wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze. czyli głosując na PiS głosujesz na Samoobronę.. partię z minimalnym procentem poparcia przestaje w takim przypadku obowiązywać próg wyborczy i wszyscy są zadowoleni..
na skutek tego, iż Kaczyńscy nie zajmują się rządzeniem, tylko poszerzaniem swojej władzy, mamy falę emigracji. i nie wiem sam co robić. bo ja na nich przecież nie głosowałem..
na razie mam urlop.
kategoria: zapiski link bezpośredni
lato, upał. nic się nie dzieje..
13.07.2006; 17.20
co za wakacje, upał jak fiut
smaży się asfalt na głównej ulicy
skończyłem pracę, jadę do domu
szczeniaki wrzeszczą w piaskownicy
nie lubię latać. Nie, nie, nie
młode sziksy leniwie liżą lody
i wygrzewają się jak koty
mijam przystanki pełne kobiet
nie mam siły na żadne ruchy
nie lubię latać. Nie, nie, nie
T.Love, 1994; słowa: Muniek Staszczyk
smaży się asfalt na głównej ulicy
skończyłem pracę, jadę do domu
szczeniaki wrzeszczą w piaskownicy
nie lubię latać. Nie, nie, nie
młode sziksy leniwie liżą lody
i wygrzewają się jak koty
mijam przystanki pełne kobiet
nie mam siły na żadne ruchy
nie lubię latać. Nie, nie, nie
T.Love, 1994; słowa: Muniek Staszczyk
kategoria: cudze link bezpośredni
po finałach..
10.07.2006; 22.32
mistrzostwa zakończone. wiewióra mówi, że właściwie nic się nie zmieniło, poza tym, że przyzwyczajony umysł wciąż
włącza telewizor odpowiednio o godz 16, 17 i 21. mundial skończony. a cały piłkarski świat jest wzburzony czerwoną
kartką jednego z najwspanialszych piłkarzy w historii futbolu. Zinedine Zidane -- kapitan Francuzów, sportowy
pomnik, człowiek bez skazy, artysta stawiany obok Pelego, Maradony, Eusebio, Crouffa czy Beckenuera.. w 109. minucie
swojego 110. reprezentacyjnego występu uderza przeciwnika i osłabia swój zespół. Francja przegrywa a ogólnoświatowe
dyskusje próbują zakwalifikować jego czyn..
pierwsze wrażenie jest oczywiste: brutalny, jaskrawy faul, jak on mogł zrobić coś tak brzydkiego? przeciętny kibic nie próbuje współczuć, gwizdem wyraża swoje zażenowanie, krzyczy zbulwersowany. Francja przegrywa, winny, co oczywiste, jest Zidane. jednak po kilku godzinach podejście się zmienia. Zinedine nie traci w naszych oczach, odzyskuje blask. zastanawiamy się, jakie słowa są w stanie wyprowadzić z równowagi tak spokojnego człowieka. dochodzimy do wniosku, że górę wziął honor. że honor jest ważniejszy nawet niż mistrzostwo świata. i nie próbuję tu dociekać, co też Materazzi powiedział Francuzowi, zwracam uwagę, że w pewnych sferach naszych emocji jesteśmy bezbronni. sportowo zahartowany organizm piłkarza nie został przygotowany na cios psychologiczny..
dramat sytuacji, mamy do czynienia z pierwszą w historii decyzją popartą przekazem wideo. dzisiejszy wielki sport -- okrutny i piękny. i tym właśnie różni się współczesność od klasycznej sztuki greckiej, która pokazywała atletycznego robota, bez grymasu na twarzy. dzisiejsze widowisko to twarze zdeformowane, zniekształcone, twarze prawdziwe. i właśnie to kochamy w sporcie. bo niezależnie czy kopiemy, odbijamy, czy rzucamy piłkę w grę wchodzą ludzkie emocje z których nie sposób zrezygnować, których nie można odrzucić. szczególnie w sporcie na najwyższym poziomie..
i jeszcze słowo o mundialu. jak zwykle było niezwykle, a słowa mojego kolegi Tomka sprzed imprezy: 'Szwajcaria - Togo. no kogo to interesuje?' śmieszą nas do dzisiaj. bo oglądaliśmy wszystko bez wyjątku. to był wspaniały turniej, zawody zespołów jednak bez wielkich odkryć indywidualnych. za 4 lata World Cup odbędzie się w Republice Południowej Afryki..
(osąd napisany po 24 godzinach, w wyklarowaniu omawianej sprawy pomogła mi poranna jazda z katowic do gliwic)
pierwsze wrażenie jest oczywiste: brutalny, jaskrawy faul, jak on mogł zrobić coś tak brzydkiego? przeciętny kibic nie próbuje współczuć, gwizdem wyraża swoje zażenowanie, krzyczy zbulwersowany. Francja przegrywa, winny, co oczywiste, jest Zidane. jednak po kilku godzinach podejście się zmienia. Zinedine nie traci w naszych oczach, odzyskuje blask. zastanawiamy się, jakie słowa są w stanie wyprowadzić z równowagi tak spokojnego człowieka. dochodzimy do wniosku, że górę wziął honor. że honor jest ważniejszy nawet niż mistrzostwo świata. i nie próbuję tu dociekać, co też Materazzi powiedział Francuzowi, zwracam uwagę, że w pewnych sferach naszych emocji jesteśmy bezbronni. sportowo zahartowany organizm piłkarza nie został przygotowany na cios psychologiczny..
dramat sytuacji, mamy do czynienia z pierwszą w historii decyzją popartą przekazem wideo. dzisiejszy wielki sport -- okrutny i piękny. i tym właśnie różni się współczesność od klasycznej sztuki greckiej, która pokazywała atletycznego robota, bez grymasu na twarzy. dzisiejsze widowisko to twarze zdeformowane, zniekształcone, twarze prawdziwe. i właśnie to kochamy w sporcie. bo niezależnie czy kopiemy, odbijamy, czy rzucamy piłkę w grę wchodzą ludzkie emocje z których nie sposób zrezygnować, których nie można odrzucić. szczególnie w sporcie na najwyższym poziomie..
i jeszcze słowo o mundialu. jak zwykle było niezwykle, a słowa mojego kolegi Tomka sprzed imprezy: 'Szwajcaria - Togo. no kogo to interesuje?' śmieszą nas do dzisiaj. bo oglądaliśmy wszystko bez wyjątku. to był wspaniały turniej, zawody zespołów jednak bez wielkich odkryć indywidualnych. za 4 lata World Cup odbędzie się w Republice Południowej Afryki..
(osąd napisany po 24 godzinach, w wyklarowaniu omawianej sprawy pomogła mi poranna jazda z katowic do gliwic)
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
radiowy komentarz Tomasza Zimocha..
05.07.2006; 01.21
pierwszy półfinał MŚ 2006, Niemcy - Włochy, po przerwie nie wytrzymałem. Szpakowski wzbudził mą niechęć, na Kołtonia
obraziłem się po naszym przypadkowym spotkaniu w Dortmundzie, zostało mi radio, gdzie na Jedynce komentował
niesamowity Tomasz Zimoch. kto słuchał ten wie: wymięka telewizyjny przekaz, wymięka livescore.net, wymiękają
wszyscy. czasem nawet owe radiowe sprawozdanie przewyższa wrażenie z meczu oglądanego na żywo z trybun. ale do
rzeczy: Zimoch znany jest z tego, że wprowadza słuchacza w fenomenalny wręcz nastrój, stosuje słowne dawkowanie
emocji, wyrafinowane porównania, imponuje wiedzą. padając ze śmiechu zacząłem zapisywać co lepsze z wypowiedzi
radiowego komentatora (od ok. 50 minuty spotkania, do ostatniej minuty dogrywki), choć oczywistym jest, że najlepiej brzmi to podczas meczu:
:: na skroniach Buffona pojawił się pot. ciężki i lepki pot, jaki oczekuje się od osoby, która przypadkiem
wpadła do takiej.. ciapy mokrej.
:: ale już zauważył Lahma -- niewidocznego, malutkiego, to żywe sreberko, wdzięczny owoc. jednego oszukał, drugiego już także..
:: ależ ładny zwrot.. w lewo, w prawo, Kehl zupełnie nie wiedział co zrobić, ale wiedział Cannavaro i już pomknął szybciutko w stronę odległej bramki..
:: kontuzjowany Mauro Camoranesi, ale już mu coś włożyli do nosa, taki malutki tamponik i już mu dobrze, już mu lepiej. to ważny człowiek, wszystko widzi, wiec co zrobić na boisku..
:: Cannavaro spojrzał na piłkę. to jego spojrzenie.. to spojrzenie jak przytulenie małego dziecka przez kochającego ojca..
:: Niemcy nie mogą przyspieszyć choć bardzo by chcieli. mało czasu.. ale przecież nie można zniszczyć ani tego elektronicznego dużego miernika, ani Roleksa na ręce sędziego..
:: i kto wygra..? kto tego wieczoru 4. lipca 2006 roku będzie miał więcej sił, kto wywalczy awans do finału..?
:: a Podolski patrzy w jego stronę aż prosząc wzrokiem o lepsze podanie. ale już klaszcze, już dziękuje..
:: kibice przeraźliwie gwiżdżą, bo leży teraz Gattuso. ten wojownik o twarzy rzezimieszka z dawnej ulicy Rzemieślniczej z Łodzi. na pewno nie udaje, to twardy zawodnik..
:: trenerzy nie wytrzymują. znowu niepotrzebne nerwy, znowu zakłopotanie, widzą coś innego, ale tak to jest kiedy entuzjazm przykrywa to co powinno ogarnąć się rozumem..
:: przeskoczyła mu ta piłka ponad jego czarnym butem..
:: i ten księżyc, przecięty przez Twardowskiego na pół, jest tym najmocniejszym reflektorem..
:: Alberto Gilardino jutro obchodzi 24 urodziny.. a 24 lata temu, dokładnie 5. lipca jego ojciec cieszył się także ze zwycięstwa Włochów nad Brazylią, 3-0 i cudowny Rossi. i pewnie mu powiedział: obyś był takim Rossim za 20- kilka lat..
:: gwizdek sędziego utknął, utknął jak samochód na zakorkowanej ulicy, utknął w tej wrzawie, w tym korku 50 tysęcy kibiców na Westfallenstadion..
:: Ballack jakiś zmęczony, obolały, jakiś taki przykurczony. to martwi Klinsmanna..
:: a on to przecież gwiazda Rzymu, gwiazda Włoch, choć daleko od swojej ojczyzny, to przecież tak blisko, bo ma za sobą tysiące Włochów rozkochanych w tym graczu..
:: kanclerz Merkel jest kapitalnym kibicem, świetnie reaguje w tej zielonej garsonce..
:: leży Metzelder, jak bokser znokautowany, w obronę bierze go sędzia..
:: Schweinsteiger wytarł teraz piłkę o tą białą mokrą reprezentacyjną koszulkę..
:: masaż brzucha? tak, teraz Klinsmann masuje ten czarny brzuch młodego Odonkora..
:: Marcelo Lippi, on już siwiuteńki, a teraz jakby mu jeszcze tej siwizny przybyło..
:: o ile sekund sędzia przedłuży ten mecz? może o kilka, może o 2 minuty..
:: fenomenalny dzisiaj Gianluigi Buffon, takie napięcie, a później chwila ulgi. raz znaleźć się na jego miejscu, raz to przeżyć..
:: teraz trener podniósł do góry ręce, przeciągnął się jakby był gdzieś na plaży, jakby opoczywał na tym słonecznym włoskim wybrzeżu..
:: jak u stomatologa, niemal słyszę odgłos kleszczy, tak mocno Zambrotta zagryzł zęby..
:: 90 minut emocji. ta włoska przeszkoda jest na razie za wysoka dla Niemców..
:: wszystkie kamery, jupitery, długie teleobiektywy w stronę Grosso, a Gilardino wciąż myśli jak to się mogło stać..
:: ależ szybka jest ta piłka. waży zaledwie pół kilograma, jak kawa. ale kto by teraz o kawie myślał, choć może i by się przydała, ukoiła nasze nerwy..
:: Włoch już wstał i spojrzał groźnie na Ballacka, który trzyma bidon i popija jak dziecko trzymające butelkę z oranżadą..
:: Schneider w stylu polskim podaje do obrońców, obrońcy do Schneidera, jakby mówili mu aby nie grał w stylu polskim..
:: Podolski strzela!!!! a tam babcia w Gliwicach niemal nie podskoczyła w nieopisanej radości..
:: Mamma Mia krzyknął Del Piero. Mamma Mia zawtórowali mu inni Włosi..
:: ten Padro z Dortmundu gdzieś tam siedzi w Watykanie i ogląda to wszystko. i tak pewnie sobie myśli i cieszy się, że to wszystko tak długo trwa..
:: Schneider leży, a Cannavaro stoi nad nim i krzyczy, jak może tak udawać, jak mu nie wstyd..
:: Pirlo jakby chciał powiedzieć jak Sophia Loren, że jak patrzycie na mnie i widzicie co we mnie najlepsze, to wszystko to jest zasługą spaghetti.
:: i Goooool!!! w tej chwili Włochy wielkie, ogromne i te Niemcy, potężny kraj a taki malutki.. to nie Lazio, to nie spaghetti, to włoski futbol, który jako jedyny sprzeciwił się Niemcom. a Niemcy już nie jadą do Berlina, tylko do Stuttgartu. nach Berlin fahren Squadra Azzura!!
:: Auf wiedersehen Italia, pisały dziś wszystkie niemieckie gazety, a tu nie do widzenia, a Italia mówi: guten morgen Berlin...!!
no comment, z czymś takim trudno mi konkurować..
:: ale już zauważył Lahma -- niewidocznego, malutkiego, to żywe sreberko, wdzięczny owoc. jednego oszukał, drugiego już także..
:: ależ ładny zwrot.. w lewo, w prawo, Kehl zupełnie nie wiedział co zrobić, ale wiedział Cannavaro i już pomknął szybciutko w stronę odległej bramki..
:: kontuzjowany Mauro Camoranesi, ale już mu coś włożyli do nosa, taki malutki tamponik i już mu dobrze, już mu lepiej. to ważny człowiek, wszystko widzi, wiec co zrobić na boisku..
:: Cannavaro spojrzał na piłkę. to jego spojrzenie.. to spojrzenie jak przytulenie małego dziecka przez kochającego ojca..
:: Niemcy nie mogą przyspieszyć choć bardzo by chcieli. mało czasu.. ale przecież nie można zniszczyć ani tego elektronicznego dużego miernika, ani Roleksa na ręce sędziego..
:: i kto wygra..? kto tego wieczoru 4. lipca 2006 roku będzie miał więcej sił, kto wywalczy awans do finału..?
:: a Podolski patrzy w jego stronę aż prosząc wzrokiem o lepsze podanie. ale już klaszcze, już dziękuje..
:: kibice przeraźliwie gwiżdżą, bo leży teraz Gattuso. ten wojownik o twarzy rzezimieszka z dawnej ulicy Rzemieślniczej z Łodzi. na pewno nie udaje, to twardy zawodnik..
:: trenerzy nie wytrzymują. znowu niepotrzebne nerwy, znowu zakłopotanie, widzą coś innego, ale tak to jest kiedy entuzjazm przykrywa to co powinno ogarnąć się rozumem..
:: przeskoczyła mu ta piłka ponad jego czarnym butem..
:: i ten księżyc, przecięty przez Twardowskiego na pół, jest tym najmocniejszym reflektorem..
:: Alberto Gilardino jutro obchodzi 24 urodziny.. a 24 lata temu, dokładnie 5. lipca jego ojciec cieszył się także ze zwycięstwa Włochów nad Brazylią, 3-0 i cudowny Rossi. i pewnie mu powiedział: obyś był takim Rossim za 20- kilka lat..
:: gwizdek sędziego utknął, utknął jak samochód na zakorkowanej ulicy, utknął w tej wrzawie, w tym korku 50 tysęcy kibiców na Westfallenstadion..
:: Ballack jakiś zmęczony, obolały, jakiś taki przykurczony. to martwi Klinsmanna..
:: a on to przecież gwiazda Rzymu, gwiazda Włoch, choć daleko od swojej ojczyzny, to przecież tak blisko, bo ma za sobą tysiące Włochów rozkochanych w tym graczu..
:: kanclerz Merkel jest kapitalnym kibicem, świetnie reaguje w tej zielonej garsonce..
:: leży Metzelder, jak bokser znokautowany, w obronę bierze go sędzia..
:: Schweinsteiger wytarł teraz piłkę o tą białą mokrą reprezentacyjną koszulkę..
:: masaż brzucha? tak, teraz Klinsmann masuje ten czarny brzuch młodego Odonkora..
:: Marcelo Lippi, on już siwiuteńki, a teraz jakby mu jeszcze tej siwizny przybyło..
:: o ile sekund sędzia przedłuży ten mecz? może o kilka, może o 2 minuty..
:: fenomenalny dzisiaj Gianluigi Buffon, takie napięcie, a później chwila ulgi. raz znaleźć się na jego miejscu, raz to przeżyć..
:: teraz trener podniósł do góry ręce, przeciągnął się jakby był gdzieś na plaży, jakby opoczywał na tym słonecznym włoskim wybrzeżu..
:: jak u stomatologa, niemal słyszę odgłos kleszczy, tak mocno Zambrotta zagryzł zęby..
:: 90 minut emocji. ta włoska przeszkoda jest na razie za wysoka dla Niemców..
:: wszystkie kamery, jupitery, długie teleobiektywy w stronę Grosso, a Gilardino wciąż myśli jak to się mogło stać..
:: ależ szybka jest ta piłka. waży zaledwie pół kilograma, jak kawa. ale kto by teraz o kawie myślał, choć może i by się przydała, ukoiła nasze nerwy..
:: Włoch już wstał i spojrzał groźnie na Ballacka, który trzyma bidon i popija jak dziecko trzymające butelkę z oranżadą..
:: Schneider w stylu polskim podaje do obrońców, obrońcy do Schneidera, jakby mówili mu aby nie grał w stylu polskim..
:: Podolski strzela!!!! a tam babcia w Gliwicach niemal nie podskoczyła w nieopisanej radości..
:: Mamma Mia krzyknął Del Piero. Mamma Mia zawtórowali mu inni Włosi..
:: ten Padro z Dortmundu gdzieś tam siedzi w Watykanie i ogląda to wszystko. i tak pewnie sobie myśli i cieszy się, że to wszystko tak długo trwa..
:: Schneider leży, a Cannavaro stoi nad nim i krzyczy, jak może tak udawać, jak mu nie wstyd..
:: Pirlo jakby chciał powiedzieć jak Sophia Loren, że jak patrzycie na mnie i widzicie co we mnie najlepsze, to wszystko to jest zasługą spaghetti.
:: i Goooool!!! w tej chwili Włochy wielkie, ogromne i te Niemcy, potężny kraj a taki malutki.. to nie Lazio, to nie spaghetti, to włoski futbol, który jako jedyny sprzeciwił się Niemcom. a Niemcy już nie jadą do Berlina, tylko do Stuttgartu. nach Berlin fahren Squadra Azzura!!
:: Auf wiedersehen Italia, pisały dziś wszystkie niemieckie gazety, a tu nie do widzenia, a Italia mówi: guten morgen Berlin...!!
no comment, z czymś takim trudno mi konkurować..
kategoria: humor link bezpośredni
Dortmund, Niemcy - Polska
17.06.2006; 23.52
około południa informację przesłał Damian: 'tomxx, jedziemy do Dortmundu'. nie dokończywszy spektaklu jakim był pierwszy mecz Brazylijczyków po paru godzinach siedziałem już w wesołym samochodzie, a browary wprawiały mnie i kolegów w miłą piłkarską pogadankę. i co z tego, że nie mieliśmy biletów -- celem był specyficzny mundialowy klimat..
już na granicy okazało się, że Niemcy strasznie się nas boją. standardowe przeszukanko samochodu, pytania dokąd jedziemy i po co, jak na granicy gdzieś daleko na wschodzie. na miejscu byliśmy ok. 13 dnia następnego. po samym wjeździe do Dortmundu rypnęło żabami; i to tak strasznie, aż się przestarszyłem, że nie pofocę. na szczęście słonko nie dało na siebie długo czekać i po chwili, już w strojach reprezentacyjnych ruszamy w stronę rynku.. mijanki z pierwszymi napotkanymi grupami Polaków mijają serdecznie i głośno -- potem okazało się, że jest nas tu tylu, że właściwie możemy czuć się jak u siebie w kraju. na głównej ulicy miasta spotykamy się z Robertem i jego kumplami. Robert przeniósł się z Zabrza do Londynu jakiś czas temu, a do Niemiec przyleciał specjalnie na mecz. na rynku impreza: fani z całego świata przystrojeni w swoje barwy narodowe wspólnie piją piwo i dyskutują o odbywającym się mundialu. ogromnym zaskoczeniem okazują się Niemcy -- przyjacielsko nastawieni, pomocni, szukający okazji do poznania. spotykamy fanów wszelkich narodowości, najbardziej ekscytują malowniczo prezentujący się kibice z Meksyku, Argentyny, Brazylii i Szwecji. Czechom gratulujemy świetnego pierwszego meczu, oni obligują się, że będą nam kibicować w meczu z gospodarzami. Hiszpanie lekko zakręceni, widać nigdy nie widzieli kilkunastu tysięcy Polaków w centrum europejskiego miasta. robiąc fotkę z fanem Serbii i Czarnogóry popełniłem gafę, nazywając go Francuzem; cóż, barwy identyczne. w międzyczasie mały dym na głównym placu i posypały się pierwsze aresztowania. za chwilę kolejna niespodzianka: spotykamy następnych fanów Górnika -- bawią się w Niemczech już od tygodnia -- i teraz tworzymy już całkiem pokaźną, 20-osobową grupę. pojawia się telewizja, szczególnie uporczywy reporter rosyjskiej Planety dopytuje się polskich dziewczyn o samopoczucie.. wszystko to odbywa się przy przeraźliwych krzykach: Deutschland, Deutschland, na co Polacy koniecznie dwa razy głośniej: Pooolska!! Biało-Czerwoni. z drugiej strony placu wrzawa: wypatrzony został Bobo, król polskich kibiców, facet, który od 1978 roku pojawia się na każdych Mistrzostwach, który ściskał się z Pelem, Eusebio i innymi światowymi gwiazdami. od razu robię sobie z nim fotkę, przy czym on ukrywa piwo, którym się chłodził w ten upalny dzień.. kolejni Niemcy wnoszą na rynek wielką imitację Pucharu Świata. coś tam pośpiewali, ale Puchar gwizdnęli im Polacy i teraz już cała Westfalia wie, że mistrzami świata będą biało-czerwone Orły (szczegóły w fotoblogu)..
po kilkugodzinnych emocjach zabawowo-alkoholowych udajemy się na stadion. i znowu miejscowi wykazali się gościnnością podwożąc nas na miejsce. przy Westfallen-Stadion koczuje już całkiem pokaźna grupa Polaków; obchodząc stadion natrafiamy na Borka i Kołtonia -- dwóch szczęśliwych komentatorów tv polsat; niestety nie chcą sobie zrobić z nami zdjęcia. spotykamy pierwszych koników, którzy oferują bilety klasy 1. za jedyne 300 euro.. w okolicach hali sportowej spotykamy kolejnego kibica Górnika -- Skórę, który to przyjechał na miejsce z Monachium, gdzie zdecydował się ostatnio szukać szczęścia.. zgodnie ze starą kibicowską zasadą próbujemy wbić się na stadion bez biletów. to jednak nie Liga Polska, a World Cup, tysiące ochroniarzy pracuje więc dość sprawnie. udało nam się minąć pierwsze bramki, niestety będąc już ok 20 metrów od trybun (!!) musimy zawrócić. bramki elektroniczne, przy każdej po 5 sprawdzających.. udajemy się do pobliskiego parku, gdzie na trawnikach leży już jakieś 30 tys. kibiców. zaczepia mnie reporterka z EuroSportu: organizuje konkurs trików piłkarskich. niespodziewanie dla samego siebie konkurs ów wygrywam, otrzymuję koszulkę i staję do ciekawego w formie wywiadu. najpierw zaczynam tłumaczyć jej złożoność polskiego piłkarstwa po niemiecku, potem czując się bardziej płynnie, przechodzę na angielski. pojawia się także polska telewizja -- rozmawiam i robię fotkę z Piotrem Sobczyńskim.. kolejna próba targowania się o bilety spełzła na niczym: Czarni nie chcą zejść poniżej 200 Euro, co jest ceną za wysoką. w końcu na stadion nie wchodzimy i mecz oglądamy na przystadionowym telebimie..
a mecz jak mecz. przegrywamy i tracimy szanse na awans do kolejnej rundy..
po meczu impreza w całym mieście, miejscowi radośni jak po wygraniu mistrzostw. zabawa na każdej ulicy, tańce i lejące się piwo. potem zapłakało niebo (chyba nad Polską) i lunęło dość solidnie. po 12 godzinach, już koło 2 nad ranem, gdy padnięci zajadaliśmy Pommesfrites mit Bratwurst podchodzi do nas grupa 3 fanów reprezentacji Angoli. don't worry Polska -- mówią, next time's gonna be better..
już na granicy okazało się, że Niemcy strasznie się nas boją. standardowe przeszukanko samochodu, pytania dokąd jedziemy i po co, jak na granicy gdzieś daleko na wschodzie. na miejscu byliśmy ok. 13 dnia następnego. po samym wjeździe do Dortmundu rypnęło żabami; i to tak strasznie, aż się przestarszyłem, że nie pofocę. na szczęście słonko nie dało na siebie długo czekać i po chwili, już w strojach reprezentacyjnych ruszamy w stronę rynku.. mijanki z pierwszymi napotkanymi grupami Polaków mijają serdecznie i głośno -- potem okazało się, że jest nas tu tylu, że właściwie możemy czuć się jak u siebie w kraju. na głównej ulicy miasta spotykamy się z Robertem i jego kumplami. Robert przeniósł się z Zabrza do Londynu jakiś czas temu, a do Niemiec przyleciał specjalnie na mecz. na rynku impreza: fani z całego świata przystrojeni w swoje barwy narodowe wspólnie piją piwo i dyskutują o odbywającym się mundialu. ogromnym zaskoczeniem okazują się Niemcy -- przyjacielsko nastawieni, pomocni, szukający okazji do poznania. spotykamy fanów wszelkich narodowości, najbardziej ekscytują malowniczo prezentujący się kibice z Meksyku, Argentyny, Brazylii i Szwecji. Czechom gratulujemy świetnego pierwszego meczu, oni obligują się, że będą nam kibicować w meczu z gospodarzami. Hiszpanie lekko zakręceni, widać nigdy nie widzieli kilkunastu tysięcy Polaków w centrum europejskiego miasta. robiąc fotkę z fanem Serbii i Czarnogóry popełniłem gafę, nazywając go Francuzem; cóż, barwy identyczne. w międzyczasie mały dym na głównym placu i posypały się pierwsze aresztowania. za chwilę kolejna niespodzianka: spotykamy następnych fanów Górnika -- bawią się w Niemczech już od tygodnia -- i teraz tworzymy już całkiem pokaźną, 20-osobową grupę. pojawia się telewizja, szczególnie uporczywy reporter rosyjskiej Planety dopytuje się polskich dziewczyn o samopoczucie.. wszystko to odbywa się przy przeraźliwych krzykach: Deutschland, Deutschland, na co Polacy koniecznie dwa razy głośniej: Pooolska!! Biało-Czerwoni. z drugiej strony placu wrzawa: wypatrzony został Bobo, król polskich kibiców, facet, który od 1978 roku pojawia się na każdych Mistrzostwach, który ściskał się z Pelem, Eusebio i innymi światowymi gwiazdami. od razu robię sobie z nim fotkę, przy czym on ukrywa piwo, którym się chłodził w ten upalny dzień.. kolejni Niemcy wnoszą na rynek wielką imitację Pucharu Świata. coś tam pośpiewali, ale Puchar gwizdnęli im Polacy i teraz już cała Westfalia wie, że mistrzami świata będą biało-czerwone Orły (szczegóły w fotoblogu)..
po kilkugodzinnych emocjach zabawowo-alkoholowych udajemy się na stadion. i znowu miejscowi wykazali się gościnnością podwożąc nas na miejsce. przy Westfallen-Stadion koczuje już całkiem pokaźna grupa Polaków; obchodząc stadion natrafiamy na Borka i Kołtonia -- dwóch szczęśliwych komentatorów tv polsat; niestety nie chcą sobie zrobić z nami zdjęcia. spotykamy pierwszych koników, którzy oferują bilety klasy 1. za jedyne 300 euro.. w okolicach hali sportowej spotykamy kolejnego kibica Górnika -- Skórę, który to przyjechał na miejsce z Monachium, gdzie zdecydował się ostatnio szukać szczęścia.. zgodnie ze starą kibicowską zasadą próbujemy wbić się na stadion bez biletów. to jednak nie Liga Polska, a World Cup, tysiące ochroniarzy pracuje więc dość sprawnie. udało nam się minąć pierwsze bramki, niestety będąc już ok 20 metrów od trybun (!!) musimy zawrócić. bramki elektroniczne, przy każdej po 5 sprawdzających.. udajemy się do pobliskiego parku, gdzie na trawnikach leży już jakieś 30 tys. kibiców. zaczepia mnie reporterka z EuroSportu: organizuje konkurs trików piłkarskich. niespodziewanie dla samego siebie konkurs ów wygrywam, otrzymuję koszulkę i staję do ciekawego w formie wywiadu. najpierw zaczynam tłumaczyć jej złożoność polskiego piłkarstwa po niemiecku, potem czując się bardziej płynnie, przechodzę na angielski. pojawia się także polska telewizja -- rozmawiam i robię fotkę z Piotrem Sobczyńskim.. kolejna próba targowania się o bilety spełzła na niczym: Czarni nie chcą zejść poniżej 200 Euro, co jest ceną za wysoką. w końcu na stadion nie wchodzimy i mecz oglądamy na przystadionowym telebimie..
a mecz jak mecz. przegrywamy i tracimy szanse na awans do kolejnej rundy..
po meczu impreza w całym mieście, miejscowi radośni jak po wygraniu mistrzostw. zabawa na każdej ulicy, tańce i lejące się piwo. potem zapłakało niebo (chyba nad Polską) i lunęło dość solidnie. po 12 godzinach, już koło 2 nad ranem, gdy padnięci zajadaliśmy Pommesfrites mit Bratwurst podchodzi do nas grupa 3 fanów reprezentacji Angoli. don't worry Polska -- mówią, next time's gonna be better..
kategoria: podróże link bezpośredni
World Cup 2006
9.06.2006; 07.24
the show starts.. po 2 latach eliminacji 32 najlepsze zespoły globu zaczynają walkę o Puchar Świata. szczęśliwcy, którym udało się kupić bilety są już w Niemczech, a całej reszcie pozostaje kibicowanie w domach, pubach czy u znajomych. kibicowanie biało-czerwonym, najpierw sercem, dopiero później rozumem. przecież to najlepsza okazja, aby obalić powiedzenie, że w mistrzostwach startują 32 drużyny, a na końcu zawsze zwyciężają Niemcy..
atmosfera z reklamy piwa Tyskie udziela się Polakom: w oknach powiewają biało-czerwone flagi, wszyscy oczekują pierwszego gwizdka. więc.. do boju Polsko!
atmosfera z reklamy piwa Tyskie udziela się Polakom: w oknach powiewają biało-czerwone flagi, wszyscy oczekują pierwszego gwizdka. więc.. do boju Polsko!
kategoria: pasje link bezpośredni
spodobała mi się książka..
2.06.2006; 08.51
otrzymałem recenzję książki, którą miałem w korekcie. aż muszę Wam to pokazać..
Książka: Język C++. Szkoła programowania. Wydanie V
Ocena: 6
Recenzja: kupiłem książkę na allegro i po przeczytaniu pierwszych stron o programowaniu napisałem program parokrotnie bardziej skąplikowany od przykładu w książce (program o marchewkach a ja napisałem program który liczy pole powieżchni ostrosłópa). Napisałem go bez pomocy książki. Książka jest naprawdę świetna. Jest tylko jeden minus, mogłaby być w 2 lub 3 tomach. Tłómaczy wszystko w sposób bardzo jasny. Niggdy nie miałem styczności z żadnym językiem programowania. byłem mile zaskoczony po kupieniu tej książki że nie znając żadnego języka programowania można nauczyć się c++.
śmiać się czy płakać?
Książka: Język C++. Szkoła programowania. Wydanie V
Ocena: 6
Recenzja: kupiłem książkę na allegro i po przeczytaniu pierwszych stron o programowaniu napisałem program parokrotnie bardziej skąplikowany od przykładu w książce (program o marchewkach a ja napisałem program który liczy pole powieżchni ostrosłópa). Napisałem go bez pomocy książki. Książka jest naprawdę świetna. Jest tylko jeden minus, mogłaby być w 2 lub 3 tomach. Tłómaczy wszystko w sposób bardzo jasny. Niggdy nie miałem styczności z żadnym językiem programowania. byłem mile zaskoczony po kupieniu tej książki że nie znając żadnego języka programowania można nauczyć się c++.
śmiać się czy płakać?
kategoria: humor link bezpośredni
idol
23.05.2006; 23.46
zaletą młodości, oprócz tego że jest się młodym, jest niczym nieskrępowana wizja przyszłości. jesteśmy otwarci,
chętni i agresywni w swoich ambicjach. niewielkie pojęcie o elementach dorosłego świata nie przeszkadza nam w snuciu
planów, a wręcz przeciwnie: pozwala wierzyć, że to o czym marzymy jest tuż obok, jest do zdobycia, jest na
wyciągnięcie ręki.. to oczywiste, że kształtowanie własnej osoby nie wynika z nas samych: radośni z naszych
pierwszych sukcesów ale też winni naszym pierwszym skrzywieniom są opiekunowie, nauczyciele, całe środowisko.
problem w tym, że te decydujące pierwsze lata mkną zbyt szybko, abyśmy świadomie coś z tego zrozumieli, a
nasze własne starania o bycie 'kimś dobrym' najczęściej udają się nam tak, jak Polakom udała się potyczka z Niemcami
pod Westerplatte. właściwie zanim jeszcze zdamy sobie sprawę z tego, że ktoś nas tak a nie inaczej psychologicznie ulepił, to już zaczynamy naszą grę, staramy się imponować, oszukując kompanów, że jesteśmy kimś, do kogo w
rzeczywistości nam daleko..
trochę się zagalopowałem, a chciałem napisać krótko: każdy z nas ma swoje pasje, każdy więc ma swego idola, na którym, w różnym stopniu się wzoruje. a raczej wzorował, bo już coraz starsi jesteśmy, a ja wciąż piszę, jakby to był etap wciąż tak bardzo aktualny.. odkąd pamiętam miałem swojego bohatera. w swoich snach nie byłem pilotem, strażakiem czy mistrzem karate. ja zawsze kochałem piłkę, więc odkąd pamiętam moim idolem był piłkarz.. imponował mi Tomek Wałdoch.
gdy ja zacząłem chodzić na stadion Górnika On już był tu od 2 lat. przyszedł do naszego Klubu na wiosnę 1989 roku z Gdańska, gdzie się urodził i gdzie zaczynał swoją piłkarską karierę. szybko wywalczył miejsce w pierwszym składzie Górnika, ufali mu partnerzy z zespołu, cenili go kibice. później został kapitanem swojej drużyny i to właśnie jego cechy charakteru tak mi się wówczas podobały. Tomek był graczem spokojnym, lecz jak na obrońcę przystało zadziornym. zawsze uśmiechnięty, przyjacielski i pełny radości. był graczem kompletnym, a wszędzie gdzie się pojawiał budził respekt. respekt budzi do dzisiaj, gdyż, co nie częste -- mimo sukcesu zachował swój styl. jest osobą 'normalną', bez nadmiernej pychy i poczucia (ala Zbigniew Boniek) chorobliwej wyższości. miałem okazję kilkakrotnie z nim rozmawiać i mimo że byłem wówczas młodym kibicem, nasze rozmowy były wcale konstruktywne.
Tomek przed tygodniem zakończył piłkarską karierę. w piłce osiągnął dużo, bo oprócz wielu lat gry w Bundeslidze i reprezentacji Polski zdobył przecież wicemistrzostwo olimpijskie w roku '92. co ciekawe, lata minęły a jego zachowanie (choć znane tylko z wywiadów) nadal może imponować. a to jeszcze oznacza, że zbliżamy się do niebezpiecznej granicy, gdy współcześni nam piłkarze, którzy za naszych czasów swoje kariery rozpoczynali, teraz zamierzają je kończyć. niedobrze, ale tak być musi -- przedstawienie musi trwać..
trochę się zagalopowałem, a chciałem napisać krótko: każdy z nas ma swoje pasje, każdy więc ma swego idola, na którym, w różnym stopniu się wzoruje. a raczej wzorował, bo już coraz starsi jesteśmy, a ja wciąż piszę, jakby to był etap wciąż tak bardzo aktualny.. odkąd pamiętam miałem swojego bohatera. w swoich snach nie byłem pilotem, strażakiem czy mistrzem karate. ja zawsze kochałem piłkę, więc odkąd pamiętam moim idolem był piłkarz.. imponował mi Tomek Wałdoch.
gdy ja zacząłem chodzić na stadion Górnika On już był tu od 2 lat. przyszedł do naszego Klubu na wiosnę 1989 roku z Gdańska, gdzie się urodził i gdzie zaczynał swoją piłkarską karierę. szybko wywalczył miejsce w pierwszym składzie Górnika, ufali mu partnerzy z zespołu, cenili go kibice. później został kapitanem swojej drużyny i to właśnie jego cechy charakteru tak mi się wówczas podobały. Tomek był graczem spokojnym, lecz jak na obrońcę przystało zadziornym. zawsze uśmiechnięty, przyjacielski i pełny radości. był graczem kompletnym, a wszędzie gdzie się pojawiał budził respekt. respekt budzi do dzisiaj, gdyż, co nie częste -- mimo sukcesu zachował swój styl. jest osobą 'normalną', bez nadmiernej pychy i poczucia (ala Zbigniew Boniek) chorobliwej wyższości. miałem okazję kilkakrotnie z nim rozmawiać i mimo że byłem wówczas młodym kibicem, nasze rozmowy były wcale konstruktywne.
Tomek przed tygodniem zakończył piłkarską karierę. w piłce osiągnął dużo, bo oprócz wielu lat gry w Bundeslidze i reprezentacji Polski zdobył przecież wicemistrzostwo olimpijskie w roku '92. co ciekawe, lata minęły a jego zachowanie (choć znane tylko z wywiadów) nadal może imponować. a to jeszcze oznacza, że zbliżamy się do niebezpiecznej granicy, gdy współcześni nam piłkarze, którzy za naszych czasów swoje kariery rozpoczynali, teraz zamierzają je kończyć. niedobrze, ale tak być musi -- przedstawienie musi trwać..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
1. liga zostaje w Zabrzu
15.05.2006; 09.02
najdziwniejszy sezon z tych, które pamiętam zakończony. wszystko skończyło się dobrze -- ekstraklasa zostaje w Zabrzu. żeby się naocznie o tym przekonać przejechałem 800 km, do Łęcznej. nasz doping, uporczywe dążenie do kibicowskiego celu niestety nie pomogły i Górnik przegrał ostatnie spotkanie. na szczęście przegrała też Arka z już zdegradowaną Polonią i znów, jakże szczęśliwie Górnikowi się udało.. ostatnia runda nie była więc kolejką cudów, a 18 tys. kibiców Górnika w sezonie 2006/2007 ponownie obejrzy 1. ligę.
kategoria: pasje link bezpośredni
paintball
08.05.2006; 20.32
ktoś kiedyś powiedział, że facet czuje się facetem gdy idzie na wojnę. poniekąd to prawda i choć w dzisiejszych czasach wojny zostały wyparte przez sportowe współzawodnictwo, to jednak prawdziwą adrenalinę czuje się w walce. inny ktoś, tym razem już mi znany: kolega kibic, powiedział, że jadąc na mecz ma się nadzieję, że grupa zostanie 'przyatakowana', że jedzie się komuś dać w mordę, a piłka i meczowa atmosfera jest tego miłym uzupełnieniem..
wczoraj dane mi było po raz pierwszy uczestniczyć w paintballowej strzelance. kilka lat teorii w postaci komputerowych łupanek dały mi podstawy, jednak praktyka rządzi się swoimi prawami. różnorodność budynków do zdobycia lub obrony, mnogość misji, strategie i umówione znaki gwarantują wspaniałą zabawę, taki Counter Strike w realu. z mojej ulubionej niegdyś strzelanki: Tactical Ops wyniosłem jednak dość sporo. gdy większość wystrzeliła swoje kulki, ja miałem prawie pełny magazynek: dla mnie zabawą nie była naparzanka na oślep, a kulturalne zajście wroga od tyłu i .. strzał w plecy..
paintball to fajna gra. warunkiem jest dobra ekipa, fajne miejsce i wczucie się w klimat. a zaangażowanym nawet strzały w twarz nie są straszne.. szczegóły w fotoblogu majowym :)
wczoraj dane mi było po raz pierwszy uczestniczyć w paintballowej strzelance. kilka lat teorii w postaci komputerowych łupanek dały mi podstawy, jednak praktyka rządzi się swoimi prawami. różnorodność budynków do zdobycia lub obrony, mnogość misji, strategie i umówione znaki gwarantują wspaniałą zabawę, taki Counter Strike w realu. z mojej ulubionej niegdyś strzelanki: Tactical Ops wyniosłem jednak dość sporo. gdy większość wystrzeliła swoje kulki, ja miałem prawie pełny magazynek: dla mnie zabawą nie była naparzanka na oślep, a kulturalne zajście wroga od tyłu i .. strzał w plecy..
paintball to fajna gra. warunkiem jest dobra ekipa, fajne miejsce i wczucie się w klimat. a zaangażowanym nawet strzały w twarz nie są straszne.. szczegóły w fotoblogu majowym :)
kategoria: pasje link bezpośredni
cudowne dzieciństwo komputerów 8-bitowych..
06.05.2006; 12.17
pokolenie urodzone na przełomie lat 70. i 80. miało do czynienia z zupełnie nowym
zjawiskiem. z nową formą rozrywki, która rozwijana od wielu lat wreszcie trafiła do mieszkań
zwykłych ludzi. pojawiły się pierwsze ogólnodostepne komputery domowe.. przełom jaki
nastąpił porównywany jest do największych rewolucji przemysłowych XX. wieku i był
zdecydowanie większym wydarzeniem niż zaprezentowane w kolejnych latach telefony komórkowe,
GPRS-y czy inne uciechy nowowczesnego człowieka. pojawiła się maszyna, którą wyposażono w
8-bitowy procesor taktowany zegarem 1Mhz. bieg historii, a zwłaszcza dzisiejsze osiągi w
konstrukcjach mikroprocesorów narzuca wręcz delikatny uśmieszek na naszych już prawie
30-letnich twarzach: czymże jest 1Mhz dzisiaj? potężniejsze są nasze kuchenki mikrofalowe i
inteligentne budziki. a ten jeden, jedyny megaherc w powiązaniu z układem graficznym
pozwalającym osiągnąć rozdzielczość 320x200 pikseli oraz z chipem dźwiękowym SID (po latach
magazyn Byte umieścił ten układ w dwudziestce najważniejszych wynalazków w historii
komputeryzacji) dawał nam tyle radości, że do szczęścia nie potrzebowaliśmy już
niczego..
zaczęło się od legendarnego Spectruma, którego (model ZX-80) miał u nas Hryniu. wkrótce na rynek wypuszczono fenomenalne Atari 800XL -- komputer, który podłączony do telewizora zapewniał pierwsze nieprzespane noce w naszych życiach. takie hity jak: Boulder Dash, River Raid czy Ninja obudziły w nas pasje z którymi nieprzerwanie walczymy do dziś. Atarynką dysponował Łuki, a proces 'wgrywania gry' do dzisiaj omawiamy podczas nostalgicznych spotkań przy piwie. otóż nośnikami gier były przegrywane na dwukasetowcach (gdzie się tylko dało) kasety magnetofonowe, a magnetofony podczas wczytywania gry podatne były na minimalne wręcz poziomy niestabilności, drgań czy nawet hałasu. gry ładowały się więc 45 minut (czyli tyle ile miała cała strona kasety magnetofonowej), a nigdy nie można było być pewnym 'wgrania'. pamiętam jak siadaliśmy w zaciemnionym i cichym pokoju i oczekiwaliśmy w nerwowości na grę. prawdę mówiąc, rzadko cokolwiek nam się wgrywało: byliśmy bandą rozwrzeszczanych bachorów, a wiadomo, że przy bandzie ciężko o spokój, a do tego ciszę. zaraz ktoś zaczął się kręcić, ktoś śmiać, a po nim ryczeli wszyscy. później wprowadziliśmy pewne rodzaje wróżb, a komu nie wyszło i gra się nie wczytała -- dostawał łomot od wszystkich. same gry były dla nas tym, czym dzisiaj są podróże: odkrywaniem nieznanego dotąd świata: niewyobrażalne emocje towarzyszyły kolejnym 'etapom' gry zręcznościowej, kolejnej rozwiązanej zagadce, kolejnym unicestwionym wrogu.. to były cudowne lata, gdy komputery może niewiele jeszcze potrafiły, a zabawa zależna była od .. 16KB (!!) pamięci, ale ... no właśnie, jaka piękna była to zabawa..
w roku 1991 niespodziewanie na gwiazdę podwórka wyrosłem ja. i to wcale nie z powodu osobistych zalet, a w związku z pierwszym w naszym małym świecie komputerem Commodore 64 ze stacją dyskietek (5 i 1/4 cala). teraz to u mnie przesiadywały tłumy, to mój telewizor podpięty do komodorka pracował przez 10 godz na dobę. po erze prymitywnych gierek przyszedł czas na te lepsze: startegiczne. godzinami walczyliśmy z przeważającym liczebnie wrogiem, a w szkole, na lekcjach zaczytywaliśmy na śmierć pierwsze numery Bajtka i Top Secret, rysowaliśmy mapy i opracowywaliśmy strategie. co jakiś czas słychać było gromkie: 'wieeem!', po czym biegliśmy testować nowe rozwiązanie. 5 poruszających się pikseli miało, wierzcie mi, kolosalne znaczenie, bo to w naszych głowach dubudowywaliśmy sobie ideologie -- ten świat nas ukształcił, ten świat był więcej warty niż dzisiejsze Radeony z gigabajtami pamięci. bo to był inny świat. po pewnym czasie umieliśmy nawet zmieniać kod, aby nasz bohater był nieśmiertelny. to było fajowe, bo ciągle miało się trzy życia. nie to co teraz..
sielankę 8-bitowców przerwała Amiga (hiszp. przyjaciółka). stworzony przez firmę Commodore komputer (najpopularniejsze były wersje: 500 i 1200) do dziś stanowi swoistą legendę, a przez wielu traktowany jest jako komputer wszechczasów. na Amisi można już było naprawdę sporo: gry charakteryzowały się ogromnymi możliwościami, rozdzielczość ekranu było o wiele wyższa, a dźwięk cudowny. to na Amidze powstawały hity, do nieprzytomności ogrywane po dziś dzień: The Manager, The Settlers, Dune, Cannon Fodder, Civilization i wiele, wiele innych. mimo, że oficjalnie zakazane, ale wciąż dostępne były sklepy, gdzie za 20 tys. zł przegrywano najnowsze, nigdy legalne gry. chodziło się z dyskietkami i można było mieć wszystko. coś jak dzisiaj z internetem, jednak wówczas bardziej klimatycznie, bardziej kulturowo. bo Amiga była swoistą kulturą: układaliśmy anty-pecetowe piosenki, tworzyliśmy chwalące Amisię grafiki, powstawały pierwsze Sceny, gdzie przechwalaliśmy się naszymi zdolnościami programowania..
czymże spowodowana jest moja dzisiejsza retrospekcja? otóż dobrzy ludzie stworzyli emulatory, na których można odpalić właściwie każdą grę z tamtych lat, można przywrócić niekiedy już zapomniane relikty tamtej epoki. okazuje się, że tysiące ludzi wciąż wspierają rozwój tego typu oprogramowania a niektóre fan-cluby urządzają rozgrywki w danych grach, oczywiście na starych oryginalnych maszynach. tak oto trafiłem na stronę fanów gry Kick Off2 (jedna z najdłużej przeze mnie katowanych gier piłkarskich), którzy co rok organizują mistrzostwa świata w tej wspaniałej grze. ostatnie mistrzostwa odbyły się w Kolonii w Niemczech, a na następne, po odpowiednim treningu, być może się wybiorę..
zaczęło się od legendarnego Spectruma, którego (model ZX-80) miał u nas Hryniu. wkrótce na rynek wypuszczono fenomenalne Atari 800XL -- komputer, który podłączony do telewizora zapewniał pierwsze nieprzespane noce w naszych życiach. takie hity jak: Boulder Dash, River Raid czy Ninja obudziły w nas pasje z którymi nieprzerwanie walczymy do dziś. Atarynką dysponował Łuki, a proces 'wgrywania gry' do dzisiaj omawiamy podczas nostalgicznych spotkań przy piwie. otóż nośnikami gier były przegrywane na dwukasetowcach (gdzie się tylko dało) kasety magnetofonowe, a magnetofony podczas wczytywania gry podatne były na minimalne wręcz poziomy niestabilności, drgań czy nawet hałasu. gry ładowały się więc 45 minut (czyli tyle ile miała cała strona kasety magnetofonowej), a nigdy nie można było być pewnym 'wgrania'. pamiętam jak siadaliśmy w zaciemnionym i cichym pokoju i oczekiwaliśmy w nerwowości na grę. prawdę mówiąc, rzadko cokolwiek nam się wgrywało: byliśmy bandą rozwrzeszczanych bachorów, a wiadomo, że przy bandzie ciężko o spokój, a do tego ciszę. zaraz ktoś zaczął się kręcić, ktoś śmiać, a po nim ryczeli wszyscy. później wprowadziliśmy pewne rodzaje wróżb, a komu nie wyszło i gra się nie wczytała -- dostawał łomot od wszystkich. same gry były dla nas tym, czym dzisiaj są podróże: odkrywaniem nieznanego dotąd świata: niewyobrażalne emocje towarzyszyły kolejnym 'etapom' gry zręcznościowej, kolejnej rozwiązanej zagadce, kolejnym unicestwionym wrogu.. to były cudowne lata, gdy komputery może niewiele jeszcze potrafiły, a zabawa zależna była od .. 16KB (!!) pamięci, ale ... no właśnie, jaka piękna była to zabawa..
w roku 1991 niespodziewanie na gwiazdę podwórka wyrosłem ja. i to wcale nie z powodu osobistych zalet, a w związku z pierwszym w naszym małym świecie komputerem Commodore 64 ze stacją dyskietek (5 i 1/4 cala). teraz to u mnie przesiadywały tłumy, to mój telewizor podpięty do komodorka pracował przez 10 godz na dobę. po erze prymitywnych gierek przyszedł czas na te lepsze: startegiczne. godzinami walczyliśmy z przeważającym liczebnie wrogiem, a w szkole, na lekcjach zaczytywaliśmy na śmierć pierwsze numery Bajtka i Top Secret, rysowaliśmy mapy i opracowywaliśmy strategie. co jakiś czas słychać było gromkie: 'wieeem!', po czym biegliśmy testować nowe rozwiązanie. 5 poruszających się pikseli miało, wierzcie mi, kolosalne znaczenie, bo to w naszych głowach dubudowywaliśmy sobie ideologie -- ten świat nas ukształcił, ten świat był więcej warty niż dzisiejsze Radeony z gigabajtami pamięci. bo to był inny świat. po pewnym czasie umieliśmy nawet zmieniać kod, aby nasz bohater był nieśmiertelny. to było fajowe, bo ciągle miało się trzy życia. nie to co teraz..
sielankę 8-bitowców przerwała Amiga (hiszp. przyjaciółka). stworzony przez firmę Commodore komputer (najpopularniejsze były wersje: 500 i 1200) do dziś stanowi swoistą legendę, a przez wielu traktowany jest jako komputer wszechczasów. na Amisi można już było naprawdę sporo: gry charakteryzowały się ogromnymi możliwościami, rozdzielczość ekranu było o wiele wyższa, a dźwięk cudowny. to na Amidze powstawały hity, do nieprzytomności ogrywane po dziś dzień: The Manager, The Settlers, Dune, Cannon Fodder, Civilization i wiele, wiele innych. mimo, że oficjalnie zakazane, ale wciąż dostępne były sklepy, gdzie za 20 tys. zł przegrywano najnowsze, nigdy legalne gry. chodziło się z dyskietkami i można było mieć wszystko. coś jak dzisiaj z internetem, jednak wówczas bardziej klimatycznie, bardziej kulturowo. bo Amiga była swoistą kulturą: układaliśmy anty-pecetowe piosenki, tworzyliśmy chwalące Amisię grafiki, powstawały pierwsze Sceny, gdzie przechwalaliśmy się naszymi zdolnościami programowania..
czymże spowodowana jest moja dzisiejsza retrospekcja? otóż dobrzy ludzie stworzyli emulatory, na których można odpalić właściwie każdą grę z tamtych lat, można przywrócić niekiedy już zapomniane relikty tamtej epoki. okazuje się, że tysiące ludzi wciąż wspierają rozwój tego typu oprogramowania a niektóre fan-cluby urządzają rozgrywki w danych grach, oczywiście na starych oryginalnych maszynach. tak oto trafiłem na stronę fanów gry Kick Off2 (jedna z najdłużej przeze mnie katowanych gier piłkarskich), którzy co rok organizują mistrzostwa świata w tej wspaniałej grze. ostatnie mistrzostwa odbyły się w Kolonii w Niemczech, a na następne, po odpowiednim treningu, być może się wybiorę..
kategoria: pasje link bezpośredni
końcówka ligi..
29.04.2006; 23.11
wróciłem z meczu. ci, z którymi było mi kiedykolwiek po drodze doskonale wiedzą, czym dla mnie jest piłka.. widzą też, że niczym jest piłka bez Mojej Drużyny. wiedzą, że pasja jest wieczna, że oddanie bezgraniczne a przyjemność przeplatana ze smutkiem kształtuje większość moich weekendów. to co się dzieje obecnie, czyli walka Górnika o pozostanie w ekstraklasie sprawiła, że na meczach zaczęły pojawiać się tłumy. tłumy jakich od lat nikt na Górniku nie widział i napewno się nie spodziewał..
Zabrze, 19. kwiecień, godz. 18.30
na mecz z Górnikiem przyjeżdża Pogoń Szczecin. prezes gości, Antoni Ptak wpadł na niekonwencjonalny pomysł i zatrudnił w klubie z Pomorza 22 .. brazylijczyków. szczecińska Samba gra jednak słabo, a Pogoń przegrywa mecz za meczem. a w Zabrzu nastąpił przełom: na stadionie pojawia się niewidziana tu od wielu, wielu lat 12-tysięczna publiczność. włodarze klubu obniżyli ceny biletów do 5 zł i na efekty nie było trzeba długo czekać. Górnik po wspaniałej walce wygrywa 2-1 i zdobywa jakże cenne 3 punkty.
Zabrze, 22. kwiecień, godz. 18.00
sobota. bilety nadal po 5 zł, a na kilka dni przed meczem kibice organizują szeroką akcję zachęcania do przyjścia na stadion. drukują ulotki, rozwieszają plakaty, nagłaśniają sprawę w mediach, reklamują przez internet. ostatecznie w sobotnie, ciepłe popołudnie na stadionie przy ul. Roosevelta pojawia się 16 tys kibiców, w tym całe rodziny, dzieci, córki, matki i kochanki. nawet moje Słoneczko przystrojone było w biało-niebiesko-czerwone barwy. to najwyższa liczba od pamiętnego meczu z Ruchem Chorzów, z 94 roku. Górnik niestety przegrywa i ponownie ląduje na przedostatnim miejscu w tabeli..
Zabrze, 29. kwiecień, godz. 18.00
3 z rzędu mecz Górnika u siebie. przyjeżdża gdyńska Arka, zespół także broniący się przed spadkiem. i znowu nie zawiedli kibice, którzy mimo chłodu i całodniowej ulewy przybywają na stadion w liczbie 12 tys. wspaniały mecz, niesamowity doping. Górnik naciska, Arka się odgryza: poziom spotkania rewelacyjny jak na polską ligę, nerwówka straszna, rRadek chciał nawet zjeść buta.. Górnik wygrywa 2-0 i ponownie ucieka ze strefy spadkowej..
do końca ligi 3 kolejki. o utrzymanie walczą Górnik, Łęczna, Arka i Polonia. Polonia już raczej z miernymi szansami, choć każdy klub będzie walczył do końca. niestety to właśnie nasz Górnik ma przed sobą najcięższych rywali: gramy z mistrzem: Legią i wicemistrzem: Wisłą, a dodatkowo w Łęcznej w ostatniej kolejce, kto wie, czy nie decydującej o utrzymaniu w lidze..
i tak to powoli ten czas sportowy mija.. z boku wszystko wygląda czysto, nie widać powtórki z Piłkarskiego Pokera.. oby wszystko dobrze się skończyło..
Zabrze, 19. kwiecień, godz. 18.30
na mecz z Górnikiem przyjeżdża Pogoń Szczecin. prezes gości, Antoni Ptak wpadł na niekonwencjonalny pomysł i zatrudnił w klubie z Pomorza 22 .. brazylijczyków. szczecińska Samba gra jednak słabo, a Pogoń przegrywa mecz za meczem. a w Zabrzu nastąpił przełom: na stadionie pojawia się niewidziana tu od wielu, wielu lat 12-tysięczna publiczność. włodarze klubu obniżyli ceny biletów do 5 zł i na efekty nie było trzeba długo czekać. Górnik po wspaniałej walce wygrywa 2-1 i zdobywa jakże cenne 3 punkty.
Zabrze, 22. kwiecień, godz. 18.00
sobota. bilety nadal po 5 zł, a na kilka dni przed meczem kibice organizują szeroką akcję zachęcania do przyjścia na stadion. drukują ulotki, rozwieszają plakaty, nagłaśniają sprawę w mediach, reklamują przez internet. ostatecznie w sobotnie, ciepłe popołudnie na stadionie przy ul. Roosevelta pojawia się 16 tys kibiców, w tym całe rodziny, dzieci, córki, matki i kochanki. nawet moje Słoneczko przystrojone było w biało-niebiesko-czerwone barwy. to najwyższa liczba od pamiętnego meczu z Ruchem Chorzów, z 94 roku. Górnik niestety przegrywa i ponownie ląduje na przedostatnim miejscu w tabeli..
Zabrze, 29. kwiecień, godz. 18.00
3 z rzędu mecz Górnika u siebie. przyjeżdża gdyńska Arka, zespół także broniący się przed spadkiem. i znowu nie zawiedli kibice, którzy mimo chłodu i całodniowej ulewy przybywają na stadion w liczbie 12 tys. wspaniały mecz, niesamowity doping. Górnik naciska, Arka się odgryza: poziom spotkania rewelacyjny jak na polską ligę, nerwówka straszna, rRadek chciał nawet zjeść buta.. Górnik wygrywa 2-0 i ponownie ucieka ze strefy spadkowej..
do końca ligi 3 kolejki. o utrzymanie walczą Górnik, Łęczna, Arka i Polonia. Polonia już raczej z miernymi szansami, choć każdy klub będzie walczył do końca. niestety to właśnie nasz Górnik ma przed sobą najcięższych rywali: gramy z mistrzem: Legią i wicemistrzem: Wisłą, a dodatkowo w Łęcznej w ostatniej kolejce, kto wie, czy nie decydującej o utrzymaniu w lidze..
i tak to powoli ten czas sportowy mija.. z boku wszystko wygląda czysto, nie widać powtórki z Piłkarskiego Pokera.. oby wszystko dobrze się skończyło..
kategoria: pasje link bezpośredni
wiosna..
30.03.2006; 23.56
nastała wiosna. jej walka o przewagę w ponurych miesiącach nowego roku trwała długo. ale jest: nowa, optymistyczna, pachnąca i niebezpieczna.. z wiosną przyszedł mozolnie napisany ale jakże zasłużony dyplomik Słoneczka.. przyszła także nowa siedziba mojego Wydawnictwa, nowa runda piłkarskiej ekstarklasy i nowe odcinki Losta. doba niestety nadal trwa 24h, a w ramach wiosennego przesilenia sen zabiera jakby więcej minut. a i weekend się zbliża, mam więc nadzieję na odrobinę czasu. nie wystarczy go jednak na przeprowadzenie śledztwa w piwnicy, gdzie dzieją się ostatnio rzeczy dziwne..
wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Zwierzę.. Zwierzę zadomowiło się w piwnicy, a swoją obecność zaznacza nawiedzaniem ogrodu. o różnych porach dnia i nocy i zawsze w jednym miejscu, zawsze tym samym, ryje z lubością w rozmokniętej pozimowej glebie, rozrzucając ją dookoła. Zwierzę jest niewiadomego gatunku..
Zwierzę bezspornie jest ssakiem, choć niektórzy z sąsiadów idą o zakład, że Zwierze jest szczurem. ukazał mi się owy Gość kilka razy, ale odkąd zlikwidowałem stertę pudeł po kablu sieciowym (skrętka nieekranowana, z ang.: Unshielded Twisted Pair), służącą mu za prowizoryczne schronienie, przesiaduje za szafką z konfiturami. zachowując przyzwoitość, tj. nie dobierając sie do maminych zapasów.
poszedłem po poradę do najstarszego mieszkańca budynku i po namyśle zrezygnowałem (chwilowo) z zakupu pułapki. właściwie to licze na kotkę Świerzaka (która to na wiosnę urodziła trójkę potomstwa), choć wcale nie wiadomo, czy to ona tu tego Zwierza nie przyniosła. sprawa jest zagadkowa, jak perypetie mieszkańcówę Cicely, miejscowości znanej z serialu Northern Exposure (tej wiosny także czas ucieka na śledzeniu tego wspaniałego serialu). wracając do Zwierzaka: nasze spotkania są rzadkie lecz interesujące. pewnego ranka odbyliśmy krótką, acz zażartą sprzeczkę, w wyniku której wyniósł się Zwierzak głęboko za słoje z kapustą. wkrótce wyciągnę rower, więc będziemy się widywać bardziej regularnie -- każdego poranka o 8.42.. cała ta zawiła sytuacja z pewnością najbardziej odbija się na Zwierzaku -- kto wie co mu tam pod kopułą się rodzi i czy aby głodny nie jest? możemy tylko przypuszczać, że jestem pewnym atrakcyjnym przerywnikiem jego monotonnego spędzania czasu w piwnicy.. czasem Zwierz staje na tylnych łapach, opierając się przednimi o deskę pudła na ziemniaki i przygląda się mi spokojnie. a ja jemu i tak kwitnie nasza dziwna znajomość. Kaja o naszym Gosciu na razie nie wie.
dzisiaj Zwierzę znowu ryło w ogródku, ale na świecie dzieją się rzeczy dużo straszniejsze, więc niech tam sobie ryje.. okazało się, że Giertych obraził się na 'sojuszników' z PiSu, po czym kolejnemu z wielkiej trójki -- Lepperowi poczerwieniały policzki, gdyż ma ogromną szansę na posadę wicepremiera w nowopowstającym (bo wyborów w maju nie będzie -- i dobrze, bo będziemy w Austrii) rządzie mniejszościowym.. byle się ociepliło..
wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Zwierzę.. Zwierzę zadomowiło się w piwnicy, a swoją obecność zaznacza nawiedzaniem ogrodu. o różnych porach dnia i nocy i zawsze w jednym miejscu, zawsze tym samym, ryje z lubością w rozmokniętej pozimowej glebie, rozrzucając ją dookoła. Zwierzę jest niewiadomego gatunku..
Zwierzę bezspornie jest ssakiem, choć niektórzy z sąsiadów idą o zakład, że Zwierze jest szczurem. ukazał mi się owy Gość kilka razy, ale odkąd zlikwidowałem stertę pudeł po kablu sieciowym (skrętka nieekranowana, z ang.: Unshielded Twisted Pair), służącą mu za prowizoryczne schronienie, przesiaduje za szafką z konfiturami. zachowując przyzwoitość, tj. nie dobierając sie do maminych zapasów.
poszedłem po poradę do najstarszego mieszkańca budynku i po namyśle zrezygnowałem (chwilowo) z zakupu pułapki. właściwie to licze na kotkę Świerzaka (która to na wiosnę urodziła trójkę potomstwa), choć wcale nie wiadomo, czy to ona tu tego Zwierza nie przyniosła. sprawa jest zagadkowa, jak perypetie mieszkańcówę Cicely, miejscowości znanej z serialu Northern Exposure (tej wiosny także czas ucieka na śledzeniu tego wspaniałego serialu). wracając do Zwierzaka: nasze spotkania są rzadkie lecz interesujące. pewnego ranka odbyliśmy krótką, acz zażartą sprzeczkę, w wyniku której wyniósł się Zwierzak głęboko za słoje z kapustą. wkrótce wyciągnę rower, więc będziemy się widywać bardziej regularnie -- każdego poranka o 8.42.. cała ta zawiła sytuacja z pewnością najbardziej odbija się na Zwierzaku -- kto wie co mu tam pod kopułą się rodzi i czy aby głodny nie jest? możemy tylko przypuszczać, że jestem pewnym atrakcyjnym przerywnikiem jego monotonnego spędzania czasu w piwnicy.. czasem Zwierz staje na tylnych łapach, opierając się przednimi o deskę pudła na ziemniaki i przygląda się mi spokojnie. a ja jemu i tak kwitnie nasza dziwna znajomość. Kaja o naszym Gosciu na razie nie wie.
dzisiaj Zwierzę znowu ryło w ogródku, ale na świecie dzieją się rzeczy dużo straszniejsze, więc niech tam sobie ryje.. okazało się, że Giertych obraził się na 'sojuszników' z PiSu, po czym kolejnemu z wielkiej trójki -- Lepperowi poczerwieniały policzki, gdyż ma ogromną szansę na posadę wicepremiera w nowopowstającym (bo wyborów w maju nie będzie -- i dobrze, bo będziemy w Austrii) rządzie mniejszościowym.. byle się ociepliło..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
Wielka Pętla Życia, tekst cudzy..
12.03.2006; 23.40
zanim znów uda mi się czymś osobistym odwiedzających zaskoczyć, zapoznam Was z tekstem, który znalazł się w jednej z korygowanych przeze mnie książek. pozycja traktuje o fotografii, jednak przypowieść, podobnie jak te biblijne, tłumaczy specyfikę świata, Wielką Pętlę Życia, przeznaczenie.. myślę, że warto:
w liście napisanym w więzieniu w 1931 roku Antonio Gramsci opowiada pewną historię swym dwóm synom, z których młodszego, z powodu swojego odosobnienia, miał nigdy nie zobaczyć. mały chłopiec poszedł spać, kładąc wcześniej na podłodze obok łóżka szklankę mleka. mleko wypija mysz. chłopiec wstaje, widzi pustą szklankę i wybucha płaczem. mysz idzie więc do kozy i prosi o trochę mleka. koza nie ma mleka, ponieważ potrzebuje trawy. mysz idzie na łąkę, ale nie ma tam trawy z powodu suszy. mysz idzie do studni, ale w studni nie ma wody, bo trzeba ją naprawić. mysz odwiedza więc murarza, jednak ten nie ma kamieni, potrzebnych do naprawy studni. mysz idzie do góry, ale góra nie chce o niczym słyszeć, ponieważ po tym, jak straciła wszystkie drzewa, został z niej tylko nagi szkielet. w zamian za kamienie, mysz obiecuje górze, że chłopiec, kiedy podrośnie, zasadzi na jej zboczach dęby i sosny. góra zgadza się i daje myszy tyle kamieni, ile potrzeba. wkrótce chłopiec ma tyle mleka, że może się w nim kąpać. kiedy staje się mężczyzną, sadzi drzewa. dzięki temu powstrzymuje erozję gleby i cała kraina na powrót staje się żyzna..
w liście napisanym w więzieniu w 1931 roku Antonio Gramsci opowiada pewną historię swym dwóm synom, z których młodszego, z powodu swojego odosobnienia, miał nigdy nie zobaczyć. mały chłopiec poszedł spać, kładąc wcześniej na podłodze obok łóżka szklankę mleka. mleko wypija mysz. chłopiec wstaje, widzi pustą szklankę i wybucha płaczem. mysz idzie więc do kozy i prosi o trochę mleka. koza nie ma mleka, ponieważ potrzebuje trawy. mysz idzie na łąkę, ale nie ma tam trawy z powodu suszy. mysz idzie do studni, ale w studni nie ma wody, bo trzeba ją naprawić. mysz odwiedza więc murarza, jednak ten nie ma kamieni, potrzebnych do naprawy studni. mysz idzie do góry, ale góra nie chce o niczym słyszeć, ponieważ po tym, jak straciła wszystkie drzewa, został z niej tylko nagi szkielet. w zamian za kamienie, mysz obiecuje górze, że chłopiec, kiedy podrośnie, zasadzi na jej zboczach dęby i sosny. góra zgadza się i daje myszy tyle kamieni, ile potrzeba. wkrótce chłopiec ma tyle mleka, że może się w nim kąpać. kiedy staje się mężczyzną, sadzi drzewa. dzięki temu powstrzymuje erozję gleby i cała kraina na powrót staje się żyzna..
kategoria: cudze link bezpośredni
z cyklu: kultowe seriale..
2.03.2006; 00.44
pierwszy tekst, z którego byłem naprawdę dumny, powstał pod przymusem. w piątej klasie szkoły podstawowej zadaniem domowym z języka polskiego była recenzja filmu. podczas gdy inni pisali o heroicznych wówczas produkcjach, z serii jeden na wszystkich (Rambo zawsze zwyciężał) lub o zabawie w dobrych i złych (Akademia Policyjna rules), ja wybrałem .. Allo Allo. swoje dzieło odczytywałem na końcu -- spodobało się.. jakiś tydzień temu TVP zakończyła ponowną emisję tego serialu w Polsce. produkcję, w której twórcy kpią ze wszystkich nacji biorących udział w II wojnie światowej obejrzało już wiele milionów ludzi na całym świecie. lżejsza dawka specyficznego angielskiego humoru śmieszyła Polaków już po raz czwarty (może piąty?) i pewnie śmieszyć będzie jeszcze nie raz..
serial wyreżyserowany przez Jeremiego Lloyda i Davida Crofta powstał w latach 1982-1992, łącznie nakręcono 83 odcinki, zebrane w 9 epizodów. rzecz dzieje się w prowincjonalnym francuskim miasteczku, gdzie stacjonuje garnizon okupujących tą część Europy Niemców. przekomiczne perypetie są dziełem miejscowych wieśniaków, bojowych kobiet z (dwóch) Ruchów Oporu, cieciowatych Niemców, fajtłapowatych Włochów, ukrywających się Anglików oraz .. żandarma, który 'tylko myśli, że umie mówić po angielsku'.. fabułę zna każdy, ja jednak postanowiłem prześledzić losy aktorów biorących udział w filmie. minał już spory kawał czasu, niektórym się poszczęściło, dla pewnej grupy rola w tym serialu była jedynym błyskiem w karierze, część już odeszła z tego świata.. nie przedłużając, oto oni:
# René Artois, w rzeczywistości Gorden Kaye, rocznik '41. wystąpił w ponad 30 drugorzędnych produkcjach, grając najczęściej role komediowe. do dzisiaj mieszka w Huddersfield, w hrabstwie Yorkshire w Anglii, jest kawalerem. 25. stycznia 1990 roku aktor uległ poważnemu wypadkowi, co widać w ostatnich epizodach po .. wgłębieniu w jego czaszce. najczęstszą swoją kwestię serialu 'you stupid woman' aktor wypowiadana do serialowej żony, Edith, w rzeczywistości aktorzy są bardzo dobrymi przyjaciółmi.
# Edith Artois, grana przez kanadyjkę Carmen Silverę, urodzona 2. czerwca 1922 roku w Toronto. brała udział w ok. 20 produkcjach, większej kariery jednak nie zrobiła. rozwiedziona, miała jedno dziecko; zmarła 4 lata temu w Londynie, chorowała na raka płuca.
# porucznik Hubert Gruber. w jego rolę wcielił się urodzony w Nowym Jorku w roku 1947 Guy Siner. z powodzeniem do dzisiaj występuje na scenie, grał m.in. w Zagubionej Autostradzie, udzielał się w filmach z serii Star Wars, wystepował w Piratach z Karaibów.
# pułkownik Kurt von Strohm to Richard Marner, świetny (urodzony w Rosji) aktor, który w swojej karierze wystąpił w kilkudziesięciu filmach i wielu sztukach teatralnych. jego ostatnim filmem była Suma wszystkich Strachów, w której wcielił się w rolę Prezydenta Rosji. Zmarł 18. marca 2004 roku w Perth, w Szkocji.
# Vicki Michelle -- Yvette Carte-Blanche, 56-letnia aktorka angielska, po roli w Allo podróżowała po całym świecie występując na scenach m.in. w Australii. posiada własną stronę internetową, na którą odsyłam po dalsze informacje: www.vickimichelle.co.uk
# własną witrynę posiada także serialowa Mimi Labonq, w którą wcieliła się Sue Hodge. aktorka ta z powodzeniem występuje na całym świecie, odgrywając pierwsze skrzypce w musicalach (m.in Jesus Christ Superstar). # oficer Crabtree, czyli Anglik w roli francuskiego żandarma grany przez Arthura Bostroma. wspaniała rola (..Gyd myrning..), choć kariery nigdy nie zrobił; także posiada swoją www: www.arthurbostrom.com.
# serialowa Helga, czyli Kim Hartman, aktorką nie została, a tak wygląda dzisiaj.
# Monsieur Alfonse, serialowy grabaż odegrany przez Kennetha Connora. urodzony w Anglii wspaniały aktor wystąpił w ok. 70 produkcjach, m.in. w filamch o Sherlocku Holmesie. zmarł w Londynie w 1993 roku na raka, miał 87 lat.. 10 lat później zmarła także Rose Hill, która w serialu zagrała Madame Fanny, zgryźliwą matkę Edith, natomiast jedynym aktorem, który nie dożył końca serialu był Jack Haig (monsieur Leclerc), który zmarł w roku 1989 podczas kręcenia 5 epizodu serialu.
# Herr Flick, oficer Gestapo, w rzeczywistości Richard Gibson, urodzony w Ugandzie wielkiej kariery nie zrobił, choć sporadycznie bierze udział w mniej ważnych produkcjach.. podobnie jak Kirsten Cooke (Michelle Dubois) 'słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać..', która mieszka w zachodnim Londynie, ma czwórkę dzieci..
pozostali aktorzy nigdy nie powtórzyli sukcesu serialu Allo Allo. choć ich twarze będą zapamiętane. tak jak ten cudowny, kultowy wręcz serial..
serial wyreżyserowany przez Jeremiego Lloyda i Davida Crofta powstał w latach 1982-1992, łącznie nakręcono 83 odcinki, zebrane w 9 epizodów. rzecz dzieje się w prowincjonalnym francuskim miasteczku, gdzie stacjonuje garnizon okupujących tą część Europy Niemców. przekomiczne perypetie są dziełem miejscowych wieśniaków, bojowych kobiet z (dwóch) Ruchów Oporu, cieciowatych Niemców, fajtłapowatych Włochów, ukrywających się Anglików oraz .. żandarma, który 'tylko myśli, że umie mówić po angielsku'.. fabułę zna każdy, ja jednak postanowiłem prześledzić losy aktorów biorących udział w filmie. minał już spory kawał czasu, niektórym się poszczęściło, dla pewnej grupy rola w tym serialu była jedynym błyskiem w karierze, część już odeszła z tego świata.. nie przedłużając, oto oni:
# René Artois, w rzeczywistości Gorden Kaye, rocznik '41. wystąpił w ponad 30 drugorzędnych produkcjach, grając najczęściej role komediowe. do dzisiaj mieszka w Huddersfield, w hrabstwie Yorkshire w Anglii, jest kawalerem. 25. stycznia 1990 roku aktor uległ poważnemu wypadkowi, co widać w ostatnich epizodach po .. wgłębieniu w jego czaszce. najczęstszą swoją kwestię serialu 'you stupid woman' aktor wypowiadana do serialowej żony, Edith, w rzeczywistości aktorzy są bardzo dobrymi przyjaciółmi.
# Edith Artois, grana przez kanadyjkę Carmen Silverę, urodzona 2. czerwca 1922 roku w Toronto. brała udział w ok. 20 produkcjach, większej kariery jednak nie zrobiła. rozwiedziona, miała jedno dziecko; zmarła 4 lata temu w Londynie, chorowała na raka płuca.
# porucznik Hubert Gruber. w jego rolę wcielił się urodzony w Nowym Jorku w roku 1947 Guy Siner. z powodzeniem do dzisiaj występuje na scenie, grał m.in. w Zagubionej Autostradzie, udzielał się w filmach z serii Star Wars, wystepował w Piratach z Karaibów.
# pułkownik Kurt von Strohm to Richard Marner, świetny (urodzony w Rosji) aktor, który w swojej karierze wystąpił w kilkudziesięciu filmach i wielu sztukach teatralnych. jego ostatnim filmem była Suma wszystkich Strachów, w której wcielił się w rolę Prezydenta Rosji. Zmarł 18. marca 2004 roku w Perth, w Szkocji.
# Vicki Michelle -- Yvette Carte-Blanche, 56-letnia aktorka angielska, po roli w Allo podróżowała po całym świecie występując na scenach m.in. w Australii. posiada własną stronę internetową, na którą odsyłam po dalsze informacje: www.vickimichelle.co.uk
# własną witrynę posiada także serialowa Mimi Labonq, w którą wcieliła się Sue Hodge. aktorka ta z powodzeniem występuje na całym świecie, odgrywając pierwsze skrzypce w musicalach (m.in Jesus Christ Superstar). # oficer Crabtree, czyli Anglik w roli francuskiego żandarma grany przez Arthura Bostroma. wspaniała rola (..Gyd myrning..), choć kariery nigdy nie zrobił; także posiada swoją www: www.arthurbostrom.com.
# serialowa Helga, czyli Kim Hartman, aktorką nie została, a tak wygląda dzisiaj.
# Monsieur Alfonse, serialowy grabaż odegrany przez Kennetha Connora. urodzony w Anglii wspaniały aktor wystąpił w ok. 70 produkcjach, m.in. w filamch o Sherlocku Holmesie. zmarł w Londynie w 1993 roku na raka, miał 87 lat.. 10 lat później zmarła także Rose Hill, która w serialu zagrała Madame Fanny, zgryźliwą matkę Edith, natomiast jedynym aktorem, który nie dożył końca serialu był Jack Haig (monsieur Leclerc), który zmarł w roku 1989 podczas kręcenia 5 epizodu serialu.
# Herr Flick, oficer Gestapo, w rzeczywistości Richard Gibson, urodzony w Ugandzie wielkiej kariery nie zrobił, choć sporadycznie bierze udział w mniej ważnych produkcjach.. podobnie jak Kirsten Cooke (Michelle Dubois) 'słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać..', która mieszka w zachodnim Londynie, ma czwórkę dzieci..
pozostali aktorzy nigdy nie powtórzyli sukcesu serialu Allo Allo. choć ich twarze będą zapamiętane. tak jak ten cudowny, kultowy wręcz serial..
kategoria: pasje link bezpośredni
tekst cudzy, Ryszard Kapuściński, Imperium
18.02.2006; 00.46
"na świecie drukowane są dwie mapy kuli ziemskiej.
jedną rozpowszechnia 'The National Geographic' (USA) -- na tej mapie, pośrodku, w miejscu centralnym, leży kontynent amerykański, otoczony przez dwa oceany -- Atlantyk i Pacyfik. były Związek Radziecki jest rozcięty wpół i rozmieszczony dyskretnie po obu krańcach mapy, tak by nie straszył dzieci amerykańskich swoim ogromem. zupełnie inną mapę świata drukuje Instytut Geografii w Moskwie. na tej mapie, pośrodku, w miejscu centralnym, leży były Związek Radziecki, który jest tak duży, że przygniata nas swoimi rozmiarami, natomiast Amerykę ozcięto na pół i rozmieszczono dyskretnie po obu krańcach mapy, aby dziecko rosyjskie nie pomyślało sobie: Boże! ależ ta Ameryka jest wielka!
tak oto dwie mapy kształtują od pokoleń swie różne wizje świata.
w czasie wędrówek po obszarach Imperium zwróciło moją uwagę między innymi to, że nawet w opuszczonych i zapadłych miasteczkach, nawet w pustych niemal księgarniach z reguły była do kupienia wielka mapa tego kraju, na której reszta świata znajdowała się jakby na drugim planie, na marginesie, w cieniu.
mapa jest dla Rosjan rodzajem wizualnej rekompensaty, swoistą emocjonalną sublimacją, a także przedmiotem nieskrywanej dumy.
służy ona także do tłumaczenia i usprawiedliwiania wszelkich niedostatków, błędów, biedy i marazmu. za duży kraj, żeby dało się go zreformować! -- tłumaczą przeciwnicy reform. za duży kraj, żeby dało się go posprzątać! -- rozkładają ręce dozorcy od Brześcia do Władywostoku. za duży kraj, żeby wszędzie dostarczyć towar! -- burczą ekspedientki w pustych sklepach.
wielki rozmiar, który wszystkko wyjasna i rozgrzesza. pewnie, gdybyśmy byli takim małym krajem jak Szwajcaria, też wszystko chodziło by u nas jak w zegarku! patrzcie, jaka ta Holandia malutka, żadna sztuka miec dobrobyt w państwie, które ledwie widać na mapie! a weź nas i spróbuj dać każdemu, co by chciał -- każdemu u nas nie dasz!"
jedną rozpowszechnia 'The National Geographic' (USA) -- na tej mapie, pośrodku, w miejscu centralnym, leży kontynent amerykański, otoczony przez dwa oceany -- Atlantyk i Pacyfik. były Związek Radziecki jest rozcięty wpół i rozmieszczony dyskretnie po obu krańcach mapy, tak by nie straszył dzieci amerykańskich swoim ogromem. zupełnie inną mapę świata drukuje Instytut Geografii w Moskwie. na tej mapie, pośrodku, w miejscu centralnym, leży były Związek Radziecki, który jest tak duży, że przygniata nas swoimi rozmiarami, natomiast Amerykę ozcięto na pół i rozmieszczono dyskretnie po obu krańcach mapy, aby dziecko rosyjskie nie pomyślało sobie: Boże! ależ ta Ameryka jest wielka!
tak oto dwie mapy kształtują od pokoleń swie różne wizje świata.
w czasie wędrówek po obszarach Imperium zwróciło moją uwagę między innymi to, że nawet w opuszczonych i zapadłych miasteczkach, nawet w pustych niemal księgarniach z reguły była do kupienia wielka mapa tego kraju, na której reszta świata znajdowała się jakby na drugim planie, na marginesie, w cieniu.
mapa jest dla Rosjan rodzajem wizualnej rekompensaty, swoistą emocjonalną sublimacją, a także przedmiotem nieskrywanej dumy.
służy ona także do tłumaczenia i usprawiedliwiania wszelkich niedostatków, błędów, biedy i marazmu. za duży kraj, żeby dało się go zreformować! -- tłumaczą przeciwnicy reform. za duży kraj, żeby dało się go posprzątać! -- rozkładają ręce dozorcy od Brześcia do Władywostoku. za duży kraj, żeby wszędzie dostarczyć towar! -- burczą ekspedientki w pustych sklepach.
wielki rozmiar, który wszystkko wyjasna i rozgrzesza. pewnie, gdybyśmy byli takim małym krajem jak Szwajcaria, też wszystko chodziło by u nas jak w zegarku! patrzcie, jaka ta Holandia malutka, żadna sztuka miec dobrobyt w państwie, które ledwie widać na mapie! a weź nas i spróbuj dać każdemu, co by chciał -- każdemu u nas nie dasz!"
kategoria: cudze link bezpośredni
aromatyczna zupa z cyklu 'nawet ON sobie z nią poradzi'..
14.02.2006; 20.58
czas przygotowania: 20 minut
ilość porcji: 2
liczba kucharzy: 2
składniki: 20 dag średniej wielkości pieczarek, 0,7 litr bulionu grzybowego, łyżka masła, 0,1 l słodkiej śmietanki, 1 łyżka mąki, sól, pieprz, natka pietruszki.
sposób przyrządzania: pieczarki, po umyciu i wysuszeniu należy pokroić na kawałki po długości. podsmażyć je na patelni na maśle, a następnie wrzucić do przygotowanego uprzednio świeżego bulionu grzybowego. objąć partnerkę. gotować przez około 10 minut, a następnie dodać rozmieszaną śmietanę z mąką. by śmietana się nie zważyła należy przed wlaniem dodać do niej 2 łyżki gorącego wywaru i pocałować partnerkę. przyprawić do smaku, a po wlaniu do talerzy posypać natką pietruszki. zapalić świeczkę.
uwagi: smakuje tylko 14. lutego..
ilość porcji: 2
liczba kucharzy: 2
składniki: 20 dag średniej wielkości pieczarek, 0,7 litr bulionu grzybowego, łyżka masła, 0,1 l słodkiej śmietanki, 1 łyżka mąki, sól, pieprz, natka pietruszki.
sposób przyrządzania: pieczarki, po umyciu i wysuszeniu należy pokroić na kawałki po długości. podsmażyć je na patelni na maśle, a następnie wrzucić do przygotowanego uprzednio świeżego bulionu grzybowego. objąć partnerkę. gotować przez około 10 minut, a następnie dodać rozmieszaną śmietanę z mąką. by śmietana się nie zważyła należy przed wlaniem dodać do niej 2 łyżki gorącego wywaru i pocałować partnerkę. przyprawić do smaku, a po wlaniu do talerzy posypać natką pietruszki. zapalić świeczkę.
uwagi: smakuje tylko 14. lutego..
kategoria: zapiski link bezpośredni
inni o swoich celach, pragnieniach, radościach: Wiewiórka
13.02.2006; 11.17
wyobraź sobie świat o godzinie 19, szlak między Baranią Górą a Pietraszonką, nieprzetarty, polanę wyłaniającą się nieśmiało z lasu, pełną śniegu nie naznaczonego żadnymi śladami, ciszę kompletną, bez żadnych ptaków, wiatrów ani odgłosów cywilizacji, księżyc niemal w pełni... niebo było granatowo-fioletowe... klimat jak z Sapkowskiego albo Tolkiena...
Dotarłyśmy do chatki studenckiej na Pietraszonce, tam siedzi chatkowy
jeden z drugim i... tyle :) 4 osoby w chatce, od razu dostałyśmy po chatkowej przepysznej herbatce, w 'common room' kominek, obok huśtająca się ławka, wszystko w drewnie, cieplutko i suchutko... ktoś cicho brzdąka na gitarze... po prostu tak mogłoby wyglądać całe moje życie :) Potem
doszło jeszcze kilka osób i graliśmy na gitarze, śpiewaliśmy i graliśmy w domino do 5 rano :) i żaden inny świat dla nas nie istniał, a powrót do rzeczywistości był mordęgą :)
Wiewiór Przebrzydły z maila dzisiejszego o 10.30..
Wiewiór Przebrzydły z maila dzisiejszego o 10.30..
kategoria: cudze link bezpośredni
komunikacja miejska
07.02.2006; 08.48
nie uważam się za pechowca. nie zarzucam światu bezwzględnej nierówności, nie obciążam ciał stałych winą za me niepowodzenia. staram się być wyrozumiały wobec natury, mimo, że czasem nie rozumiem dlaczego ptak zrobił to co musiał właśnie na MOJĄ głowę. zdarzały mi się wygrane w przeróżnych loteriach i innych tego typu konkursach, gdzie wygrywają nieliczni, a szansa kształtuje się jak jeden do wielu. kiedyś nawet znalazłem na ulicy banknot 100 złotowy, a w programie Piraci w tv wygrałem 2 setki. nie, za pechowca się nie uważam..
mam jednak pecha. pecha ogromnego, pecha ciągłego, a na dodatek udowodnionego empirycznie. nie lubi mnie komunikacja miejska.. kiedyś myślałem, że to przypadek. przychodzę na przystanek, a to coś co ma nadjechać albo już pojechało (..pana tramwaj odjechał przed minutką..), albo będzie za minut wiele (..panie, najbliższy autobus za pół godziny). nigdy, przenigdy nie trafiam na przystanek właśnie o tej porze, o której podjeżdża TO COŚ co mnie ma bezpiecznie zawieźć na miejsce. zauważyłem jeszcze jedną prawidłowość: jadąc w pewnym kierunku, to właśnie z przeciwnej strony nadjeżdża transport, zwykle jeden za drugim. bo nie chodzi mi teraz o sytuację, gdy z drugiej strony przejechał tramwaj -- chodzi o przypadki najczęstsze, że zwykle przejeżdżają 2, 3 lub 4 tramwaje, podczas gdy w moją stronę ani jeden. aktualny rekord (stan na luty 2006) to .. 6 tramwajów w przeciwną stronę przy mrozie -20 stopni. i to bez znaczenia w którą stronę właśnie się wybieram. kiedyś próbowałem nawet wychodzić terminowo, próbowałem wychodzić losowo, próbowałem wszystkiego, zawsze na próżno. przewidywany czas czekania na cokolwiek oscyluje w przedziale 10-40 minut..
mam na to teorię: przez 15 długich lat korzystając niemal każdego dnia z miejskiej komunikacji skasowałem może 2 bilety, w porywach do 3. i teraz ponoszę tego konsekwencje. KZK GOP nie chce mi wybaczyć mojej jazdy na gapę i ani jednego zapłaconego mandatu. mimo tego, że obecnie mam już bilet. bilet normalny, do tego kwartalny.. jednym słowem mam przerąbane, nie wspominając już faktu, że kierowca to świnia i po 100 metrowym biegu nigdy na mnie nie czeka zamykając drzwi przed nosem, a stojąc na światłach tych drzwi mi nigdy nie otwiera..
nie, pechowcem nie jestem. ale pewnych układów w naszym życiu nie przeskoczymy. nie ma szans.. chcę aby już była wiosna, będę jeździł na rowerze..
mam jednak pecha. pecha ogromnego, pecha ciągłego, a na dodatek udowodnionego empirycznie. nie lubi mnie komunikacja miejska.. kiedyś myślałem, że to przypadek. przychodzę na przystanek, a to coś co ma nadjechać albo już pojechało (..pana tramwaj odjechał przed minutką..), albo będzie za minut wiele (..panie, najbliższy autobus za pół godziny). nigdy, przenigdy nie trafiam na przystanek właśnie o tej porze, o której podjeżdża TO COŚ co mnie ma bezpiecznie zawieźć na miejsce. zauważyłem jeszcze jedną prawidłowość: jadąc w pewnym kierunku, to właśnie z przeciwnej strony nadjeżdża transport, zwykle jeden za drugim. bo nie chodzi mi teraz o sytuację, gdy z drugiej strony przejechał tramwaj -- chodzi o przypadki najczęstsze, że zwykle przejeżdżają 2, 3 lub 4 tramwaje, podczas gdy w moją stronę ani jeden. aktualny rekord (stan na luty 2006) to .. 6 tramwajów w przeciwną stronę przy mrozie -20 stopni. i to bez znaczenia w którą stronę właśnie się wybieram. kiedyś próbowałem nawet wychodzić terminowo, próbowałem wychodzić losowo, próbowałem wszystkiego, zawsze na próżno. przewidywany czas czekania na cokolwiek oscyluje w przedziale 10-40 minut..
mam na to teorię: przez 15 długich lat korzystając niemal każdego dnia z miejskiej komunikacji skasowałem może 2 bilety, w porywach do 3. i teraz ponoszę tego konsekwencje. KZK GOP nie chce mi wybaczyć mojej jazdy na gapę i ani jednego zapłaconego mandatu. mimo tego, że obecnie mam już bilet. bilet normalny, do tego kwartalny.. jednym słowem mam przerąbane, nie wspominając już faktu, że kierowca to świnia i po 100 metrowym biegu nigdy na mnie nie czeka zamykając drzwi przed nosem, a stojąc na światłach tych drzwi mi nigdy nie otwiera..
nie, pechowcem nie jestem. ale pewnych układów w naszym życiu nie przeskoczymy. nie ma szans.. chcę aby już była wiosna, będę jeździł na rowerze..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
mamy (nie)rząd
02.02.2006; 23.48
będzie krótko, bo właściwie nie ma się co denerwować..
partia, którą w demokratycznych wyborach sobie wybraliśmy dogadała się z partiami, z których normalni Polacy się śmieją. nie będzie przedterminowych wyborów, powstał rząd w skład którego wszedł kolektyw wesołych zbawców polskiej wsi z Boskim Endriu, kryminalistą zresztą, na czele oraz wcale nie wesoła ekipa fanatycznych pseudokatalików firmowana przez Pięknego Romana, co to nas chce z UE wycofać. do tego dochodzi takich dwóch co zajebali księżyc i w pełnej okazałości mamy IV Rzeczypospolitą..
wydaje się, że w Polsce jedyni, którzy są przekonani do swojej racji to ludzie przeciw RP, pozostali coś mamroczą, lecz nie są pewni czy się nie mylą. a jeśli ludzie przeciw RP władzę już osiągną, to zaprzyjaźniają się jak pijany radca miejski z całą resztą im podobnych wykolejeńców..
partia, którą w demokratycznych wyborach sobie wybraliśmy dogadała się z partiami, z których normalni Polacy się śmieją. nie będzie przedterminowych wyborów, powstał rząd w skład którego wszedł kolektyw wesołych zbawców polskiej wsi z Boskim Endriu, kryminalistą zresztą, na czele oraz wcale nie wesoła ekipa fanatycznych pseudokatalików firmowana przez Pięknego Romana, co to nas chce z UE wycofać. do tego dochodzi takich dwóch co zajebali księżyc i w pełnej okazałości mamy IV Rzeczypospolitą..
wydaje się, że w Polsce jedyni, którzy są przekonani do swojej racji to ludzie przeciw RP, pozostali coś mamroczą, lecz nie są pewni czy się nie mylą. a jeśli ludzie przeciw RP władzę już osiągną, to zaprzyjaźniają się jak pijany radca miejski z całą resztą im podobnych wykolejeńców..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Alternatywy 4
30.01.2006; 22.11
wychowany w bardzo późnym PRL'u miałem małą szansę na zakodowanie ówczesnych realiów. mimo tego, dobrze pamiętam 50-metrowe kolejki za kawą, mięsem czy czymkolwiek innym. stawiano mnie w nich jakby za karę -- później chwalono i głaskano po blond-czuprynie za chwalebne wystanie swoich 40 minut. czasem dostałem banana, choć na tyle rzadko, że dziś kupuję je na kilogramy. czasy dziwne, realia inne, a temat ciekawy: w kilku referatach na studiach powoływałem się na Polskę towarzysza Gierka.
niekwestionowanym królem sarkazmu w tej dziedzinie z pewnością był Stanisław Bareja. któż nie zna Misia, Zmienników czy ... Alternatyw. właśnie Alternatywy 4 są obecnie uważane za serial kultowy -- satyrę tyle śmieszną, co brutalnie prawdziwą. telewizja polska z braku innych pomysłów powtarza serial średnio raz na rok, swoje grosze dorzuca także TVPolonia, a my wszyscy mamy z tego radochę. jak byłem młodszy tylko raz to oglądnąłem. i wystarczyło -- wzięło mnie na dobre.
podczas ubiegłorocznych wyjazdów do stolicy natchnęła mnie myśl osobliwa. zebrałem się w sobie, przestudiowałem internet, następnie wawową mapę i ruszyłem .. odnaleźć legendarny blok, gdzie serial kręcono. sprawa okazała się prosta. 4 piętrowa chałupa z płyt, taka sama jak ją pamiętamy z serialu stoi
sobie do dzisiaj na warszawskim Ursynowie.w rzeczywistości jest to ulica Grzegorzewska, numer 3. na Ursynów dojechać łatwo, choć przyznam się, że mnie warszawiacy trochę zrobili w konia, gdyż, aby dotrzeć na wspomnianą Grzegorzewską wcale nie należy wysiadać na stacji Ursynów, a ... Stokłosy. chałupa taka sama, bo jak
widzicie na załączonym obrazku, totalny rozpierdol trwa tam do dzisiaj :) człowiek z zewnątrz może sobie pomyśleć, że placu budowy nie uprzątnięto przez kilkanaście lat. tak czy inaczej blok odnalazłem.
obklikałem z kilku stron, gdy zza zmrożonego żywopłotu wynurzył się jeden z mieszkańców. zagadałem, choć patrzył na mnie z niekłamaną niechęcią. 'coś tam kumasz?', pomyślałem... a widząc, że nie kuma ni w ząb wyciągnąłem aparat. i na tym w zasadzie się skończyło, uciekł do klatki i choć chciałem i tam zajrzeć (być może znalazłbym kolejnego Anioła, fanatyka w stylu byłego Kierownika Wydziału Kultury Miejskiego Komitetu PZPR w Pułtusku), uciekający mieszkaniec nie pozwolił.. wyrywając mi klamkę trzasnął drzwiami klatki schodowej dokonując dzieła spustoszenia w mym frywolnym myśleniu.
minęło ćwierć wieku.. czasy się zmieniły -- a ludzie nie zawsze.
niekwestionowanym królem sarkazmu w tej dziedzinie z pewnością był Stanisław Bareja. któż nie zna Misia, Zmienników czy ... Alternatyw. właśnie Alternatywy 4 są obecnie uważane za serial kultowy -- satyrę tyle śmieszną, co brutalnie prawdziwą. telewizja polska z braku innych pomysłów powtarza serial średnio raz na rok, swoje grosze dorzuca także TVPolonia, a my wszyscy mamy z tego radochę. jak byłem młodszy tylko raz to oglądnąłem. i wystarczyło -- wzięło mnie na dobre.
podczas ubiegłorocznych wyjazdów do stolicy natchnęła mnie myśl osobliwa. zebrałem się w sobie, przestudiowałem internet, następnie wawową mapę i ruszyłem .. odnaleźć legendarny blok, gdzie serial kręcono. sprawa okazała się prosta. 4 piętrowa chałupa z płyt, taka sama jak ją pamiętamy z serialu stoi
sobie do dzisiaj na warszawskim Ursynowie.w rzeczywistości jest to ulica Grzegorzewska, numer 3. na Ursynów dojechać łatwo, choć przyznam się, że mnie warszawiacy trochę zrobili w konia, gdyż, aby dotrzeć na wspomnianą Grzegorzewską wcale nie należy wysiadać na stacji Ursynów, a ... Stokłosy. chałupa taka sama, bo jak
widzicie na załączonym obrazku, totalny rozpierdol trwa tam do dzisiaj :) człowiek z zewnątrz może sobie pomyśleć, że placu budowy nie uprzątnięto przez kilkanaście lat. tak czy inaczej blok odnalazłem.
obklikałem z kilku stron, gdy zza zmrożonego żywopłotu wynurzył się jeden z mieszkańców. zagadałem, choć patrzył na mnie z niekłamaną niechęcią. 'coś tam kumasz?', pomyślałem... a widząc, że nie kuma ni w ząb wyciągnąłem aparat. i na tym w zasadzie się skończyło, uciekł do klatki i choć chciałem i tam zajrzeć (być może znalazłbym kolejnego Anioła, fanatyka w stylu byłego Kierownika Wydziału Kultury Miejskiego Komitetu PZPR w Pułtusku), uciekający mieszkaniec nie pozwolił.. wyrywając mi klamkę trzasnął drzwiami klatki schodowej dokonując dzieła spustoszenia w mym frywolnym myśleniu.minęło ćwierć wieku.. czasy się zmieniły -- a ludzie nie zawsze.
kategoria: podróże link bezpośredni
katastrofalny styczeń zmrożony
25.01.2006; 19.17
ja na aurę narzekać nie mam zamiaru, ale takich mrozów to nie pamiętam. z uwagi na specyfikę mojej osoby mam prawo pamiętać 22, no maksimum 23 zimy, czyli niezbyt długo. ale inni, znacznie starsi także nie potrafią jednoznacznie wskazać zimy, gdzie temperatura stale utrzymywałaby się na poziomie -20 stopni. i mniej. tragedia.
najgorsze, że sypie się moja sieć, a także komunikacja miejska (jak zwykle zresztą, im do szczęścia wystarcza -5), przez co ja marznę na drabinie, względnie na przystankach.. pęka stalowa linka, a to już jest jakiś wyczyn.. dzisiaj wyczytałem, że zbliżają się potężne opady, że zawieje i zasypie na dłuuugie miesiące. niedobrze.
wrzuciłem trochę zdjęć do fotobloga: styczeń reprezentowany jest przez frazy: zabawa, zima, alkohol, nawiązując do jedynie słusznego wyjazdu w góry podsumowującego helionowy rok. uciechy i śniegu było dużo.
najgorsze, że sypie się moja sieć, a także komunikacja miejska (jak zwykle zresztą, im do szczęścia wystarcza -5), przez co ja marznę na drabinie, względnie na przystankach.. pęka stalowa linka, a to już jest jakiś wyczyn.. dzisiaj wyczytałem, że zbliżają się potężne opady, że zawieje i zasypie na dłuuugie miesiące. niedobrze.
wrzuciłem trochę zdjęć do fotobloga: styczeń reprezentowany jest przez frazy: zabawa, zima, alkohol, nawiązując do jedynie słusznego wyjazdu w góry podsumowującego helionowy rok. uciechy i śniegu było dużo.
kategoria: zapiski link bezpośredni
zima śniegowa poparta mrozem
18.01.2006; 09.12
dłuższa przerwa na tomxx.net wynika z typowego u wszystkich tmx'ów zimowego letargu. śniegiem zasypało, a ja takiej zimy to nie pamiętam. wydawało się, że to już koniec, a dzisiaj niebo znowu się oberwało. idąc rano do pracy, brnąc poprzez zaspy i zwały śniegowe czułem się jak członek armii Napoleona wracający z wypadu na Moskwę. z tą różnicą, że podśpiewywałem sobie radośnie.. w Helionie podsumowanie roku -- wszyscy biegają jak nakręceni, jedno wielkie zamieszanie, liczby, wartości, wskaźniki efektywności. w pt w Ustroniu będę się wyginał przed całą firmą przedstawiając osiągnięcia prowadzonego przeze mnie działu. kolejne nerwy, kolejny stres. a później impreza..
a w Polsce wydarzenie goni wydarzenie. sejm się sypie -- durnie nie mogą się dogadać, a wyniknie z tego prawdowopodbnie termin kolejnych wyborów. ani ja, ani cała masa mi podobnych oczywiście na nie nie pójdziemy, więc jajogłowi będą narzekać na 10% frekwencję.. Ojciec Dyrektor tymczasem szaleje dalej -- tu także nikt nie wie jak się sprawa zakończy, ale pojawiły się odważne głosy, aby wysłać go wraz z całą jego chorą moherową ekipą na misje do Konga. nie wiadomo czy kościołowi w Afryce przyniesie to korzyści, ale Polsce na pewno.. coraz mniej nadzieji na World Cup -- na 3500 biletów do PZPN'u wpłynęło już .. 180 000 zgłoszeń, a takich jak ja, którzy jeszcze zgłoszenia nie wysłali, jest całe mnóstwo. z dzisiejszej Wyborczej, przy codziennej prasówce kawowej, dowiedziałem się, że .. Orzeł Wojcieszków nie jedzie do Niemiec. klub z dolnośląskiej okręgówki otrzymał bilet na mecz z Niemcami i chciał go sprzedać na aukcji internetowej. zrozpaczeni kibice naszej reprezentacji już wysyłają skargi do FIFY, oczywiście z marną szansą zmiany czegokolwiek.
wczoraj z moją łyżwiarką odstawialiśmy piruety na lodowisku.. z łyżwami podobno jest tak jak z rowerem, dopóki nie upadniesz to się nie nauczysz. nie upadłem ani razu.. wkrótce dorzucę jakieś nowe fotki, w końcu to już rok 2006 i życie ochoczo toczy się dalej..
a w Polsce wydarzenie goni wydarzenie. sejm się sypie -- durnie nie mogą się dogadać, a wyniknie z tego prawdowopodbnie termin kolejnych wyborów. ani ja, ani cała masa mi podobnych oczywiście na nie nie pójdziemy, więc jajogłowi będą narzekać na 10% frekwencję.. Ojciec Dyrektor tymczasem szaleje dalej -- tu także nikt nie wie jak się sprawa zakończy, ale pojawiły się odważne głosy, aby wysłać go wraz z całą jego chorą moherową ekipą na misje do Konga. nie wiadomo czy kościołowi w Afryce przyniesie to korzyści, ale Polsce na pewno.. coraz mniej nadzieji na World Cup -- na 3500 biletów do PZPN'u wpłynęło już .. 180 000 zgłoszeń, a takich jak ja, którzy jeszcze zgłoszenia nie wysłali, jest całe mnóstwo. z dzisiejszej Wyborczej, przy codziennej prasówce kawowej, dowiedziałem się, że .. Orzeł Wojcieszków nie jedzie do Niemiec. klub z dolnośląskiej okręgówki otrzymał bilet na mecz z Niemcami i chciał go sprzedać na aukcji internetowej. zrozpaczeni kibice naszej reprezentacji już wysyłają skargi do FIFY, oczywiście z marną szansą zmiany czegokolwiek.
wczoraj z moją łyżwiarką odstawialiśmy piruety na lodowisku.. z łyżwami podobno jest tak jak z rowerem, dopóki nie upadniesz to się nie nauczysz. nie upadłem ani razu.. wkrótce dorzucę jakieś nowe fotki, w końcu to już rok 2006 i życie ochoczo toczy się dalej..
kategoria: zapiski link bezpośredni
historie wigilijne
24.12.2005; 00.37
w obliczu nadchodzących świąt chciałbym wam opowiedzieć 2 krótkie historie.. może nie Historie Wigilijne, ale opowieści jednak ważne: pierwsza to skrót jednego z tekstów, jaki przerabialiśmy na kursie redakcyjnym, a druga, to jeden z motywów przewijających się w tle filmu, który ostatnio widziałem..
amerykański antropolog -- Colin Turnbull -- spędził kilka lat w surowych, nieprzyjaznych górach na pograniczu Ugandy, Sudanu i Kenii. żył wśród plemienia Ików. o Ikach, jak mówi, mało kto słyszał: nie jest to grupa podobna do żadnego innego plemienia afrykańskiego.. w zasadzie nie jest to plemię podobne do nikogo: posiadają niespotykane w innych zakątkach świata obyczaje, pewne odrębne cechy fizyczne i język niespokrewniony z żadnym ze znanych narzeczy. cechą wyróżniającą Ików jest fakt, iż przyjęli oni jedyną ich zdaniem słuszną strategię: dobre jest wyłącznie to, co mnie przynosi korzyść, a złe jest wszystko to, co pomaga przeżyć innym.
ta zasada wyznacza takt życia: plemię żyje we wioskach, ale już każda zagroda jest rodzajem twierdzy. każdy sąsiad jest uważany za wroga. mało tego: wrogość panuje także wśród mieszkańców pojedynczych zagród, a członkowie danej rodziny nienawidzą się nawzajem. nikt nikomu w niczym nie pomaga, a celem każdego dnia jest wyrządzenie komuś bezinteresownej krzywdy. należy okraść, oszukać, wykorzystać -- może nie zabić, ale też w czyjejś śmierci nie przeszkodzić, nawet jeśli wymagałoby to podania kubka wody. rodzice z niechęcią tolerują dzieci do lat czterech, a te gdy podrosną, czekają niecierpliwie, aż starsi z wiekiem osłabną na tyle, aby móc ich bez przeszkód wyrzucić z zagrody. Turnbull tylko raz widział uśmiech na twarzach mieszkańców wioski: wtedy, gdy grupa wyrostków wykradała pokarm z miski ślepego i na wpół martwego starca. radość z cudzego nieszczęścia jest jedyną radością Ików: kiedy obszary Północnej Ugandy wyjaławiała straszna susza plemię zdało sobie sprawę, że przeżyje niewielu z nich. jednak strach przed śmiercią przewyższała radość z faktu, że żyjące w sąsiedniej dolinie plemię Turkanów zostało dotknięte suszą jeszcze bardziej i może nawet wymrze całkowicie..
w ich języku nie ma słowa wyrażającego 'dobroć' w znaczeniu jaki my przyjęliśmy za jedyne i słuszne. 'być dobrym' znaczy u Ików 'być najedzonym', a zatem 'dobry człowiek' to taki, któremu udało się uzyskać coś dla siebie. w języku plemienia jeden i ten sam wyraz oznacza zarówno 'chcieć', jak i 'musieć' -- i kto wie, czy nie kryje się w tym wskazówka powszechnej szczęśliwości i społecznego porządku: należy po prostu uznać, że jeśli jest się do czegoś zmuszonym, to właśnie tego się chce..
w Alpach, na pograniczu kilku państw znajduje się kraina zwana Styrią. to niewielki obszar, położony wysoko w górach, którego mieszkańcy słyną ze swojej otwartości wobec świata. mówi się, że przed laty, gdy kontakt z resztą Europy był minimalny zbudowano tam tory. W wysokich niegościnnych górach, w dolinach pociętych skałami i urwiskami zaczęto budować mosty, kopać tunele i kłaść tory, zanim jeszcze pomyślano o pociągu, który miałby tamtędy przejeżdżać.. zbudowali infrastrukturę mimo wszystko.. wiedzieli, ze pewnego dnia pociąg przybędzie. i przybył: ich marzenia zostały zrealizowane, a linia kolejowa połączyła Wiedeń z Wenecją, Austrię z Włochami.
te dwie historie, choć geograficznie oddalone od siebie o tysiące kilometrów łączy ludzka nadzieja. nadzieja potrafi zdziałać cuda, nadzieja jest odkrywcza, budująca, a jej brak destrukcyjny. wiara czyni nas silniejszymi, daje możliwości, daje perspektywy, daje optymizm. no bo w gruncie rzeczy o optymizm tu chodzi: miejmy go dużo w te święta, w Nowy Rok i następne 364 dni. czego wam, a zwłaszcza sobie gorąco życze..
amerykański antropolog -- Colin Turnbull -- spędził kilka lat w surowych, nieprzyjaznych górach na pograniczu Ugandy, Sudanu i Kenii. żył wśród plemienia Ików. o Ikach, jak mówi, mało kto słyszał: nie jest to grupa podobna do żadnego innego plemienia afrykańskiego.. w zasadzie nie jest to plemię podobne do nikogo: posiadają niespotykane w innych zakątkach świata obyczaje, pewne odrębne cechy fizyczne i język niespokrewniony z żadnym ze znanych narzeczy. cechą wyróżniającą Ików jest fakt, iż przyjęli oni jedyną ich zdaniem słuszną strategię: dobre jest wyłącznie to, co mnie przynosi korzyść, a złe jest wszystko to, co pomaga przeżyć innym.
ta zasada wyznacza takt życia: plemię żyje we wioskach, ale już każda zagroda jest rodzajem twierdzy. każdy sąsiad jest uważany za wroga. mało tego: wrogość panuje także wśród mieszkańców pojedynczych zagród, a członkowie danej rodziny nienawidzą się nawzajem. nikt nikomu w niczym nie pomaga, a celem każdego dnia jest wyrządzenie komuś bezinteresownej krzywdy. należy okraść, oszukać, wykorzystać -- może nie zabić, ale też w czyjejś śmierci nie przeszkodzić, nawet jeśli wymagałoby to podania kubka wody. rodzice z niechęcią tolerują dzieci do lat czterech, a te gdy podrosną, czekają niecierpliwie, aż starsi z wiekiem osłabną na tyle, aby móc ich bez przeszkód wyrzucić z zagrody. Turnbull tylko raz widział uśmiech na twarzach mieszkańców wioski: wtedy, gdy grupa wyrostków wykradała pokarm z miski ślepego i na wpół martwego starca. radość z cudzego nieszczęścia jest jedyną radością Ików: kiedy obszary Północnej Ugandy wyjaławiała straszna susza plemię zdało sobie sprawę, że przeżyje niewielu z nich. jednak strach przed śmiercią przewyższała radość z faktu, że żyjące w sąsiedniej dolinie plemię Turkanów zostało dotknięte suszą jeszcze bardziej i może nawet wymrze całkowicie..
w ich języku nie ma słowa wyrażającego 'dobroć' w znaczeniu jaki my przyjęliśmy za jedyne i słuszne. 'być dobrym' znaczy u Ików 'być najedzonym', a zatem 'dobry człowiek' to taki, któremu udało się uzyskać coś dla siebie. w języku plemienia jeden i ten sam wyraz oznacza zarówno 'chcieć', jak i 'musieć' -- i kto wie, czy nie kryje się w tym wskazówka powszechnej szczęśliwości i społecznego porządku: należy po prostu uznać, że jeśli jest się do czegoś zmuszonym, to właśnie tego się chce..
w Alpach, na pograniczu kilku państw znajduje się kraina zwana Styrią. to niewielki obszar, położony wysoko w górach, którego mieszkańcy słyną ze swojej otwartości wobec świata. mówi się, że przed laty, gdy kontakt z resztą Europy był minimalny zbudowano tam tory. W wysokich niegościnnych górach, w dolinach pociętych skałami i urwiskami zaczęto budować mosty, kopać tunele i kłaść tory, zanim jeszcze pomyślano o pociągu, który miałby tamtędy przejeżdżać.. zbudowali infrastrukturę mimo wszystko.. wiedzieli, ze pewnego dnia pociąg przybędzie. i przybył: ich marzenia zostały zrealizowane, a linia kolejowa połączyła Wiedeń z Wenecją, Austrię z Włochami.
te dwie historie, choć geograficznie oddalone od siebie o tysiące kilometrów łączy ludzka nadzieja. nadzieja potrafi zdziałać cuda, nadzieja jest odkrywcza, budująca, a jej brak destrukcyjny. wiara czyni nas silniejszymi, daje możliwości, daje perspektywy, daje optymizm. no bo w gruncie rzeczy o optymizm tu chodzi: miejmy go dużo w te święta, w Nowy Rok i następne 364 dni. czego wam, a zwłaszcza sobie gorąco życze..
kategoria: zapiski link bezpośredni
redaktor
20.12.2005; 23.58
egzamin z redakcji merytorycznej poszedł gładko.. postraszyli trochę, choć wszyscy wiedzieli, że to formalność. poczucie prawidłowości literackiej -- pewien wartościowy zmysł pisania sprawnie, łatwo i na temat dana jest tylko nielicznym. reszta może poudawać, albo popisać na blogach, których przybywa w tak zastraszającym tempie, jak wszystkie te 'kture', 'żadkie' czy 'szczenśliwe' skutki uboczne ery internetu.
mimo to, a może właśnie dlatego denerwowałem się nie mniej, niż podczas wspaniałego czasu uczelnianego, kiedy to do każdego egzaminu podchodziło się z ujmujacym poczuciem winy, że robi się za mało.. zagiął mnie tylko koleś z prawa autorskiego -- po moim dwuminutowym wywodzie nikczemnie przyjął minę 'po moim trupie', delikatnie dając do zrozumienia, że na zajęciach mnie nie widział. chyba mam pospolitą twarz, bo ja na te cholerne zajęcia naprawdę chodziłem..
nie trafiłem natomiast mojego konika: koronnego pytania z historii encyklopedii o pierwszym polskim wydaniu leksykalnym. chodzi o 'Nowe Ateny' księdza Chmielowskiego -- pseudonaukowy utwór z 1745 roku w którym to padają tak wiekopomne sekwencje jak: 'koń jaki jest każdy widzi', czy 'koza: śmierdzące zwierzę'. ja natomiast zafascynowany dziełem (znalazłem ten fenomen w sieci) brnąłem dalej, co chwila napotykając się na odkrywcze teorie polskich XVIII-wiecznych umysłów. a hasło 'smoka pokonać trudno, ale starać się trzeba' podnosi poprzeczkę lekkiego pióra tak wysoko, że aż się czasem pisać odechciewa..
mimo to, a może właśnie dlatego denerwowałem się nie mniej, niż podczas wspaniałego czasu uczelnianego, kiedy to do każdego egzaminu podchodziło się z ujmujacym poczuciem winy, że robi się za mało.. zagiął mnie tylko koleś z prawa autorskiego -- po moim dwuminutowym wywodzie nikczemnie przyjął minę 'po moim trupie', delikatnie dając do zrozumienia, że na zajęciach mnie nie widział. chyba mam pospolitą twarz, bo ja na te cholerne zajęcia naprawdę chodziłem..
nie trafiłem natomiast mojego konika: koronnego pytania z historii encyklopedii o pierwszym polskim wydaniu leksykalnym. chodzi o 'Nowe Ateny' księdza Chmielowskiego -- pseudonaukowy utwór z 1745 roku w którym to padają tak wiekopomne sekwencje jak: 'koń jaki jest każdy widzi', czy 'koza: śmierdzące zwierzę'. ja natomiast zafascynowany dziełem (znalazłem ten fenomen w sieci) brnąłem dalej, co chwila napotykając się na odkrywcze teorie polskich XVIII-wiecznych umysłów. a hasło 'smoka pokonać trudno, ale starać się trzeba' podnosi poprzeczkę lekkiego pióra tak wysoko, że aż się czasem pisać odechciewa..
kategoria: zapiski link bezpośredni
rok nam się kończy..
11.12.2005; 13.10
koniec roku zbliża się wielkimi krokami -- na zmianę leje, mrozi, świeci i powiewa. w mieście w ostatnich miesiącach można było zaobserwować prawdziwą huśtawkę kolorów: tego roku było już różowo, później błękitnie, a teraz króluje brąz zimowy. dorozumiewam sobie, że stroje kobiece dopasowywane są do aktualnie panującej temperatury. moje stroje są zawsze takie same.
tymczasem szczęśliwa ręka Pelego wylosowała nam optymistyczną grupę na World Cup 2006: zagramy z Niemcami, Ekwadorem i Kostaryką, co można raczej uznać za dobry zwiastun. bo z tych skromnych grudniowych wydarzeń, iż wyrażę się stylem proroczym, mam nadzieję, że rozwiną się rzeczy doniosłe.. mistrzem świata raczej nie będziemy, ale ćwierćfinały witają nas radośnie. i ja tam będę, mam nadzieję..
fotoblog grudniowy stał się wczesnogrudniowojesiennym -- z uwagi na kilka fotek jesiennych i z niechęci przed wczesnym zimowaniem zapodałem trochę zdjęć z listopada, a reszta przezimuje na dnie mojego dysku. zapomniana. muszę to wszystko kiedyś zarchiwizować, bo jak trzepnie, to 30GB fotek odejdzie w zupełną niepamięć..
za tydzień finalny egzamin na kursie redaktorskim. pewnie znowu nerwy mnie poniosą i zacznę uwalniać wodze mojej chorej fantazji, co w przypadku redakcji tekstu nie jest działaniem wskazanym. powrót do czasów nauki implikuje nerwowe wspomnienia: podczas egzaminów, gdy się zbytnio do kartki przybliżałem, literki skakały mi w rytm bicia serca.. hmm.. ale są też i pozytywy: skończy się moje sobotnie wstawanie o 4.50, aby zdążyć na InterCity do Wawy, a i będę miał jeszcze szansę, aby sfotografować największą w Europie choinkę.. w ten weekend miałem się podobno uczyć, ale jak mawia Świeżak: to się wie, albo tego się nie wie. byle do następnej niedzieli.
tymczasem szczęśliwa ręka Pelego wylosowała nam optymistyczną grupę na World Cup 2006: zagramy z Niemcami, Ekwadorem i Kostaryką, co można raczej uznać za dobry zwiastun. bo z tych skromnych grudniowych wydarzeń, iż wyrażę się stylem proroczym, mam nadzieję, że rozwiną się rzeczy doniosłe.. mistrzem świata raczej nie będziemy, ale ćwierćfinały witają nas radośnie. i ja tam będę, mam nadzieję..
fotoblog grudniowy stał się wczesnogrudniowojesiennym -- z uwagi na kilka fotek jesiennych i z niechęci przed wczesnym zimowaniem zapodałem trochę zdjęć z listopada, a reszta przezimuje na dnie mojego dysku. zapomniana. muszę to wszystko kiedyś zarchiwizować, bo jak trzepnie, to 30GB fotek odejdzie w zupełną niepamięć..
za tydzień finalny egzamin na kursie redaktorskim. pewnie znowu nerwy mnie poniosą i zacznę uwalniać wodze mojej chorej fantazji, co w przypadku redakcji tekstu nie jest działaniem wskazanym. powrót do czasów nauki implikuje nerwowe wspomnienia: podczas egzaminów, gdy się zbytnio do kartki przybliżałem, literki skakały mi w rytm bicia serca.. hmm.. ale są też i pozytywy: skończy się moje sobotnie wstawanie o 4.50, aby zdążyć na InterCity do Wawy, a i będę miał jeszcze szansę, aby sfotografować największą w Europie choinkę.. w ten weekend miałem się podobno uczyć, ale jak mawia Świeżak: to się wie, albo tego się nie wie. byle do następnej niedzieli.
kategoria: zapiski link bezpośredni
when saturday comes..
27.11.2005; 23.40
dla osób odmierzających czas rytmem terminarza rozgrywek piłkarskich rezerwowanie sobotnich wieczorów na spotkania towarzyskie może być działaniem niebezpiecznym. mecz jest gwoździem sobotniego wieczoru, czymś na wzór ukoronowania całego tygodnia, zwieńczeniem czasu oczekiwania na kolejkę ligową. pół biedy, jeśli towarzyskie spotkanie odbywa się w pubie -- atrakcyjność towarzyska kibica jest w stanie przenieść imprezę do lokalu z telewizorem, gdzie oczywiście puszczają interesujący wszystkich pojedynek. gorzej, gdy spotkanie towarzyskie koliduje z meczem u siebie: wówczas należy kombinować, gdyż przyjazd Lecha, Legii czy Arki nie jest dostatecznym usprawiedliwieniem. w rezultacie zdarza się odrzucać (jasne, że niechętnie) zaproszenia, wykręcając się dziwnymi, dokładnie przemyślanymi, a oczywiście fikcyjnymi powodami..
sytuacja staje się jednak bardziej kłopotliwa, gdy nie potrafię i nie chcę kogoś zranić. tak było i wczoraj: bal archtekta mojej Misi zbiegł się z meczem O WSZYSTKO: po 6 z rzędu porażkach ligowych do Zabrza przyjechali kopacze z Łęcznej.. gdy uświadomiłem sobie, że doszło do konfliktu interesów, poczułem nagły przypływ paniki. paniki, którą odczuwam zawsze, gdy zachodzi niebezpieczeństwo rozegrania przez mojego Górnika meczu na własnym boisku pod moją nieobecność..
pytacie co zrobiłem w tej sytuacji bez wyjścia? poszedłem na mecz. na bal także poszedłem i mimo, że spóźniłem się 1.5 godziny (czego imprezy garniturowo-krawatowe nie znoszą) -- bawiłem się przednio. taką mam wspaniałą i wyrozumiałą dziewczynę!
mecz o wszystko rzeczywiście taki był. całe 90 minut lało uporczywie, natrętnie, z iście germańską sumiennością. było zimno i nieprzyjemnie. toczący się na rozmokniętym boisku mecz przypominał czasem zapasy w błocie.. kulturalni kibice skakali przez płot lub ciskali śnieżkami w zawodników przeciwnej drużyny przy każdym wykonywanym rzucie rożnym. było cudownie. Górnik wygrał 2-0!!
przedmeczowego zdenerwowania i roztargnienia nie było po chłopakach w ogóle widać. w 8. minucie Krzysiu Bukalski pewnie wykorzystał karnego (nie widziałem, czy faul rzeczywiście był, ale ważne, że sędzia gwizdnął dla nas), a w drugiej połowie było jeszcze weselej. gdy mierzący 193 cm. wzrostu Kamil Król -- nasz 17-letni napastnik słynący ze swojej komicznej bezużyteczności przejął piłkę w okolicach środka boiska wszyscy uśmiechali się ze zrezygnowaniem. po 12 sekundach nie śmiał się nikt.. Kamil minął jednego obrońcę, potem drugiego, a gdy strzelił bramkę nazywaną w futbolowym światku 'Piłkarskimi Salonami' nie krzyknąłem 'Jeeeeesssst!' ani 'Taaaaaak', co zazwyczaj wydobywa się z gardła kibica. wydałem z siebie długie 'Aaaaaachhhh' zrodzone z czystej radości i oszołomionego niedowierzania. Kamil zapewnił sobie miejsce w naszych sercach! później było nerwowo, ale szczęśliwie: ostatnio podobne nerwy przeżywałem tylko w trakcie trwania meczów reprezentacji. ale przecież Polska to nie jest moja drużyna -- cóż znaczy Polska przy Górniku?
a poniedziałkowe uważne czytanie ostatniej strony gazety codziennej wreszcie przyniesie radość. w redakcji urządzają już sobie ze mnie niezły ubaw.. tym razem ubawu nie będzie..
sytuacja staje się jednak bardziej kłopotliwa, gdy nie potrafię i nie chcę kogoś zranić. tak było i wczoraj: bal archtekta mojej Misi zbiegł się z meczem O WSZYSTKO: po 6 z rzędu porażkach ligowych do Zabrza przyjechali kopacze z Łęcznej.. gdy uświadomiłem sobie, że doszło do konfliktu interesów, poczułem nagły przypływ paniki. paniki, którą odczuwam zawsze, gdy zachodzi niebezpieczeństwo rozegrania przez mojego Górnika meczu na własnym boisku pod moją nieobecność..
pytacie co zrobiłem w tej sytuacji bez wyjścia? poszedłem na mecz. na bal także poszedłem i mimo, że spóźniłem się 1.5 godziny (czego imprezy garniturowo-krawatowe nie znoszą) -- bawiłem się przednio. taką mam wspaniałą i wyrozumiałą dziewczynę!
mecz o wszystko rzeczywiście taki był. całe 90 minut lało uporczywie, natrętnie, z iście germańską sumiennością. było zimno i nieprzyjemnie. toczący się na rozmokniętym boisku mecz przypominał czasem zapasy w błocie.. kulturalni kibice skakali przez płot lub ciskali śnieżkami w zawodników przeciwnej drużyny przy każdym wykonywanym rzucie rożnym. było cudownie. Górnik wygrał 2-0!!
przedmeczowego zdenerwowania i roztargnienia nie było po chłopakach w ogóle widać. w 8. minucie Krzysiu Bukalski pewnie wykorzystał karnego (nie widziałem, czy faul rzeczywiście był, ale ważne, że sędzia gwizdnął dla nas), a w drugiej połowie było jeszcze weselej. gdy mierzący 193 cm. wzrostu Kamil Król -- nasz 17-letni napastnik słynący ze swojej komicznej bezużyteczności przejął piłkę w okolicach środka boiska wszyscy uśmiechali się ze zrezygnowaniem. po 12 sekundach nie śmiał się nikt.. Kamil minął jednego obrońcę, potem drugiego, a gdy strzelił bramkę nazywaną w futbolowym światku 'Piłkarskimi Salonami' nie krzyknąłem 'Jeeeeesssst!' ani 'Taaaaaak', co zazwyczaj wydobywa się z gardła kibica. wydałem z siebie długie 'Aaaaaachhhh' zrodzone z czystej radości i oszołomionego niedowierzania. Kamil zapewnił sobie miejsce w naszych sercach! później było nerwowo, ale szczęśliwie: ostatnio podobne nerwy przeżywałem tylko w trakcie trwania meczów reprezentacji. ale przecież Polska to nie jest moja drużyna -- cóż znaczy Polska przy Górniku?
a poniedziałkowe uważne czytanie ostatniej strony gazety codziennej wreszcie przyniesie radość. w redakcji urządzają już sobie ze mnie niezły ubaw.. tym razem ubawu nie będzie..
kategoria: pasje link bezpośredni
Lwów, Ukraina
21.11.2005; 22.53
do Lwowa, najbardziej polskiego z niepolskich miast pojechaliśmy z ciekawością. jednych interesowała wspaniale zachowana przedwojenna architektura, innych sklepy odzieżowe, jeszcze innych przedziwne, graniczące z obłędem ceny wódki. ja chciałem odnaleźć ślady dawno już u nas niewidocznej, zamarłej przeszłości minionego ustroju -- miejsc zalatujących prl'em, rosyjskich ciężarówek, czy sklepów, gdzie reglamentowany towar dostępny jest tylko poprzez zaprzyjaźnionych sklepikarzy. nieważne, że Ukraina od dokładnie roku jest demokratyczna. zarówno miejsc, jak i obyczajów oraz ludzkiej mentalności szybko zmienić nie można..
oczywiście nie zawiedliśmy się..
z jednej strony klimatyczne, brukowane uliczki oraz pięknie powykańczane fasady budynków. wszechobecne świątynie krzyżujących się religii, niezliczone pomniki narodowych bohaterów i dobrze zachowany arsenał miejski. z drugiej XXI-wieczna bieda, zaniedbanie i szarość. brudne, dziurawe arterie miejskie z radzieckimi wynalazkami przemysłu motoryzacyjnego -- pojazdami, jakie dzisiejszy Europejczyk ma szansę ujrzeć tylko po tej stronie kontynentu.. z rumuńskimi tramwajami, które jakieś 3 dekady temu przechodziły swoje czasy świetności. gdzie babuszki w chustach, kuchennych fartuchach i z przynajmniej jednym złotym zębem sprzedają bilety, w cenie 50 kopiejek na głowę..
a wewnątrz tej struktury żyjący tam ludzie: z miesięczną pensją rzędu 250 zł, najczęściej szczęśliwi posiadacze samochodu marki Łada, w ogromnej większości bardzo przychylni Polakom. wystarczy wyciągnąć mapę, a pomogą, pokierują. nie lubią już Rosjan, właściwie nigdy nie lubili. gdy Łuki w swojej niezgrabności językowej podziękował: 'spasiba', czyli jedynym słowem, jakie w danej chwili przyszło mu do głowy, został nieprzyjemnie zmierzony wzrokiem. Ukraińcom zdecydowanie bliżej do Zachodu..
no i najpiękniejsze: cmentarze. Cmentarz Orląt, cudownie odnowiony przypomina o walecznych młodych Polakach poległych tam w latach 1918-19. Cmentarz Łyczakowski -- miejsce-nostalgia. miejsce po którym można godzinami chodzić wciąż odnajdując nowe, zapierające dech w piersiach widoki. nagrobki ludzi, którzy odeszli, po których nie ma już niczego, oprócz kawałka kamienia, małego krzyża, czasem posągu.
oczywiście nie zawiedliśmy się..
z jednej strony klimatyczne, brukowane uliczki oraz pięknie powykańczane fasady budynków. wszechobecne świątynie krzyżujących się religii, niezliczone pomniki narodowych bohaterów i dobrze zachowany arsenał miejski. z drugiej XXI-wieczna bieda, zaniedbanie i szarość. brudne, dziurawe arterie miejskie z radzieckimi wynalazkami przemysłu motoryzacyjnego -- pojazdami, jakie dzisiejszy Europejczyk ma szansę ujrzeć tylko po tej stronie kontynentu.. z rumuńskimi tramwajami, które jakieś 3 dekady temu przechodziły swoje czasy świetności. gdzie babuszki w chustach, kuchennych fartuchach i z przynajmniej jednym złotym zębem sprzedają bilety, w cenie 50 kopiejek na głowę..
a wewnątrz tej struktury żyjący tam ludzie: z miesięczną pensją rzędu 250 zł, najczęściej szczęśliwi posiadacze samochodu marki Łada, w ogromnej większości bardzo przychylni Polakom. wystarczy wyciągnąć mapę, a pomogą, pokierują. nie lubią już Rosjan, właściwie nigdy nie lubili. gdy Łuki w swojej niezgrabności językowej podziękował: 'spasiba', czyli jedynym słowem, jakie w danej chwili przyszło mu do głowy, został nieprzyjemnie zmierzony wzrokiem. Ukraińcom zdecydowanie bliżej do Zachodu..
no i najpiękniejsze: cmentarze. Cmentarz Orląt, cudownie odnowiony przypomina o walecznych młodych Polakach poległych tam w latach 1918-19. Cmentarz Łyczakowski -- miejsce-nostalgia. miejsce po którym można godzinami chodzić wciąż odnajdując nowe, zapierające dech w piersiach widoki. nagrobki ludzi, którzy odeszli, po których nie ma już niczego, oprócz kawałka kamienia, małego krzyża, czasem posągu.
kategoria: podróże link bezpośredni
spotkaliśmy Geeka
3.11.2005; 21.04
koleś słusznej postury, zarośnięty, jakby nieświadomy celu swojej wyprawy.. prawdopodobnie jechaliśmy w tym samym kierunku -- siedzieliśmy przecież w jednym przedziale. tylko my (w składzie zwyczajnym: Słońce i ja) i On. my w nadziei znalezienia pierwszego całkowicie rozpieprzonego weekendu od wielu tygodni, weekendu wolnego od pracy i kursów, weekendu słonecznego, takiego tylko dla nas. on ze swoim plecakiem, jadący w kierunku południowym, wyglądający jak ktoś z innej epoki. i gdy pociągowym zwyczajem ruszyliśmy ze stacji katowice, koleś wyciągnął laptopa.
chytrze i porozumiewawczo spotkały się nasze spojrzenia. poznaliśmy Geeka. kim jest Geek i co nim kieruje, pewnie kilku z Was wie, reszcie polecam wspaniały artykuł autorstwa Chlipa. on wyglądał jak Geek i zachowywał się jak Geek -- nazywają go Beretem..
rozmowa zaczęła się, a jakże, od informatyki. okazało się, że nasz towarzysz udaje się na coroczny zlot wyznawców Linuksa, mało tego, zamierza wygłosic referat, o sieciach neuronowych, o systemach sztucznej inteligencji. temat rozmowy co chwilę ulegał zmianie na bardziej neutralny (celem weekendu było przecież zapomnienie o istnieniu procesorów), co chwilę jednak z powrotem do zagadnień bitowych wracaliśmy. Beret okazał się bacznym obserwatorem świata, atakując nas swoimi teoriami z prędkością stacji, które mijaliśmy.. z własnych obserwacji wyciągał wnioski, wnioski stawiał jako tezy, broniąc je zaciekle popierał argumentami..
w odstępie większych stacji rzucał kawałami o rosyjskiej prowieniencji. po swoich dowcipach wybuchał śmiechem, takim dosadnym, jaki człowiek spodziewa się usłyszeć z okna burdelu w Nowym Orleanie. śmiał się rubasznie, gardłowo. my też się śmialiśmy, głównie z jego śmiechu, choć kawały o rosyjskich nowobogackich można zaliczyć do całkiem udanych.
był dobry w polityce, radził sobie w historii, geografii i kulturze ludów antycznych. doniośle opowiadał o relacjach międzyludzkich, prezentując przy tym pozornie miłą i złośliwie chytrą minę. utrzymywał bowiem, teraz uwaga, że każdy z nas ma w sobie pierwiastek homoseksualności. jedni większy, drudzy mniejszy, każdy jednak w jakimś stopniu ma skłonności do obcowania z własną płcią. kontynuując analizę postawy społeczeństwa wobec seksualności dodał, iż my nie mamy się czego obawiać -- jedziemy w końcu razem, Słonko i Tmx.
normalnie scharakteryzowałbym go krótko: skurwysyn o przerośniętych ambicjach. Beret jednak jest inny. Beret dysponuje dużą wiedzą w swoich tematach, zdecydowanie większą niż my. spotkania w pociągu zawsze dają możliwość konfrontacji z osobami o innym, niż nasza, sposobie myślenia. takimi spotkaniami zdaje się sobie sprawę, jak wiele zależy od zainteresowań, kontaktów i miejsc, w których nasz wolny czas spędzamy. a moi rodzice do dzisiaj uważają, że źródłem moich umiejętności jest szkoła. tak myśleć nie należy -- patrz wkrótce: notka poświęcona problemowi braku nawyku czytania czegokolwiek. tak myśleć nie wolno, bo tym sposobem łatwo z krowy zrobić konia, a z tomxxa wielbłąda.
chytrze i porozumiewawczo spotkały się nasze spojrzenia. poznaliśmy Geeka. kim jest Geek i co nim kieruje, pewnie kilku z Was wie, reszcie polecam wspaniały artykuł autorstwa Chlipa. on wyglądał jak Geek i zachowywał się jak Geek -- nazywają go Beretem..
rozmowa zaczęła się, a jakże, od informatyki. okazało się, że nasz towarzysz udaje się na coroczny zlot wyznawców Linuksa, mało tego, zamierza wygłosic referat, o sieciach neuronowych, o systemach sztucznej inteligencji. temat rozmowy co chwilę ulegał zmianie na bardziej neutralny (celem weekendu było przecież zapomnienie o istnieniu procesorów), co chwilę jednak z powrotem do zagadnień bitowych wracaliśmy. Beret okazał się bacznym obserwatorem świata, atakując nas swoimi teoriami z prędkością stacji, które mijaliśmy.. z własnych obserwacji wyciągał wnioski, wnioski stawiał jako tezy, broniąc je zaciekle popierał argumentami..
w odstępie większych stacji rzucał kawałami o rosyjskiej prowieniencji. po swoich dowcipach wybuchał śmiechem, takim dosadnym, jaki człowiek spodziewa się usłyszeć z okna burdelu w Nowym Orleanie. śmiał się rubasznie, gardłowo. my też się śmialiśmy, głównie z jego śmiechu, choć kawały o rosyjskich nowobogackich można zaliczyć do całkiem udanych.
był dobry w polityce, radził sobie w historii, geografii i kulturze ludów antycznych. doniośle opowiadał o relacjach międzyludzkich, prezentując przy tym pozornie miłą i złośliwie chytrą minę. utrzymywał bowiem, teraz uwaga, że każdy z nas ma w sobie pierwiastek homoseksualności. jedni większy, drudzy mniejszy, każdy jednak w jakimś stopniu ma skłonności do obcowania z własną płcią. kontynuując analizę postawy społeczeństwa wobec seksualności dodał, iż my nie mamy się czego obawiać -- jedziemy w końcu razem, Słonko i Tmx.
normalnie scharakteryzowałbym go krótko: skurwysyn o przerośniętych ambicjach. Beret jednak jest inny. Beret dysponuje dużą wiedzą w swoich tematach, zdecydowanie większą niż my. spotkania w pociągu zawsze dają możliwość konfrontacji z osobami o innym, niż nasza, sposobie myślenia. takimi spotkaniami zdaje się sobie sprawę, jak wiele zależy od zainteresowań, kontaktów i miejsc, w których nasz wolny czas spędzamy. a moi rodzice do dzisiaj uważają, że źródłem moich umiejętności jest szkoła. tak myśleć nie należy -- patrz wkrótce: notka poświęcona problemowi braku nawyku czytania czegokolwiek. tak myśleć nie wolno, bo tym sposobem łatwo z krowy zrobić konia, a z tomxxa wielbłąda.
kategoria: zapiski link bezpośredni
z cyklu: no comment
30.10.2005; 19.52
[amanda99] siemaaa, z kad klikaci??????
[Loki] z tond
[ramirez] z tamtond
[Vesuvio] Ze wszond.
[Dis] Z nienacka
[bercik] Z komputra
[amanda99] dziwne miasta
[amanda99] to nie ma rzadnych ziomkuw z wawy????
tutaj więcej o ogólnym dostępie do Sieci..
[Loki] z tond
[ramirez] z tamtond
[Vesuvio] Ze wszond.
[Dis] Z nienacka
[bercik] Z komputra
[amanda99] dziwne miasta
[amanda99] to nie ma rzadnych ziomkuw z wawy????
tutaj więcej o ogólnym dostępie do Sieci..
kategoria: humor link bezpośredni
PHP in a Nutshell -- a Desktop Quick Reference
27.10.2005; 16.59
komputer wrósł we mnie tak głęboko i tak nieodwracalnie, jak ja kiedyś wyrosłem z moich dziecięcych ciuchów. to, że nie wyobrażam sobie dnia bez Sieci spowodowane jest nie tylko moim uzależnieniem, trwale wychowywanym od piętnastu lat, lecz także sposobem na zarabianie dolarów..
dzisiaj dla przykładu zająłem się przeglądem książek przewidzianych do wydania przez nasze wydawnictwo. po funkcjach już od pewnego czasu poruszam się biegle, teraz jednak w zadrukowywanych śmierdzącą farbą stronach odnajduję radość, w kodzie -- poezję..jak to właściwie było, gdy świat nie składał się z ciągów bitów, a rzeczywistość nie byłą reprezentowana przez zera i jedynki? ja nie pamiętam..
dzisiaj dla przykładu zająłem się przeglądem książek przewidzianych do wydania przez nasze wydawnictwo. po funkcjach już od pewnego czasu poruszam się biegle, teraz jednak w zadrukowywanych śmierdzącą farbą stronach odnajduję radość, w kodzie -- poezję..
int time ( void )
PHP represents time as the number of seconds that have passed since January 1st 1970 00:00:00 GMT, a date known as the start of the Unix epoch; hence, this date format is known as epoch time or Unix timestamp. This might be a peculiar way to store dates, but it works well -- internally, you can store any date since 1970 as an integer, and convert to a human-readable string wherever necessary.
PHP represents time as the number of seconds that have passed since January 1st 1970 00:00:00 GMT, a date known as the start of the Unix epoch; hence, this date format is known as epoch time or Unix timestamp. This might be a peculiar way to store dates, but it works well -- internally, you can store any date since 1970 as an integer, and convert to a human-readable string wherever necessary.
kategoria: pasje link bezpośredni
dzięki ci, o Wielki o. Rydzyku
24.10.2005; 16.21
ten naród ma przerąbane, skoro po wyborach prezydenckich sztab zwycięzcy dziękuje księdzu-furiatowi za wsparcie. siedzę tu i się dziwię. szkoda miejsca w tomxxcikowskiej bazie danych, więc komentarza nie będzie. idę na basen, popluskać zatroskaną głowę..
kategoria: humor link bezpośredni
jesienny poranek -- zapiski wieczorne
20.10.2005; 22.26
każdego dnia, dokładnie o 7.12, niepolifoniczny dzwonek mojej komórki budzi mnie do życia.. zrywam się przestraszony, po chwili padam ponownie. usiłuję wymyślić stosowne przyzwoite słowo przedstawiające aktualny stan moich uczuć. o 7.15 myśli są wolne, bynajmniej nie metaforycznie. gapię się mętnie w sufit, w nadziei, że niczego nie zobaczę..
myślę przelotnie o wejściu pod prysznic, zamiast tego jednak wciągam ciuchy. za 50 minut mam wyjść, a kawa jest ważniejsza od higieny. napój ten, zawierający pobudzający ludzkość alkaloid kofeinę nakręca mnie pozytywnie. w tej chwili nie jestem pewien, czy to każda kawa, czy to tylko ta pita codziennie rano, na pusty żołądek. jej zapach, smak, bliskość i ciepło w żołądku budzą poczucie rannego zadowolenia.
i tak trwam w szarości poranka.. po chwili upewniam się, że czas jednak upływa, a im więcej go upływa, tym bliżej mi do pełnej sprawności umysłowej. biorę do ręki sudoku -- wspaniałą łamigłówkę pochodzenia japońskiego. znana jest od lat, jednak swą popularność zyskała dopiero w zeszłe wakacje, z uwagi na dołączanie jej do wielu brytyjskich gazet codziennych. podobno przeciętny brytyjczyk rozwiązuje sobie takie sudoku każdego dnia przy śniadaniu.. ale to temat na kolejną notkę.
takiego ranka, po mocnej Nescaffe, mam w sobie inteligencji od cholery, za to znacznie mniej cierpliwości. zrywam się oszalały, pewnie i tak znów spóźnię się na autobus. zapadła decyzja: autka nie kupuję.
myślę przelotnie o wejściu pod prysznic, zamiast tego jednak wciągam ciuchy. za 50 minut mam wyjść, a kawa jest ważniejsza od higieny. napój ten, zawierający pobudzający ludzkość alkaloid kofeinę nakręca mnie pozytywnie. w tej chwili nie jestem pewien, czy to każda kawa, czy to tylko ta pita codziennie rano, na pusty żołądek. jej zapach, smak, bliskość i ciepło w żołądku budzą poczucie rannego zadowolenia.
i tak trwam w szarości poranka.. po chwili upewniam się, że czas jednak upływa, a im więcej go upływa, tym bliżej mi do pełnej sprawności umysłowej. biorę do ręki sudoku -- wspaniałą łamigłówkę pochodzenia japońskiego. znana jest od lat, jednak swą popularność zyskała dopiero w zeszłe wakacje, z uwagi na dołączanie jej do wielu brytyjskich gazet codziennych. podobno przeciętny brytyjczyk rozwiązuje sobie takie sudoku każdego dnia przy śniadaniu.. ale to temat na kolejną notkę.
takiego ranka, po mocnej Nescaffe, mam w sobie inteligencji od cholery, za to znacznie mniej cierpliwości. zrywam się oszalały, pewnie i tak znów spóźnię się na autobus. zapadła decyzja: autka nie kupuję.
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
Anglia - Polska
13.10.2005; 23.20
polska piłka ma się średnio. owszem, walczymy za dwóch, ambicji nie można naszym chłopakom odmówić. wygrywamy ze średniakami, gromimy słabych europejskiej kopanej. niestety brak nam jednego: umiejętności gry z najlepszymi tego świata. wczoraj podtrzymaliśmy kompleks Anglii -- choć nadzieja na dobry wynik była wielka.. przez dłuższy czas utrzymywał się (przyznaję: bardzo szczęśliwie) wynik 1-1, który w założeniu miał zatrzeć wspominany od ponad 30 lat pojedynek na Wembley. niestety.. w samej końcówce stało się coś przerażającego: oto wśród ciszy zdegustowanych miejscowych i krzyków 12 tyś. naszych rodaków (+30 mln. przed telewizorami) Anglia zdobywa drugą bramkę wywołując w nas rozpacz i nienawiść, i okrucieństwo, i ból, i łkanie, i szyderstwo -- w końcu rozdzierający smutek wiecznych przegranych..
to wydarzenie jest jednak kolejnym pretekstem, kolejną możliwością, aby kilka słów poświęcić mentalności naszego narodu.. jak doskonale wiemy, w zwycięstwach narodu polskiego partycypuje całe społeczeństwo: oklaskujemy naszych bohaterów, wypiętrzamy, heroizujemy. jesteśmy szczęśliwi, jesteśmy najlepsi. gdy jednak przegrywamy, rozpętuje się burza, bynajmniej nie metaforyczna. to nie ogół przegrał, a jednostka (źle wyselekcjonowana, wytrenowana, bez zaangażowania, pomysłu, szans i ducha walki). mamy skłonności do ignorowania wszystkiego co niemiłe, a mój kolega (wcale nie kibic) twierdzi, że może być to pozostałość z okresu przedrewolucyjnego, skutek treningu jakiemu nasze społeczeństwo zostało poddane przez złych, nie wiadomo dlaczego tak agresywnych wrogów..
pytacie jak ja zareagowałem? byłem zawiedziony, ale już dawno nie załamują mnie wydarzenia, na których przebieg nie mam najmniejszego wpływu. przegraliśmy, ale przecież eliminacje zakończone zostały pełnym sukcesem, jedziemy na World Cup, podejdziemy do tego turnieju z nowymi siłami, z nowymi szansami i możliwościami. bo przecież o ten pierwiastek rywalizacji tu chodzi: o emocje, których tak dużo było wczoraj..
to wydarzenie jest jednak kolejnym pretekstem, kolejną możliwością, aby kilka słów poświęcić mentalności naszego narodu.. jak doskonale wiemy, w zwycięstwach narodu polskiego partycypuje całe społeczeństwo: oklaskujemy naszych bohaterów, wypiętrzamy, heroizujemy. jesteśmy szczęśliwi, jesteśmy najlepsi. gdy jednak przegrywamy, rozpętuje się burza, bynajmniej nie metaforyczna. to nie ogół przegrał, a jednostka (źle wyselekcjonowana, wytrenowana, bez zaangażowania, pomysłu, szans i ducha walki). mamy skłonności do ignorowania wszystkiego co niemiłe, a mój kolega (wcale nie kibic) twierdzi, że może być to pozostałość z okresu przedrewolucyjnego, skutek treningu jakiemu nasze społeczeństwo zostało poddane przez złych, nie wiadomo dlaczego tak agresywnych wrogów..
pytacie jak ja zareagowałem? byłem zawiedziony, ale już dawno nie załamują mnie wydarzenia, na których przebieg nie mam najmniejszego wpływu. przegraliśmy, ale przecież eliminacje zakończone zostały pełnym sukcesem, jedziemy na World Cup, podejdziemy do tego turnieju z nowymi siłami, z nowymi szansami i możliwościami. bo przecież o ten pierwiastek rywalizacji tu chodzi: o emocje, których tak dużo było wczoraj..
kategoria: zapiski link bezpośredni
czas.. z czasem nie wygram
26.09.2005; 22.41
podróże weekendowe zabijają mój czas..
najpierw w Kłobucku, schlany jak, nie przymierzając, prałat papieski, starałem się jak mogłem, aby wypaść korzystnie wśród słonecznej rodzinki. tydzień później, z poczuciem, że po raz milionowy robię z siebie idiotę, przekonywałem miejscowych poznaniaków, że ..Górnik Zabrze najlepszym w Polsce jest.., a policji intonowałem radosne ..łapy, łapy, cztery łapy.. po kolejnych 5 dniach przyszła pora na stolicę, gdzie rano posłuchałem trochę o tautologiach językowych, a wieczorem kilka kawałków Stinga. Wawa ładna, przy pięknej pogodzie można być dumnym, gdy widzi się na Starym Mieście zagraniczne, podziwiające wycieczki. choć z drugiej strony droga jak cholera, ale na to, że dobre znaczy drogie wpadli już Fenicjanie..
czy to wina fluorowanej wody, czy początku jesieni, czy może natłoku spraw na głowie, ale czuję się ostatnio zmęczony. owszem, lepsze to niż oglądanie telewizji, ale myślę, że wakacje na rozgrzanej słońcem hiszpańskiej plaży dobrze by mi zrobiły.. na razie jednak, jedyne co pozostaje, to plany – plany wspaniałej euro-wycieczki..
ale to później, obecnie pora na spełnienia zawodowe. i to raczej na czas dłuższy niż krótszy..
PS. niezły rząd sobie wybraliście, lol :))
najpierw w Kłobucku, schlany jak, nie przymierzając, prałat papieski, starałem się jak mogłem, aby wypaść korzystnie wśród słonecznej rodzinki. tydzień później, z poczuciem, że po raz milionowy robię z siebie idiotę, przekonywałem miejscowych poznaniaków, że ..Górnik Zabrze najlepszym w Polsce jest.., a policji intonowałem radosne ..łapy, łapy, cztery łapy.. po kolejnych 5 dniach przyszła pora na stolicę, gdzie rano posłuchałem trochę o tautologiach językowych, a wieczorem kilka kawałków Stinga. Wawa ładna, przy pięknej pogodzie można być dumnym, gdy widzi się na Starym Mieście zagraniczne, podziwiające wycieczki. choć z drugiej strony droga jak cholera, ale na to, że dobre znaczy drogie wpadli już Fenicjanie..
czy to wina fluorowanej wody, czy początku jesieni, czy może natłoku spraw na głowie, ale czuję się ostatnio zmęczony. owszem, lepsze to niż oglądanie telewizji, ale myślę, że wakacje na rozgrzanej słońcem hiszpańskiej plaży dobrze by mi zrobiły.. na razie jednak, jedyne co pozostaje, to plany – plany wspaniałej euro-wycieczki..
ale to później, obecnie pora na spełnienia zawodowe. i to raczej na czas dłuższy niż krótszy..
PS. niezły rząd sobie wybraliście, lol :))
kategoria: podróże link bezpośredni
wybory parlamentarne
21.09.2005; 00.34
jeszcze tylko kilka razy pójdziecie spać i .. trzeba będzie zdecydować o losach kraju...
stara prawda dobitnie głosi, że im więcej wozów strażackich wyjedzie do pożaru, tym większe są straty przez pożar wyrządzone.. a cała masa strażaków ratujących polską demokrację sprawia wrażenie, jakby w całym tym pożarze jednym zależało, innym co prawda także, ale jakby trochę mniej, a kolejnym nie zależało wcale..
jak się ma polska demokracja, wiedzą wszyscy. demokracja, która mimo iż 200 lat za resztą cywilizowanego świata, to jednak co kadencję ambitnym, a jednocześnie wyzywającym głosem budowniczych naszych czasów obiecuje drugą Japonię, Szwecję czy Szwajcarię.. co roku nie wychodzi, a pętla zaciska się coraz bardziej..
nie ma się jednak co załamywać, może najwyższa pora zmienić tor myślenia? proponuję wyjście opierające się na zasadach podstawowej logiki formalnej: namawiamy wszystkich znajomych, aby przy najbliższych wyborach parlamentarnych nie głosowali ani na socjalistów bezbożnych ani na socjalistów pobożnych ani na wrażliwych społecznie. wyborcy powinni wreszcie zrozumieć, że głos oddany tylko na tych którzy nic nie obiecują za tak zwane "DARMO" nie będzie głosem straconym.
powiedziałem kiedyś głośno, że na wybory nie pójdę. teatr ten odgrywany na coraz wyższych poziomach męczył mnie bardzo, a widoków na przyszłość nie widziałem żadnych. dość powiedzieć, że kolejni moi reprezentanci (których notabene sam wybrałem) zawodzili na całej linii, przekonując, że to funkcja tworzy człowieka, a nie odwrotnie. afera goniła aferę.. na wybory jednak pójdę: zagłosuję na przysłowiowego Ostaniego-Na-Liście. dlaczego? ano dlatego, że jeśli straży pożarnej w mieście zmienić się nie da, to może wymienię strażaków? może tchnę nowego ducha, nową myśl, nową nadzieję? może ci co przyjdą ugaszą, a do tego posprzątają i wybudują na nowo?
tak właśnie zrobię, choć oczywiście nie wiem co to przyniesie.. może się polepszy, a może wcale nie.. trawestując Obywatela Piszczyka, nasz pech na tle zbiorowego pecha narodów Europy zwykle wypada bardzo szczególnie..
stara prawda dobitnie głosi, że im więcej wozów strażackich wyjedzie do pożaru, tym większe są straty przez pożar wyrządzone.. a cała masa strażaków ratujących polską demokrację sprawia wrażenie, jakby w całym tym pożarze jednym zależało, innym co prawda także, ale jakby trochę mniej, a kolejnym nie zależało wcale..
jak się ma polska demokracja, wiedzą wszyscy. demokracja, która mimo iż 200 lat za resztą cywilizowanego świata, to jednak co kadencję ambitnym, a jednocześnie wyzywającym głosem budowniczych naszych czasów obiecuje drugą Japonię, Szwecję czy Szwajcarię.. co roku nie wychodzi, a pętla zaciska się coraz bardziej..
nie ma się jednak co załamywać, może najwyższa pora zmienić tor myślenia? proponuję wyjście opierające się na zasadach podstawowej logiki formalnej: namawiamy wszystkich znajomych, aby przy najbliższych wyborach parlamentarnych nie głosowali ani na socjalistów bezbożnych ani na socjalistów pobożnych ani na wrażliwych społecznie. wyborcy powinni wreszcie zrozumieć, że głos oddany tylko na tych którzy nic nie obiecują za tak zwane "DARMO" nie będzie głosem straconym.
powiedziałem kiedyś głośno, że na wybory nie pójdę. teatr ten odgrywany na coraz wyższych poziomach męczył mnie bardzo, a widoków na przyszłość nie widziałem żadnych. dość powiedzieć, że kolejni moi reprezentanci (których notabene sam wybrałem) zawodzili na całej linii, przekonując, że to funkcja tworzy człowieka, a nie odwrotnie. afera goniła aferę.. na wybory jednak pójdę: zagłosuję na przysłowiowego Ostaniego-Na-Liście. dlaczego? ano dlatego, że jeśli straży pożarnej w mieście zmienić się nie da, to może wymienię strażaków? może tchnę nowego ducha, nową myśl, nową nadzieję? może ci co przyjdą ugaszą, a do tego posprzątają i wybudują na nowo?
tak właśnie zrobię, choć oczywiście nie wiem co to przyniesie.. może się polepszy, a może wcale nie.. trawestując Obywatela Piszczyka, nasz pech na tle zbiorowego pecha narodów Europy zwykle wypada bardzo szczególnie..
kategoria: zapiski link bezpośredni
Józek Petarda nie żyje.. część 1.
12.09.2005; 00.41
w Kłobucku zwykle zdarzenie goni zdarzenie.. nie dalej jak po kilku browarach wypitych razem z Bratem, które zresztą nastąpiły po Napoleonie wypitym z Wujkiem i po Zawiszy Czarnym obróconym z Ojcem dowiedziałem się, że na Józka już kres przyszedł. przydomek, jak pewnie się domyślacie, nasz bohater czerpał z wykonywanego zawodu, a jego fajerwerki, często i chętnie rozświetlały chmurne (lub bezchmurne) kłobuckie niebo..
problem w tym, że Józek nie żyje, a zginął (o ironio losu..) właśnie od petardy. zresztą tego można się było spodziewać, ryzyko zawodowe. tyle w temacie..
a kolejnych części nie będzie. to tylko taka aluzja do filmu Mela Brooksa pt. Historia Świata: Część I, który właściwie to nie miał nic wspólnego z petardami..
dobranoc Państwu.
problem w tym, że Józek nie żyje, a zginął (o ironio losu..) właśnie od petardy. zresztą tego można się było spodziewać, ryzyko zawodowe. tyle w temacie..
a kolejnych części nie będzie. to tylko taka aluzja do filmu Mela Brooksa pt. Historia Świata: Część I, który właściwie to nie miał nic wspólnego z petardami..
dobranoc Państwu.
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
powakacyjny ruch w interesie
28.08.2005; 23.52
człowiek się uczy całe życie..
Maras nawet twierdzi, że obywatel bez doktoratu to popierdółka a nie intelektualista; ja w każdym razie doktoratu jeszcze nie robię, ale za inne sprawy się ochoczo (jak to zawsze pod koniec lata) zabieram. padło na odświeżenie języków (ik spreek het geen Nederlands) oraz obiektowe języki programowania. najgorsze, że nie mam czasu na javę, a to się już niebawem zemści. a czas poświęcony mści się także, a w każdym razie grozi zemstą i budzi w związku z tym poczucie winy. z czasem nie wygram.
ważne, że coś się dzieje..
Maras nawet twierdzi, że obywatel bez doktoratu to popierdółka a nie intelektualista; ja w każdym razie doktoratu jeszcze nie robię, ale za inne sprawy się ochoczo (jak to zawsze pod koniec lata) zabieram. padło na odświeżenie języków (ik spreek het geen Nederlands) oraz obiektowe języki programowania. najgorsze, że nie mam czasu na javę, a to się już niebawem zemści. a czas poświęcony mści się także, a w każdym razie grozi zemstą i budzi w związku z tym poczucie winy. z czasem nie wygram.
ważne, że coś się dzieje..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
tomxx o tym i o owym..
25.07.2005; 08.22
jakoś o 3.22 w nocy zdałem sobie sprawę, że komplikacja spraw mnie przerasta..
musze się uporządkować, poukładać, uspokoić. a zacznę od mojego sieciowego podwórka, bo tu też zakręcenie maksymalne. zostawię to, co naprawdę ważne, zrezygnuję z elementów na które nie mam czasu. bo skoro nie mam czasu to po co się tym zajmować?
a teraz jadę do pracy -- a jak wrócę, to pomyślę o co mi dokładnie chodziło w pierwszym, od jakiegoś czasu ranny wpisie.. i zabiorę się do pracy.
musze się uporządkować, poukładać, uspokoić. a zacznę od mojego sieciowego podwórka, bo tu też zakręcenie maksymalne. zostawię to, co naprawdę ważne, zrezygnuję z elementów na które nie mam czasu. bo skoro nie mam czasu to po co się tym zajmować?
a teraz jadę do pracy -- a jak wrócę, to pomyślę o co mi dokładnie chodziło w pierwszym, od jakiegoś czasu ranny wpisie.. i zabiorę się do pracy.
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
tatry
12.07.2005; 23.03
lato w pełni, a my odwiedziliśmy sobie tatry..
najpiękniejsza w górach jest wędrówka. człowiek się męczy, ocierając pot z czoła zdobywa kolejne wzgórza.. ale właśnie to ten pot jest w tym wszystkim najważniejszy. takie zmęczenie, które buduje.. Wiewiór nas porwał, bo ona się zna; zresztą obiecywała mi taki trip odkąd sięgam pamięcią.
ja podziwiałem ogrom natury, zadziwiającą przyrodę. i schronisko, którego drewniane ściany opowiadają historię tysięcy wędrowców, ich zmagania i płynącą z tego radość.. wiem, że dla niektórych może to być pasja z której nie sposób zrezygnować.
najpiękniejsza w górach jest wędrówka. człowiek się męczy, ocierając pot z czoła zdobywa kolejne wzgórza.. ale właśnie to ten pot jest w tym wszystkim najważniejszy. takie zmęczenie, które buduje.. Wiewiór nas porwał, bo ona się zna; zresztą obiecywała mi taki trip odkąd sięgam pamięcią.
ja podziwiałem ogrom natury, zadziwiającą przyrodę. i schronisko, którego drewniane ściany opowiadają historię tysięcy wędrowców, ich zmagania i płynącą z tego radość.. wiem, że dla niektórych może to być pasja z której nie sposób zrezygnować.
kategoria: podróże link bezpośredni
fragaria grandiflora
23.06.2005; 23.05
truskawka (łac. fragaria grandiflora), inaczej: poziomka ananasowa, poziomka wielkoowocowa, bylina z rodziny różowatych. gatunek wyhodowany przez skrzyżowanie poziomki wirginijskiej z chilijską, którego dokonał Duchsne w 1712 roku. po zapyleniu kwiatu, rozrasta się dno kwiatowe, tworząc jadalny owoc rzekomy..
uprawiana we wszystkich krajach klimatu umiarkowanego oraz w chłodniejszych rejonach podzwrotnikowych; najwięksi producenci to Stany Zjednoczone, Polska, Japonia.
Wikipedia - Wolna Encyklopedia
uprawiana we wszystkich krajach klimatu umiarkowanego oraz w chłodniejszych rejonach podzwrotnikowych; najwięksi producenci to Stany Zjednoczone, Polska, Japonia.
Wikipedia - Wolna Encyklopedia
kategoria: zapiski link bezpośredni
rowejros
16.06.2005; 23.40
zakupiłem sobie rowera. meridka fajna, przynajmniej szybka.. śmigam aż miło, na liczniku pierwsze 2 setki kaemów, świat z amortyzowanego siodełka wygląda bosko, a słońce spogląda na mnie przychylniej..
nie dalej jak wczoraj, po krótkiej, acz żarliwej gonitwie rowerowej z moim blond uśmiechem, wykazałem się nie lada sprytem i zażyczyłem sobie frytki; że niby na kolację. życzenie zostało spełnione, a 1kg smażonych ziemniaków w moim żołądku odebrało mi przytomność na większą część dobry.. a potem zachwalam, jak ja to się niby zdrowo odżywiam..
nie dalej jak wczoraj, po krótkiej, acz żarliwej gonitwie rowerowej z moim blond uśmiechem, wykazałem się nie lada sprytem i zażyczyłem sobie frytki; że niby na kolację. życzenie zostało spełnione, a 1kg smażonych ziemniaków w moim żołądku odebrało mi przytomność na większą część dobry.. a potem zachwalam, jak ja to się niby zdrowo odżywiam..
kategoria: zapiski link bezpośredni
tomxx o tym i o owym..
11.06.2005; 13.53
nie lubię ludzi nieumiejących słuchać. a jak ja nie lubię, to, co prawda, nic nie powiem, ale szybko tracę cierpliwość.
nie lubię gaduł wśród których płeć piękna posiada zasłużone pierwszeństwo. mówi to dużo, najczęściej od rzeczy, a co najważniejsze, nic jej to nie obchodzi, że mnie nie obchodzi. gada to i gada, a gdy robi przerwę to tylko po to, aby uzbierać w myślach kolejny stek bzdur, aby mnie nimi obrzucić. a gdy odpowiedzieć się staram, słowa odbijają się jak od ściany, nie dociera nic. i tak się właśnie toczy rozmowa, jakby gadać do ściany. a ja lubię ciszę. potrzebuję ciszy..
nie lubię gaduł wśród których płeć piękna posiada zasłużone pierwszeństwo. mówi to dużo, najczęściej od rzeczy, a co najważniejsze, nic jej to nie obchodzi, że mnie nie obchodzi. gada to i gada, a gdy robi przerwę to tylko po to, aby uzbierać w myślach kolejny stek bzdur, aby mnie nimi obrzucić. a gdy odpowiedzieć się staram, słowa odbijają się jak od ściany, nie dociera nic. i tak się właśnie toczy rozmowa, jakby gadać do ściany. a ja lubię ciszę. potrzebuję ciszy..
kategoria: przemyślenia link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: Portugalia cz. 3. -- na północ! przez Estramadurę i Ribantejo..
24.10.2007; 00.08
kilkudniowe kręcenie się po Lizbonie i jej okolicach miało się ku
końcowi -- czas naglił i nadeszła pora bardziej zdecydowanej podróży w
kierunku północnym, w regiony Estremadura i Ribatejo. kolejnym etapem
naszego portugalskiego szlaku miała być malownicza trasa biegnąca wzdłuż
Tagu (port. Tejo), w kierunku Santarem, Tomaru i Abrantes -- starych jak
świat miast, gdzie kulturalne prądy średniowiecznego chrześcijaństwa
przez wieki mieszały się z wpływami plemion afrykańskich (głównie
Maurów). planowałem przebić się przez most Vasco da Gamy, a następnie
obejrzeć m.in. ośrodek rycerski w Tomarze (główna siedziba portugalskich
templariuszy) i romantycznie usytuowany na wysepce pośrodku Tagu Castelo
de Almourol w okolicach Abrantes.. nie pierwszy jednak raz rzeczywistość
złagodziła moje ambitne plany i dałem się przekonać do podróży wzdłuż
wybrzeża Costa da Prata, w kierunku jedynego oprócz Nazare większego
kurortu morskiego -- Peniche..
to właśnie tutaj po raz pierwszy dane nam było położyć się na upalnych
piaskach plaż i zaznać kąpieli w słonej, choć niezbyt zachęcającej
temperaturą wodzie Atlantyku. na zboczach klifów białe domki opierają
się porywistym, płn-zach. wiatrom, nad miastem góruje Fortaleza, jednak
największą zaletą miasteczka jest zachowana w pełni rybacka tradycja --
nie ma tu zbyt wielu turystów, co akurat wyszło osadzie na
dobre..
późnym popołudniem dojeżdżamy do Obidos i jest
to pierwsze miasteczko w tym kraju, którym rzeczywiście jestem
zauroczony. wizytówką grodu są mury miejskie (po których można, a nawet
należy się przejść dookoła) i górujący nad okolicą zamek. Obidos to
stare średniowieczne miasteczko z wąskimi brukowanymi uliczkami,
białymi
domkami ozdabianymi żółtymi i niebieskimi podmurówkami, które zachowało
autentyczność, gdyż nie ma tu żadnych nowych obiektów, a liczne sklepy z
pamiątkami i kawiarnie usytuowano w historycznych obiektach. miejsce co
prawda żyje z turystyki, jednak swoją urokliwość zawdzięcza także
normalnie toczącemu się tu życiu: dzieciaki biegają po stromych
uliczkach, ktoś przesadza zawieszone wysoko pod okiennicami kwiaty,
starsze panie siedzą na ławce kontemplując wydarzenia ciepłego
popołudnia. to miejsce prawdziwe -- pierwsze, gdzie panujący klimat i
moje wewnętrzne odczucia pozostają w zgodzie z relacjami zawartymi w
przewodnikach turystycznych. sama historia osady nie jest wyjątkowo
szczególna -- była ona okupowana przez Maurów, a potem przeszła w ręce
chrześcijan. Castelo w obecnej
formie to zasługa niezmordowanego
budowniczego zamków, króla Dionizego I. leniwie popijając kawę poznajemy
właściciela kafejki. koleś tu się urodził, tu spędza całe życie i
twierdzi, że tu będzie jego grób. równolegle ze sprawami świata jest na
bieżąco i spokojnie potwierdza dobrą grę Polaków w niedawnym meczu, ale
wie, że Portugalczycy także awansują do EURO 2008. po zapadnięciu zmroku
naświetlamy uliczki chcąc zapisać na zdjęciach choć trochę atmosfery
tego miejsca. wówczas, po raz kolejny pozytywnie zaskoczeni, wdajemy się
w rozmowę
z lokalnym mieszkańcem Obidos -- gościu nad wyraz otwarty i
przyjazny zaprasza do swojego domu, a później przez pół godziny objaśnia
WSZYSTKIE warte odwiedzenia miejsca w Portugalii. pasjonat podróży i
miłośnik średniowiecznego piękna i spokoju -- właśnie dlatego tu mieszka
i z chęcią daje wskazówki potwierdzające opinię niezwykle pozytywnie
zakręconej nacji..
bogaty w wydarzenia dzień kończymy w Fatimie, do której przybywamy ok
22.30. kończy się właśnie cowieczorna procesja światła, choć nawet bez
niej nie da się pomylić tego miejsca z żadnym innym. to tutaj, w
'portugalskiej Częstochowie' trójka młodych pasterzy była świadkiem
kilkukrotnego objawienia się Matki Boskiej, po raz pierwszy 13. maja
1917 r. odtąd miasto odwiedza nawet 2 mln pielgrzymów rocznie. miasta
nie da się z niczym pomylić, gdyż wszystko podporządkowane jest tu
Kultowi Maryjnemu. w centrum potężne sanktuarium i ogromny plac
przewyższający rozmiarem nawet ten watykański. ŻADNEJ knajpki, tysiące
sklepików, w których dumnie prężą się poukładane wg wzrostu Maryjki.
humorystycznie ukazane przez Cejrowskiego w jednym z odcinków 'Boso
przez świat' miejsce jest jednak wypełnione wiarą -- i widać to na
każdym kroku.
palone w osobistych intencjach ogromne świece, pochody
przemierzających plac na kolanach wierzących, śpiewy, modlitwy i
skupienie. wzięliśmy udział we mszy w j. portugalskim, ale z kazania za
wiele nie wyniosłem. aby najbliżsi także mieli coś z naszej wycieczki,
nasze mamy i babcię wyposażamy w święcone wody i metalowe statuetki
Maryjek :) stronimy od kiczu, choć nie jest to proste w tym miejscu:
wszystko się mieni, mruga, gra i pulsuje. kolory tęczy nad głowami
świętych stawiają w mojej głowie pytania, czy aby przypadkiem chcieliby
oni być po wieki wieków prezentowani w takiej kiczowatej
otoczce..
około południa dnia następnego meldujemy się w Batalhi -- i jesteśmy
oszołomieni potęgą i pięknem stojącego tu opactwa Mosteiro de Santa
Maria da Vitoria. katedra Najświętszej Marii Panny została wzniesiona w
latach 1388-1533 jako podziękowanie Bogu za zwycięstwo Portugalczyków w
bitwie nad Kastylijczykami (Batalha oznacza po prostu 'bitwa'). furta i
zewnętrzne mury charakteryzują niezwykle bogate zdobienia
przedstawiające średniowieczny światopogląd i
postrzeganie świata oraz
Boga. wnętrze zachowało surowy gotycki charakter, a przenikające przez
kolorowe witraże słońce oświetla wnętrze, nadając mu iście bajkowego
wyglądu (co widać w fotoblogu). ciekawą częścią opactwa jest Capelas Imperfeitas
(Niedokończona Kaplica) -- pozbawione dachu ośmiokątne bogato zdobione
mury. kaplic z niewiadomych przyczyn nigdy nie nie ukończono, jednak
manuelińskie zdobienia robią
na mnie ogromne wrażenie. pod rzeźbione
motywy można włożyć palec, całość jest rzeźbiona z każdej strony, co
tłumaczy, dlaczego budynek powstawał tak długo. ogrom pracy widać w
każdym zakątku tego miejsca, gdzie kamień, jak sznur, wije się i
przeplata. wychodząc z katedry czujemy spiekotę dnia -- jest środek
września, jednak w tej szerokości geograficznej wciąż trwa upalne lato.
żar leje się nieubłaganie, dlatego kilka następnych godzin spędzamy w
przyjemnie klimatyzowanej Toyocie kierując się trasą IC3 do Coimbry.. kategoria: podróże link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 416.















































































